01.08.2011

Z notatnika kinomanki, cz. V

Wypadałoby już chyba znowu coś tu napisać. I dziś jest ku temu chyba dobry dzień, bo humor mi dopisuje, będę więc łaskawa dla obejrzanych filmów. To już piąta odsłona mojego notatnika filmowego, czas szybko leci ;) A dziś podzielę się moimi opiniami na temat filmów, oczywiście obejrzanych niedawno, które łączy jedno - opowiadają o miłości.

Tatarak (2009)  9/10

Film kręcony był w moim mieście, wypadało więc w końcu go obejrzeć. Okazja natrafiła się w telewizji, o zupełnie ludzkiej porze, czego się nie spodziewałam. Swego czasu zastanawiałam się nawet czy iść na casting dla statystów, który pan Wajda przeprowadzał w moim mieście, ale dobrze że tego nie zrobiłam - statyści tańczyli, a to jedna z rzeczy, które nie wychodzą mi najlepiej ;) Ale mniejsza o to. Film zrobił na mnie wrażenie. Wiedziałam, że będzie to na poły film o dojrzałej kobiecie zadurzonej w młodym chłopaku, a na poły monolog Krystyny Jandy na temat śmierci męża, ale to co zobaczyłam i tak mnie zaskoczyło. Przede wszystkim samej fabuły jest niewiele - krótka historia, bo i opowiadanie Iwaszkiewicza, na podstawie której powstała też jest krótkie. Generalnie ten film pewnie wyglądałby inaczej gdyby nie śmierć Edwarda Kłosińskiego. Być może nawet można gdzieś o tym przeczytać, może Wajda o tym mówił, nie wnikałam. Ale to jest film o Jandzie, taka jest prawda. O tym jak trzeba wstać i dalej żyć po stracie ukochanej osoby. Nie przez przypadek widzimy jakby kulisy kręcenia filmu - w pewnym momencie Janda ucieka z planu. To oczywiście jest wyreżyserowane, ale działa na emocje. Działa, jak cały film. Ogromny plus dla Jandy za odwagę, mnie akurat jej ekshibicjonizm emocjonalny nie zraża - widocznie było jej to potrzebne. Ważne, że wyszło z tego małe arcydzieło, odważny eksperyment jak na polskie warunki, produkcja na europejskim poziomie.


Romantyczny, o miłości, czarno-biały, ze Zbyszkiem Cybulskim, muzyka Komedy, lata 60-te - czego chcieć więcej? Przepis na dobry film to jest właśnie ;) Prosta historia, proste, a przez to urocze dialogi i ta myśl, że kiedyś i filmy były lepsze, i ludzie byli dla siebie lepsi, i życie było lepsze.

Polowanie na muchy (1969) 6/10

A Polowanie ... chciałam obejrzeć dla Małgorzaty Braunek i dla jej okularów, które parę lat temu triumfalnie wróciły do mody. No i muszę przyznać, że faktycznie pani Braunek w tym filmie jest czarująca, ale poza tym, niewiele rzeczy mnie urzekło. Kiedy przeczytałam opinię "istna psychodelia" - pomyślałam, że to będzie ekscytujący seans. Ale ze stanem jakiejś euforii czy czegoś w tym stylu ma on dla mnie niewiele wspólnego. Jakoś mnie ten film słabo zainteresował, ale nie będę się nad tym rozwodzić. Lepiej powiem co oceniam na plus - epizod Marka Grechuty i występ Trubadurów z płaczliwymi piosenkami (grają zespół o nazwie Bliscy Płaczu;)).

Blue Valentine (2010)  8/10

To dopiero mocny film. Ogląda się go cały czas z zainteresowaniem, bo sceny w nim nie są przedstawione chronologicznie a więc skupiamy się na tym, żeby sobie ułożyć w głowie jasny obraz relacji małżeństwa Cindy i Deana. Poznajemy ich gdy dopada ich kryzys, potem dopiero widzimy jak się poznali itd. na zmianę. Dla mnie każda ze scen tego film to taka mała odrębna opowieść, mały element składający się na piękną historię miłosną. Są sceny, które mocno zapadają w pamięć, te bardzo romantyczne, urocze, jak i ostre wymiany zdań, szarpaniny, a łączy je jedno - ich źródłem jest miłość. Generalnie film ten może trochę zniechęcać do wchodzenia w związki i działać nieco przygnębiająco, ale wydaje mi się być, niestety, bardzo prawdziwy. Ile małżeństw kończy tak jak Cindy i Dean? Niestety, zbyt wiele. Z drugiej strony może on być przestrogą czego należy unikać. Na pewno jednak nie oddziaływałby w ten sposób gdyby nie odtwórcy głównych ról czyli Michelle Williams (nominowana za rolę Cindy do Oscara) i Ryan Gosling. Oboje są rewelacyjni, a Gosling podoba mi się z filmu na film coraz bardziej, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że gra ciągle ten sam typ postaci. Sam film nazwałabym przejmującym - nie jest to film wymagający, ale wpływający na emocje.


Spodziewałam się czegoś na miarę "Wyśnionych miłości", ale ten film okazał się trochę mniej melancholijny, jednak czaruje podobnie. Jest to klimatyczna, bezpretensjonalna opowieść o poszukiwaniu miłości i swojego miejsca w świecie, opatrzona całkiem dobrą muzyką, fajnie zagrana. Ale niestety mało wciągająca i trochę za bardzo jak dla mnie bajkowa, a za mało wiarygodna, co ciąży na całościowym odbiorze.


Powiem Wam w sekrecie, że scena od której wziął się polski tytuł jakoś mi umknęła...Ale za to nie umknęła mi jedyna w tym filmie kolorowa scena i uważam, że jest ona genialna (generalnie są to może dwie może trzy sekundy, ale jakże ważne dla naszego bohatera). Historię miłosną filmu oczywiście znowu oceniam na plus, taka moja natura romantyczki, ale tym razem przyznaję, że nie zrozumiałam kilku innych wątków, które jakoś mi nie pasowały do całości. Jest to jednak tylko zachętą do ponownego seansu, bo film na pewno jest tego wart, mimo iż momentami się dłuży. Dodam, że jest to film duńsko-islandzki, a więc jakość sama w sobie.

Absolwent (1967)  8/10

No w końcu...Nie znać takiego klasyka, z taką ścieżką dźwiękową - jeśli jeszcze ktoś nie widział, polecam nadrobić jak najszybciej. Może nie wpiszę go do grona moich ulubionych filmów, ale na pewno na półkę z dobrym kinem bym go postawiła. Myślę, że jest to film ponadczasowy i w tym tkwi jego siła. Pomijam muzykę i Dustina Hoffmana, bo to jest oczywiste. 


Wiem, że krótko i niezbyt ambitnie, ale komu w dzisiejszych czasach chce się czytać długie recenzje? Na koniec to co mi w głośnikach gra czyli The Naked and Famous. Co do ich płyty mam na razie ambiwalentne uczucia, ale kilka kawałków skradło już moje serce, zwłaszcza ten:


18.07.2011

Misfits (e4, 2009)


Co bym nie napisała o Misfits, wiem że i tak nie przekonam nieprzekonanych. To tak optymistycznie na początek ;) Ale uwierzcie – ja też nie sądziłam, że może mi się spodobać serial o piątce młodych przestępców (ok – to za duże słowo – bohaterowie po prostu są trochę na bakier z prawem), skierowanych na prace społeczne, którzy podczas pewnej dziwnej burzy zostają obdarzeni wyjątkowymi mocami. I tak ostra, nieco wulgarnie wyglądająca Kelly zaczyna słyszeć ludzkie myśli, sportowiec Curtis może cofać czas, seksowna Alisha za pomocą dotyku może wzbudzać w ludziach pożądanie, a nieśmiały Simon potrafi stać się niewidocznym. Tylko dowcipniś i mądrala Nathan, wyraźny lider grupy (dodajmy – nie znającej się wcześniej) wydaje się nietknięty przez tajemniczą moc. Jak się okaże, „wydaje się” to bardzo trafne określenie… Sukcesem twórców serialu jest to, że napisali postaci kompletnie różne, ale świetnie się uzupełniające i w gruncie rzeczy potrafiące stworzyć zgraną paczkę. Tym bardziej martwi fakt, że jeden z głównych bohaterów nie pojawi się w trzecim sezonie. W pierwszym, sześcioodcinkowym sezonie poznajemy bohaterów, obserwujemy ich przy pracy, jesteśmy też świadkami morderstw, których się dopuszczą. Powiedziałabym, że zarówno dla nich jako bohaterów jak i dla nas jako widzów, pierwszy sezon jest na zaprzyjaźnienie się. Dopiero w drugim naprawdę zaczyna się dziać, za sprawą pewnej tajemniczej postaci w pelerynie, która wcale nie jest Batmanem, a która sporo namiesza w życiu bohaterów. 


 Co trzeba wiedzieć zanim się przystąpi do oglądania Misfits? Na pewno wyznacznikiem pewnej jakości jak i stylu tego serialu jest fakt, że to produkcja brytyjska. Jest więc wspaniały brytyjski akcent, jest slang, jest bardzo dużo przekleństw, są odważne sceny, nazwijmy je, miłosne, jest brytyjski humor, no i przede wszystkim, nie ma ściemy, że życie jest cudowne, bezproblemowe, a ludzie są mili i grzeczni. Oczywiście, sam fakt, że bohaterowie posiadają supermoce wyklucza nazwanie Misfits serialem realistycznym, ale poza tym świat jest tu przedstawiony w naturalistyczny sposób, bez upiększeń, co ja sobie akurat bardzo cenię. Ponadto Misfits jest świetnie zrealizowany jeśli chodzi o pracę kamery, kadrowanie czy montaż który przywołuje trochę skojarzenia z teledyskami. A skoro teledyski, to i muzyka. A ta w Misfits też gra ważną rolę, jest w pełni integralna z obrazem, chwalona przez wielu. Ale wiadomo, że każdemu się nie dogodzi, ja niestety nie odkryłam żadnej perełki oprócz utworu wykorzystanego w czołówce:


Warto dodać, że Misfits otrzymał w 2010 roku statuetkę BAFTA dla najlepszego brytyjskiego serialu dramatycznego. Nagrodę otrzymał też scenograf serialu oraz grająca Kelly, Lauren Socha. 

