26.06.2013

W roli głównej: Na tych aktorów miło (mi) popatrzeć

Są aktorzy, których się ceni za to, jakie emocje potrafią oddać na ekranie, jak bardzo potrafią wczuć się w daną rolę, jak bardzo nas przekonują, że są graną postacią. Meryl Streep, Kate Winslet, Tom Hanks – każdy wymieni tu kogoś innego. Ale są też tacy aktorzy, którzy może nie mają aż tak dużo talentu, nie są wszechstronni, ale po prostu miło się na nich patrzy i ich obecność w obsadzie wystarczy byśmy po dany film sięgnęli. A właściwie, ogląda się film tylko po to, by móc na nich popatrzeć. Trochę się bronię przed układaniem list ulubionych aktorów, aktorek, reżyserów itd. Lubię wskazywać takie osoby, ale ulubionych może być tylko kilku, prawda? Jak więc dokonać selekcji? Kogo pominąć? Myślę, że każda taka lista będzie niepełna, a z drugiej strony będzie pewnym zamknięciem się w określone ramy, konkretnym określeniem się, zdefiniowaniem gustu…A ja nie lubię się jednoznacznie określać. Swego czasu, na filmwebie, robiłam takie listy. I patrząc na nie dzisiaj, być może nieco bym je pozmieniała. Niemniej jednak, przed wami lista aktorów, na których przyjemnie mi się patrzy. Nie wszyscy są wybitni, niektórzy są przeciętni, ale lubię ich oglądać na ekranie. Nie chodzi o to, że ładnie wyglądają (choć tak właśnie jest), ale raczej o to jaką emanują charyzmą, magnetyzmem czy jakkolwiek by tego nie nazwać. Słowem, aktorzy robiący na mnie sympatyczne wrażenie, a nie ci, których uważam za najwybitniejszych w swoim fachu. Mam nadzieję, że rozumiecie o co chodzi ;) 

                                                      Emily Blunt



Emily bez wątpienia jest ładna, ale nie jest to klasyczny kanon urody. Jest bardzo naturalna, eteryczna, ma hipnotyzujące spojrzenie. Jest Brytyjką, ma więc piękny akcent i to też pomogło podbić moje serce. Jedną z jej pierwszych ról była rola w Lecie miłości, polskiego reżysera kręcącego w Wielkiej Brytanii, Pawła Pawlikowskiego. I to chyba jej najambitniejszy jak do tej pory film, tuż obok Siostry twojej siostry. Ten drugi tytuł to reprezentant kina niezależnego spod znaku Sundance. Blunt świetnie się sprawdziła w kameralnym dramacie rozpisanym na trzech aktorów, stąd mój wniosek, że to kierunek, w którym powinna podążać jej kariera. Zwłaszcza, że Sunshine Cleaning również był dobrym filmem. Tymczasem Blunt gra w Hollywood, ale Hollywood ma na nią średni pomysł. Nie jest więc jeszcze aktorką nr 1 ani nawet aktorką nr 2. Wybiera różne role, w komediach czy kinie akcji, dlatego nie można jej zaszufladkować. A myślę, że powinna się jakoś bardziej określić, bo inaczej przepadnie w tłumie aktorek, które chcą podbić świat. A szkoda by było.

                                                Felicity Jones



Z tą brytyjską aktorką miałam do czynienia na ekranie dopiero pięć razy, z czego jednego nie pamiętam. Jednak zdecydowanie mam ochotę na więcej. To pewnie po części zasługa jej bohaterek, po części jej wyglądu – to taki typ urody, który nie musi nic robić, by pięknie wyglądać. Taka Felicity budzi się i nawet zaspana jest piękna. Tak ja to widzę. I zazdroszczę. Niemniej, obejrzycie sobie Like Crazy, żeby zrozumieć, że nie tylko jest ładna, ale też utalentowana. Nie zrażajcie się, kiedy przeczytacie, że to jedna z tych aktorek, które na ekranie mają wiecznie niedomknięte usta. To ma w jej przypadku swój urok.

                                                       Blake Lively



Nie widziałam ani jednego odcinka Plotkary, ale lubię Blake Lively czyli serialową Serenę. Lubię postaci, w jakie się wciela w filmach – może dlatego, że nigdy taka nie byłam i nie będę. To zawsze jest ten sam typ, co może być na dłuższą metę dla jej kariery szkodliwe. Chcą z niej zrobić takiego trochę sexy kociaka, który będzie ozdobą, a nie ważnym członkiem obsady. Ale o co chodzi. Otóż o to, że takich kociaków najczęściej się nie lubi, a Blake Lively o dziwo tak. Nie denerwuje, nie przeszkadza, a wręcz budzi sympatię. Szczególnie polecam wam z jej udziałem Prywatne życie Pippy Lee – film kompletnie nieznany, a wart uwagi choćby ze względu na obsadę właśnie (Robin Wright, Winona Ryder, Monica Bellucci…).

