27.12.2015

Hello, czyli powrót. 5 najlepszych książek które przeczytałam w 2015 roku.

Cześć! Mam nadzieję, że przez 4 miesiące nie zapomniałam jak się dodaje posty. To były 4 miesiące wypełnione pracą, zmęczeniem, brakiem czasu, nauką i zmartwieniami. Trudno powiedzieć, dlaczego blog poszedł w odstawkę, ale zdecydowanie zabrakło mi motywacji do jego pisania. Teraz, kilka dni przed końcem roku postanowiłam jednak dać mu szansę. Ostatnio mam więcej czasu, co jest związane ze zmianami w moim życiu zawodowym, jest więc szansa, że blog odżyję. Chciałabym tego, ale nie wiem czy podołam. Wczoraj jednak wpadł mi do głowy pomysł na wpis, który dzisiaj chcę zrealizować. Nic odkrywczego, ale chyba właśnie takie wpisy pod koniec roku są najbardziej pożądane. Przynajmniej ja takie lubię czytać, a wciąż chce tego, żeby ten blog był taki, jaki sama chciałabym czytać. A więc 5 najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Szczerze mówiąc, przeczytałam dużo za mało książek niż bym chciała, ale i tak więcej niż statystyczny Polak (choć nie wierzę że jest z nami tak źle, skoro co drugi znalazł książkę pod choinką) – 31. Okazuje się, że jest to wynik identyczny do roku poprzedniego! Może jednak uda mi się do 31 grudnia skończyć książkę, którą obecnie czytam i wynik ten poprawię. A najlepsze z tych 31 książek były:




  1. Najgorszy człowiek na świecie – Małgorzata Halber
Niewątpliwie mój nr 1 i jedna z najlepszych książek jakie czytałam w życiu. To książka strasznie prawdziwa. To zabrzmi jak banał, bo ogromna ilość osób do Halber w ten sposób pisze, ale ja poczułam, czytając tę książkę, że to jest książka o mnie – o moich lękach, niepokojach, kompleksach, wątpliwościach. Choć nie jestem alkoholiczką, narkomanką ani innym nałogowcem. Uważam, że każdy powinien tę książkę przeczytać, bo doskonale opisuje współczesność i na wiele spraw otwiera oczy. Więcej o niej napisałam tutaj.

  1. Artur Rojek. Inaczej – Aleksandra Klich
To z kolei świeżynka, którą wczoraj skończyłam czytać. Dla fanów Artura Rojka pozycja obowiązkowa. Artur to niesamowicie ciekawy człowiek, mający wiele do powiedzenia, mający ogromną wrażliwość. To wielka przyjemność poznać go bliżej, nie tylko jako artystę, ale jako człowieka, co dzięki temu wywiadowi rzece jest możliwe. Nie wiedzieć czemu książka ta mnie poniekąd wzruszyła, może dlatego, że artysta mówi tu pięknie o miłości, rodzinie, ojcostwie, swoim dzieciństwie. Poruszane są oczywiście także tematy związane z zespołem Myslovitz - Rojek odkrywa kulisy funkcjonowania zespołu i kulisy jego rozpadu (czy raczej jego odejścia z grupy). Bez kontrowersji, ale z klasą – choć nie zawsze takie książki są dobrymi pomysłami, Rojek nie musi się wstydzić.

  1. Portret damy- Henry James
Udało mi się w tym roku sięgnąć także po klasykę. Ponoć bez Henry’ego Jamesa współczesne powieści nie wyglądałyby tak jak wyglądają. 900-stronicowy Portret damy jest interesujący nie tylko jeśli chodzi o fabułę, ale i o sam warsztat literacki. James jest mistrzem szkiców psychologicznych, co szczególnie widać w tej książce. Powołując do życia Isabel Archer stworzył jeden z najbardziej wnikliwych obrazów kobiety w literaturze. Obok jego bohaterki nie da się przejść obojętnie, jak wobec całej powieści, którą czyta się jednym tchem. Więcej o  niej pisałam tutaj.


  1. Paryż – Edward Rutherfurd
Inną książką, którą czytałam w tym roku bardzo długo z uwagi na jej objętość jest Paryż Edwarda Rutherfurda. To wielowątkowa i wielowarstwowa epopeja o Paryżu, mieście świateł i mieście miłości. O tym jak Paryż budowano, jak się w nim żyło różnym grupom społecznym i narodowościowym, o tym jak się w nim zakochiwano. Przeszłość miasta poznajemy dzięki retrospekcjom – autor funduje nam ogromne skoki czasowe. Akcję kolejnych rozdziałów dzieli czasem  200 a czasem 600 lat, co doskonale urozmaica lekturę. Rutherfurd wymyślił sobie bardzo ciekawy koncept i gdyby nie objętość pewnie już sięgnęłabym po jego Nowy Jork. Póki co jednak zaczekam na Londyn. Cała recenzja tutaj.

  1. Półbrat – Lars Saabye Christensen
Z tą ostatnią książką, szczerze mówiąc, miałam problem bo przeczytałam raczej więcej słabych czy średnich książek niż rewelacyjnych. Ale Półbrat akurat nie jest zły, wręcz przeciwnie, tyle tylko, że jest to tak trudna, wymagająca powieść, że trudno mi ją wspominać z przyjemnością. Jej przeczytanie również zajęło mi sporo czasu, bo to kolejna cegła którą w tym roku przeczytałam (900 stron; w sumie taka cegła to niezły powód do dumy ;)). Uważany za najważniejszą książkę w dorobku norweskiego kandydata do Nobla, Półbrat jest pełną dramatów sagą rodzinną, ponurą, smutną, gorzką, ale piękną. Pięknie opowiada o miłości, ale przedstawia też dużo zła. Jest jedną wielką metaforą, dlatego aby ją zrozumieć trzeba dużo uwagi i cierpliwości. Ale warto. Moja recenzja tutaj .

