18.02.2011

Miłość i inne używki (reż. E. Zwick, 2010)


Zapowiadano, że będzie to coś więcej, a wyszła tylko komedia romantyczna. Jak na Edwarda Zwicka to produkcja nietypowa, bo pan ten znany jest bardziej widzom kina akcji. Komedia romantyczna w jego wydaniu realizuje wszystkie schematy właściwe temu gatunkowi, ale robi to z wdziękiem, w sposób który nie irytuje i nie budzi zażenowania ani co gorsze ziewania. Może warto byłoby żeby Zwick poszedł w tym kierunku, bo ten film wyszedł mu naprawdę nieźle. Nie jest to oczywiście żaden fenomen, nic odkrywczego, ale przyzwoita rozrywka. Tak jak wspomniałam, w scenariuszu tkwił jednak potencjał na coś więcej. Główna bohaterka, 26-letnia Maggie chora jest na Parkinsona, co dość nietypowe w jej wieku. Tym samym wyróżnia się na tle bohaterek klasycznych komedii romantycznych. W związku ze swoją chorobą Maggie nie chce się z nikim wiązać, preferuje raczej niezobowiązujący seks. Choroba Maggie mogła zostać pokazana bardziej dobitnie, nie ograniczać się tylko do drżenia rąk. Z drugiej strony, Maggie jest dopiero w I stadium choroby, może więc drżenie rąk to jedyne co jej na razie dolega, nie jestem lekarzem, nie wiem. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że temat choroby został potraktowany trochę za bardzo powierzchownie. Ale jak dla mnie to i tak duży postęp, bo do tej pory bohaterowie podobnych filmów byli idealni, a ich główne zmartwienia były daleko bardziej trywialne. Na myśl przychodzą mi w tej chwili porównania z filmem, który mogliśmy oglądać w polskich kinach mniej więcej rok temu, a który też nie był do końca zwykłą komedią romantyczną. „Adam” oswajał nas z chorobą zwaną „zespołem Aspergera”. Dosłownie oswajał, bo społeczne nieprzystosowanie głównego bohatera zostało tam pokazane dogłębniej, zdominowało film. W „Miłości i innych używkach” delikatna kwestia poważnej choroby została odpowiednio przycięta do ram gatunkowych komedii romantycznej i służy raczej temu, żeby po raz kolejny uświadomić widzowi, że miłość pokona wszystkie przeciwności. A więc zakochany w Maggie Jamie, niepoprawny kobieciarz, postanawia zmienić dla niej swoje życie, jest gotów się ustatkować i do tego odkrywa też swoje powołanie – jest nim medycyna i wynalezienie cudownego leku na Parkinsona. A propos medycyny, akcja filmu dzieje się w latach 90. który to jest czasem rozkwitu popularności takich specyfików jak Prozac i Viagra. Wspominam o tym, bo Jamie zajmuje się akwizycją tego ostatniego i zamiennika tego pierwszego. Mamy dzięki temu ciekawe, oryginalne tło dla naszej miłosnej opowiastki. Jeśli miała to być krytyka koncernów farmaceutycznych to też poniekąd się udała. Choć z drugiej strony należałoby wspomnieć o wyraźnej reklamie firmy Pfizer, jednego z gigantów na rynku farmaceutyków. I tak właśnie, wszystko co dobre w tym filmie, ma swój rewers. Nie ma tu nawet próby spojrzenia na popularność Prozaca czy Viagry z socjologicznego punktu widzenia. Przedstawiono jedynie pseudo-zabawne skutki przedawkowania tego drugiego. 

To nie kadr z filmu, ale świetne zdjęcie z sesji dla Entertainment Weekly
 Mimo tych wad film ten oglądało mi się naprawdę bardzo przyjemnie. Duża w tym zasługa odtwórców głównych ról. Anne Hathaway i Jake Gyllenhaal stworzyli bardzo sympatyczną parę, a swoich bohaterów uczynili ciekawymi postaciami. Potrafili pokazać ich przemianę: na początku nie pałałam do bohaterów sympatią, ale z czasem przekonali mnie do siebie. Zresztą,  jak się nie oprzeć oczom Anne i uśmiechowi Jake’a?

Wymagający widz nie znajdzie tu pewnie nic dla siebie, ale tym którzy nie są aż tak wybredni i są świadomi tego, co wiąże się z hasłem „komedia romantyczna” z czystym sumieniem polecam.

Moja ocena to 7/10

6 komentarzy:

  1. Na moim celowniku od dawna, ale jeszcze nie miałam okazji zobaczyć. Na Jake'a nie jestem w stanie machnąć ręką. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Obejrzę go pewnie w przyszłym tygodniu, bo czeka na mnei i mó czas ;) Uwielbiam Jake'a od roli w "Pojutrze", od tamtej pory śledze filmy z nim w roli głównej ;) Myślę, że Anne i Jake to naprawdę słodka para i ślicznie razem wyglądają ;) Zobaczę jak to będzie wyglądac na ekranie.

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem świeżo po seansie i odetchnęłam z ulgą - to był kawał dobrego, niegłupiego kina. Anne zatarła nieciekawe wrażenie po "Alicji..." Burtona, a Jake był uroczym dupkiem, potem uroczym zakochanym dupkiem.
    Podobał mi się humor, nie przekroczył pewnej granicy i nadawał nieco świeżości.

    Teraz czekam na "Source code". :)

    OdpowiedzUsuń
  4. @przyjemnostki - akurat Pojutrze nie widziałam, a moja sympatia do Jake'a przyszła tak jakoś nie wiadomo skąd ;) Chyba po Zodiaku i Braciach dotarło do mnie, że go lubię. Na ekranie z Anne nie tylko świetnie wyglądają, ale też świetnie grają :) Pozdrawiam.

    @Agna - Super, że Ci się podobało. Faktycznie było to niegłupie a humor nie był "klozetowy" :D Recenzja pewnie się pisze...:)

    OdpowiedzUsuń
  5. No i oczywiście, ja też czekam na "Source Code" (chcesz porozmawiać o głupich tłumaczeniach tytułów?xD). Oglądałam "Moon" tegoż właśnie reżysera i spodziewam się naprawdę dobrego filmu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Recenzja musi ustąpić miejsca "The Romantics", a dopiero potem będzie "L&OD".

    Tytuł jeszcze nie wywołuje drgawek jak tłumaczone z angielskiego na angielski "No strings attached". Właśnie uświadomiłaś mi, że "Source Code" to robota syna Bowiego - jakoś ten fakt przeoczyłam.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że zostawiasz po sobie ślad, bo to daje mi motywację do pisania. Fajnie jest mieć świadomość, że moje słowa nie trafiają w próżnię. Każdy komentarz czytam z uwagą, choć nie na każdy odpisuję. Nie widzę sensu w odpisywaniu dla samej zasady, kiedy nie mam nic do dodania. Mam nadzieję, że to rozumiesz.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...