                                                  Kaya Scodelario



Swego czasu tak bardzo byłam zapatrzona w Effy ze Skins, że szukałam czegokolwiek, w czym mogłabym zobaczyć jeszcze Scodelario. Padło na Moon, w którym gra może zaledwie przez minutę. Ale warto było, bo to świetny film. Problem właśnie jest taki, że jej role w filmach są póki co niewielkie. W Wichrowych Wzgórzach gra co prawda główną rolę, ale sam film jest średni i jej bohaterka jest denerwująca. Teraz w planach mam Now is good gdzie jej rola jest chyba w miarę wyróżniająca się.  Na szczęście powraca Skins, co prawda na trzy odcinki, ale z Kayą w jej najlepszym wcieleniu. Zapytacie może, za co ją tak lubię. Obejrzyjcie Skins, a będziecie wiedzieć.

                                                        Kirsten Dunst




Usilnie próbuję sobie wmówić, że Kirsten jest bardzo dobrą aktorką, ale wiem, że raczej tylko dobrą. Jej role nie są jakieś porażające (wyjątkiem jest tu na pewno Melancholia), ale nikt się nie nadaje do grania „pięknych i szalonych” jak ona. Co ciekawe, totalnie nie znam jej z tej odsłony, z której kojarzy ją najwięcej osób, a więc z roli dziewczyny Spidermana. Moim zdaniem najlepiej wychodzą jej role dziewczyn z problemami, buntowniczek, marzycielek – takich jak Maria Antonina, Lux z Przekleństw niewinności czy właśnie tytułowa Piękna i szalona. W dramatach nadaje swoim bohaterkom pewne mroczne rysy, które sprawiają że stają się one dla nas bardzo pociągające. Nie będę was oszukiwać, że na Kirsten też po prostu dobrze mi się patrzy. Co prawda, im dłużej się jej przyglądam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że nie jest ona ideałem urody, ale ma w sobie tyle naturalności i wdzięku (ten uśmiech!), że gdybym była mężczyzną chyba powiesiłabym sobie jej plakat nad łóżkiem. Nic dziwnego, że to właśnie po jej filmie – Elizabethtown - ukuto określenie Manic Pixie Dream Girl. Generalnie jest to też taka aktorka, po której wiem, czego mogę się spodziewać. Każda jej bohaterka przypadnie mi do gustu, dlatego filmy z nią mogę oglądać w ciemno.

                                                     Emma Stone



To w sumie dosyć nowa sympatia, jednak jak każda aktorka, w której jest coś naturalnego, tak i Emma od razu po zobaczeniu jej w Zombieland, zyskała moją sympatię. Potwierdziła, że jest dobrą aktorką w Służących, Łatwej dziewczynie i Kocha, lubi, szanuje. Nie ma jeszcze bogatej filmografii, ale jej wybory wskazują, że nie chce grać w byle czym i ma dobrą intuicję. Z miejsca stała się ulubienicą kinomanów. W czym tkwi sekret tej sympatii? Być może chodzi o to, że Stone wydaje się być zwykłą dziewczyną. Nie gwiazdorzy, jest skromna, nie daje powodów do plotek, nie lansuje się, a przy tym jest miła dla oka. Oglądając ją na ekranie ma się wrażenie, że to zwykła dziewczyna, a nie gwiazda, a przy tym nie jakaś głupiutka idiotka tylko dziewczyna inteligentna i błyskotliwa.

                                                 Keira Knightley



Wiele kieruje się zarzutów pod jej adresem: a to, że brzydka, a to, że grać nie umie, a to, że irytująca. Ja jej jednak będę bronić. Biustu może nie ma, ale i tak suknie z epoki (i nie tylko) leżą na niej wyśmienicie. Częściej możemy ją oglądać w historycznym kostiumie i do takich ról pasuje ze swoją urodą jak znalazł, ale odnajduje się też w rolach współczesnych. W Love Actually generalnie nie miała wiele do zagrania, ale chyba każdy ją doskonale z tego filmu zapamiętał. Ma błysk w oczach, potrafi kokietować, ale także odegrać osobę rozedrganą emocjonalnie i doskonale wyrażać smutek. Co prawda nie przekonała mnie do końca jej Anna Karenina, ale do roli Sabiny w Niebezpiecznej metodzie została wybrana idealnie.

                                                     Eva Green



Eva jest przede wszystkim zjawiskowa. Pierwsze, co się dostrzega oglądając film z jej udziałem, to zachwycająca uroda. Zabójcze spojrzenie, zmysłowy głos, wyraz twarzy idealny do wyrażania smutku. Green na ekranie hipnotyzuje. Jej bohaterki często są niejednoznaczne. Osobiście nigdy nie wiem, czy je lubić czy nie. To chyba świadczy o aktorskiej klasie. Wybierając film z nią, a ostatnio kierowałam się jej nazwiskiem dość często, wiem, że jakikolwiek by on nie był, dla jej intrygującej kreacji warto go obejrzeć.