Dla mnie Misfits to była miła odskocznia od seriali, które oglądałam na co dzień, a które skończyły się w maju. Coś świeżego, nowego, zupełnie z innej bajki niż amerykańskie produkcje. Polecam, jeśli też macie ochotę na trochę bardziej offową rozrywkę ;) 
Moja ocena to 9/10

16.07.2011

Wyśnione miłości (reż. X. Dolan, 2010)

Zastanawiałam się, czy przed napisaniem o tym filmie obejrzeć go jeszcze raz, bo bardzo mnie to kusi i na pewno to zrobię w niedalekiej przyszłości, ale stwierdziłam, że opiszę Wam tylko moje wrażenia po pierwszym seansie - takie jeszcze nieprzekalkulowane, gorące i chyba najbardziej słuszne. To, że od razu po napisach końcowych chcę obejrzeć jakiś film drugi raz nie zdarza się często, więc już sam ten fakt powinien zastąpić wszelki komentarz. Ale o Wyśnionych miłościach warto napisać coś więcej. Jak zawsze moje słowa będą niewystarczająco doskonale oddawać jak świetny jest to film - dla mnie arcydzieło. Uwaga, nakręcone przez 21-latka! W dodatku to już jego drugi film. Pan nazywa się Xavier Dolan, jest Kanadyjczykiem i ma wielki talent (pomijam już fakt, że wygląda co najmniej nieźle...;P). Na opowieść o jego debiutanckim filmie na pewno przyjdzie czas, bo obowiązkowo muszę go obejrzeć. Ach, dodam jeszcze że Xavier sam jest też aktorem i gra główne role w swoich filmach. I to jak gra! Wyśnione miłości są zresztą kompozycją złożoną ze świetnych ról trójki głównych bohaterów: pary przyjaciół - Francisa (który jest gejem, gra go właśnie Dolan) i Marie oraz Nicolasa, którego poznają na pewnej imprezie. Chłopak, o wyglądzie aniołka, przyjechał właśnie do Montrealu. Zafascynowani Nicolasem przyjaciele z miejsca zaczynają rywalizować o jego względy, wystawiając na próbę łączące ich więzy. Czy ta historia ma szansę skończyć się dobrze dla nich wszystkich?


Aktorzy spisali się na medal, co uwydatniają świetne zdjęcia w zwolnionym tempie, dzięki którym mamy szansę przyjrzeć sie dokładnie ich gestom i mimice. Perfekcyjnie oddają oni uczucia towarzyszące zakochaniu, co slow motion pozwala uchwycić. Nie znam się na zdjęciach, ale to się wie, kiedy są one naprawdę dobre. W filmie Dolana mamy do czynienia z mocną estetyzacją rzeczywistości. Nasuwają się  skojarzenia z atmosferą lat 50. i 60., Marie przypomina Audrey Hepburn, Francis czesze się na Jamesa Deana, kluby zasnute są mgłą papierosowego pyłu, a w tle leci sentymentalna muzyka. Muzyka kapitalna zresztą, budująca atmosferę. Powracające w wielu momentach "Bang Bang" w wykonaniu Dalidy czy suity Bacha wchodzą do głowy i zostają w niej na bardzo długo.W pamięci mam poszczególne sceny wraz z muzyką jaka im towarzyszyła, bo te dwie warstwy filmu po prostu ciężko od siebie oddzielić.



Warto dodać, że oprócz tego, że fabuła koncentruje się na historii miłosnego trójkąta, co jakiś czas jest ona przerywana wypowiedziami innych osób, wypowiedziami na temat miłości, oczywiście. Coś w stylu zbliżonym do dokumentu. To świetny zabieg, ja czekałam z niecierpliwością, aż wypowiadający się ludzie dokończą swoje historie. A są one niemniej interesujące niż główny wątek: smutne, zwariowane, zabawne. Pokazują, co miłość robi z ludźmi i czym w ogóle dziś ona dla nich jest. I choć generalnie film jest dość lekki i nie kończy się źle, wprawia w bardzo melancholijny nastrój. Bo morał z niego jest taki, że ta wyśniona miłość wcale może nie być dla nas...

No ale cóż, zakochani się w tym filmie zakochają ;) Polecam.

Moja ocena to 9/10

08.07.2011

Julie i Julia (książka J. Powell + film N. Ephron)


Dzisiejszy wpis będzie wpisem porównawczym dedykowanym filmowi Julie i Julia i książce na podstawie, której powstał (Julie i Julia. Rok niebezpiecznego gotowania). Długo mi zajęło zabranie się za ten hit kinowy, ale to dlatego, że właśnie najpierw chciałam dorwać książkę, a to nie było takie łatwe. No ale udało się i było warto czekać, bo książka mnie ujęła. Świetne czytadło, najlepsze od dłuższego czasu jakie miałam w ręku. Świetnie mi poprawiało humor i czytało się bardzo szybciutko, nie zauważyłam kiedy skończyłam, niestety. Nie jest to oczywiście proza najwyższej próby, ale Julie Powell ma bardzo lekkie pióro i potrafi pisać w ciepły, dowcipny sposób, co sprawia, że nie trzeba się wstydzić, że się tę książkę przeczytało. Jej język i przyjacielskie podejście do czytelnika bardzo mi się spodobały. O czym napisała tego pewnie nie muszę przypominać, bo o projekcie Julie/Julia było głośno, właśnie za sprawą filmu z 2009 roku, ale w skrócie: Julie Powell, pracownica rządowa, przeżywająca kryzys związany z przekroczeniem trzydziestki postanowiła założyć blog, na którym będzie opisywać swoje wyzwanie zrealizowania w ciągu roku 524 przepisów z książki kucharskiej Julii Child, słynnej (jak dla mnie słynnej dopiero od owego 2009…) amerykańskiej kucharki. Oczywiście nie jest to takie łatwe, po drodze Julie napotyka w kuchni wiele mniejszych i większych przeszkód, które są całkiem zabawne. Zabawna jest i sama postać Julie – to osoba, którą z miejsca byśmy polubili, otwarta, wesoła, wygadana, a jednak zupełnie nieidealna, a więc po prostu swojska. Z książki bije optymizm a oprócz tego, że zachęca ona, co oczywiste, do gotowania, aż chce się po jej przeczytaniu założyć bloga lub po prostu na tym, który już się ma napisać coś od serca. Powiedziałabym, że to pochwała blogosfery i radości, jaką ona daje jej użytkownikom. A film, czy w nim też to odnajdziemy?


Otóż nie. Film dość mocno różni się od książki Julie Powell, ale to dlatego, ze bardziej chyba jednak opiera się na książce Julii Child, bo i ona wydała książkę o sobie – Moje życie we Francji. Wątek Julii Child przez Powell jest jedynie zarysowany w postaci wypisów z pamiętnika męża Julii, natomiast w filmie Nory Ephron jest on zdecydowanie na pierwszym planie i o dziwo okazuje się być ciekawszy od sekwencji współczesnych czyli scen z życia Julie Powell. Te są potraktowane bardzo powierzchownie i bardzo skrótowe w stosunku do książki młodej Amerykanki. Brakuje przede wszystkim całego drugiego planu, a więc perypetii sercowych brata Julie i jej przyjaciółek, które moim zdaniem ożywiłyby trochę film. W książce każda kulinarna przygoda Julie jest opisana bardzo dokładnie, w filmie dostaniemy jedną krótka scenę ją opisującą. Oczywiście, wymogi czasowe, nieubłagane, wiem. Ale całe to wyzwanie Julie jakby straciło na znaczeniu, przez to, że zostało pokazane tak bardzo po łebkach. Z drugiej jednak strony, sekwencje z przeszłości są świetne i przywracają równowagę. Meryl Streep jest genialna w roli Julie Child – akcent, sposób mówienia, poruszania się – mistrzostwo świata. Ona nie wciela się w Julię, ona jest Julią. Do tego Stanley Tucci u jej boku – świetny duet. No i postać Julii sama w sobie jest ciekawa. Kobieta jest świadectwem tego, że nigdy nie jest za późno na nic – zarówno na miłość, jak i na spełnianie swoich marzeń i realizowanie pasji. A więc polecam film Julie i Julia dla pozytywnego nastrojenia się do życia, bo takie jest jego działanie. Czy przeczytacie książkę przed czy po nie ma żadnego znaczenia, bo jak dla mnie to praktycznie dwie różne historie.