Mam nadzieję, że w 2016 roku uda mi się przeczytać więcej książek (a na pewno nie mniej) i odkryć podobne perełki. A w planach mam przede wszystkim:

  1. Coś Hemingwaya. Nie wiem co (może podrzucicie jakiś tytuł?), ale wiem, że w końcu wypadałoby poznać się z Noblistą, znanym mi tylko z nawiązań do niego w innych powieściach czy z genialnego O północy w Paryżu.
  2. Co nas nie zabije. Czyli czwarta część sagi Millenium, pisana przez innego autora. Jestem ciekawa jak wyszło.
  3. Dziewczyna z pociągu. Recenzje prasowe są świetne, ale ja słyszałam że wcale nie jest to tak dobra książka. I tym bardziej zapragnęłam ją przeczytać – przed wejściem do kin ekranizacji.
  4. Ciemno, prawie noc Joanny Bator. Książka nagrodzona Nike, książka o której dużo się mówiło, książka która jest ekranizowana. A jak w Polsce jakaś książka jest ekranizowana to już coś znaczy. Poza tym Bator lubię za jej opowieści japońskie.
  5. Książki Katarzyny Bondy – Pochłaniacz, Okularnik. Bardzo lubię kryminały, ale opuściłam się w ich czytaniu. Skoro Bonda jest nową królową tego gatunku w Polsce, a jej jeszcze nie znam, trzeba to zmienić.
  6. Coś Gillian Flynn. Właściwie jak wyżej – Flynn podobno świetnie pisze, a film Zaginiona dziewczyna bardzo mi się podobał, zatem chciałabym poznać literacki pierwowzór.
  7. Coś Szczepana Twardocha. Jestem na bakier z polską literaturą nowoczesną i czuję, że proza Twardocha mi się nie spodoba, ale z uwagi na pozycję jaką osiągnął w tak krótkim czasie, uważam, że powinnam choćby dać mu szansę. 

To tyle o książkach. Mam nadzieję, że do końca roku uda mi się stworzyć podobne zestawienie filmowo – serialowe. 

23.08.2015

Z notatnika kinomanki, cz. XXXII

Trochę się filmów uzbierało od ostatniego wpisu z tego cyklu, aczkolwiek nie oglądam dużo. Sporo czasu zajmuje mi bowiem obecnie Homeland, a poza tym oglądam też dużo filmów, które już widziałam. A czasami są dni, że po prostu nic nie oglądam ;) To tylko kilka wybranych filmów, oczywiście nie wszystkie obejrzane w ciągu ostatnich 2-3 miesięcy (tak źle nie jest ;)).





Moim zdaniem ten film Burtonowi bardzo wyszedł. Rzeczywiście, jak można przeczytać w recenzjach, jest nieco może mniej „burtonowski” , trochę bardziej normalny, bo nie opowiada przecież o wampirach, trupach, jakichś dziwnych kreaturach, odmieńcach…, ale to nie oznacza, że jest gorszy, a z takimi opiniami się spotkałam. Klimat do którego nas Burton przyzwyczaił czuć także i tu: jest nieco psychodelicznie, jest pięknie wizualnie, jest też jak zawsze świetna muzyka. Ale zgodzę się też z tym, że jest to Burton nieco odmienny. I dobrze. Reżyser pokazał, że nie jest wtórny, że stać go na coś innego, mniej baśniowego, mniej w klimacie fantasy. Nakręcił film, biografię, opartą jak by nie było na faktach, która jest dobrym, wciągającym dramatem, trzymającym w napięciu i nie pozwalającym na nudę. Historię napisało tu samo życie, tym bardziej zrobiła na mnie wrażenie. Nie spodziewałam się tak dobrego filmu, czułam się nieco zniechęcona krytycznymi recenzjami, jakże więc miło, że tak pozytywnie się rozczarowałam. Jeśli jeszcze nie widzieliście również zachęcam. Warto, także dla świetnych Amy Adams i Christopha Waltza.




Ten film to przede wszystkim popis gry aktorskiej Jake’a Gyllenhalla, który za swoją rolę powinien być nominowany do Oscara. Stworzył wybitną kreację dość upiornego bohatera, któremu oddał się nie tylko duszą, ale i ciałem. Trudno być po jego stronie, a jednak nie sposób nie ulec jego urokowi. Reżyser podjął natomiast bardzo ciekawy temat: jak w dzisiejszych czasach zrobić szybko i skutecznie karierę, ale też pokazał jak wyglądają kulisy mediów. Szkoda, że ten film nie powstał kilka lat temu, ogromnie by mi się przydał do mojej pracy magisterskiej, bowiem doskonale pokazuje jakimi prawami rządzi się telewizja. Sam film natomiast jest odpowiednio wciągający, utrzymany w dobrym tempie i z ciekawą fabułą. Bez tak intrygującego bohatera jak Lou Bloom (i tak zagranego) pewnie mogło by być gorzej, ale na szczęście nie jest. Warto obejrzeć.