                                                   Carey Mulligan



W Mulligan urzeka mnie jej wiotkość, delikatność, wdzięk. Porcelanowa skóra, blond włosy, błyszczące oczy nadają jej kruchości. I choć jest ona też w jej bohaterkach, na ogół są one silne, choć boleśnie doświadczane przez los. Urzeka mnie sposób, w jaki Mulligan przekazuje emocje. W swoich rolach jest bardzo przejmująca ze względu na ekspresję, z jaką gra sceny rozpaczy. Wśród aktorek młodego pokolenia jest to jedna z nielicznych, które mogą poszczycić się talentem równie wielkim jak uroda.

                                                  Joseph Gordon – Levitt



Jest taki typ aktorki, czy raczej bohaterki filmu, jak dziewczyna z sąsiedztwa. Gordon - Levitt to taka męska odmiana czyli chłopak z sąsiedztwa. Ideał z 500 dni miłości. Oczywiście, do grania takich postaci predysponuje go uroda. Choć nie widziałam z nim jeszcze wielu filmów, to mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że gra on przeważnie chłopców (właśnie: nie mężczyzn, a chłopców) miłych, sympatycznych, do polubienia Nawet jego długowłosy, zbuntowany Hesher taki jest, czy Arthur z Incepcji. Choć gra czasem z bronią w dłoni to i tak ten rys chłopięcości w nim jest. I ja to lubię.

                                                      Ben Whishaw



Jak widać, na liście jest zdecydowanie więcej kobiet. Czego to zasługa? Nie znoszę mężczyzn, którzy tylko ładnie wyglądają, a totalnie nie umieją grać. Nie wiem czemu, ale u kobiet mi to nie przeszkadza. Natomiast ładni mężczyźni, typowe ciacha nigdy na mnie nie robili wrażenia, także w życiu prywatnym, kiedy chodzi o mężczyzn mijanych na ulicy itd. Zbyt przystojny mężczyzna jest dla mnie typem podejrzanym, który może nie reprezentować sobą wielkiej wartości. Oczywiście, Johnny Depp czy Jude Law to wyjątki potwierdzające regułę. Poza tym, chyba nie potrzebuję już wzdychać do faceta na szklanym ekranie, skoro mam prawdziwego u boku. Nie mniej jednak, Ben Whishaw robi na mnie ogromne wrażenie. Potargany, roztargniony, bardzo inteligentny – z takim wizerunkiem go kojarzę, choć nie tylko takich bohaterów grywa. Błysk w smutnym oku i szelmowski uśmiech sprawiają, że miło się na niego patrzy. Ale Ben umie też świetnie grać. Sprawia wrażenie mocno zaangażowanego w rolę, co sprawia, że jego postaci, nawet jeśli drugoplanowe, są wyraziste i nie dają nam o sobie zapomnieć. Whishaw wnosi do filmów, w których gra, trochę szaleństwa i radości, takie mam wrażenie, i dlatego wciąż odkrywam filmy z jego udziałem.

To tyle ode mnie. Choć jak teraz patrzę na tę listę, to uświadamiam sobie, że brakuje na niej Scarlett Johansson. I Ewana McGregora. Ciekawa jestem, czy Wy też macie tego typu ulubieńców?

8.06.2013

Pięć filmów w moim wieku

Zabawy blogowe nie budzą mojego entuzjazmu – lubię je czytać, ale zdradzać coś o sobie – niekoniecznie. Raz się skusiłam i żałuję. Jednak tym razem sprawa ma się inaczej. 5 filmów w moim wieku to zabawa rozwijająca, bo pogłębiająca naszą wiedzę o kinie. Dzięki niej mamy okazję zapoznać się z filmami, o których istnieniu być może nawet nie wiedzieliśmy. Jak już zauważyłam, blogerzy nie są leniwi i nakreślają nawet pewne tło dla kolejnych dat. Zabawa mi się zatem spodobała i z chęcią się do niej przyłączam.