Moja ocena filmu to 7/10, a książki 9/10.
                                                                  

06.07.2011

Kącik polskiego filmu: Niewinni czarodzieje (reż. A. Wajda,1960)

Stare filmy mają w sobie coś niesamowitego. Historie przedstawione na biało-czarnej taśmie jakoś tak bardziej na mnie działają. I sam okres powstania takich filmów - inna epoka, inne stroje, wygląd, obyczaje, mentalność ludzi. Aktorzy, których już nie ma. Muzyka. Właśnie z tych powodów Niewinni czarodzieje mnie dosłownie oczarowali. To oznacza, że muszę się koniecznie zabrać za filmografię mistrza Wajdy. Popiół i diament zrobił na mnie wielkie wrażenie, ale nie spodziewałam się że ponownie doznam tego uczucia. Przyznam, że nie widziałam ani Człowiek z marmuru, ani ...z żelaza, Wajda to dla mnie Katyń i Pan Tadeusz. Wiem, wstyd. Ale dawny Wajda byłby chyba moim ulubionym reżyserem. W końcu jeszcze czeka na mnie Polowanie na muchy, Wszystko na sprzedaż i Ziemia obiecana. A co mogę powiedzieć o ....czarodziejach


Najpiękniejsze jest to, że nie trzeba fajerwerków by zrobić film, który od początku do końca ogląda się w napięciu i z zainteresowaniem. Akcja filmu Wajdy dzieje się przez większą część czasu w czterech ścianach mieszkania młodego lekarza Bazylego. Zaprasza on do niego dopiero co poznaną w klubie jazzowym dziewczynę, Pelagię. Ich spotkaniu towarzyszy aura tajemniczości. Film ten to trochę studium psychologiczne tych dwóch postaci. Oboje są sobą zafascynowani, ale starają się tego nie okazywać. Toczą ze sobą grę - oboje są cyniczni, jednocześnie prowokujący, ale nie chcą się przyznać, że im zależy. Przybierają maski obojętności, prowadzą ze sobą jak sami mówią "inteligentną rozmowę", przerzucając się filozoficzno-poetyckimi frazesami, które wydają się być dziś zupełnie przestarzałe, a przez to piękne. Ich dialogi są zresztą świetne, dowcipne, pełne ciętych ripost - faktycznie "inteligentne". Z drugiej strony - tego typu "zaloty" nie zestarzały się wcale, więc można odnieść ten film także do współczesności. Między bohaterami czuć erotyczne napięcie i  oglądaniu filmu autentycznie towarzyszy oczekiwanie na chociażby pocałunek. Ale o ile wydaje się, że Bazyli byłby w stanie dla Pelagii się ustatkować i zerwać z dość przedmiotowym traktowaniem kobiet, o tyle Pelagia wyraźnie broni się przed miłością. 


 Tym samym zakończenie, dokręcone podobno tylko po to, by film został dopuszczony do wyświetlania w kinach (bo pierwotne nie podobało się władzy), wydaje się początkowo dość zaskakujące, ale po chwili zastanowienia jest jednak bardziej życiowe. Ach, muszę jeszcze wspomnieć oczywiście o kreacjach głównych bohaterów. Jestem pewna, że gdyby na miejscu Tadeusza Łomnickiego i Krystyny Stypułkowskiej znaleźli się inni aktorzy, film wiele by stracił. Ta para była po prostu urocza. Wiem, że to wszystko banalne co piszę, ale moja natura romantyczki odzywa się właśnie kiedy oglądam takie bezpretensjonalne, kameralne filmy, które są tysiąc razy bardziej romantyczne niż współczesne. Aha, i niesamowitą atmosferę buduje tu jeszcze muzyka Krzysztofa Komedy. Niewinni czarodzieje to w równej mierze film o miłości co wyraz umiłowania dla jazzu. A w powietrzu unosi się jeszcze jakiś duch nihilizmu, egzystencjalizmu, dekadencji...No i myślę, że każdy chciałby przeżyć jedną taką noc...
Polecam wszystkim, którzy lubią senne, sentymentalne klimaty, wrażliwcom i romantykom, jak również po prostu ceniącym dobre kino :)


Moja ocena to 9/10.

02.07.2011

Z notatnika kinomanki, cz. IV

Wiem, że jestem niekonsekwentna w prowadzeniu bloga i boleję nad tym. Zawsze miałam słomiany zapał i jak widać chyba tego nie zmienię, mimo iż piszę już do Was jako osoba z wyższym wykształceniem i bezużytecznym tytułem magistra. Wyobrażałam sobie, że zdobędę grono czytelników, ale sama wiem po sobie, że zbyt długie przerwy między kolejnymi postami zniechęcają do śledzenia bloga. Mam w planach napisać o tylu rzeczach, ale zbyt często podczas wyboru: napisać o filmie czy obejrzeć film, zwycięża ta druga opcja. A więc podziwiam tych z Was, którzy piszą u siebie codziennie. Ja pewnie tego nie osiągnę, ale podczas czytania "Julie & Julia" naprawdę nabrałam ochoty na codzienne blogowanie :) O tej książce z pewnością jednak napiszę, jak tylko obejrzę film do kompletu, co by mieć porównanie :)

A dzisiejszy post to taki szybciutki przegląd tego, co widziałam w ostatnim czasie, a o czym nie napisałam. Jak z tego się przed Wami rozliczę, będę mieć czyste konto i zacznę pisać na bieżąco gorące refleksje filmowo - muzyczno - książkowe :) A więc do dzieła:

Nie martw się o mnie (2008) 8/10

Genialny, skromny, francuski film ze świetnymi rolami Kada Merada (pamiętacie, pisałam o nim) i Melanie Laurent (to ta urocza, mściwa blondynka z Bękartów wojny). Dramat bardzo kameralny, emocjonalny, z piękną muzyką zespołu Aaron o wielkiej tajemnicy, stracie i rodzicielskiej miłości. Polecam bardzo!

Emma (1996)  8/10

Ekranizacja jedynej z sześciu książek Jane Austen, której jeszcze nie czytałam. Nie mając porównania do książki oceniam ten jako bardzo dobry. Nie nudziłam się na nim, historia jest opowiedziana lekko i zabawnie, Gwyneth Paltrow dobrze odnalazła się w tytułowej roli, a w pamięci zostaje też rola Toni Collette. Mówią, że Emma to najpogodniejsza książka Austen i z tego filmu też to wynika.

Mamut (2009)  8/10

Mamut to dla mnie trzy rzeczy: Michelle Williams, Gael Garcia Bernal i świetna ścieżka dźwiękowa. I to mnie ujęło wystarczająco, by polecić ten film. Generalnie jest to film smutny, o samotności, raczej dla ludzi lubiących melancholijne klimaty. Film do kontemplacji i refleksji.

Cemetery Junction (2010)  9/10

Fenomenalny film. Brytyjski. Zabawny i wzruszający. Opowiada historię kilku kumpli stojących u progu dorosłego życia, chcących wyrwać się ze swojego małego miasteczka. Mają marzenia, plany, lubią podrywać dziewczyny i są świetnymi przyjaciółmi (a trzeba Wam wiedzieć, że przyjaźń w filmach to jeden z moich ulubionych wątków - dobry pomysł na post?). Fajnie, że udało się zrobić z tego scenariusza coś fajnego, a nie zwykłą komedię romantyczną. Panom polecam szczególnie ze względu na Felicity Jones, ale męska obsada w niczym jej nie ustępuje ;)

Rabbit Hole (2010)  8/10

Po obejrzeniu filmu widzę, że oryginalny tytuł jednak jest lepszy niż Między światami, aczkolwiek tłumaczenie to odnosi sie w pewien sposób do treści filmu. Jeśli macie w pamięci reklamę tego filmu mówiącą, że jest on połączeniem Uwierz w ducha i Innych to też Was muszę rozczarować. To ani melodramat, ani horror. To bardzo ciekawie opowiedziana historia kobiety, która szuka sposobu by poradzić sobie ze stratą dziecka i pomoże jej w tym znajomość ze sprawcą tego śmiertelnego wypadku, w którym ono zginęło. Bardzo dobry dramat psychologiczny z naprawdę jedną z lepszych ról Nicole Kidman.

Piraci z Karaibów. Na nieznanych wodach (2011) 7/10

Podobało mi się, ale odczuwam zmęczenie materiału. Producenci poratowali się udziałem Penelope Cruz i faktycznie jej duet z Johnnym Deppem to główna atrakcja filmu, z kolei bohaterowie którzy pojawili się w miejsce Keiry Khightley i Orlando Blooma to dla mnie nieporozumienie. Niepotrzebny wątek. Poza tym jest tu to do czego już jesteśmy przyzwyczajeni: cięty humor, dużo akcji, niezmienna muzyka. Ok, ale bez szału. Do następnej części mi się nie spieszy.

Ludzkie dzieci  (2006) 7/10

Wyobrażałam sobie coś innego no i Julianne Moore zbyt szybko zniknęła. Ale sama historia interesująca, sprawnie zrealizowana, a że wizje apokalipsy ostatnimi czasy bardzo mnie zainteresowały oglądałam z zaciekawieniem. Spodobało mi się to, że niby jest to science fiction, ale jednak na tyle realistyczne, że ja - nie będąca fanką tego gatunku - jestem w stanie je dobrze ocenić :)

To właśnie Anglia (2006)  7/10

Jak w tytule. Bardzo naturalistyczny film, pokazujący Anglię lat osiemdziesiątych, jej niezbyt ciekawe zakątki i mało lubiane środowisko - skinheadów. Ostry, wulgarny język, brak cenzury, przemoc - na to trzeba się przygotować, ale warto ten film obejrzeć, by co nie co się dowiedzieć. Świat w nim przedstawiony gdzieś tam sobie jeszcze istnieje i trochę to przerażające.