Teraz trochę klasyki. Moje doświadczenia z Hitchcockiem są różne: filmy bardzo dobre przeplatam przeciętnymi, a gdy oglądam jakiś jego film ponownie, często nie podoba mi się już tak jak wcześniej. Tym razem padło na M jak morderstwo trochę dlatego, że chciałam nadrobić filmografię Grace Kelly (i wciąż nie do końca rozumiem, czemu się nią tak zachwycano), a trochę dlatego, że widziałam remake tego filmu z Michaelem Douglasem i Gwyneth Paltrow i miałam mgliste wspomnienie, że była to dobra historia. No i rzeczywiście, oryginał Hitchcocka nie jest zły, ale nie lubię, kiedy wiem więcej od bohaterów. Jakoś automatycznie siada u mnie napięcie. M jak morderstwo rozgrywa się niemal wyłącznie w jednym wnętrzu i w gronie 3-4 osób. To nie jest zarzut, ale wpływa to na statyczność filmu. Za mało tu dla mnie emocji, nieprzewidywalności, zaskoczeń. A jednak ogląda się to bez znużenia, może dlatego, że można się ekscytować czym innym – kadrami, obrazem, montażem, aktorstwem. Może przy okazji ktoś jest mi w stanie polecić bardziej ekscytujący film Hitcha? Psychozę i Vertigo niestety już widziałam.




A to już film z zupełnie innej bajki. Właściwie bajką nie jest. Pamiętam dobrze, że jak mieszkałam w Olsztynie, całe miasto żyło tzw. seksaferą w olsztyńskim ratuszu. Prezydent miasta miał molestować pracownice. W referendum mieszkańcy tegoż prezydenta odwołali. Sąd nie wydał wyroku z tego co kojarzę chyba do dziś, a prezydent potem ponownie startował w wyborach. Temat był na tyle nośny, że nawet moja koleżanka napisała o tym pracę magisterską. Natomiast Sławomir Fabicki nakręcił film. Nie wiemy czy dzieje się on w Olsztynie, ale chyba nawet sam reżyser nie zaprzeczał co go zainspirowało. Jednak nie jakakolwiek seksafera jest w tym filmie najważniejsza. To przede wszystkim poruszająca historia związku dwojga ludzi, Tomka i Marii, których spokój zostaje zakłócony przez szefa dziewczyny. Pytanie jednak, czy gwałt nie przyczynił się tylko do tego, że wyciągnął na wierzch wszystko co między nimi już od jakiegoś czasu było nie tak. Miłość opowiada bowiem o mniej więcej tym samym momencie w związku co rewelacyjny Take This Waltz, tak przygnębiający, że boję się go drugi raz obejrzeć. To ten moment kilka lat po ślubie, kiedy w związku pojawia się nuda. Wkrada się do niego przyzwyczajenie, rutyna. Może przydałoby się dziecko, może jakaś inna zmiana. A może to nie ta osoba? Wydaje mi się, że na takim właśnie etapie zastajemy Tomka i Marysię. Sytuacja z szefem Marysi nie jest łatwa dla nich obojga, może jednak dziwić postawa Tomka, który zamiast wspierać żonę, robi jej wyrzuty, że sama tego chciała. Jego zachowanie jest najciekawsze, niełatwe do zrozumienia. Ale i sama Marysia budzi wątpliwości – lubiła szefa, sama poniekąd z nim flirtowała, chodziła na kolacje. Ale gwałtu przecież nie chciała. Miłość to film o traumatycznym doświadczeniu i jego konsekwencjach, znakomicie zagrany przez Marcina Dorocińskiego i Julię Kijowską (aktorka z Olsztyna, swoją drogą) zbudowany na wielu emocjonujących, intymnych scenach. No i to zakończenie!




Takich filmów jak Słowo na M są setki. Rocznie powstają ich dziesiątki. To klasyczne rom – comy, gdzie para ona i on spotykają się, wpadają sobie w oko, ale wiedzą, że mogą być co najwyżej przyjaciółmi, bo jedno z nich/oboje kogoś już mają, co jednak nie zmienia faktu, że ostatecznie lądują w łóżku, a sprawy się komplikują. W tej komedii jest podobnie, aczkolwiek abstrahując od jej przewidywalności, ma ona pewną przewagę nad podobnymi produkcjami w osobie Zoe Kazan i Daniela Radcliffe’a, którzy tworzą na ekranie zadziwiająco zgrany duet. Film nie wnosi nic nowego do swojego gatunku, ale jest całkiem przyjemny, a jeżeli akurat macie podobne miłosne rozterki co główna bohaterka, to możecie się nawet całkiem nieźle bawić. Plusem dla mnie jest plejada młodych gwiazd na ekranie, jeszcze nieopatrzonych – oprócz już wymienionych jeszcze Adam Driver czy Mackenzie Davis.




Dobry film, mówili. Mieli rację. Dziewczyna z szafy jest filmem dziwnym, nie da się ukryć, ale jest to taka dziwność, którą jeszcze toleruję. Dziwność skandynawska chciałoby się powiedzieć. Kto oglądał takie filmy jak Zakochani widzą słonie, Noi albinoi czy Elling wie o czym mówię. W Dziewczynie z szafy nie ma dosłowności. Film opowiada historię młodego mężczyzny opiekującego się autystycznym bratem. Choć opowiedziana na wesoło, ich historia to dramat. Dramat o poświęceniach, wyrzeczeniach, ale i o prawdziwej, braterskiej miłości. A także o chorych, których uznajemy za „głupków”, nie mając pojęcia jakie mogą mieć talenty i wyobraźnię. Film inteligentny, dużo zabawniejszy niż nie jedna polska komedia w stylu Kac Wawy, a przy tym mądry, wzruszający i dający do myślenia. Do tego świetnie zagrany. Czepiać mogę się jedynie postaci Magdy, której motywacje są niejasne i nie do końca zrozumiałe. Ale na to oko przymykam, bo dawno nie widziałam tak świeżego, oryginalnego polskiego filmu. Mam nadzieję, że Bodo Kox jeszcze nakręci coś równie dobrego.