Jak podaje IMDB, w 1987 roku powstało 3.155 filmów. Sporo, prawda? W grudniu, a więc gdy swoją premierę miałam ja, prawdopodobnie większość tych filmów znana już była światu. Aż wstyd przyznać, że jak na tyle tytułów, widziałam tylko dwie produkcje z tego rocznika (oczywiście nie przejrzałam wszystkich ponad 3 tys. tytułów, a jedynie kilkaset najpopularniejszych na IMDB). Są to:

Dirty Dancing (reż. Emile Ardolino) i La Bamba (reż. Luis Valdez)

Wychodzi na to, że taneczno – muzyczne klimaty są bliskie mojemu sercu. Któż jednak tych filmów nie widział, będąc swego czasu skazanym na nie w telewizji w każde święta. Nie są to oczywiście moje ulubione filmy, ani nie uważam ich za najlepsze produkcje roku 1987. Dirty Dancing w przeciwieństwie do wielu przedstawicielek płci pięknej nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Główna bohaterka jest bowiem niebywale irytująca. W filmie brak też klimatu, znacznie bardziej wyczuwam go w sequelu, całkiem udanym, z Romolą Garai w roli głównej. Niemniej jednak, Dirty Dancing mocno wpłynęło na kino i popkulturę. Wystarczy spojrzeć jaki mieliśmy swego czasu wysyp filmów tanecznych czy wspomnieć Poradnik pozytywnego myślenia. No i jeszcze jedna sprawa – Dirty Dancing doczekało się u nas jednego z najgłupszych tłumaczeń tytułów.
 


Jeśli chodzi o La Bambę, biograficzna historia latynoskiego muzyka Richiego Valensa, bardzo mnie chwytała za serce, gdy oglądałam ją jako dziecko. Sporo czasu upłynęło od dnia kiedy oglądałam ten film ostatnio, więc nie pamiętam na jakim poziomie stoi jego realizacja, ale kojarzę, że nie brakowało w nim emocji i dramatyzmu. Czyli chyba da się obejrzeć i dziś.






Kolejne filmy, które wskażę to filmy z roku 1987, które chciałabym obejrzeć.

Full Metal Jacket (reż. Stanley Kubrick)













Za mną już kilka filmowych wizji wojny w Wietnamie, wypadałoby więc obejrzeć uznane dzieło i tego wybitnego reżysera. Film stoi już na mojej półce, ale jako że temat ciężki, trudno mi się zebrać do oglądania.

Prawo pożądania (reż. Pedro Almodovar)













Ciekawa jestem każdego filmu Pedro Almodovar. Zwłaszcza jego starsze dzieła, jak ten film, pozostają dla mnie jeszcze nie odkryte. Tematyka filmu wydaje się być intrygująca – miłosny trójkąt (z udziałem Antonio Banderasa).

Złote czasy radia (reż. Woody Allen)













Czyli z nostalgią o czasach, kiedy radio było dla wielu bogiem. Podobno to jeden z lepszych filmów Allena, więc mam nadzieję kiedyś go obejrzeć. obok tej komedii Allen nakręcił też w 1987 roku poważny dramat Wrzesień, nawiązujący do twórczości Czechowa, po który też na pewno warto sięgnąć.

A w 1987 roku światło dzienne ujrzały też takie produkcje jak: Uczta Babette, Czarownice z Eastwick, Wpływ księżyca (Oscar dla Cher), Niebo nad Berlinem, Ostatni cesarz (Oscar dla najlepszego filmu), Fatalne zauroczenie, Wall Street (Oscar dla Michaela Douglasa), Zabójcza broń, Nietykalni, Predator.

3.06.2013

Broadchurch (2013 -?, ITV)


Broadchurch to serial, o którym się mówi i będzie się mówić, bo to jedna z najgłośniejszych premier telewizyjnych, przynjamniej w Wielkiej Brytanii. Telewizja ITV trafiła na podatny grunt, bo kameralne historie kryminalne cieszą się ostatnio dużym powodzeniem. Broadchurch nie bez powodu nazywany jest brytyjską odpowiedzią na The Killing. To krótka, 8-odcinkowa seria, koncentrująca się wokół sprawy morderstwa 12-letniego chłopca, mieszkańca małego nadmorskiego miasteczka Broadchurch, Danny’ego Latimera. Sprawę prowadzi para detektywów – Alec Hardy, który właśnie przybył do Broadchurch by zostać szefem tutejszej policji i sierżant Ellie Miller, której Hardy sprzątnął owe stanowisko sprzed nosa. Z oczywistych przyczyn, para nie dogaduje się ze sobą najlepiej. Skąd my to znamy, chciałoby się rzec. Podobieństw do The Killing czy rozwiązań typowych dla seriali kryminalnych (np. Mostu nad Sundem, o którym pisałam tutaj) jest w Broadchurch sporo, a jednocześnie jest to serial totalnie oryginalny.