Siedem dusz (2008)  8/10


Gabriel Muccino to nieoszlifowany chyba jeszcze diament. Reżyser świetnego W pogoni za szczęściem nakręcił w Hollywood drugi równie dobry film i mam nadzieję, że awansuje do czołówki europejskich reżyserów, którym udało się również za oceanem. W tym filmie ponownie współpracuje z Willem Smithem, który ponownie gra zaskakująco dobrze.Początek filmu może Wam się wydać nudny, bo bohater Smitha zachowuje się w dosyć niewytłumaczalny sposób i nie wzbudza zbytniej sympatii. Ale z minuty na minutę robi się coraz ciekawiej, chcemy poznać jego tajemnicę, zrozumieć go. No i jest jedna naprawdę mocna scena pod koniec, a potem zostaje już tylko zastanowić się, czy my bylibyśmy skłonni do takiego poświęcenia jak nasz bohater. Warto zaopatrzyć się w chusteczki.

Tuż po weselu (2006)  7/10

Trudny film o rodzinnych sekretach, ładnie sfotografowany i świetnie zagrany (Mads Mikkelsen w roli głównej), ale jak dla mnie na jeden raz.

W doborowym towarzystwie (2004)  6/10

Można obejrzeć tak jak ja - z sympatii do Scarlett Johannson. Lekka historyjka, której nie trzeba oglądać zbyt uważnie, bo dzieje się w niej niewiele. Nic powyżej poziomu przeciętnej komedii romantycznej, tyle że może zakończenie nie takie idealnie sztampowe i przewidywalne ;)

Wysokie obcasy (1991) 8/10

Jak zawsze u Almodovara - trochę surrealizmu, płaczących kobiet zakochanych na zabój, po drodze morderstwo, zagadka...Jak zawsze świetne aktorstwo, muzyka, zdjęcia, scenografia, detale. Mogę tylko polecić.

Wielka ucieczka (1963) 8/10

Klasyka. Sedno filmu stanowią przygotowania do owej wielkiej ucieczki z niemieckiego obozu jenieckiego. Pomysłowość więzionych pilotów RAFu nie zna granic, a aktorzy wcielający się w nich stworzyli naprawdę ciekawe kreacje, postaci, które się lubi i zapamiętuje. No a zobaczyć Steva McQueena na motorze chyba powinien każdy kinoman, choć generalnie nie pojmuję o co chodzi z tym jego fenomenem. A film ma jedną wadę - irytującą muzykę.

Piękne dziewczyny (1996) 7/10

Film o grupce przyjaciół, która spotyka się po latach. Bardzo realistyczny, wiarygodny, ciepły. Ma się wrażenie, że reżyser opowiada o sobie i swoich znajomych. Fajnie zagrany główny bohater (w tej roli Timothy Hutton), a prawdziwie fenomenalna młodziutka Natalie Portman jako quasi-lolitka chcąca go uwieść. I dla niej naprawdę warto zobaczyć ten film!

Skrzydlate świnie (2010) 7/10

Nie oglądam zbyt wielu polskich filmów, ale sądząc po recenzjach jest to jeden z lepszych filmów ostatnich lat. Na mnie zrobił bardzo pozytywne wrażenie, ze względu na oryginalną tematykę. Powiedzieć, że to film o pseudokibicach to zdecydowanie nadużycie, ale zarysowuje on ten problem i świetnie wyjaśnia reguły jakim rządzi sie kibicowanie na meczach piłkarskich. Poza tym to opowieść o przyjaźni, lojalności, braterskiej miłości i małomiasteczkowym życiu. Jestem pod wrażeniem roli Olgi Bołądź - mamy naprawdę zdolną aktorkę - ale oprócz niej właściwie cała obsada zasługuje na pochwałę, nawet Małaszyński daje radę. Dla mnie oczywiście dodatkowym atutem była obecność na ekranie Piotra Roguckiego (niech mi ktoś powie, że on nie ma talentu aktorskiego) i muzyka Comy w tle. Sceny kiedy Roguc fałszuje w aucie do własnych piosenek - bezcenne.

I tym oto sposobem doszliśmy do końca tego wypisu rzeczy obejrzanych. Skoro zatrzymaliśmy się na muzyce to pozostańmy w tym temacie. Oto piosenka, którą pokochałam bezgraniczną miłością, już za pierwszą linijkę tekstu:


O nowej płycie Myslovitz wypadałoby oczywiście wspomnieć coś więcej. Moim zdaniem nie jest ona gorsza od ostatniej czyli Happiness is easy, która jest moją drugą ulubioną płytą chłopaków, tuż po Miłości w czasach popkultury. Na Nieważne jak wysoko jesteśmy... teksty są niezwykle melancholijne co, nie ukrywam, bardzo mi odpowiada. Są przede wszystkim o czymś, widać, że zespół ma swoim słuchaczom coś do przekazania. To się nie zmieniło przez lata. Płyta jest bardzo zrównoważona, są na niej zarówno utwory spokojne jak i takie, przy których ciężko usiedzieć, a więc każdy powinien być zadowolony. Mi niczego nie brakuje, uważam po 5 latach oczekiwań nie mogliśmy dostać nic lepszego :) I mam ogromną ochotę pójść na koncert...

Do napisania mam nadzieję wkrótce :)

19.06.2011

Z notatnika kinomanki, cz. III

Szczerze mówiąc, nie wiem od czego zacząć. Niektóre z filmów, o których chciałabym napisać obejrzałam ponad dwa miesiące temu, w związku z czym zatarły się już pierwsze, najgorętsze wrażenia jakie we mnie wywołały. Nie jestem też w stanie w niektórych przypadkach przywołać konkretnych szczegółów, ale w kilku słowach postaram się polecić/odradzić co nie co. Okazało się, że podczas mojej blogowej przerwy obejrzałam całkiem sporo, postanowiłam więc podzielić filmy na grupy według nie tyle gatunków, co raczej ciężaru gatunkowego. Na pierwszy ogień filmy lekkie, głównie komedie romantyczne :)


Wpadka (2007)

Wpadka jest w pewnym sensie pochwałą instytucji rodziny. Zaczynająca karierę w telewizji dziennikarka i niedojrzały, beztroski imprezowicz wydają się kompletnie nieprzygotowani do bycia rodzicami (jak również do bycia razem, pochodzą bowiem z dwóch różnych światów), a jednak postanawiają dać sobie szansę dla dobra dziecka. Na ekranie oglądamy ich dojrzewanie do roli rodziców, zmagania z lękami i obawami, które są pretekstem do licznych zabawnych sytuacji. Jest to w pewnym sensie rozczulające jak ciąża może zmienić nas i nasze podejście do życia. W filmie jest kilka mało smacznych scen i niewybrednych żartów, ale generalnie jest on nie głupi. Pokolenie współczesnych dwudziestoparolatków zostało sportretowane bardzo wiarygodnie, choć trzeba wziąć poprawkę na to, że w Stanach to ich życie zawsze będzie wyglądać trochę inaczej niż u nas. Film jest co ważne naprawdę zabawny i z całą pewnością zasługuje na miano komedii romantycznej, a jak wiemy na ogół w filmach które się nim określa, o ten humor naprawdę trudno. Dodatkowym atutem są odtwórcy głównych ról, Katherine Heigl i Seth Rogen - role są pisane jakby z myślą o nich :)
Ja oceniam na 7/10

A właśnie że tak! (2007)

Generalnie największym minusem filmu jest fakt iż jest on nieco przewidywalny, ale z drugiej strony oglądało mi się go całkiem przyjemnie. To jest w przeciwieństwie do Wpadki taka typowa komedia romantyczna, która nie stara się nawet przemycić nic mądrego,  może oprócz tego, że fajnie mieć siostry, ale to w sumie nic nowego. Generalnie wątek wokół którego koncentruje się fabuła, a więc poszukiwania narzeczonego dla córki, które poczynia na ekranie Diane Keaton to dobry punkt wyjściowy dla szeregu zabawnych sytuacji spod znaku komedii omyłek. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie Mandy Moore, za którą jakoś nieszczególnie przepadam, a okazuje się, że do ról takich słodkich i naiwnych dziewcząt się nadaje, gra bardzo lekko i wcale nie drażni swoją obecnością na ekranie, wręcz odwrotnie, rozsiewa jakiś niezdefiniowany bliżej czar, choć niewykluczone że to jej uroda przesłania wszelkie inne braki. W każdym razie ona i Diane Keaton to duet, który jest największą zaletą filmu, który nazwałabym po prostu ciepłym, idealnym na kiepskie samopoczucie. Oczywiście, idealnym dla kobiet, bo obawiam się, że mężczyźni, oglądając go będą się śmiać nie z gagów, a ze sportretowanych w nim kobiet i ich życiowych dylematów. 
Dla mnie 6/10

Moja dziewczyna wychodzi za mąż  (2008)

 Ale to już było, gdy Mój chłopak się żeni(ł), chciałoby się powiedzieć. Nie dość, że pomysł skradziony, to i wykonanie średnie. Powód dla którego obejrzałam ten film był wyłącznie jeden i nazywał się Patrick Dempsey. Zdaje się, że nie miałam wcześniej okazji sprawdzić jak radzi sobie na ekranie poza Grey's Anatomy. Ten film opłacało sie obejrzeć jeszcze z tego względu, że występuje w nim także znany z Chirurgów Kevin McKidd. I śpiewa! czym potwierdza swój świetny występ w odcinku musicalowym tegoż serialu (czy raczej odwrotnie, w końcu film był pierwszy). W filmie panowie się nie lubią, bo Kevin ukradł dziewczynę Patrickowi. Patrick zostaje jej "druhną honorową" jak to się ładnie w USA  nazywa i bierze udział we wszystkich przygotowaniach do ślubu, przy czym zazdrość go zżera, bo uświadamia sobie, że jest zakochany w swojej przyjaciółce, która przed laty odrzuciła jego względy. Jak to się skończy nietrudno się domyśleć. Jeśli chodzi o humor to jest znacznie gorzej niż w dwóch wyżej omawianych filmach. Scenarzysta silił się na dowcipy, ale mu nie wyszło. Natomiast Patrick gra nie lepiej, nie gorzej niż w GA, ale też i postać dosyć podobna, Kevin w zasadzie nie ma zbyt wiele do zagrania, za to Michelle Monaghan robi całkiem pozytywne wrażenie. Jak dla mnie film okazał się zbyt przewidywalny i schematyczny, zabrakło mi w nim jakichkolwiek oryginalnych pomysłów, których bym nie znała z innych tego typu produkcji. Dlatego też oceniam go na 6/10. 