Gość 6/10



O Gościu też słyszałam dużo dobrego. Że zaskoczenie, że fajny klimat, fajna retro stylizacja, ogółem coś świeżego. No i faktycznie, to jest coś innego niż większość filmów jakie oglądam, ale…No właśnie, jest dużo tych ale, bo Gość to patisz czy też może parodia (wiem, wstyd, ale nigdy do końca nie potrafiłam zrozumieć różnicy między tymi dwoma pojęciami), która chyba nie bardzo chce się przyznać do tego, że nią jest. Odnoszę wrażenie, że twórcy chcieli, żeby była to parodia filmów akcji klasy B (może nawet C) a jednocześnie zrobili ten film całkiem na serio. A przecież to się wyklucza. Nie bardzo wiedziałam, czy mam się śmiać podczas seansu czy płakać nad żenującym poziomem scenariusza. Największym problemem jest bowiem to, że Gość jest mega przewidywalny, a tego mu wybaczyć nie mogę. Przewidywalność w dużej dawce oznacza zaś nudę. Oglądałam Gościa znużona, wiedząc niemal dokładnie co się za chwilę wydarzy. Jedynie zakończenie jakoś tam mnie poderwało i sprawiło, że się uśmiechnęłam. Ale trzeba oddać Danowi Stevensowi, że świetnie sobie poradził (i to bardzo szybko) z porzuceniem łatki Matthew z Downton Abbey. Teraz zapewne będzie się już o nim mówić David z Gościa. I dobrze, bo mnie tą rolą przekonał. Z tymi swoimi słodkimi oczami i uśmiechem grzecznego chłopca idealnie pasuje do roli nieprzewidywalnego mordercy. Oczywiście przy okazji Gościa nie wypada nie wspomnieć o muzyce, która na myśl przywodzi soundtrack Drive. Zdecydowanie pomaga budować klimat. Jakiś klimat bowiem tutaj jest, ale uwaga: jest tu też dużo scen brutalnych, ostrzegam wrażliwych. Mówi się, że Gość będzie kiedyś filmem kultowym. Szczerze – wątpię, ale przekonamy się za naście lat.




Filmy Francois Ozona są tak różne…Bywają świetne, bywają średnie. Ten jest średni, choć zapowiadał się na bardzo dobry. Być może komuś spodoba się bardziej, mnie jednak jakoś szczególnie nie oczarował. To historia z cyklu uczeń – nauczyciel, ale trochę inna niż zazwyczaj. Tutaj mamy relację budowaną na ciekawości nauczyciela, który ulega fascynacji opowieściom swojego ucznia, Claude’a, będącym jego wrażeniami z pobytu w domu kolegi. Opowieści te są o tyle skandalizujące, że wyłania się z nich obraz nastolatka pożądającego matki swojego rówieśnika. Kolejne zapiski podsuwane przez chłopaka podsycają wyobraźnię nie tylko nauczyciela, ale i jego żony, która sama zaczyna mieć ciągoty w kierunku chłopaka. Pytanie zasadnicze, które towarzyszy seansowi: czy relacje Claude’a są fikcją czy prawdą? Gdzie leży granica? Rzeczywistość miesza się tu z pewnością z fikcją, ale co do niczego nie ma pewności, co ostatecznie mnie zirytowało. Liczyłam na coś w rodzaju thrillera, coś co wywrze na mnie większe wrażenie. Tymczasem moje odczucia w stosunku do U niej w domu są dosyć letnie. Na pewno film dobrze pokazuje w jaki sposób twórca może wpływać na swoich odbiorców, ten przekaz jest uniwersalny. Film jest też dobrze zagrany, mamy tu m.in. dwie świetne aktorki – Kristin Scott Thomas i Emmanuelle Seigner. Jednak szkoda, że i tym razem Ozonowi nie udało się zbudować atmosfery takiej jak w niedoścignionym Basenie.
  

12.07.2015

7 x TAK dla Kristen Stewart

W końcu jest! Nowy wpis na blogu!

**********************************************************************************************************************************



Kristen Stewart to jedna z najbardziej znienawidzonych aktorek. Nie wiem, czy na całym świecie, ale na pewno wśród polskich blogerów filmowych. Powód jest dla mnie zupełnie niezrozumiały. Odkąd bowiem Stewart zagrała Belllę Swan w ekranizacji sagi Zmierzch mówi się, że jest fatalną aktorką, aktorskim drewnem, które na ekranie ma do zaprezentowanie wiecznie jedną minę. Pytanie jednak, czy to faktycznie powód do takiej nienawiści. Wydaje mi się, że krytycy Stewart już zawsze będą na „nie” dla tej dziewczyny i z góry każdą jej rolę uznają na porażkę. A moim zdaniem, Stewart bardzo pasowała do irytującej książkowej Belli i dobrze sprawdziła się w swojej roli. Oczywiście, romans z Robertem Pattinsonem, a następnie zdrada, jakiej się dopuściła, narobił aktorce jeszcze więcej wrogów. Tymczasem Stewart to nie tylko Bella i nie tylko była dziewczyna Pattinsona, co warto, by w końcu sobie uświadomić. To naprawdę dobra aktorka, a do tego fajna, zwyczajna dziewczyna. Dowody? Proszę bardzo:

  1. Kristen Stewart to nie tylko saga Zmierzch. Młoda aktorka od najmłodszych lat występuje w ambitnych produkcjach. Jako 12-latkę mogliśmy ją oglądać w Azylu Davida Finchera, a jedną ze swoich najlepszych ról zagrała w wieku 14 lat w Ucieczce w milczenie. Z powodzeniem występuje w niezależnych produkcjach – obejrzyjcie  ją w Adventurland i przede wszystkim w Witamy u Rileyów. W tym ostatnim z powodzeniem dorównuje starszym od niej aktorom. Do bardzo dobrych (i różnorodnych) ról Stewart trzeba zaliczyć rolę Joan Jett w The Runaways, epizod we Wszystko za życie, dającą się zapamiętać rolę we W drodze i występ u boku Julianne Moore w Still Alice. Ale prawdziwą bombą jest Sils Maria, gdzie Stewart kradnie cały film Juliette Binoche. Naprawdę miło patrzeć, jak ta dziewczyna się rozwinęła aktorsko i od roli Belli, która nie była szczególnie wymagająca aktorsko, przeszła do grania bardzo ciekawych, niełatwych postaci.
Kadr z W drodze

  1. Skoro o Sils Maria mowa – Kristen Stewart jest pierwszą Amerykanką, która otrzymała nagrodę Cezara dla najlepszej aktorki drugoplanowej. To nie byle jaka nagroda, to nie Teen Choice, których Stewart ma pełno. Ta nagroda coś znaczy. Podobnie jak tytuł Rising Star przyznany jej w 2010 roku przez Brytyjską Akademię Sztuk Filmowych i Telewizyjnych BAFTA. Nadzieja kina? Moim zdaniem Stewart ma szansę za jakiś czas dostać nawet Oscara.


  1. Tym bardziej, że zagra w najnowszym filmie Woody’ego Allena. Przy czym na jednym może się nie skończyć, bo Allen gdy znajdzie sobie nową muzę, kręci z nią najczęściej więcej niż jeden film. O nowym filmie nie wiadomo na razie nic, poza tym, że Stewart mieliby partnerować Bruce Willis i Jesse Eisenberger. Zapowiada się ciekawie.

  1. O Kristen Stewart śmiało można powiedzieć, że ma swój styl ubierania. Nie każdemu musi się on podobać, ale w tłumie podobnych do siebie gwiazd, często ślepo podążających za modą, świecących tyłkami i biustem albo noszących ubrania sponsorowane przez największych projektantów, Stewart fajnie się wyróżnia. Można ją zobaczyć najczęściej w dżinsach, T-shirtach, koszulach i trampkach, a także bluzach z kapturem i kurtkach ramoneskach. Preferuje styl rockowy, nosi się na luzie, jest przy tym bardzo nonszalancka. Uzupełnieniem stroju są potargane włosy i przeważnie wyrazisty makijaż oczu. Rzadko można ją zobaczyć w spódniczce czy sukience – najczęściej wyjątki robi na czerwonym dywanie. Rzadko jednak są to wielkie, długie suknie z trenem, choć zdarzają się i takie. Nigdy jednaj nie słyszałam, żeby ktoś jej strój na jakiejś gali skrytykował. Fajne jest też to, że reżyserzy szanują jej styl i starają się jej „nie przebierać”.  A sama Stewart w 2013 roku została twarzą Chanel i muzą samego Karla Lagerfelda.


Kampania Chanel 2015

  1. Stewart ma dystans do siebie co często udowadnia podczas wywiadów, a także np. w tym teledysku: 


  1. Kristen Stewart była przed Jennifer Lawrence. Co mam na myśli? A no to, że filmowa Bella także też bywa często zakłopotana, zabawna i nie wie co powiedzieć, język jej się plącze, a co za tym idzie nie kontroluje wtedy swoich ruchów, robiąc sobie na przykład masakrę na włosach albo dziwnie się bujając jak podczas tego wywiadu. Czasami zachowuje się głupio, co ma jednak swój urok. Tak było na przykład gdy odbierała Cezara. Z tym że Lawrence chyba wie, jak te swoje drobne wpadki obrócić na swoją korzyść, a Stewart nawet nie jest tym zainteresowana.


  1. Bo ma wszystko …gdzieś. Takie odnoszę wrażenie gdy na nią patrzę czy o niej czytam i za takie podejście ma u mnie ogromnego plusa. Krytykowana ze wszystkich stron, a to za swoją grę aktorską, a to za wygląd, a to za życie prywatne (ostatnio przyznała że jest lesbijką), już dawno mogłaby zaliczyć depresję, uzależnienie i odwyk, a jednak nie użala się nad sobą i robi swoje. Nie robi ze swojego życia skandalu, ale też nie przejmuje się, kiedy ten skandal sam wybucha. I to mi się podoba.