O sukcesie serialu w dużej mierze decyduje miejsce jego akcji. Broadchurch to małe miasteczko, w którym wszyscy się znają, mieszkańców nie ma wielu, więc siłą rzeczy każdy jest podejrzany. Tropy prowadzą do różnych mieszkańców. Oczy widzów są szczególnie zwrócone na miejscowego księdza, właściciela kiosku, listonosza,  przyjaciela Danny’ego ze szkoły i przyjaciela rodziny Latimerów. Oraz tajemniczą kobietę, Susan. Aby jeszcze bardziej zamieszać w głowach widzów, scenarzyści samych Latimerów też nie przedstawiają bez skazy – ojciec coś ukrywa, córka przechowuje narkotyki, babcia jest nadzwyczaj opanowana… Broadchurch tylko z pozoru jest serialem o śledztwie. Tak naprawdę najważniejsze są tu relacje międzyludzkie, które na przykładzie małomiasteczkowej społeczności można pokazać najpełniej i najbardziej prawdziwie. W głowie kołacze też cały czas pytanie – jaki był powód tego, kto zabił Danny’ego? Czym chłopiec mógł zawinić? Tego praktycznie do końca trudno się domyśleć. Ostatecznie, rozwiązanie sprawy okazuje się dość zaskakujące, choć nie powiem wam czy to zaskoczenie pozytywne czy negatywne. Najważniejsze, że na poznaniu mordercy się nie kończy. Sporo miejsca poświęcone jest reakcji mieszkańców Broadchurch, którzy poznając nazwisko sprawcy po raz kolejny doświadczają ogromnego wstrząsu.


Broadchurch jest w dużej mierze serialem o stracie i pustce. Rodzina Latimerów traci syna, brata, wnuka. Obserwujemy ich życie po stracie i próby pogodzenia się z nią, każdego członka rodziny na swój sposób. Rozgoryczenie powodowane stratą kryje też w swoich smutnych oczach Alec Hardy, z pewnością najlepiej napisana postać serialu. David Tennant w tej roli jest bezapelacyjną gwiazdą tego serialu. Jego Hardy to postać złożona, do której nie można nie żywić sympatii, pomimo że zachowuje się czasem jakby był wyprany z uczuć. To tylko poza, którą przybierać nauczyło go doświadczenie. Swoją stratę ma też Ellie Miller, zagrana fenomenalnie przez Olivię Colman, która największy popis aktorstwa dała w ostatnim odcinku serialu. Ale, jeśli jesteśmy już przy aktorstwie, bez zarzutu sprawują się także pozostali aktorzy, którzy odegrali swoje role tak, że ani przez chwilę nie mogliśmy skreślić kogoś z listy podejrzanych. Jak się okazuje, to także zasługa sprytnego pomysłu zastosowanego przez twórców. Otóż, oprócz czterech osób z obsady, reszta nie wiedziała kto jest mordercą. Z kolei osoba wcielająca się w mordercę, dowiedziała się, że nim jest na dwa tygodnie przed końcem zdjęć. Być może w tym rozwiązaniu tkwi sekret sukcesu Broadchurch, jednak to z pewnością nie wystarczyłoby, żeby zachwycić coraz bardziej wymagających widzów. Producenci nie zapomnieli o tym, że ludzie lubią patrzeć na coś, co jest ładne. I Broadchurch takie właśnie jest, dzięki ręce operatora, Matta Greya. Grey wydobył piękno z nadmorskich klifów, wyczarował ujęcia, które doskonale oddają senną atmosferę miasteczka i skadrował zdjęcia tak, że czuć w nich rękę dobrego fachowca. Ekran spowity jest w pięknych kolorach, które ciekawie kontrastują z aurą zbrodni  i gęstą atmosferą panującą w miasteczku.


 Czemu jeszcze spodoba wam się Broadchurch? Bo montaż jest tu równie dużą siłą napędową narracji jak np. w oscarowym The Social Network. A używane od czasu do czasu slow motion niebywale podkreśla emocje sceny, w której zostaje wykorzystane. Muzykę do serialu stworzył natomiast Olafur Arnalds, coraz bardziej doceniany multiinstrumentalista islandzki. Islandzka muzyka jaka jest, każdy wie – to muzyka intymna, kameralna, ociekająca melancholią. Do takiego serialu jak ten – idealna.

Galeria pełnokrwistych postaci, piękna oprawa muzyczna i wizualna, niepokojący klimat – wszystko to sprawia, że w Broadchurch można się rozsmakować i połknąć łapczywie te osiem odcinków w krótkim czasie. Chciałoby się do bohaterów i miasteczka wrócić już teraz, ale przyjdzie nam poczekać niemal rok. Bo dobra informacja jest taka, że Broadchurch powróci. Nie wiadomo, czy z tymi samymi bohaterami w rolach głównych, ale wróci. Jeśli więc jeszcze nie oglądaliście, czas to zmienić. Bo o Broadchurch jeszcze usłyszycie.

Moja ocena: 9/10

27.05.2013

House Of Cards (Netflix, 2013 - ?)