Jeszcze dalej niż Północ (2008)

 Opuszczamy rejony komedii romantycznych i zajmiemy się teraz komediami nie-romantycznymi. Francuski film Jeszcze dalej niż Północ miałam okazję obejrzeć w Wielkanoc (to naprawdę było dawno ;)) w telewizji i była to najlepsza rzecz na jaką w te święta w telewizji trafiłam. O filmie słyszałam wiele dobrego, m.in. to że we Francji pobił on dotychczasowe rekordy oglądalności - obejrzało go 20 milionów widzów! Dany Boon, reżyser, stał się niekwestionowanym królem francuskiej komedii (co potwierdza teraz nowym filmem Nic do oclenia). Co tak bardzo spodobało sie Francuzom i mi również? Myślę, że jest kilka czynników stojących za sukcesem filmu: przełamywanie stereotypów - główny bohater to naczelnik poczty z Marsylii, który z powodu drobnego kłamstewka zostaje oddelegowany do pracy na północy Francji. I jawi mu się to jak zesłanie co najmniej na Syberię, bo nie dość, że północ z południem się delikatnie mówiąc nie lubią, to jeszcze południowcy wyobrażają sobie ten region jako zimną, zacofaną krainę. Tymczasem rzeczywistość okazuje się inna i Phillipe spotyka się tam z dużą gościnnością, serdecznością i bardzo ładna pogodą. Ale żona, która została w Prowansji, nie wierzy w jego zapewnienia, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, więc dla świętego spokoju, nasz bohater kłamie przed nią, że faktycznie, Północ jest okropna. I to jest oczywiście powodem wielu zabawnych sytuacji. I tu pojawia sie druga mocna strona filmu czyli po prostu komizm w czystej postaci oraz trzecia, którą jest brawurowa obsada (a w niej sam Dany Boon, naprawdę rozbrajający). A grający główną rolę Kad Merad powinien być traktowany jako francuskie dobro narodowe, widziałam go jeszcze w jednym filmie, gdzie rolę miał całkiem odwrotną - dramatyczną i w obydwu odnalazł się znakomicie, zwróćcie koniecznie na jego filmy uwagę jako i ja mam zamiar uczynić. 
Siłą filmu Boona jest też podejmowanie tematów bliskich jego rodakom, co u nas się nie do końca udaje. Boon skupia się na lokalności, nie sili się na intrygi, pościgi, ale opisuje po prostu swój kraj, takim jaki on jest, z jego antagonizmami, uprzedzeniami, szowinizmem i te jego cechy wyśmiewa w naprawdę godny pozazdroszczenia sposób . Nie jest to pusta komedyjka i jak najbardziej zasługuje na bardzo dobrą ocenę 8/10.

Człowiek, który gapił się na kozy (2009)


Na temat tego filmu będzie krótko i węzłowato. W ogóle on do mnie nie przemówił. Nie moje poczucie humoru - w ogóle mnie nie śmieszył. Nie wiem o co w nim chodzi, za duży absurd jak na mnie. Myślę, że trzeba być fanem naprawdę absurdalnego poczucia humoru i w ogóle mieć jakieś ciągoty w stronę abstrakcji, żeby docenić ten film. Ja znalazłam w nim kilka fajnych scen i dialogów i oczywiście doceniam grę aktorską, bo do tej przyczepić się nie można, w końcu na ekranie mamy naprawdę samą śmietankę hollywoodzkich aktorów. I nawet w pierwszej połowie filmu miałam jeszcze nadzieję, że wyjdzie z tego coś dobrego, ale niestety, dalsza część akcji mnie rozczarowała. Niemniej początek warto obejrzeć dla tej piosenki: 


A moja ocena filmu, i tak zawyżona, to 5/10.

Na dziś to tyle. W zanadrzu mam jeszcze filmów na jakieś trzy notki, a potem się pomyśli. Na pewno napiszę o serialu The Killing :)

16.06.2011

Reaktywacja.

To będzie krótka notka pisana po to by uspokoić/wkurzyć* tych, którzy myśleli, że w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęłam na dobre. Wracam po przerwie spowodowanej a) intensywnym pisaniem dzieła życia (czytaj: pracy magisterskiej), co skutecznie obrzydziło mi na, jak widać, dość długi czas pisanie czegokolwiek, b) stanem przedepresyjnym związanym ze zmianami jakie zachodzą teraz w moim tak zwanym życiu. Ale już się ogarnęłam, grunt to mieć plan, a takowy właśnie na najbliższe tygodnie mam.
W tej powitalnej notce, zachęcającej do dalszego odwiedzania mojego skromnego bloga chciałam się podzielić moimi planami serialowymi na wakacje. Bo choć wielu z Was nie ma wakacji sensu stricte, bo już się nie uczy, to jednak w świecie seriali nastały wakacje, a lukę w emisji naszych ulubionych serii trzeba sobie czymś zapełnić. Oczywiście, są pewne seriale, które premiery nowych sezonów mają właśnie latem, ale są one w zdecydowanej mniejszości. Ja spośród nich oglądam tylko True Blood, i to z coraz mniejszym zainteresowaniem (bo ile można: wampiry, wilkołaki, menady, wróżki w jednym serialu, wtf?! to mnie przerasta). Wakacje to dobry czas na nadrobienie seriali, których się nie ogląda na co dzień, z różnych względów, z których przeważającym jest pewnie brak czasu. Ja jednak chcę uniknąć uzależnienia się od kolejnego serialu wieloodcinkowego (nie wiem jak profesjonalnie się to nazywa, chodzi mi o seriale 22-24 odcinkowe) dlatego mój tego roczny plan jest taki: Misfits i Wallander (BBC) w pierwszej kolejności, potem może kilka zakończonych miniseriali od BBC, a jak starczy czasu The Kennedys (przez chwilę było o tym serialu głośno) i Zakazane Imperium (Złoty Glob dla najlepszego serialu 2010, trzeba w końcu sprawdzić za co). Jestem ciekawa jakie są Wasze plany, czy też będziecie nadrabiać serialowe zaległości?
Chętnie coś polecę ;)
Jeśli chodzi o ostatnie tygodnie nie były wcale takie zmarnowane, przede wszystkim słuchałam bardzo dużo dobrej muzyki, odkryłam m.in., że jestem w stanie polubić klasykę, o ile grają ją David Garrett lub Leszek Możdżer, przeżyłam syndrom zapętlenia jednego utworu, a następnie całej płyty i najchętniej podzieliłabym się z Wami tym wszystkim, ale jako piosenkę na dziś proponuję melodię, którą możecie znać z reklamy Lecha i która na pewno za Wami chodzi i chcielibyście wiedzieć co to...;) Więc ja Wam daję szansę ;)



A w temacie wakacji i urlopów jeszcze jedno trafne spostrzeżenie



Wypatrujcie kolejnej notki niebawem, jak tylko ogarnę co widziałam i przeczytałam przez te kilka tygodni :)

* niepotrzebne skreślić

10.05.2011

Sherlock (BBC, 2010)


Nie będę oryginalna. Właściwie niewiele mogę od siebie dodać jeśli mowa o Sherlocku, wszystko co najważniejsze powiedzieli, czy raczej napisali, już inni blogerzy. Jeśli ktoś słyszał o tym serialu, ale waha się czy go obejrzeć, radzę się dłużej nie zastanawiać. Czy się zna przygody Sherlocka Holmes’a czy nie, trzyodcinkowy serial BBC powinien się spodobać miłośnikom produkcji z ekstrawaganckimi geniuszami w rolach głównych. A także fanom zagadek i brytyjskiego akcentu.

Warto podkreślić, czego ja nie wiedziałam, przystępując do oglądania, że Sherlock dzieje się we współczesności. Przeniesienie akcji o wiele lat w przyszłość okazało się strzałem w dziesiątkę. Wydawało się, że po ekranizacji Guya Ritchie o genialnym detektywie nie da się powiedzieć już nic nowego. Serial BBC udowadnia, że  można posunąć się jeszcze dalej niż tylko uczynić Holmes’a nieprzewidywalnym zawadiaką o twarzy Roberta Downey Jr. Kto pisał, że nie wyobraża sobie nikogo innego na jego miejscu, ten powinien obejrzeć Sherlocka, w wykonaniu Benedicta Cumberbatcha. Jeśli miałabym go z kimś porównać, przypomina bardziej Doktora House’a niż swojego poprzednika. Ale jest młodszy od nich obydwu, co jest dużym krokiem naprzód.