24.05.2015

Z notatnika kinomanki, cz. XXXI

Witamy u Rileyów (reż. J. Scott, 2010)
























Witamy u Rileyów to być może pierwszy film z dojrzałą rolą Kirsten Stewart. W roli nastoletniej striptizerki wypadła niezwykle przekonująco, będąc godną partnerką dla Jamesa Gandolfini i Melissy Leo, która również w tym filmie popisała się talentem. Sama historia, choć wydawać by się mogła banalna, została opowiedziana w ciekawy sposób. To historia małżeństwa, Lois i Douga, którzy stracili 15-letnią córkę w wypadku, za który winą obarcza się Lois. W ich małżeństwie nie dzieje się najlepiej. Doug w czasie podróży służbowej poznaje Mallory, która jest striptizerką. Nie ulega jednak jej wdziękom, gdy ta go uwodzi, chce natomiast pomóc młodziutkiej dziewczynie wyjść na prostą. Postanawia przedłużyć pobyt w delegacji, by wyremontować jej dom. Po pewnym czasie do Luizjany przybywa jego żona. Witamy u Rileyów to dobry dramat, ze świetnymi kreacjami aktorskimi, który ogląda się z zainteresowaniem, bo ta historia po prostu porusza. Mamy tu trójkę bohaterów, trójkę aktorów i to na nich się całkowicie skupiamy. To więc historia kameralna, dobra dla osób, które cenią sobie takie klimaty. Nic wyjątkowego, o czym nie będziecie w stanie zapomnieć, ale naprawdę dobry, przyzwoity film.

7/10

Laggies (reż. L. Shelton, 2014)

























Wiązałam z tym filmem spore nadzieje, bo tematyka wchodzenia w dorosłość jest mi bliska. Jednak Laggies w tym temacie okazuje się być filmem bardzo mało odkrywczym. Mamy oto dziewczynę, która boi się dorosnąć. Ma dwadzieścia kilka lat, powinna już mieć stabilna pracę i wyjść za mąż, z resztą jej chłopak się jej oświadcza, ale ona w popłochu ucieka od niego. Poznaje pewną nastolatkę, z którą się zaprzyjaźnia i nawet zamieszkuje u niej na pewien czas. Nastolatkę tę wychowuje samotnie ojciec, który początkowo nie będzie akceptować jej nowej koleżanki. Reszta jest dosyć przewidywalna. Niestety, postać głównej bohaterki, Megan, jest dosyć irytująca w swojej zdziecinniałości i nawet wdzięk Keiry Knightley tu nie pomaga. Postaci filmu są papierowe, rozwiązania fabularne mało wiarygodne, a sama historia stereotypowa. Film po prostu nudny, można mówić o zmarnowanym potencjale. Szkoda.

5/10

Biały ptak w zamieci (reż. G. Araki, 2014)
























Mało dobrych filmów na tej liście, choć to głównie filmy trochę mało znane, a więc teoretycznie ambitniejsze. Biały ptak w zamieci na pewno może się pochwalić dobrym aktorstwem (w tym odważną rolą Shailene Woodley) i ciekawą, zaskakującą końcówką, ale dobrym filmem nie jest. Reżyser niby sili się na oryginalną historię, trochę chce szokować, , ale nie da się ukryć, że film nie wciąga i nie budzi zaciekawienia. Plus za dobrze odwzorowaną estetykę lat 80-tych.

5/10

Zeszłej nocy (reż. M. Tadjedin, 2010)

























Jestem na etapie, kiedy tematyka monotonii w związku zaczyna mi być bliska, z nadzieją więc zabrałam się za Zeszłej nocy. Twórcy mieli bardzo ciekawy pomysł. Otóż jest sobie młode małżeństwo, kilka lat po ślubie. Mąż wyjeżdża w podróż służbową, żona natomiast zostaje w domu. Historia zaczyna toczyć się dwutorowo. Na przemian oglądamy Joannę, która spotkała się z dawno nie widzianym byłym chłopakiem i Michaela, którego na wyjeździe uwodzi koleżanka z pracy. Czy małżonkowie ulegną i zdradzą siebie nawzajem? Oto jest pytanie, które widz zadaje sobie niemal przez cały seans. Teoretycznie buduje to napięcie, zaciekawienie, ale niestety w praktyce wyszło trochę mniej wciągająco niż być powinno. Zeszłej nocy to film oparty o dialogi, a te niestety tutaj kuleją. Nie wystarczy postawić siebie na miejscu Michaela czy Joanny żeby czerpać przyjemność podczas seansu. Tak jak oni są znużeni monotonią swojego związku, tak my po pewnym czasie stajemy się znużeni monotonią fabuły. Ale pewne znużenie może nam wynagrodzić znakomite zakończenie, które sprawia, że mimo wszystko film zostawia po sobie dobre wrażenie.

7/10

Love, Rosie (reż. Ch. Ditter, 2014)

























Wiele hałasu o nic. Film obejrzałam stosunkowo dawno, więc wrażenia się już trochę zatarły, ale…Czytałam recenzje, z których wynikało, że to film naprawdę wart uwagi w natłoku różnych innych komedii romantycznych. Niestety, dla mnie nie wybija się ponad przeciętność ani trochę. Śmieszny nie jest, główna bohaterka irytuje, a fakt, że nie widać w filmie w ogóle upływu czasu, zwłaszcza na twarzy głównej bohaterki, jest po prostu kpiną z widza. Całość przewidywalna, ale w końcu to cecha gatunku.

