30.12.2013

Serialowo - filmowe podsumowanie 2013 roku

Co jest najlepszym zajęciem, gdy humor, delikatnie mówiąc, nie dopisuje? Pisanie bloga. Ucieczka w świat filmu i telewizji, nieistniejący, lepszy świat fikcji, w którym czujemy się bezpiecznie. Mam jednak wielką nadzieję, że kiedy czytacie te słowa, mój życiowy kryzys jest już zażegnany.

Dziś chciałam Wam przedstawić nie najlepsze produkcje roku 2013, a te które stały się moimi prywatnymi odkryciami i które na mnie zrobiły największe wrażenie. I wcale nie są to produkcje tegoroczne.

Zacznę od seriali, a był to dla mnie niewątpliwie rok ciekawych odkryć. Czasami dużo czasu zajmuje mi sięgnięcie po seriale okrzyknięte mianem arcydzieł czy po prostu po wielkie hity. I dlatego dopiero w tym roku zaczęłam oglądać Zakazane Imperium. Co prawda obejrzałam dopiero dwa sezony, ale jestem zdania, że ten serial trzeba sobie dawkować. Trochę za dużo w nim gangsterki jak dla mnie i przyznam się, że gubię się czasem w tych relacjach między mafiosami i politykami, ale warstwa obyczajowa, wraz z doskonałą scenografią, kostiumami, muzyką i aktorstwem – wszystkie trudności w nadążaniu za interesami Nucky’ego Thompsona mi rekompensuje.

Spośród seriali, które mają już swoją historię, zaczęłam w tym roku oglądać Shameless. Serial o degeneracji i patologii w komediowej otoczce, ale z silnie zaznaczoną także warstwą dramatyczną przekonał mnie do siebie wiarygodnym potraktowaniem tematu. Tematu, jakim jest bieda i życie na przedmieściach. Serial jest świetnie zrobiony i świetnie zagrany, a do tego naprawdę skłania do przemyśleń i oswaja z wieloma delikatnymi tematami. Więcej napisałam o nim tutaj.

Ja i sitcom to związek, który nie zdarza się często. Ba, ja i serial stricte komediowy (bo Shameless to komediodramat, podobnie jak Girls) to też rzadkość. O tym jak przekonałam się do Dwóch spłukanych dziewczyn pisałam niedawno, więc po prostu odeślę Was dwa wpisy  w dół, zamiast powtarzać, że jest to sitcom nie głupi, bardzo dobrze zagrany i idealnie komentujący nasze czasy.

Z seriali, które debiutowały w tym roku nie dałam jeszcze szansy wszystkim. Przede mną na pewno Orange is the New Black (polecam książkę), być może też The Fall i Orphan Black. Za to dałam się namówić (tzn. uległam recenzjom zachwyconych blogerów) na House of Cards. Nigdy nie sądziłam, że serial polityczny tak mnie wciągnie i tak mi się spodoba i że tak będę za nim tęsknić. Już 14 lutego nowy sezon i to od razu w całości – czego chcieć więcej. O serialu pisałam oczywiście na blogu, dokładnie w tym miejscu.

Po obejrzeniu House of Cards pojawił się Broadchurch. Kryminalny serial brytyjski – ta zbitka słowna mówi sama za siebie. Broadchurch zachwyciło realizacją, a przede wszystkim zaskakującym zakończeniem. Dobra wiadomość odnośnie seriali jest taka, że będzie druga seria, a zła, a przynajmniej gorsza, że Amerykanie kręcą swoją wersję. Nie mam w sumie nic do remake’ów, ale ten jest trochę dziwny – w roli głównej wystąpi ponownie David Tennant, za to w roli jego zawodowej partnerki pojawi się nie Olivia Coleman, lecz Anna Gunn. Osobiście uważam, ze obsada powinna być całkowicie zmieniona. A o tym dlaczego Broadchurch jest tak dobre pisałam tutaj.

Na koniec serial, którego pierwszy sezon właśnie dobiegł końca. Mój wpis o Masters of Sex pisałam po zaledwie czterech odcinkach, ale nadal podpisuję się pod każdym słowem – to serial, który zachwyca realizacją, kostiumami i scenografią z lat 50., aktorzy są rewelacyjni, a podejście do kontrowersyjnego tematu jak najbardziej wyważone. Dla mnie ten serial stoi w jednym szeregu z Mad Men i to jest największy komplement, na jaki może ode mnie zasłużyć. A refleksje po pierwszy odcinkach spisałam tutaj.

O filmach chyba rozpisywać się nie będę. Najważniejsza informacja jest taka, że obejrzałam 122 filmy po raz pierwszy, ale do tej liczby należy dodać filmy, które oglądałam powtórnie w ramach pokazywania ich Ukochanemu. Myślę zatem, że jakieś 150 filmów by wyszło.
Patrząc na moje oceny na filmwebie, nie byłam łaskawa i nie dałam żadnemu z tych „nowych” filmów 10, a 9 też nie rozdawałam hojnie. Gdyby jednak ocena miała być miarą jakości, to najlepsze filmy, które obejrzałam w tym roku (po raz pierwszy, zaznaczam) to:

Przeminęło z wiatrem (1939)
Pokłosie (2012)
Kochanek królowej (2012)
Psychoza (1960)
Gilda (1946)

Nie mniej jednak, podobały mi się równie mocno (a nawet bardziej, bo właściwie z tych powyższych żadnego nie chciałabym jakoś szczególnie oglądać ponownie) jeszcze inne filmy:

Wielki Gatsby (2013)
Miłość (2012, Haneke)
Take This Waltz (2011)
The Perks of Being a Wallflower (2012)
Kieł (2009)
Siostra twojej siostry (2012)
Obława (2012)
Polowanie (2012)
W imię…(2013)

Ciekawe, co w tym zestawieniu pojawi się za rok. Życzę Wam i sobie, aby 2014 obfitował w wiele dobrych seriali, filmów i książek.  