Póki o serialu jest jeszcze głośno, dołączę się tym wpisem do chóralnych głosów obwieszczających, że House of Cards warto obejrzeć. Warto, nawet jeśli nie lubi się seriali politycznych. Mimo takiego właśnie gatunku, House of Cards jest serialem zaskakująco wciągającym i w znacznej części odcinków nie nużącym. A to za sprawą kilku kwestii:

  1. Kevin Spacey w głównej roli. Jako Francis Underwood jest bezwzględnym politykiem, dążącym bez skrupułów, także po trupach, do upragnionego celu, jakim jest posada wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Poznajemy Francisa w momencie, gdy okazuje się, że nie dostał obiecanego mu stanowiska Sekretarza Stanu. Francis nie jest człowiekiem, który coś takiego by zapomniał, wybaczył i podarował. W jego głowie rodzi się już plan intrygi, zakrojonej na bardzo szeroką skalę. Bezwzględność tego człowieka kłuje w oczy, a jednocześnie jest przez nas akceptowalna. A to z kilku powodów: zburzenia tzw. czwartej ściany czyli bezpośrednich zwrotów Francisa do nas, widzów, w których niejako Francis tłumaczy swoje zachowanie, a także sposobu bycia bohatera – jest na pozór uprzejmy, współczujący, po prostu miły. Aż chce się go lubić. Dopóki się nie zobaczy, jak wykańcza stojące mu na drodze przeszkody. Producenci serialu wykorzystali dobrze sprawdzony już patent na anty-bohatera w głównej roli i się opłaciło – charyzmatyczny polityk jest głównym powodem, dla którego siadamy i oglądamy kolejny odcinek.


  2. Ale ten polityk ma też żonę – Claire. W tej roli znakomicie występuje Robin Wright, aktorka moim zdaniem mało doceniana. Być może rola bardzo nieodgadnionej kobiety o wielu twarzach przyniesie jej jakieś wyróżnienia. Mówi  się póki co o tym, że Claire Underwood to jedna z najlepiej ubranych bohaterek serialowych w historii telewizji. Perfekcyjny wygląd to jedyne co jest pewne w przypadku Claire. Bo jej moralność, pragnienia, sympatie są bardzo dwuznaczne. Claire jest chyba z tego względu tak naprawdę najciekawszą postacią tego serialu. 


  3. Dziennikarskie śledztwo. Ok., może nie jest to stricte śledztwo, ale wątki z dziennikarzami tropiącymi intrygi i afery zawsze są ciekawym dodatkiem w serialach takich jak ten. Postać młodej dziennikarki Zoe Barnes jest też ciekawa sama w sobie, bo oto dziewczyna, niezbyt poważnie traktowana w swojej redakcji, trafia na temat, a przede wszystkim informatora, który jest w stanie ustawić jej karierę na zupełnie innych torach. Zoe jest nieznośną i denerwującą postacią, bo choć chciałoby jej się kibicować, dziewczyna dokonuje niestety samych złych wyborów, podporządkowując swoje życie całkowicie pracy. 


  4. Małżeństwo Francisa i Claire. Francis zdradza Claire, Claire się na to zgadza, bo mąż robi to dla słusznej, w ich mniemaniu, sprawy. Claire trwa przy mężu, wspiera go, nie tylko psychicznie, ale też działaniami swojej firmy, a jednak nie widać między nimi miłości, czułości, nic emocjonalnego. Wygląda to niestety bardzo prawdziwie – takie związki w świecie polityki chyba są na porządku dziennym.
  5. Wielowymiarowość postaci. Każda z postaci skrywa sekret, nikt nie jest taki jak wydaje się nam na początku. Zaskakujące zwroty akcji sprawiają, że kolejne maski zostają odsłonięte. Niejednoznaczne postaci również powodują, że serial ogląda się w nieustannym napięciu.

Można dodać jeszcze więcej: David Fincher za kamerą kilku pierwszych odcinków, nawiązania do postaci szekspirowskich, pierwszy serial w całości wyprodukowany dla telewizji internetowej…Choć wolę seriale lżejsze, cięższe tematy zostawiając na kino, to jednak do House of Cards pewnie wrócę za rok, gdy powstanie nowy sezon, bo to produkcja na bardzo wysokim poziomie, a zakończenie zwiastuje, że nowa seria będzie równie, o ile nie bardziej, ciekawa.

Moja ocena: 8/10 

22.05.2013

Wielki Gatsby (reż. B. Luhrmann, 2013)



Świat czekał na Wielkiego Gatsby’ego, jak zawsze, gdy rzecz dotyczy wybitnej powieści, która w dodatku już kiedyś została zekranizowana. Gdy potem oczekiwanie podsycają spektakularne trailery i co rusz wypuszczane do sieci fragmenty ścieżki dźwiękowej, spodziewamy się czegoś wielkiego i wyjątkowego, co będzie prawdziwą filmową ucztą. Niestety, takie filmy mają to do siebie, że okazują się być rozczarowaniem. Wielki Gatsby też nie jest tak wielkim filmem, jak miał być (miał w naszej wyobraźni). Jednak o rozczarowaniu nie ma mowy – bo Baz Luhrmann dał nam to, czego mogliśmy się po nim spodziewać, mając w pamięci jego Romeo i Julię czy Moulin Rouge, czyli oszałamiające wizualnie widowisko, w którym narzędziami do opowiedzenia historii są nie tyle aktorzy, co dekoracje, kostiumy i efekty specjalne.