5/10

Nagle, ostatniego lata (J.L. Mankiewicz, 1959)




















Na koniec będzie naprawdę ambitnie. Choć od razu uprzedzam, że film Mankiewicza mnie nie zachwycił. Lubię psychodramy, lubię teatr w kinie, a tu mamy z czymś takim do czynienia, jednak za dużo w tym filmie melodramatyzmu i patosu, choć wiem, że to był czynnik mocno obecny w kręconych w latach 50-tych dramatach. Nie oszukujmy się – dialogi w tym filmie po części są słabe. Z drugiej strony – Katharine Hepburn i Elizabeth Taylor stworzyły znakomite kreacje i hipnotyzują swoją niebywałą grą, choć ich postaci są nieco przejaskrawione. Co mnie nie do końca przekonało, to sama końcówka, kiedy swego rodzaju zagadka, z którą mamy do czynienia przez cały film, zostaje rozwiązana. Dodatkowo kiczowata scenografia w tym momencie trochę razi. Film daje natomiast pole do refleksji, nie zostawia obojętnym i to jego największa wartość.

7/10


10.05.2015

Fortitude (Sky Atlantic, 2015 - )


Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Fortitude to serial inny niż wszystkie. Niby kryminał, brytyjski, dziejący się na dalekiej Północy, więc wydawałoby się – nic nowego pod słońcem. Sama bym pewnie po niego nie sięgnęła, gdyby nie wszechobecne pozytywne recenzje. Nagle okazało się, że dużo osób go ogląda i chwali (teraz myślę, że może była to po prostu część machiny promocyjnej). Na świeżo (Edit: pisałam te słowa jakieś 2 tygodnie temu ;)) po obejrzeniu finału, podzielę się z wami moimi refleksjami na jego temat. Uczucia mam mieszane, bo i serial jest bardzo nierówny. Nie ma szans, by znalazł się w czołówce moich ulubionych seriali, ale na pewno jest jednym z tych, które się pamięta.



Bo Fortitude się wyróżnia. Po pierwsze miejscem akcji – Fortitude to fikcyjne miasteczko na skraju koła podbiegunowego, w którym mieszka zaledwie 800 osób. Do tej pory uchodziło za jedno z najbezpieczniejszych miejsce na ziemi – nigdy nie popełniono tu żadnego przestępstwa. Po drugie – klimatem. Jest tu mroźnie i śnieżnie, ta zimowa sceneria może przywodzić nieco na myśl Fargo. Po trzecie – intryga kryminalna. Dość zagmatwana, długo nie prowadząca do żadnych sprawców. Napisana na zasadzie: pojawiają się nowe pytania, nie pojawia się zbyt wiele odpowiedzi. W dodatku, nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale momentami serial ociera się o horror i sci-fi, przy czym nie jestem pewna, czy to dobrze. Ale na pewno to właśnie jego największy wyróżnik.



Jeśli zabierzecie się za oglądanie Fortitude, musicie się nastawić na taki schemat: początek nudny i chaotyczny, z dużą ilością postaci i wątków, które nie wiadomo do czego zmierzają, następnie środek dobry i wciągający, kiedy zaczyna się czuć sympatię do wybranych bohaterów i rozgryzać o co w tym wszystkim chodzi, a na koniec rozczarowanie rozwiązaniem zagadki i kilkoma konkretnymi scenami. Summa summarum, mnie Fortitude raczej nie powaliło na kolana, ale nie mogę też powiedzieć, że jest to zły serial. Bardzo ciekawie poprowadzone zostały postaci, choć jest ich na tyle dużo, że nikogo nie poznajemy w pełni, co wydaje mi się być największym niedociągnięciem. Brakuje mi jednego – dwóch głównych bohaterów, którym się kibicuje. Tutaj mamy nadmiar bohaterów równorzędnych, a ci, którzy w jakiś sposób wybijają się na pierwszy plan, nie budzą jakiejś ogromnej sympatii. Nie są charyzmatyczni, to przede wszystkim. Z drugiej strony, Fortitude to pewna odmiana po oglądaniu takich seriali kryminalnych jak The Killing, Broadchurch czy The Fall, bo mamy tu zupełnie inny schemat i oglądamy zupełnie inne środowisko. Coś świeżego, pewien eksperyment, choć nie do końca udany. Jest sporo scen zbędnych, za to brakuje trochę emocji między bohaterami. Wątek medyczno – biologiczny, tak go nazwijmy, również nie porywa. Atutem serialu są natomiast aktorzy. Najmocniejszy z całej obsady jest Stanley Tucci, klasą jest Michael Gambon, z dobrej strony pokazał się nieznany mi wcześniej Richard Dormer, a wśród kobiet bryluje znana z Forbrydelsen Sofie Grabol, kreująca postać nieodgadnionej jak dla mnie pani gubernator, najbardziej tajemniczej z całego serialu.



Niestety tło dla historii kryminalnej jest dosyć ubogie. Poznajemy bardzo wielu bohaterów, ale żadnego z nich zbyt dokładnie. Trudno więc poczuć z bohaterami jakąś więź, nie mówiąc już o empatii. Fortitude ogląda się z dystansem do bohaterów i całej tej dość nieprawdopodobnej historii, co dla mnie jest dużą przeszkodą w czerpaniu całkowitej przyjemności z oglądania. Nie znaczy to jednak, że serial odradzam. Ponieważ ma powstać drugi sezon, warto dać tej historii szansę, być może będzie to dla Was przygoda na dłużej. Jeśli macie ochotę na trochę odmiany w repertuarze oglądanych przez Was seriali, myślę, że Fortitude będzie naprawdę dobrym wyborem.

Moja ocena: 6+/10



26.04.2015

Życie Adeli. Rozdział 1 i 2 (reż. A. Kechiche, 2013)


 

Czasu na pisanie mam obecnie niewiele, ale głowę za to pełną pomysłów. Już od dłuższego czasu, odkąd tylko obejrzałam właściwie, mam ochotę napisać o Życiu Adeli. Recenzja z racji braku czasu i energii będzie pewnie dość mizerna, ale być może kogoś uda mi się zachęcić do obejrzenia tego znakomitego filmu.