27.12.2013

Książkowe podsumowanie roku 2013

Roczne podsumowania dominują zazwyczaj w końcówce roku. Też się wpiszę w ten trend, ale na swój sposób. Nie mam zamiaru robić list najlepszych książek, filmów czy seriali, które miały swoją premierę w 2013 roku. Powód jest prosty – nie przeczytałam ani nie obejrzałam ich wszystkich. Za to jak najbardziej zasadne wydają mi się listy najlepszych produktów kultury, z którymi miałam w tym roku styczność. Inaczej mówiąc, jakie książki przeczytane w tym roku wywarły na mnie największe wrażenie? Jakie seriale okazały się być najcenniejszymi odkryciami? Jakie filmy mnie olśniły? Jak wyglądał ten mijający rok pod względem kulturalnym? O tym w dzisiejszym i w następnym wpisie.


Zacznę od książek, które są moim nieodłącznym towarzystwem. Nie ma praktycznie dnia, żebym czegoś nie czytała. Książka zawsze leży obok mojego łóżka, na parapecie. Musi być pod ręką. Oczywiście, w tym roku ponownie najwięcej książek przeczytałam w celu napisania recenzji dla Lubimy Czytać. Współpraca z tym serwisem to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły mi się w życiu. W ciągu roku znowu przybyło mi tyle książek, których z pewnością bym sobie sama nie kupiła. Wśród nich znalazły się powieści Matthew Quicka i Johna Greena. Solidna literatura młodzieżowa, jaka, mam wrażenie, wymiera na rzecz książek o wampirach i innych dziwach. A moim zdaniem nie ma to jak realistyczna powieść dla nastolatków. Oczywiście, można się zastanawiać na ile prawdopodobne są historie, które przydarzają się bohaterom Quicka i Greena, ale i tak uważam, że mają one więcej wspólnego z prawdziwym życiem niż powieści fantasy.

Twórczość Quicka, a znacznie bardziej Greena, to takie książkowe guilty pleasure, które w tym roku podobało mi się najbardziej. Dla kontrastu – przeczytałam Ulissesa Joyce’a. Gdyby nie wznowienie przez Znak pewnie nigdy bym się o to nie pokusiła, choć książka od lat „wisi” na mojej liście książek do przeczytania. Ale była okazja, by dostać to opasłe, dość drogie tomisko, za darmo – czyż mogłam się oprzeć? Lektura była trudna i żmudna, wrażenia mieszane (dzieło może i przełomowe, ale mega nudne), ale książka zawsze już będzie stała na mojej półce i będę z dumą opowiadać moim gościom, że ją przeczytałam. Wszak, chyba całkiem niewiele osób może się tym poszczycić.

Lubimy Czytać dało mi też okazję do zapoznania się z twórczością Alice Munro. Do czego by pewnie nie doszło, gdyby autorka nie dostała tegorocznego Nobla. Dziewczęta i kobiety trochę mnie rozczarowały, bo miałam widocznie za wysokie oczekiwania, ale klimat opowiadań Kanadyjki przypadł mi do gustu i z pewnością to nie jest moje ostatnie spotkanie z jej twórczością.

Jedną z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku jest zdecydowanie Intryga małżeńska Jeffreya Eugenidesa. Po człowieku który napisał niesamowite Przekleństwa niewinności spodziewałam się bardzo wiele. Odsyłam Was do mojej recenzji książki, licząc że zachęci Was do sięgnięcia po nią. To w sumie uniwersalna historia, jednak w szczególności trafi w serca młodych czytelników, którzy właśnie szukają swojej życiowej drogi, zarówno na polu zawodowym jak i w sferze prywatnej. Pytań o dorosłość jest tu mnóstwo. Odpowiedzi – w sumie niewiele. Ksiązka jak nic daje do myślenia, czyta się lekko, napisana jest inteligentnie, a do tego jeszcze odwołuje się do książki, którą muszę zdobyć….

Udało mi się też dzięki współpracy z LC przeczytać książkę podwójnej laureatki Nagrody Bookera czyli W komnatach Wolf Hall Hilary Mantel. Książka skrojona pode mnie, bo traktująca o Henryku VIII, a po obejrzeniu Dynastii Tudorów jestem zafascynowana jego historią (choć bardziej jego żonami i sytuacjami dworskimi). Jednak głównym bohaterem książki Mantel nie jest tak naprawdę Henryk, lecz jego doradca, Tomasz Cromwell. Kolejne dwie części dopełniają trylogii skupionej właśnie na jego osobie – człowieka, o którym dziś powiedzielibyśmy że awansował od pucybuta do milionera. Rzadko czytam powieści historyczne, ale ta w ogóle mnie nie znudziła, wręcz odwrotnie – napisana z rozmachem, bardzo drobiazgowa, pisana pięknym językiem, dostarczyła bardzo wyrafinowanej przyjemności czytania. Zabieram się za kupno drugiej części, a trzecia podobno w 2015 będzie gotowa.

Żeby nie było, że czytam tylko nowości i to w dodatku takie, które dostałam za darmo: zachwyciło mnie w tym roku także kilka nieco starszych tytułów. Rok zaczęłam od lektury Pocztu królowych polskich, który był moim gwiazdkowym prezentem. Choć do Marcina Szczygielskiego podchodziłam bardzo sceptycznie, tą książką przekonał mnie do siebie. To proza najwyższych lotów, jedna z najlepszych polskich książek, jakie w życiu czytałam. Ponieważ dość obszernie pisałam już o niej, odsyłam do tamtego wpisu.

W pierwszej części roku wpadł też w moje ręce tomik opowiadań polskich debiutantów, Białe szepty. Kupiony za złotówkę, nie zapowiadał nic wielkiego, a bardzo pozytywnie zaskoczył. Wiele w nim naprawdę lśniących perełek, refleksyjnych historii o zabarwieniu fantastycznym. Część autorów naprawdę ma zadatki na dobrych pisarzy i mam nadzieję, że ich życie potoczy się w tym kierunku. Jeśli gdzieś kiedyś natkniecie się na ten zbiór, kupcie bez wahania. Dla mnie to takie małe odkrycie roku – po pierwsze dlatego, że okazało się że tzw. kot w worku nie zawsze musi być felerny, a po drugie dlatego, że opowiadania to nie jest forma za którą przepadam, a przekonałam się do niej.

Białe szepty przeczytałam za sprawą ukochanego, podobnie jak Złego Tyrmanda. Pierwszy polski kryminał okazał się bardzo wciągającą i intrygującą książką. To książka legenda, więc tym bardziej cieszę się, że mogę się pochwalić jej znajomością.