Przygody Sherlocka były mi do tej pory zupełnie obce, co traktuję osobiści jako ujmę na honorze…Mam jednak wrażenie, że ta sama historia opowiadana na nowo okazuje się być zaskakująco świeża. Gdyby nie doskonały zmysł dedukcji i dr Watson u boku, można by zapomnieć, że ma się do czynienia z klasyką powieści detektywistycznej. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych wada. Nie znając oryginalnych trzech historii, które zostały opowiedziane w Sherlocku, nie mam porównania na jak daleko idące zmiany fabularne odważyli się twórcy. Myślę jednak, że gdyby była to profanacja klasyki, serial nie zyskałby takiego uznania (a jest nominowany m.in. do telewizyjnych nagród BAFTA). Faktem jest, że poszczególne odcinki są bardzo wciągające, a ogląda się je z tak dużym zaciekawieniem szczególnie dzięki znakomitej grze duetu Cumberbatch i Martin Freeman (znany z To właśnie miłość przyszły odtwórca roli Bilbo Bagginsa w Hobbicie). Panowie świetnie współpracują, a i każdy z nich z osobna nadaje swojej postaci charakterystyczne rysy. Trudno ich nie polubić, zwłaszcza obserwując ich rozkwitającą przyjaźń. 

Na takie widoczki zawsze miło popatrzeć...

Dopełnieniem  gry aktorskiej jest rewelacyjna muzyka, idealnie pasująca jako tło do rozwiązywania zagadek, efektownie budująca napięcie. Uwagę zwracają też zdjęcia, odzwierciedlające piękno Londynu i montaż. Ciekawym zabiegiem są napisy pojawiające się na ekranie głównie podczas, że tak to nazwę, procesu myślowego Sherlocka.

Szkoda tylko, że na następne odcinki, i to znowu w ilości zaledwie trzech, trzeba czekać aż do jesieni. Ale naprawdę warto, bo Sherlock to rozrywka na najwyższym poziomie. W końcu to BBC ;) 

Nie mogłam sobie odmówić przyjemności dodania tego zdjęcia ;) Złośliwi twierdza, że Sherlock jest gejem...

02.05.2011

Somewhere, (reż. S. Coppola, 2010)




Chciałabym się zawsze tak nudzić, jak wynudziłam się na nowym filmie Sofii Coppoli. To jest film o nudzie, jak słusznie dostrzegają recenzenci. A film o nudzie musi być siłą rzeczy nudny, czyż nie? Czego więc spodziewali się ci, którzy teraz ten film tak strasznie krytykują? 

Każdy już to wie, ale powtórzę: Johnny Marco, główny bohater "Somewhere", jest znudzonym hollywoodzkim aktorem. Znudzonym swoim gwiazdorskim stylem życiem do tego stopnia, że zasypia w trakcie striptizu dwóch seksownych króliczków Playboya. Jest też tragicznie samotny, choć kobiety kręcą się wokół niego nieustannie. 
 
Johnny ma wszystko – szybkie ferrari, apartament w dekadenckim hotelu Chateau Marmont, uwielbienie ludzi na całym świecie. Otoczony jest blichtrem, który jednak nie daje mu poczucia szczęścia. Jest zmęczony tym, że agentka ciągle coś od niego chce, że musi odpowiadać na idiotyczne pytania dziennikarzy, że musi fałszywie uśmiechać się do fotoreporterów. Niestety, trwa w tym bezruchu, nie potrafi nic zmienić. W jego życie wkradła się rutyna. 



Johnny już dawno przegrał swoje małżeństwo. Ma za to świetny kontakt z córką, dla której jest jednak bardziej kumplem niż ojcem. Kiedy zamieszka z nim na parę dni, będą się nudzić razem. Nuda we dwoje nie jest już taka zła.

Ale Johnny nie potrafi z Cleo rozmawiać i to jest problem, który rzuca się w oczy. Oboje się lubią, dobrze się razem bawią, ale w relacji rodzic – dziecko nie wystarczy tylko wspólne jedzenie lodów, gra w Guitar Hero i pływanie w basenie. "Somewhere" to między innymi film o problemach w porozumiewaniu się. Johnny’ego nie rozumie nikt. Była żona wręcz bagatelizuje jego stwierdzenie, że czuje się nikim. 

Gościnny występ Benicio Del Toro był dużym zaskoczeniem...

 Johnny niewątpliwie wydaje się być człowiekiem, który odniósł sukces. Czemu więc czuje się sam ze sobą beznadziejnie? Sofia Coppola pokazuje to mniej znane oblicze celebrytów - pochodząc z „takiej” rodziny, coś o nim wie. Myślę, że każdy kinoman powinien obejrzeć ten film, nie dlatego, że jest to arcydzieło, ale właśnie ze względu na temat.

Mówią, że w tym filmie nic się nie dzieje. Rzeczywiście, tak jest, potwierdzam. Ten film jest autentyczny. Nie ma fajerwerków, jest monotonia życia. W tym widzę siłę tego obrazu. Kameralna atmosfera, długie ujęcia zmuszające do refleksji, świetne zdjęcia, subtelna muzyka – urok "Somewhere" tkwi według mnie w prostocie. Ta oszczędność środków buduje cały klimat. Ale trzeba chcieć, trzeba wczuć się w sytuację Johnny’ego, spróbować go zrozumieć. Nie chcę zostać źle odebrana – to nie jest film stricte o nudzie. Raczej o sytuacji, w której nie mamy już nic do roboty. Wszystko, co mogło zostać osiągnięte, jest osiągnięte. Jesteśmy sami, wypaleni, nie mamy już żadnego celu przed sobą. Można go też odbierać jako film o niespełnieniu. Prawdę mówiąc, myślę, że wiele osób może postawić się w sytuacji Johnny’ego. Nie trzeba być gwiazdorem, żeby czuć pustkę. 


 „Somewhere” jak dla mnie, niesie proste przesłanie afirmacji najkrótszych choćby chwil spędzanych z kimś bliskim. Nawet jeśli sprowadzają się one do pozornie nic nieznaczących, prozaicznych czynności, to one wnoszą do naszego życia największą wartość. Dają więcej radości niż splendor i sława. „Chwila to wszystko czego można oczekiwać od doskonałości”, pisał Chuck Palahniuk.

O tym, jak bardzo potrzebni są nam w życiu inni ludzie, mówi każdy film Sofii. Osobiście mam nadzieję, że tę tematykę reżyserka „sprzeda” nam jeszcze nie raz, zmieniając jedynie opakowanie. Ja to kupuję w ciemno.


 Na dwie rzeczy jeszcze muszę zwrócić uwagę: aktorstwo i muzyka. Między Stephenem Dorffem a Elle Fanning widać na ekranie chemię. Tworzą zgrany duet, pięknie się ze sobą nudzą. A muzyka w filmach Coppoli nieodmiennie mnie zachwyca. Jej muzyczny szósty zmysł jest bezcenny i inni reżyserzy powinni być o niego zazdrośni.

                                                                  Moja ocena to 8/10


P.S. Nagminne porównywanie „Somewhere” do „Między słowami” jest moim zdaniem bez sensu.

P.S. 2 Dla fanów Sofii mam dobrą wiadomość. Niedawno ogłosiła, że kończy pracę nad scenariuszem nowego filmu, „Secret Door”, z Kirsten Dunst w roli głównej. Akcja będzie dziać się w Paryżu w latach 40. Ja już zacieram ręce!

27.04.2011

"I'm falling in love with your favourite song, I'm gonna sing it all night long..."

Ależ się cieszę na ten wpis. Siedział w mojej głowie już wystarczająco długo, żeby go w końcu dokonać. O czym to będzie? Bo jak sądzę, tytuł jeszcze niewiele zdradza...Otóż w różnego rodzaju filmach, zarówno w lekkich i przyjemnych jak i poważniejszych, zdarza się taka oto scena: bohater/bohaterka słyszy, w radiu bądź gdziekolwiek, piosenkę (niekoniecznie swoją ulubioną) i automatycznie, spontanicznie zaczyna podśpiewywać wraz z wykonawcą i/lub tańczyć w rytm jej melodii. Osobiście kocham takie sceny. Ich obecność potrafi w moich oczach uratować każdy film. I kilkanaście takich scen Wam dzisiaj zaprezentuję. Postanowiłam też dodać dwa filmy ze śpiewaniem trochę innego rodzaju - bohaterowie śpiewają innemu bohaterowi, żeby go pocieszyć.

Szczerze mówiąc, myślę, że moja szczególna sympatia do podobnych scen nie jest aż tak dziwna, jakby się wydawało. Pomysł, żeby o tym napisać narodził się po obejrzeniu filmu "Łatwa dziewczyna", w którym muzyczny fragment jest tak genialny, że wspominają o nim wszyscy ów film komentujący. W takim razie od niego zaczynamy:


Piosenka nosi tytuł "Pocket Full Of Sunshine", wykonuje ją Natasha Beddingfield, a w filmie oczywiście zafascynowana jest nią Emma Stone.

Warto wspomnieć, że piosenki, które słyszymy w takich scenach z ogromną łatwością wpadają nam w ucho i potem przez jakiś czas za nami chodzą. Kolejny przykład z filmu "Holiday". Grają The Killers, piosenka ma tytuł "Mr Brightside", a tańczy Cameron Diaz:



Następny fragment to już klasyk, mający rzesze fanów (właściwie fanek). Tańczący premier - Hugh Grant z "To właśnie miłość". Mogłabym oglądać bez przerwy...Ponieważ You Tube odmawia współpracy z moim blogiem w kwestii tego nagrania, możecie je obejrzeć tutaj :) Śpiewają Girls Aloud - Jump.

Jeśli jesteśmy już przy śpiewających mężczyznach, ten też ma swój urok. Tego pana nie muszę nikomu przedstawiać, piosenki też nie:



Osobną kategorię stanowią sceny śpiewania w samochodzie. Do moich ulubionych należy ta z "American Beauty". "American Woman" Lenny'ego Kravitza w wykonaniu Kevina Spacey:



W samochodzie super wychodzi śpiewanie także Susan Sarandon. Klip z filmu "Wszędzie byle nie tu", piosenka Beach Boysów, "Surfin Safari".