Wielki Gatsby Scotta F. Fitzgeralda to powieść uznawana za jedną z najważniejszych w amerykańskiej literaturze. Wielki Kryzys (lata 20 XX wieku), Nowy Jork, american dream, mieć czy być – hasła klucze, po których można zrozumieć, skąd wziął się jej kultowy status. Książka zaiste jest doskonała i to nie tylko dla czytelnika amerykańskiego. Powieść Fitzgeralda nie napawa optymizmem, dekonstruując mity i rozwiewając złudzenia o prawdziwości jakichkolwiek uczuć. Historia Jaya Gatsby’ego, wpisująca się w mit „od pucybuta do milionera” nie pozostawia złudzeń, że pieniądze szczęścia nie dają. To najkrótsze podsumowanie fabuły książki (i filmu) jest kwestią, która przyświeca i dzisiejszym czasom, co jak mi się wydaje chciał swoim filmem przekazać Baz Luhrmann.

A że do naszych czasów najbardziej przystaje forma teledysku to film Luhrmanna jest kolorowym obrazkiem rodem z MTV, ilustracją muzyki wyprodukowanej przez Jaya Z, który do współpracy zaprosił Florence & The Machine, Lanę Del Rey, Will I Am, Beyonce czy Jacka White’a. Sam reżyser uzasadnia decyzję o takim, a nie innym doborze ścieżki dźwiękowej słowami, że żyjemy obecnie w erze hip hopu, a nie jazzu. Moim zdaniem, współczesna muzyka podkreśla ponadczasowość opowiadanej historii. Nie jest jednak tak, że wszystkie kawałki są na wskroś nowoczesne – jazz również w nich pobrzmiewa, a takie połączenie sprawia, że są to utwory naprawdę wyjątkowe.

Party hard
Film Baza Luhrmanna to ekranizacja zupełnie różna od tej, którą kojarzy większość z nas – filmu Jacka Claytona z Robertem Redfordem w roli tytułowej z 1974 roku. Co nie znaczy, że jest to ekranizacja gorsza. Tamta była nastawiona na wywołaniu w widzu emocji poprzez gęstą atmosferę, wyraziste kreacje aktorskie, zapadające w pamięć mocne sceny czy dialogi. Ta używa zupełnie innych środków wyrazu. Gatsby Luhrmanna jest odpowiedzią na dzisiejsze potrzeby widzów, którzy w kinie oczekują przede wszystkim rozrywki, pięknych obrazków i dobrej muzyki. Film jest więc przesadnie wystylizowany i spokojnie może zostać nazwany estetycznym cudeńkiem. Z ekranu wręcz wylewa się luksus, jakim otaczają się bohaterowie. Aktorzy ubrani są w piękne kostiumy od Prady, na palcach noszą cenne błyskotki, a ich wygląd dopracowany jest w każdym szczególe. Posiadłość Gatsby’ego, ale także i dom Buchananów zachwycają przepychem. Przyjęcia wydawane przez głównego bohatera to z kolei szczyt blichtru – z lejącym się strumieniami szampanem, spadającymi z nieba cekinami i tańcami nad basenem przypominają to, co możemy dziś oglądać choćby w Plotkarze  i podobnych produkcjach.

Niestety, w tym przepychu i wystawności, reżyser trochę zapomina o bohaterach. Potraktowani są dosyć powierzchownie, ich rozterki i dylematy moralne nie są uchwycone tak mocno, jak w książce Fitzgeralda. Scen, które wywoływałyby prawdziwe dreszcze, emocje, scen pełnych dramatyzmu, w których aktorzy mogliby się w dodatku popisać swoim warsztatem, jest tu niewiele. Z tego też względu Leonardo DiCaprio raczej i za ten film nie doczeka się Oscara. Pojawiają się za to sceny komediowe, które są całkiem zbędne i nie pasują do powagi tematu, choć są nieźle zagrane przez Tobey Maguire’a.