Na koniec książka, która musiała czekać niespełna rok, bym po nią sięgnęła. Blondynka Joyce Carol Oates to prezent, który zrobiłam sobie w zeszłym roku na urodziny (wypadają w grudniu), ale przez cały rok jakoś nie miałam motywacji, by się za nią zabrać – może dlatego, ze ma bagatela ponad 800 stron. Postanowiłam zrobić to jednak jeszcze przed tegorocznymi urodzinami. Wbrew moim obawam, lektura poszła jak z płatka. Co z pewnością zawdzięczam znakomitemu stylowi pisania Oates, która zbudowała bardzo wiarygodny portret psychologiczny Marilyn Monroe (a wiem co piszę, bo już niejedną jej biografię przeczytałam). Książka ta doskonale dopełnia obraz MM, który zbudowałam sobie z innych źródeł. Autorka wysuwa wiele przypuszczeń, spekuluje, fantazjuje, wymyśla dialogi (bo trzeba zaznaczyć, że to nie jest stricte biografia), ale wszystko to naprawdę mogłoby się zdarzyć. Łącznie z teorią na temat przyczyny śmierci aktorki. Blondynka to książka ukazująca geniusz Oates, książka wielka, mam wrażenie, że dzieło życia pisarki, a jednak bardzo przystępna w lekturze, choć dość przygnębiająca. W każdym razie za tak dogłębną próbę wniknięcia w psychikę MM należy się Oates wielki szacunek. Swoją drogą, ciekawe, czy sama jest fanką aktorki.


I to by było na tyle. To był bardzo dobry książkowy rok, choć przeczytałam tylko 40 książek (jestem jeszcze w trakcie czytania dwóch), podczas gdy w ubiegłym – 52. Ale przyszły rok może być tylko lepszy. W końcu jest jeszcze tyle fantastycznych tytułów do przeczytania. A i Mikołaj już coś ciekawego przyniósł :).  

16.12.2013

Dwie spłukane dziewczyny (CBS, 2011 - )

Nie sądziłam, że porwie mnie serial komediowy, bo nigdy nie byłam ich fanką. Zaliczyłam jakieś polskie sitcomy, wiadomo, kto by ich nie znał. Ale nie oszalałam na punkcie The Big Bang Theory (obejrzałam pierwszy sezon), How I Met Your Mother nie oglądałam nigdy, podobnie – przyznaję ze wstydem – Przyjaciół. Dotrwałam do połowy drugiego sezonu New Girl, gdy stwierdziłam, że szkoda mojego czasu na te lekko absurdalne i często niesmaczne żarty (choć wiele w tym serialu lubiłam, a najbardziej Zooey Deschanel i jej styl, i chyba do niego wrócę). Do obejrzenia Dwóch spłukanych dziewczyn skłoniła mnie właściwie jedna recenzja, może nie będę pisać kogo, ale jest to młody krytyk, którego zdanie sobie wysoko cenię, bo w dużej mierze mamy podobny gust. On osadził serial gdzieś pomiędzy Dziewczynami a Seksem w wielkim mieście, pisząc, że wiele mówi on o współczesnych młodych kobietach. To mnie przekonało, a nie bez znaczenia były też dwa inne fakty: że serial jest o dziewczynach niezbyt zamożnych (choć to pojęcie biedy jest względne i wrócę do niego dalej) i że jest o…babeczkach ;) Bo babeczki kocham piec i jeść, a i zamożna nie jestem i jako freelanserce ciułającej grosz do grosza bliżej mi do Hanny Horwath czy właśnie do Max i Caroline niż do Carrie Bradshaw.

Max i Caroline pracują w restauracji (czy raczej knajpie) na Brooklynie, a dokładnie w Williamsburgu, jako kelnerki. Max pochodzi z biednej rodziny, wychowała się bez ojca, matka nieszczególnie się nią interesowała, a żeby się utrzymać dziewczyna pracuje teraz na dwa etaty: jako kelnerka i opiekunka do dzieci. Caroline to jej przeciwieństwo – córka milionera, której nigdy niczego nie brakowało, osierocona przez matkę, doskonale wykształcona. Jej życie sypie się jednak jak domek z kart, gdy ojciec trafia do więzienia za gigantyczne oszustwa finansowe. I tak Caroline, żeby się utrzymać, zatrudnia się w restauracji, w której pracuje Max. Ta podchodzi do niej z rezerwą, ale przygarnia ją pod swój dach. Dobór bohaterek oparty jest na sprawdzonej formule przeciwieństw. Max ma cięty język, jest impulsywna, ale jednocześnie nie wierzy w siebie. Caroline to natomiast pewna siebie, wygadana, ale jednocześnie dobrze ułożona, nieco egzaltowana dziewczyna przywykła do luksusów. Zderzenie tych dwóch osobowości sprawia, że w serialu nigdy nie jest nudno. Dziewczyny sobie wzajemnie dogryzają i często mają odmienne zdania, co przynosi wiele śmiechu, ale jednocześnie z odcinka na odcinek darzą się coraz większą sympatią.



To, co podoba mi się w scenariuszu najbardziej to fakt, że nie poprzestano wyłącznie na pokazaniu codziennych perypetii bohaterek, ale wprowadzono od razu motyw spajający kolejne odcinki, jakim jest zbieranie funduszy (250 tys. dolarów) na otwarcie własnego biznesu – firmy sprzedającej babeczki, w których wypieku specjalizuje się Max. Każdy odcinek kończy się planszą pokazującą aktualny stan konta dziewczyn. No a babeczki na ekranie zawsze prezentują się pysznie, a tu ich nie brakuje.

Dwie spłukane dziewczyny to jednak przede wszystkim prześmiewczy obraz współczesności. Dostaje się wszystkim: hipsterom, mniejszościom etnicznym, religijnym, celebrytom, bogaczom, a nawet Polakom… Nie będzie też przesadą nazwanie go satyrą na współczesny konsumpcyjny styl życia. Pretekstów do żartów nie brakuje, bo serial żyje bardzo w zgodzie z trendami. Wszystko co jest modne, wszystko o czym się mówi, nie przejdzie tu bez echa. Stąd liczne odniesienia do innych seriali, bohaterów pierwszych stron gazet czy po prostu do naszego funkcjonowania w mediach społecznościowych. Twórcy są bardzo czujni i nic nie umyka ich uwadze. Jeśli cenicie sobie w serialach (trafne) komentarze do bieżących wydarzeń, Dwie spłukane dziewczyny to serial dla was.