Następny niech będzie śpiew zdesperowanej kobiety - Bridget Jones. "All By Myself", Celine Dion i Renee Zellweger:


Pozostajemy w gronie kobiet. Ostatnia scena z filmu "Syreny". Genialne trio: Cher, Winona Ryder i Christina Ricci tańczą do "If You Wanna Be Happy" Jimmy'ego Soula:


Nie mogę sobie darować scen z seriali. Oto coś dla fanów Callie z "Chirurgów". Piosenka nosi tytuł Mating Game i wykonywana jest przez Bitter:Sweet.


 Niezapomnianą, kultową dla mnie sceną z "Chirurgów" jest taniec Cristiny i Burke'a. Wykonawca piosenki nazywa się Diplo, a piosenka nosi tytuł Diplo Rhytm. Najważniejszy jest jednak taniec:


Cristina lubi zagłuszać problemy muzyką. Tutaj kolejna próbka jej tanecznego talentu:



To był Metric i "Dead Disco". A teraz świetna kompilacja - taneczne sceny z sześciu sezonów "Chirurgów" w skrócie, plus bonus. Niestety, ponownie nie chce zadziałać tutaj, więc odsyłam Was na You Tube. Naprawdę warto.


Osobnego klipu doczekała się Addison z "Prywatnej praktyki". Scissor Sisters i "I Don't Feel Like Dancing":



Trzeba przyznać, że serial miał naprawdę dobre otwarcie.

Taneczna scena ze "Skinsów", choć w innym kontekście, też wywołuje na twarzy uśmiech:




Na koniec jeszcze dwa fragmenty piosenek na pocieszenie - mniej spontanicznych, bez tańca, ale za to wzruszająco szczerych.


Winona Ryder i Angelina Jolie w "Przerwanej lekcji muzyki". Śpiewają "Downtown" Petuli Clark:




I jako ostatnia, ponownie, scena ze "Skins". Pandora śpiewająca dla Effy "Don't Be Down":




Oczywiście, te kilkanaście klipów nie wyczerpało tematu. Przyznam, że mam bardzo kiepską pamięć, więc może nie pamiętam, że w niektórych filmach były podobne sceny. Jednak te moje ulubione przedstawiłam chyba wszystkie. Nie znalazły się tu kultowe taneczne sceny jak np. z "Pulp Fiction", nie ma też musicalowych popisów, bo nie o takie sytuacje mi chodzi, mam nadzieję, że to jest zrozumiałe. I teraz liczę na Was, że coś do tej listy dołożycie. A wyliczanek podobnych do tej możecie się spodziewać w przyszłości więcej (no, może z mniejszą ilością filmików).

P.S. Tytuł posta, gdyby komuś nie dawało to spokoju, to cytat z piosenki "Dance With Somebody" Mando Diao.




15.04.2011

Z notatnika kinomanki, cz. II

Po dłuższej przerwie znalazłam chwilę, by podzielić się odczuciami na temat kilku ostatnio obejrzanych filmów. Dziś pisanie umila mi KT Tunestall.


Pierwszy film o jakim chcę napisać to kultowe w pewnych kręgach "300". Pewna scena z tego filmu doczekała się tylu parodii na You Tube, że już sam ten fakt mnie zachęcił do obejrzenia. Niby dużo akcji, więc nie moja bajka, ale z drugiej strony lubię filmy o starożytnych czasach. No i "komiksowy" styl (na pewno ma swoją formalną nazwę, więc jeśli ktoś wie, to niech mnie oświeci), który zachwycił mnie już w "Sin City". I to jest jedyna rzecz, która mnie nie zawiodła. Komiksowo wystylizowane zdjęcia robią niesamowite wrażenie. Ten film to jedna wielka uczta dla oka. Owa wspomniana scena też robi wrażenie, ale jest praktycznie na samym początku filmu, więc potem nie ma już na co czekać. Film jest zdominowany przez sceny batalistyczne, kuleje warstwa psychologiczna postaci. To przede wszystkim film dla mężczyzn i im z pewnością się spodoba.
Moja ocena to 6/10


Pozostańmy w klimatach militarystycznych. "Jaja w tropikach" to słaba komedia o kręceniu filmu wojennego i jednocześnie parodia tego gatunku. Słaba, bo humor jest bardzo nierówny: jest parę naprawdę zabawnych sytuacji czy tekstów, ale w większości ich poziom jest żenująco niski. Początek jeszcze zwiastuje coś interesującego, ale kiedy kręcenie filmu przeradza się w prawdziwą walkę o przetrwanie poziom abstrakcji staje się dla mnie za wysoki. Plusem jest rola, co nie trudno zgadnąć, Roberta Downey Jr. prześmiewcza w stosunku do aktorskiej Metody Stanisławskiego, bardzo popularnej wśród dzisiejszych gwiazd kina.
Moja ocena to 5/10


Wobec tego rozczarowania zmieniamy gatunek na bardziej przewidywalny. W komedii romantycznej zawsze znajdą się jakieś pozytywy. W "Sex Story" głównym atutem jest Natalie Portman. Można by się zastanawiać, co skłoniło ją do zagrania w tak przeciętnym filmie, którego przewidywalność aż boli (może znajomość z reżyserem?). To taka gorsza, maksymalnie uproszczona (ale też chyba weselsza) wersja "Miłości i innych używek". Nie oznacza to jednak, że film się źle ogląda. Wręcz przeciwnie, to całkiem przyjemnie spędzone 100 minut. Ashton Kutcher jak się okazuje jest zdecydowanie mniej wkurzający, gdy gra chłopaka o dobrym sercu ;) Jest też w filmie kilka fajnych motywów, które wywołają uśmiech u każdej dziewczyny, jak np. pęk marchewek, który dostaje nasz główna bohaterka zamiast bukietu kwiatów. A w niej samej każda z nas odnajdzie pewnie jakieś własne lęki. Urok tego filmu bez dwóch zdań to urok Natalie i gdyby nie ona, moja ocena pewnie byłaby niższa.
A tak oceniam na 6/10

"Edward Nożycoręki" to może już nie tak lekkie klimaty, ale najpotężniejsze działo zostawiłam na koniec. Edwarda obejrzałam pierwszy raz w całości właśnie dziś, do czego może wstyd się przyznać. Kiedy byłam mała, bałam się tego filmu (oczywiście ze względu na wygląd Edwarda). Ale Edward to chłopak o złotym sercu ;) A film ma w sobie wszystko co burtonowskie. To dopiero ósmy film tego reżysera, który obejrzałam i stawiam go na równi z moim ulubionym jak do tej pory "Sweeney Toddem". Na pewno mam ochotę na następne (przede mną niedługo "Batman" ). "Edwarda..." świetnie się ogląda ze względu na baśniowy, momentami ponury klimat, bardzo dobre aktorstwo (zwłaszcza Deppa, Dianne Wiest i Kathy Baker), umiejętne budowanie napięcia i dynamiczne sceny pokazujące fryzjerską wirtuozerię Edwarda. Jednak jest to też film po prostu smutny, bo podejmuje temat alienacji i nieprzystosowania, przy czym nie zostawia miejsca na optymizm. Jedyne moje zastrzeżenie dotyczy wątku miłosnego między Edwardem a bohaterką graną przez Winonę Ryder (która aktorsko wypada zresztą blado). Ich miłość bierze się praktycznie znikąd i wybucha nagle, co jest trochę kiczowate i trąci tanim melodramatem. Ale mimo wszystko...
...moja ocena to 8/10


Na koniec film, na którym się zawiodłam najbardziej. Prawdopodobnie nie potrafię go docenić, bo zachwytów nad nim nie brak. Mowa o "Moim własnym Idaho" Gusa van Santa. Obejrzałam go ze względu na legendę Rivera Phoenixa. I muszę przyznać, że faktycznie wypadł tu dobrze, ale nie aż tak zachwycająco jak sobie wyobrażałam. Film jest dosyć dołujący i ciężki w odbiorze. Co prawda z filmu płynie pewna mądrość życiowa, pewne sceny poruszają, a scena przy ognisku nawet wzrusza, ale jakoś nie potrafiłam się wczuć w jego klimat, kompletnie mnie nie wciągnął. Nie przemówiła do mnie też stylizacja języka na teatralną dramę. Przestrzegam, ale nie zniechęcam. Miejcie jednak na uwadze, że to bardzo wymagający film, zdecydowanie nie dla wszystkich.
Moja ocena to 5/10

06.04.2011

Okruchy dnia (Kazuo Ishiguro, 1989)

Na pewno nie to powinnam teraz robić. Pisać tak, ale nie recenzję książki tylko coś znacznie poważniejszego (i nudniejszego zarazem). Pogoda za oknem chyba jednak temu nie sprzyja, bo jestem jakaś ospała. Odkładam pisanie pracy na następny dzień już trzeci dzień z rzędu...Weno wróć! Wiosno wróć! Kto ukradł słońce?! Zapuściłam sobie przynajmniej żywszą muzykę (Marina And The Diamonds - polecam), co by nie zasnąć w trakcie tego pisania. A napiszę słów kilka o książce, którą niedawno skończyłam czytać (wystarczyło pięć godzin jazdy pociągiem).