Choć na początek muszę powiedzieć, że tuż po obejrzeniu filmu, a nawet jeszcze w trakcie oglądania, miałam mieszane uczucia co do niego. Jak zwykle w przypadku głośnych filmów spodziewałam się bowiem nie wiadomo czego. Tymczasem Życie Adeli jest filmem skromnym, subtelnym, wyciszonym. Ale w tym tkwi jego siła, co szybko zrozumiałam. To studium miłości - rozkwitu i zwiędnięcia uczucia. Wymowa filmu jest uniwersalna i chociaż przyjęło się, że to film o lesbijkach (pierwszy „taki” film o lesbijkach) to tak naprawdę dotrze do każdego z nas i każdy z nas – kto był kiedyś kochany i sam kogoś kochał – odnajdzie w nim znajome treści. Z tytułową bohaterką idziemy przez życie, towarzysząc jej dojrzewaniu. Jak wskazuje sam tytuł, obraz podzielony jest na dwie części – w pierwszej widzimy rodzące się uczucie między nią, wówczas 15-letnią, a starszą od niej studentką ASP, Emmą. Uczucie gwałtowne, namiętne, niepowstrzymane. I choć to właśnie w tej części, dosyć szybko, oglądamy na ekranie legendarną już 8-minutową scenę niesymulowanego seksu, nie wywołuje ona odrazy swoją tandetnością. Abdellatif Kechiche, który podobno kazał swoim aktorkom kręcić nieskończoną ilość dubli, jest daleki od pornografii. Seks w jego filmie jest zmysłowy, a kilkuminutowa sekwencja nie jest tylko ocieraniem się jednego ciała o drugie w celu zaspokojenia żądzy – to kwintesencja głębokiego uczucia, jakie narodziło się między Adelą i Emmą. Ale seks nie wystarczy, by to uczucie przetrwało, o czym przekonujemy się w rozdziale drugim. Co ważne, w Życiu Adeli orientacja bohaterek ma znaczenie drugorzędne. To nie jest film o tym, jak żyją i jak są postrzegane lesbijki. To równie dobrze mógłby być film o parze heteroseksualnej i myślę, że miałby podobną siłę oddziaływania. Adela i Emma nie są w stanie być razem, bo są skrajnie inne. Dzieli je pochodzenie, domy, w których wyrosły, wykształcenie, dzielą je ambicje – Emma chce być malarką, ma wyrafinowany gust, Adela nie ma wielkich marzeń, pragnie pracować z dziećmi jako nauczycielka. Nie ma też wiedzy, którą mogłaby zaimponować przed przyjaciółmi swojej dziewczyny. Z czasem coraz bardziej zaczyna czuć, że może do niej nie pasuje. A potem popełnia jeden wielki błąd…Przez cały film Adela jest cały czas niedojrzała. Emma poważnieje, czego symbolem jest rezygnacja z błękitnego koloru włosów, podczas gdy Adela już jako dorosła kobieta wciąż ma na głowie niesforny koczek, symbolizujący jej dziecinne postrzeganie rzeczywistości. A jednocześnie trudno tej nierozsądnej Adeli nie współczuć. Jest ona przykładem na to, jak bardzo miłość może boleć i jak trwale zapisuje się w nas pierwsze, wielkie uczucie. Od eksplozji uczucia przez nadzieję do ogromnego bólu – film prowadzi nas przez wszelkie możliwe etapy związku i zmusza do refleksji. 



Reżyser stawia na naturalizm. Nie tylko jeśli chodzi o pokazanie scen erotycznych, ale także jeśli chodzi o sam sposób filmowania. Twarz głównej bohaterki oglądamy w zbliżeniach, widząc tym samym każdą jej emocję. Towarzyszymy jej w codziennym życiu, w środowisku szkolnym, w jej pokoju, w którym płacze, w klubie, gdzie poznaje Adelę, w pracy – jesteśmy z nią wszędzie, dzięki czemu możemy się z nią w pewien sposób zżyć. Kamera wiele miejsca poświęca też jedzeniu, które ma w filmie symboliczne znaczenie i dodatkowo uwypukla różnice dzielące obydwie bohaterki. Wszystko poszłoby jednak na nic, gdyby nie znakomite aktorki. Grająca Adelę, Adele Exarchopoulos to wielkie odkrycie i razem z Leą Seydoux, która grała już m.in. u Tarantino, jest w ogromnej mierze odpowiedzialna za sukces filmu. Obydwie aktorki są niesamowicie przekonujące w swoich rolach. Exarchopoulos gra dość intuicyjnie, jest naturszczykiem, do postaci Adeli podchodzi emocjonalnie i właśnie dzięki temu jest wiarygodna. Z kolei w grze Seydoux największą istotę ma mimika, spojrzenie, uśmiech, jej ekspresja, co tworzy z Emmy bardzo charyzmatyczną postać, która przyciąga jak magnes. Między nimi dwiema natomiast na ekranie panuje fantastyczna chemia.





Nagrodzone na festiwalu w Cannes Życie Adeli (warto jeszcze dodać, że będące ekranizacją komiksu) to – bez przesady - jeden z najpiękniejszych filmów o miłości, jakie widziałam. Szczery i przejmujący, jest kolejnym dowodem na to, że kameralne historie są w stanie powiedzieć więcej i więcej w nas poruszyć.

Moja ocena: 9/10


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...