Dwie spłukane dziewczyny to 20 minut niezobowiązującej rozrywki, niegłupiej i mocno osadzonej w prawdziwych realiach. Jak wspomniałam i jak sugeruje tytuł, główne bohaterki klepią biedę – może nie skrajną (w końcu mieszkają w całkiem niezłym mieszkaniu), ale jednak biedę. Ubierają się w lumpeksach, zakupy robią na darmowe kupony z gazet, nie płacą podatków, zadłużają się. Z własnym biznesem też mają pod górkę. Łatwo można się więc z nimi utożsamić, bo ich problemy (w tym nieidealny wygląd), dylematy, marzenia są większości z nas bliskie. Przy czym to wszystko nie jest pokazane na serio, więc odpada silne zaangażowanie i przejęcie się ich losami do tego stopnia, by dołować siebie samych.

Na koniec to, co mnie przyciąga do tego serialu najbardziej – cięte riposty Max. Serial ten właściwie opiera się na cynicznej wymianie zdań między bohaterami, a ostatnie słowo zawsze należy właśnie do Max, dla której nie ma żadnych świętości. Kat Dennigs w tej roli jest genialna – choć mam wrażenie, że nie musi za wiele grać, bo tak ironiczna i zabawna jest z natury. Caroline grana przez Beth Behrs jest nie mniej temperamentna, choć bardziej ma talent do gagów niż niewyparzony język. Razem jednak tworzą zgrany duet, który świetnie się uzupełnia. Ktoś napisał, że Dwie spłukane dziewczyny to stand-up w formie serialu i trudno się z tym nie zgodzić. Zwłaszcza, że wielokrotnie mam wrażenie, jakby niektóre sceny były improwizowane – przez wyraz twarzy Dennigs i Behr, nie mogących się powstrzymać od śmiechu. Zwłaszcza ta druga często ma minę, jakby niesamowicie ją samą śmieszyło to, co właśnie się dzieje w danej scenie.


Poza głównymi bohaterkami, także reszta obsady jest niesamowicie zabawna. To ciekawa galeria postaci: zdziecinniały Koreańczyk Han, właściciel baru, w którym pracują Max i Caroline, któremu Max wytyka wciąż niski wzrost, obleśny Ukraińczyk Oleg, nieustannie myślący o seksie, czarnoskóry, dobrotliwy kasjer Earl i Sophie (znakomita Jennifer Coolidge) - rodowita Polka, jedna z tych kiczowatych, wyzywających pań po 40-tce, które zdarza nam się mijać na ulicy. I jak tu zaprzeczyć, że Brooklyn to kulturowy tygiel.

Nawet jeśli nie lubicie sitcomów – obejrzyjcie. Może przepadniecie tak jak ja. Sztuczny śmiech nie przeszkadza.


Moja ocena: 8/10 

28.11.2013

Hitchcocków dwóch (Hitchcock, reż. S. Gervasi, 2012; The Girl, reż. J. Jarrold, 2012)


Zdaję sobie sprawę, że podobnych wpisów było już swego czasu wiele, a w dodatku pewnie nie będę oryginalna wskazując zwycięzcę pojedynku na bardziej udany film o Hitchcocku. Ciekawe, że niemal w tym samym czasie powstały dwa filmy portretujące słynnego reżysera. Ja mam za sobą ledwie kilka filmów z bogatego dorobku Brytyjczyka, co nie wynika z braku chęci lecz z braku wystarczającej ilości czasu. Hitchcock był dla mnie jednak pretekstem do obejrzenia kultowej Psychozy, której wstyd nie znać, jeśli się interesuje kinem. Założenie było takie: obejrzeć Psychozę, a potem film dokumentujący (choć fabularny) jej powstawanie. Sądziłam, że będzie to ciekawe doświadczenie. I było. Aczkolwiek film Sachy Gervasiego mnie trochę rozczarował. Obejrzenie Dziewczyny Hitchcocka Juliana Jarrolda było naturalną koleją rzeczy. Ten film okazał się znacznie ciekawszy. Ale po kolei. Postanowiłam porównać filmy według kilku kryteriów (tak, wiem, filmy nie są o tym samym, nie są kopiami, ale mam ochotę je porównać).

Alfred Hitchcock: Nie da się ukryć, że zarówno charakteryzacja Anthony’ego Hopkinsa w Hitchcocku jak i Toby’ego Jonesa w Dziewczynie (przeraziło mnie, kiedy zobaczyłam, że to w gruncie rzeczy młody facet) jest fenomenalna. Hopkins jest nie do poznania, a Jones znacznie postarzony. Pytanie jednak, który z aktorów wypadł bardziej przekonująco. Zarówno jeden, jak i drugi Hitchcock, nie przypadł mi do gustu jako postać – jest wyniosły, zadufany w sobie, antypatyczny, po prostu megaloman. Nie wiem, jaki był Hitch naprawdę (nie czytałam niestety żadnej biografii), ale z całą pewnością, aktorom udało się stworzyć charyzmatycznego bohatera, a gesty czy mimikę reżysera udanie odwzorować. W jednym filmie jest on jednak bardziej ludzki, w innym mniej. Różnica wynika ze scenariusza, a że źli bohaterowie są na ogół ciekawszy, wygrywa dla mnie Jones.