Kazuo Ishiguro to brytyjski pisarz japońskiego pochodzenia. Urodził się w Nagasaki, ale od piątego roku życia mieszka w Anglii. Te dwa oblicza jego natury widać w jego twórczości. Wcześniej czytałam "Nie opuszczaj mnie", które wywarło na mnie spore wrażenie. Po lekturze jego drugiej książki mogę już chyba wysunąć twierdzenie, że jego język jest bardzo brytyjski - elegancki, kunsztowny, trochę formalny, chłodny, a z kolei treść jego książek jest przesiąknięta charakterystycznym dla japońskich pisarzy smutkiem, melancholią, zadumą. Mi bardzo takie połączenie odpowiada.

Po kilku stronach "Okruchów dnia" wydawało mi się, że książka mnie rozczaruje, po kilkunastu byłam już tego niemal pewna. Bo co może być ciekawego w opowieści o podstarzałym kamerdynerze, który pierwszy raz od dziesiątek lat jedzie na urlop i podczas tej podróży wspomina stare czasy? Zwłaszcza, że nie wiadomo na początku jak traktować jego przemyślenia. Nie wiadomo do czego to wszystko ma prowadzić. Potem jednak jest już znacznie lepiej, książka niepostrzeżenie wciąga. Powody tego są co najmniej dwa: wspomniany piękny język oraz forma narracji. Narratorem jest sam kamerdyner, pan Stevens, a co ważniejsze zwraca się wprost do czytelników, nazywając ich "Państwem". Zdecydowanie wpływa to na odbiór, czytelnik jest bardziej uważny i skupiony, tak mi się wydaje, bo wywody Stevensa przypominają zwierzenia kogoś bardziej dystyngowanego od nas, przewyższającego nas klasą i manierami. Z każdą kolejną stroną robi się też coraz ciekawiej, bo Stevens wprowadza nas w fascynujący świat  brytyjskiej arystokracji, w tajniki swego zawodu i za kulisy wielkiej polityki. Jest w tym wszystkim także miejsce na odrobinkę humoru. Wydaje się, że niby książka jest o niczym. Kamerdyner wspomina pracę w Darlington Hall, posiadłości nieżyjącego już brytyjskiego lorda. Teraz posiadłość zamieszkał Amerykanin, a Stevens ma problemy ze służbą, która odeszła wraz ze śmiercią poprzedniego pana. Pragnie więc namówić do powrotu dawną gospodynię domu, pannę Kenton, z którą bardzo dobrze mu się współpracowało, dopóki ta nie odeszła z pracy po ślubie. To właśnie podczas podróży do Kornwalii, na spotkanie z nią przypominają mu się te tytułowe "okruchy" niektórych dni spędzonych w Darlington Hall. Wyłania się z nich portret człowieka całkowicie oddanego pracy. Stevens w pewien sposób budzi sympatię, jest profesjonalistą w swoim fachu, ale wstrząsające jest to, że zachowuje się jak robot i nigdy nie wychodzi ze swojej roli wielkiego kamerdynera. Uderzający jest jego sposób pojmowania godności. Uważa, że swoją służbą uczestniczy w czymś wielkim, jest poddańczo uległy swemu panu, którego uważa za wybitny umysł. Ale co więcej  - Stevens nie pozwala sobie na życie prywatne ani na okazywanie jakichkolwiek emocji, czego ilustrację otrzymujemy w postaci opowieści o śmierci ojca. Ponadto "Okruchy dnia" można odczytywać też jako opowieść o miłości, bardzo subtelną, a przez to niezwykle wzruszającą. Stevens nie pozwolił sobie na miłość, oczywiście również w imię pracy.

Ishiguro, jak mniemam, tą książką chciał zwrócić naszą uwagę na kwestię przemijania naszego życia i wagi  wszelkich wyborów jakich w nim dokonujemy, a które mają fundamentalne znaczenie dla naszej przyszłości. Słowem, zdaje się mówić, że należy życie przeżyć tak, by niczego nie żałować. Stevens czegoś niewątpliwie żałuje (choć wyczytamy to jedynie między jego słowami), ale czasu nie da się cofnąć, o czym gorzko przekonuje się podczas rozmowy z panną Kenton. O ile swoją  podróż rozpoczynał w entuzjastycznym nastroju, o tyle kończy ją rozczarowaniem. Na ostatnich kartach książki w końcu wychodzi z niego człowiek, wątpiący w sens całego swego dotychczasowego życia, bo okazuje się, że za późno już na zmiany. Autor zostawia nas z gorzką refleksją, dającą nam jednakże poczucie sensu lektury. Przeczytanie "Okruchów dnia" na pewno nie będzie czasem zmarnowanym. Polecam więc, a sama poluję już na nominowaną do Oscara ekranizację z Anthonym Hopkinsem w roli głównej.

01.04.2011

Poznasz przystojnego bruneta (reż. W. Allen, 2010)


Spotkałam się w końcu z przystojnym brunetem. Nie zakochałam się w nim, ale wieczór spędziliśmy całkiem miło (przynajmniej ja;)). W ostatnich dniach spotkałam się raczej z mało pochlebnymi opiniami pod jego adresem, do spotkania podeszłam więc z dystansem i zaciekawieniem. I co się okazało? Że w każdym człowieku da się znaleźć pozytywy i ja je w brunecie też dostrzegłam :D 

Może to wynika z tego, że jestem absolutną fanką wszystkiego czego chwyci się Woody Allen. Tak jak przewidywałam, mimo niedociągnięć, film oglądało mi się całkiem sympatycznie. Rzeczywiście, jest to jeden z najsłabszych jego filmów, które widziałam, ale są tu momenty tak allenowskie, że wystarczają za inne atrakcje.

Można powiedzieć, że Allen ciągle kręci ten sam film. Z jednej strony spotkamy się z głosami, że w "Poznasz przystojnego bruneta" ogrywa te same tematy co w wielu poprzednich filmach. Film faktycznie nie zaskakuje, brakuje mu świeżości. Ze względu na wątek starszego mężczyzny z młodą dziewczyną trudno oprzeć się porównaniom chociażby z "Whatever Works", które oglądaliśmy w kinach ponad rok temu, ale przecież to nie pierwszy raz u Allena gdy mamy do czynienia z taką sytuacją. Wszyscy (mam na myśli fanów Allena) lubimy te schematy, które powtarza w swoich filmach, dlatego je oglądamy, prawda? Z drugiej strony chcielibyśmy czegoś nowego. Czegoś co dostaliśmy we "Wszystko gra" albo w "Vicky Cristina Barcelona." Dramatu, bez miejsca na uśmiech, albo namiętności w Barcelonie. Ale przecież nie zawsze, gdy Allen stara się zaskoczyć, kradnie nasze serca. I potem narzekamy: gdzie się podział stary, dobry Allen? A więc: powtarza się – niedobrze, robi coś nowego – niedobrze. Wiadomo, że nigdy nie uda się nakręcić drugiej "Annie Hall" czy "Manhattanu." To znaczy – ja to wiem, ale niektórzy chyba nie potrafią (nie chcą?) tego zrozumieć. Ja idąc na nowy film Allena oczekuję przeintelektualizowanych bohaterów w nietypowych związkach, dobrych dialogów, błyskotliwych refleksji o życiu, dawki humoru (cóż, akurat w przypadku „…bruneta” przyznaję – to zawiodło) i różnych charakterystycznych dla Allena rozwiązań w stylu mówienia bohaterów wprost do kamery (czyli de facto do widza), co wyróżnia te filmy na tle innych. Zresztą sam Allen podkreśla, że bardzo ważne dla niego jest to, żeby człowiek wchodzący do kina w środku seansu był w stanie poznać, że to właśnie jego film. I to niewątpliwie osiąga za każdym razem. 


 W "Poznasz przystojnego bruneta" jest wszystko to, do czego Allen nas przyzwyczaił. Z tymże film jest po prostu trochę nudny. Brakuje jakiejś intrygi, osi, wokół której można by osnuć całą historię. To raczej zbiór wycinków z życia kilka osób, luźno ze sobą powiązanych. Ciekawy (choć też nie odkrywczy) jest wątek z kradzionym pomysłem na książkę i może wokół niego należało zbudować fabułę, a nie dodać go na sam koniec ?

Nie można Allenowi odmówić jednak błyskotliwej analizy społecznej. To film o starzeniu się, a raczej o tym, jak ciężko się z nim pogodzić i o wierze w iluzje, jakimi karmią nas wróżki czy inni guru, a konkretnie o tym, że czasami „iluzja bywa lepsza niż lekarstwa”. Każdy film Allena jest o czymś i mówienie, że ten jest o niczym to chyba czysta przekora. 


 Jak wspomniałam, najbardziej  brakuje tu dowcipu. Niby historia jest opowiedziana lekko, ale tekstów czy sytuacji, na których naprawdę chciałoby się nam roześmiać jest jak na lekarstwo. Czy to wina samego Allena, tego, że sam też już nie jest młodzieniaszkiem i pewne sprawy bierze już bardziej na serio? Być może. Bo aktorów dobrał sobie takich, którzy z pewnością potrafiliby nas rozśmieszyć (dostrzegam komediowy potencjał w Naomi Watts – powinna spróbować).

Pozostaje jeszcze kwestia zakończenia, a właściwie jego brak. Wszystko zostaje w sferze niedomówień, a przecież jest kilka pytań, na które chcielibyśmy poznać odpowiedzi. Ale chyba nikt nie wierzy, że Allen nie miał dobrego pomysłu na rozwiązanie wszystkich wątków. Ja myślę, że chodziło o pokazanie, że :„Życie jest opowieścią idioty, pełną wrzasku i krzyku, lecz nic nie znaczącą”. Takie słowa, zaczerpnięte z Makbeta, słyszymy na początku filmu. W ich myśl, to w jaki sposób potoczyły się dalsze losy bohaterów nie ma zatem większego znaczenia. 

Moja ocena to 6+/10

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...