Aktorki Hitchcocka: Hitchcock opowiada o okresie, w którym kręcona była Psychoza, w której główną rolę grała Janet Leigh, w którą wciela się w filmie Scarlett Johansson. Dziewczyna koncentruje się na realizacji Ptaków, a potem Marnie z Tippi Hedren w roli głównej (gra ją Sienna Miller). I znowu, ze względu na fabułę, Johansson i Miller trudno ze sobą porównywać. Johansson ma tak naprawdę rolę drugoplanową, podczas gdy Miller – główną. Wokół czego innego koncentruje się bowiem fabuła obu filmów. Ale oceniać grę aktorską i tak przecież można. Wydawałoby się, że korzystniej wypadnie Johansson, która ma w swoim dorobku więcej filmów niż Miller i jest, co by nie mówić, bardziej uznaną aktorką. Jednak Scarlett zagrała poprawnie, ale nie zapadła w pamięć, co akurat jest winą scenariusza, który nie dał jej zbyt wiele pola do wykazania się. Za to Sienna Miller – wręcz przeciwnie. Stworzyła prawdopodobnie swoją najlepszą jak do tej pory rolę. Brawurowo oddała emocje aktorki prześladowanej i dręczonej przez reżysera. Uwierzyłam jej, dla mnie ona stała się Tippi Hedren. Jestem bardzo ciekawa, czy scena z planu Ptaków z prawdziwymi ptakami, która wręcz hipnotyzuje widza, została tu odtworzona również z żywmy ptactwem. Nie sądzę, ale scena ta wypadła naprawdę bardzo autentycznie i to właśnie za sprawą Miller.




Alma Reville: Żona Hitchcocka siłą rzeczy musiała pojawić się w filmach o nim, bo była tak naprawdę współtwórczynią jego sukcesów, scenarzystką, montażystką, asystentką, to ona odkrywała dla niego aktorów (jeśli wierzyć filmom). Ponownie, Helen Mirren w Hitchcocku jako Alma jest bardziej obecna niż Imelda Staunton w Dziewczynie. Ta pierwsza jest właściwie główną kobiecą bohaterką, ta druga jest zdecydowanie w cieniu, a o jej postaci nie dowiadujemy się prawie nic. Choć trzeba wspomnieć scenę premiery Ptaków i wymowne, zazdrosne spojrzenie jakim Alma obrzuca męża idącego w błysku fleszów z Tippi Hedren.  Zaskakujące jednak, że w filmie traktującym o obsesji Hitchcocka na punkcie aktorki, nie ma miejsca na ukazanie, jak na całą sytuację reagowała właśnie jego żona. Być może nic już sobie z tego nie robiła, bo to w trakcie kręcenia Psychozy z Janet Leigh ich małżeństwo przeszło największy kryzys, co właśnie zostało uwiecznione w Hitchcocku.

Treść i realizacja: No właśnie, sama treść filmów jest diametralnie różna, mimo iż skupiają się one na tej samej postaci. Jak już wspomniałam, w Hitchcocku na pierwszym planie jest małżeński kryzys i produkcja filmu, począwszy od poszukiwania pomysłu na scenariusz, przez poszukiwanie środków do jego sfinansowania, na samym kręceniu skończywszy. Kulisy kręcenia filmu to także temat Dziewczyny i tu jest to wątek właściwie jedyny. Obydwa filmy różnią się od siebie przede wszystkim ciężarem gatunkowym. Hitchcock to w gruncie rzeczy lekka opowieść o zabarwieniu komediowym. Reżyser jest tu nieszkodliwym kobieciarzem. Z kolei Dziewczyna to dramat, który stawia Hitchcocka tylko i wyłącznie w złym świetle. Nie chodzi o to, kto ma rację i jaki był mistrz suspensu (mógł być przecież dla jednych miły, dla innych nie i prawda o nim leży pośrodku), ale kto miał ciekawszy pomysł na film. I tu zdecydowanie wygrywają dla mnie twórcy Dziewczyny. Przyznaję, że Hitchcock trochę mnie zawiódł, znudził, nie trzymał w napięciu, nie wywołał wielkich emocji. Tymczasem Dziewczyna mnie zelektryzowała i skłoniła do sięgnięcia po biografię Hitchcocka. Chciałoby się powiedzieć, że jest to historia wręcz hitchcockowska właśnie, bo trzymająca w napięciu przez cały seans i intrygująca. Z drugiej jednak strony, są w Hitchcocku takie smaczki jak początek i zakończenie, czyli klamra spajająca cały film, czy znakomita muzyka Danny’ego Elfmana. Fabuła jest natomiast bardziej miałka. Mogłoby się wydawać, że hollywoodzki film musi przebić „skromną” telewizyjną produkcję, a jednak stało się odwrotnie.

Na koniec, warto jeszcze wspomnieć o drobnej niedorzeczności. W Hitchcocku, który dzieje się w 1960 roku (w tym roku powstała Psychoza) Peggy Robertson czyli sekretarkę Hitcha gra Toni Collette i wygląda na jakieś 40-parę lat czyli tyle ile wówczas miała. W Dziewczynie, której akcja dzieje się ledwie trzy lata później, gra ją Penelope Wilton, aktorka która ma 67 lat i w filmie wygląda jedynie na kilka lat młodszą. Czy to możliwe, że w ciągu trzech lat Peggy Robertson tak się postarzała? Mało prawdopodobne. Ktoś z ekipy Dziewczyny chyba tego ruchu castingowego nie przemyślał. Ale na szczęście zarówno Collette, jak i Wilton, odnalazły się w swoich rolach bardzo dobrze.

Moja ocena filmów:

Hitchcock 6+

Dziewczyna - 8

22.11.2013

Muzyczne odkrycia ostatnich tygodni

O muzyce nie piszę tu często, jednak nazbierało się parę rzeczy, którymi chciałabym się z Wami pozachwycać. Kilka muzycznych odkryć. I na pewno nie należy do nich Donatan z Cleo – pewnie jako jedna z nielicznych trzymam się z daleka od bijącego rekordy popularności w Internecie teledysku, który dla mnie nie jest niczym odkrywczym – co stwierdziłam po 15- sekundach zobaczonych w TV. Jak to ktoś dobrze podsumował, cycki maja oglądalność. I tyle.

Wśród moich olśnień są natomiast:

Lorde – młoda wokalistka z Nowej Zelandii. Zdetronizowała samą Miley Cirus na szczycie zestawienia Billboardu. Uwielbiam taką muzykę, jaką robi Lorde, więc to jest zdecydowanie odkrycie takie jak lubię. Polecam szczególnie poniższy antyteledysk. Dlaczego anty? Zobaczcie sami.


Tomasz Makowiecki – już nie Tomek. Dla mnie to jest męska Brodka. Mega nowoczesna muzyka na światowym poziomie.


Jamal. Dla mnie Jamal to był do tej pory ten koleś, który pali zioło i ma gdzieś policję. Ale każdy dojrzewa. I Jamal fajnie dojrzał. Płyta „Miłość” jest bardzo inna – ma pazur, nie brakuje na niej nowoczesnych brzmień, a i te teksty są ciekawe. Szczególnie pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie utwór Marcepany, który zaczyna się niepozornie, a potem przeistacza w całkiem rockowy kawałek.


Lecter. Jeśli ktoś lubi rockowe granie z domieszką elektroniki – powinien się przyjrzeć, czy raczej przysłuchać. Po angielskojęzycznym debiucie grupa zapowiada nową płytę utworem wykonywanym wraz z Tomaszem Lipnickim. Byłam na koncercie i mogę powiedzieć, że jest moc. Plus za charyzmatycznego wokalistę.



Bardzo polskie to ostatnie odkrycia. I bardzo fajnie. A najfajniejsze jest to, że ja ich nie szukałam – same do mnie przyszły. Czekam na kolejne.


05.11.2013

Modne lata 20.

"Moda kocha powroty do przeszłości. Nic więc dziwnego, że na punkcie „Downton Abbey” i „Zakazanego imperium” oszaleli nie tylko widzowie, ale i wielcy projektanci. Moda jest w tych produkcjach jedną z głównych bohaterek, symbolem obyczajowych przemian.

Akcja „Downton Abbey” zaczyna się w 1912 roku, tuż po katastrofie Titanica. Obecnie emitowany czwarty sezon, to już rok 1922. Wraz ze zmieniającymi się latami akcji, zmienia się też moda i sposób ubierania bohaterów. Modowe trendy lat 20. są doskonale widoczne także w „Zakazanym Imperium”, którego akcja zaczyna się na początku drugiej dekady XX wieku. Obydwa seriale są niezwykle atrakcyjnie wizualnie, co jest w dużej mierze zasługą z pietyzmem odtworzonych strojów. Lata 20. były w modzie przede wszystkim okresem wyzwolenia związanym z zakończeniem I wojny światowej. Kobiety zaczęły odchodzić od gorsetów, pozwalały sobie na skrócenie włosów, ale przede wszystkim – na skrócenie długości spódnic. Panowie zaczęli nosić swobodniejsze i bardziej kolorowe garnitury. Warto jednak zwrócić uwagę nie tylko na podobieństwa w kostiumach w obydwu serialach, ale i na różnice wyznaczane przez miejsce akcji i środowisko społeczne w nich przedstawione. (...)".

Trochę autoreklamy nikomu jeszcze chyba nie zaszkodziło, więc po resztę mojego tekstu o kostiumach w Downton Abbey i Zakazanym imperium odsyłam Was na stronę hatak.pl  http://hatak.pl/artykuly/modne-lata-20

Tam również znajdziecie mój tekst o Harukim Murakamim, z okazji wydania w Polsce  jego najnowszej książki (premiera już jutro, a ja się niecierpliwię, bo wydawca nie przysłał mi jeszcze recenzenckiego egzemplarza) 



04.11.2013

Obsada Downton Abbey w Vogue i Vanity Fair

W wyniku researchu do artykułu o roli kostiumów w serialach o latach 20. trafiłam w sieci na zjawiskowe zdjęcia obsady Downton Abbey. Postanowiłam czym prędzej je tu umieścić, bo może nie każdy z fanów serialu do nich dotarł.

Pierwsza jest sesja sióstr Crawley (czyli Michelle Dockery, Laury Carmichel i Jessici Brown – Findlay) dla amerykańskiego Vogue’a (nr 12/2011). Autorem zdjęć jest Uli Weber, który jest autorem naprawdę ciekawych sesji, nie tylko z udziałem gwiazd.









 Kolejna sesja aktorek z Downton Abbey dla Vogue’a brytyjskiego, również z 2011 roku. Za obiektywem stoi Jason Bell, fotograf który słynie ze zdjęć grupowych i jest autorem m.in. zdjęcia które obiegło świat całkiem niedawno – rodziny królewskiej w dniu chrzcin małego księcia. W tej sesji aktorki mają na sobie sukienki największych kreatorów mody.

Kreacje projektu Bottega Veneta
Sukienka: Oscar de la Renta
Sukienka: Valentino
Sukienka: Oscar de la Renta

Jason Bell jest autorem także tych dwóch zdjęć obsady Downton Abbey, które znalazły się w Vanity Fair przed premierą drugiego sezonu serialu. A ja odsyłam was na stronę Bella.






Źródła zdjęć: benhance.net, houseofretouching.com

24.10.2013

Masters of Sex (Showtime, 2013 - )



Choć wyemitowano dopiero cztery odcinki Masters of Sex, tegoroczna premiera stacji Showtime już przez wielu widzów i krytyków została okrzyknięta nowością sezonu. Nic dziwnego, bo produkcja ma wszystko to, co przesądza o uwielbieniu widzów: doskonałe aktorstwo, znakomitą scenografię i interesujący scenariusz. A przy tym porusza najbardziej kontrowersyjny z tematów: seks.

Serial powstał na podstawie opartej na faktach książki na temat dr Williama Mastersa i Virginii Johnson, pary naukowców, którzy w latach 50 i 60 przeprowadzali rewolucyjne jak się potem okazało badania nad ludzką seksualnością dzięki którym dziś śmiało możemy mówić o takiej nauce jak seksuologia. W serialu poznajemy ich w momencie, gdy Masters, wybitny ginekolog, szuka nowej asystentki do gabinetu, a jednocześnie postanawia rozpocząć swoje wielkie doświadczenie – zbadać seks empirycznie. Jednym słowem, podłączyć ludzi do kabelków i przeróżnych urządzeń i mierzyć – tętno, aktywność mózgu czy bicie serca podczas stosunku czy masturbacji. Na ekranie oglądamy bardzo realistycznie odwzorowane badań, co skutkuje dużą ilością golizny. Jest miłość gejowska, są prostytutki. Nagość i seks są tu jednak bardziej niż uzasadnione. Mimo to, należy pogratulować odwagi producentom, którzy postanowili wziąć na warsztat ten właśnie temat. Prawdopodobnie wielu widzów o projekcie Mastersa i Johnson słyszy po raz pierwszy. Możliwość zobaczenia na własne oczy, czego dotyczył i jak przebiegał, jest naprawdę fascynująca. W końcu seksualność to kwestia, która dotyczy każdego z nas..

Być może jednak ta historia nie byłaby tak wciągająca, gdyby nie duet badaczy, a zarazem głównych bohaterów serialu. Zwłaszcza jeśli ktoś nie wie, jak potoczyły się ich losy w wyniku współpracy, może spodziewać się w serialu zaskoczeń. To para skrajnie różna: on jest służbistą, poważnym i szanowanym lekarzem, którego trudno rozbawić, ona pełną życia, bezpośrednią kobietą, rozwódką z dwójką dzieci. On do ich projektu wnosi podbudowę naukową, niewykształcona Johnson ma za zadanie jedynie zachęcać ludzi do poddawania się eksperymentom i zapisywać wyniki. Ale oczywiście tylko początkowo.



W role Mastersa i Johnson w serialu Showtime wcielają się Michael Sheen i Lizzy Caplan. Oboje wydają się stworzeni do swoich ról. Ona – naturalna, bezpretensjonalna, on zniuansowany, grający dużo mimiką. Ich bohaterowie nie są czarno – biali, pole do zaprezentowania swoich umiejętności mają więc duże. Serial nie skupia się tylko na projekcie badawczym pary, ale także na ich życiu prywatnym. A to jest mocno skomplikowane w obydwu wypadkach. Poza tym, w serialu na uwagę zasługuje też drugi plan, na którym wybijają się żona Mastersa czy młody doktor Ethan Haas.

Masters of Sex (swoją drogą, świetna gra słów) oprócz tego, że przedstawia kawałek historii, jest też świadectwem obyczajowości lat 50. Myślę, że każdy kto zachwycił się Mad Men właśnie z tego powodu – pokazania obyczajów, specyfiki czasów, a także i mody sprzed kilkudziesięciu lat, nie będzie się nudził oglądając Masters of Sex. Serial nie jest pozbawiony refleksji, podejmuje też wiele uniwersalnych tematów, a jednocześnie okraszony jest odrobiną humoru.


Odpowiednie rozłożenie akcentów, profesjonalizm aktorów i dbałość o detale sprawiają, że naprawdę ogląda się Masters of Sex z przyjemnością. Osobiście wróżę serialowi duży sukces (stacja Showtime zresztą chyba w niego wierzy, bo zamówiła już kolejny sezon) i zachęcam Was do dania mu szansy. Ja z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki. 

03.10.2013

Kącik polskiego filmu: W imię...(reż. M. Szumowska, 2013)

Zagraniczny plakat jest znacznie lepszy od polskiego, pytanie dlaczego?




















W imię… to film, którego nie trzeba oglądać, by wyrobić sobie opinię. Przynajmniej do takiego wniosku można dojść czytając wypowiedzi niektórych osób ze środowisk katolickich. Zauważyłam, że mało jest recenzji filmu Małgorzaty Szumowskiej w blogosferze, co przyznam, zaskoczyło mnie. Ale tym samym postanowiłam sama zabrać głos.

Można stawiać wiele zarzutów Szumowskiej, ale za samo poruszenie problemu pedofilii i homoseksualizmu w Kościele (pytanie, na które nie odpowiedziała: czy to zawsze musi iść w parze?) już należy jej się szacunek. Może gdyby film powstał gdzie indziej nie odbiłby się tak szerokim echem, ale w Polsce przecież nie mówi się głośno na takie tematy. Jednak dla mnie, podobnie jak dla samej autorki, ten film to nie tylko film o księdzu, który zakochuje się w chłopaku z ośrodka dla niedostosowanej młodzieży, który prowadzi. To film o potrzebie miłości, która jest w każdym z nas. Nie można się dziwić, że taką potrzebę mają i osoby duchowne. Z drugiej jednak strony w kontekście tego, co wydarzyło się na Dominikanie (gdzie polski ksiądz molestował podobno trójkę dzieci), trudno być tak wyrozumiałym. Należy jednak zauważyć, że w przypadku księdza Adama granego w filmie przez fenomenalnego jak zawsze Andrzeja Chyrę nie ma mowy o molestowaniu – przynajmniej nic takiego nie widzimy w filmie. Lekko upośledzony Szczepan, grany przez Mateusza Kościukiewicza, na swój sposób zakochuje się w księdzu i sam do niego lgnie. Cokolwiek by jednak myśleć o związkach i relacjach seksualnych w Kościele, nie powinno to mieć wiele wspólnego z oceną filmu. Opinia publiczna niestety zapomina, że film to film, dzieło sztuki, wytwór pracy wielu ludzi, a pokazana w nim postawa nie jest jedyną słuszną. Film Szumowskiej z pewnością nie promuje ani pedofilii ani homoseksualizmu (choć ten akurat nikomu nie szkodzi). Oceniajmy więc film, a nie księży, którzy postępują tak a nie inaczej.

A sam film to kolejna poruszająca historia od Szumowskiej. Już od pierwszej sceny, gdy grupa chłopców dokucza upośledzonemu, film wciska nas w fotel. Reżyserka podjęła się tematu wykluczenia, co znajduje wyraz w angielskojęzycznym tytule  filmu: Nowhere. Bohaterowie rzeczywiście mieszkają gdzieś w jakimś nigdziebądź, w Polsce B, gdzie nie ma wielkich perspektyw, a każdy dzień mija tak samo. Oddać ten małomiasteczkowy klimat i mentalność tamtejszej młodzieży pomogli młodzi aktorzy, a właściwie grupka naturszczyków z okolicznych mazurskich wsi (na jednej z takich wsi swój dom ma Szumowska). Ich autentyczność to duży plus filmu. Kolejna sprawa to tęsknota do wielkiego miasta, którą autorce udało się zasymbolizować nazwami przewijającymi się na ubraniach bohaterów: Chicago, Vancouver, Illinois. Doskonale uwidacznia się ona w scenie procesji ilustrowanej mocnym rockowym kawałkiem The Funeral grupy Band of Horses, gdzie cała wioska idzie razem, a jednak każdy jest samotny, bo jak się wydaje tu inaczej być nie może. Druga scena, która najmocniej zapada w pamięć to ta, w której pijany Chyra tańczy – do tej samej piosenki – z portretem papieża Benedykta XVI. Jest w tej scenie zawarta kwintesencja tego co czuje ksiądz Adam – rozpacz, bezsilność, ale i chyba niechęć do siebie.

Jedna z bardziej oburzających niektóre środowiska scen 
W filmie Szumowskiej znowu nie pada wiele słów, ale kolejne sceny są same w sobie wymowne, w związku z czym wydaje się, że ta powściągliwość jest jak najbardziej na miejscu. Można zarzucać reżyserce pewne niedomówienia, porzucanie wątków, a nawet zbyt nachalną symbolikę, ale trudno odmówić jej talentu do poruszania widza i takiego naświetlania tematu, że trudno o nim zapomnieć po wyjściu z kina. Moralność - to słowo powinno się pojawiać w kontekście każdego filmu Szumowskiej, bo o moralność właśnie stawia ona pytania, a raczej chce nas skłonić do odpowiedzi co dla nas oznacza moralność, niekonieczne własna.

Niestety z przykrością muszę napisać, że najsłabszą stroną W imię… jest jego zakończenie, boleśnie nieprzemyślane, choć wiele mówiące i otwierające pole do dyskusji. Do dyskusji nie tyle o Kościele, co o samym homoseksualizmie, którego napiętnowanie w naszym kraju może leżeć właśnie u źródeł pedofilii w Kościele. Ale o tym to już nie mnie pisać. Film w każdym razie polecam i po raz kolejny powtarzam: z polskim kinem naprawdę nie jest tak źle jak wszyscy mówią.


Moja ocena: 8/10 

22.09.2013

Filmy, na które warto czekać

W ostatnim czasie pojawiło się kilka zwiastunów filmów, o których dużo się pisze, a co za tym idzie wszyscy są ich ciekawi. Sporo z nich to już dziś oscarowi faworyci. Oto co przyciągnęło najbardziej moją uwagę:



Film z imponującą obsadą, z której ktoś (Meryl Streep?) na pewno będzie nominowany do Oscara. Poza tym warto zobaczyć jak zmieniła się i wydoroślała „mała miss” Abigail Breslin.

Premiera: już nastąpiła na festiwalu w Toronto



Podstawą scenariusza tego filmu jest książka Michela Fabera, autora rewelacyjnego Szkarłatnego płatka i białego, o którym pisałam tutaj. Książki (jeszcze) nie czytałam, ale fabuła wydaje się intrygująca. Podobnie jak powyższy, wiele obiecujący zwiastun . Ciekawa jestem roli Scarlett Johansson, która ostatnio wybiera coraz ciekawsze produkcje.

Premiera: film miał już swoją premierę na festiwalach



Idris Elba – niech to nazwisko wystarczy za rekomendację tego filmu. Zobaczyć serialowego Luthra w zupełnie innym wcieleniu – bezcenne. Aktor ten zasługuje na duże, wybitne role. Kto wie, może Mandela da mu Oscara lub choćby samą do niego nominację? Zwiastun zapowiada całkiem dobry film.

Premiera: 3.01. 2014



Scenariusz Adwokata napisał sam Cormac McCarthy, jeden z najciekawszych żyjących pisarzy amerykańskich, autor m.in. Drogi i To nie jest kraj dla starych ludzi, dobrze znany kinomaniakom, bo filmowcy lubią ekranizować jego powieści. Tym razem scenariusz jest napisany specjalnie na potrzeby filmu. Reżyseruje Ridley Scott, co dla niektórych może być ważne (dla mnie nie jest, bo nie przepadam jakoś szczególnie za jego filmami), ale tym co naprawdę imponuje jest obsada: Brad Pitt, Michael Fassbender, Penelope Cruz, Javier Bardem…Oczywiście, często filmy tak dobrze obsadzone zawodzą, ale zwiastun każe jednak wierzyć, że będzie inaczej.

Premiera: 25. 10. 2013



Na ten film spośród wymienionych czekam najbardziej. Ogromnie podoba mi się pomysł: akcja dzieje się w niedalekiej przyszłości i skupia na samotnym pisarzu (Joaquin Phoenix) który zakochuje się… w nowoczesnym oprogramowaniu komputerowym, który przemawia do niego głosem Scarlett Johansson. Szykuje się kameralna, poruszająca opowieść o samotności i miłości niemożliwej do spełnienia.

Premiera: 12.10. 2013



Zwiastun może nie gwarantuje jeszcze świetnego filmu, ale na pewno obiecuje znakomite role aktorskie - Matthew McConaughey jako umierającego na AIDS narkomana i Jareda Leto w roli transwestyty. Warto zobaczyć przemianę tego pierwszego (schudł do roli 13 kg) i cieszyć się tym drugim, który ostatnio poświęca się bardziej karierze muzycznej, a jest przecież znakomitym aktorem, stworzonym do takich ról jak ta.

Premiera: właśnie się odbyła, na festiwalu w Toronto



Film o Grace Kelly, księżnej Monaco, siłą rzeczy, jak każda biografia wielkiej postaci, musi wzbudzać emocje. Reżyseruje Olivier Dahan mający na koncie udaną biografię Edith Piaf. Obsadzenie w tytułowej roli Nicole Kidman wywołuje jednak skrajne opinie. Obawiam się, że z tym filmem może być podobnie jak z Dianą, która była szumnie zapowiadana, a z tego co czytam, raczej nie jest filmem zbyt udanym. Obym się jednak myliła.

Premiera: 27.11.2013



O filmie nie jest na razie głośno, bo z „kosmicznych” produkcji na topie jest teraz Grawitacja. Ale ze względu na swoją tematykę, która nie jest często poruszana przez filmowców a kiedy już jest, nie są to filmy zbyt dobre, film wydaje mi się być nad wyraz interesujący. Zwłaszcza, że stoją za nim Brytyjczycy, co daje nadzieję na solidne kino. Zachęca też obsada: Romola Garai, Olivia Williams, Liev Schreiber.

 Premiera: film ma już za sobą premierę w Cannes, ale do kin jeszcze nigdzie nie wszedł.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...