A skoro przy aktorstwie jesteśmy, trzeba powiedzieć że film ukradł Joel Edgerton w roli Toma Buchanana. Jego postać niewiernego i zazdrosnego męża dała mu duże pole do popisu, które aktor wykorzystał na maksimum swoich możliwości. Pozytywnie zaskoczył mnie też wspomniany Tobey Maguire jako Nick, a więc narrator całej opowieści (swoją drogą zastosowanie tej formy opowiadania, zgodnie z książką, bardzo korzystnie wpływa na odbiór filmu). Za tym aktorem nigdy nie przepadałam, ale tą rolą przekonał mnie do siebie, bo jego bohater jest taki jak powinien być – zdystansowany, trochę oszołomiony bogactwem i całą postacią Gatsby’ego oraz nowobogackim towarzystwem w jakim się nagle znalazł, a do tego najbardziej ludzki ze wszystkich bohaterów. Wracając do DiCaprio, aktor nie rozczarował, ale był jedynie poprawny. Czegoś zabrakło. Czegoś, co pozwoliłoby mi uwierzyć, że Gatsby jest naprawdę tak charyzmatyczną postacią, że lgną do niej tłumy. Poprawnie, ale nie znakomicie wypadła też Carey Mulligan jako Daisy, czyli kobieta, dla której Gatsby jest w stanie poświęcić życie. Aktorka dobrze oddała cierpienia kobiety, które jest nie z tym mężczyzną, którego kocha, ale wydaje mi się, że potencjał tej roli był dużo większy. Zdecydowanie bardziej zapadła mi w pamięć praktycznie nie znana jeszcze Elizabeth Debicki (tak, ma polskie korzenie) w roli golfistki Jordan Baker, którą zagrała idealnie – jako trochę zimną, dystyngowaną, ale jednak nie zepsutą kobietę. Trzeba jeszcze dodać, że jeśli chodzi o aktorstwo, zabrakło jednej, ale za to bardzo ważnej rzeczy – chemii między Mulligan a DiCaprio czyli Daisy i Gatsby’m. Jak na parę, która przez lata marzyła, by ponownie się spotkać ich spojrzenia są zaskakująco chłodne, a pocałunki niewiarygodne. Ale tu winą niestety może być rzecz banalna – kilkunastoletnia różnica wieku między aktorami.

Czy tylko mi trudno uwierzyć, że ten pan i pani są w sobie zakochani?
Biorąc pod uwagę wszystkie wspomniane aspekty, można powiedzieć, że Baz Luhrmann zekranizował właśnie tę konkretną książkę, tylko po to, by mieć pretekst do zachwycenia nas feerią barw, mocą dźwięków i efektów specjalnych, które do Wielkiego Gatsby’ego idealnie pasują. A Luhrmann na takim stylu opowiadania dobrze się zna. Ale moim zdaniem tylko w ten sposób udało się odświeżyć tę historię i wyciągnąć z niej coś nowego, a raczej utwierdzić nas, że ta historia się nie zestarzała i dziś również mogłaby się wydarzyć. W nieco innych czasach, w nieco innym kryzysie, ale z podobnie zepsutymi ludźmi.

Wielki Gatsby zdecydowanie nie będzie faworytem do miana filmu roku, jak spodziewano się na długo przed jego premierą. Ale w kategoriach takich jak kostiumy, scenografia czy nawet dźwięk,  ma spore szanse na wyróżnienia. Nie jest to film wybitny (niestety), ale rozrywka na bardzo wysokim poziomie. Pytanie tylko, czy ekranizacja tak ważnej i wielkiej (choć krótkiej) powieści, powinna nią być.

Moja ocena: 8/10 

16.05.2013

Shameless (2011 - ?, Showtime)


Miała być recenzja Shameless i to już dawno, bo serial skończyłam oglądać już prawie dwa miesiące temu. Jednak z powodu braku czasu, to co napisałam można nazwać raczej krótkim, ale mam nadzieję treściwym, wpisem na temat tej produkcji.

O Shameless, który jest amerykańską adaptacją oryginalnej brytyjskiej serii, nie mówi się zbyt wiele. Nie jest to serial wielokrotnie nagradzany czy rozpalający umysły widzów jak chociażby Gra o tron. Być może to kwestia tematyki, która jest bardzo odważna nawet biorąc pod uwagę, że telewizja obecnie nie stroni niemal od żadnego tabu. Bowiem bohaterami serialu stacji Showtime są członkowie patologicznej rodziny Gallagherów. To co oglądamy na ekranie to właściwie dekonstrukcja stereotypowego przedstawiania rodzin. Głowa rodu Gallagherów, Frank, jest nieustannie pijany, nie pracuje i ciągle nie ma pieniędzy. Kiedy ich potrzebuje (czyli nieustannie) nie ma skrupułów, by je zdobyć. Zasada „po trupach do celu” nie jest mu obca, a żerowanie na szóstce własnych dzieci to norma. No właśnie, jest szóstka dzieci, spośród których to najstarsza, 22-letnia Fiona, zajmuje się całym domem. Nie stroniąca od używek, chora psychicznie matka, porzuciła bowiem rodzinę. Fiona musi więc prać, gotować i sprzątać, a przy tym kombinować jak przeżyć od pierwszego do pierwszego, gdy nikt z rodziny nie ma stałej pracy. To wszystko kosztem własnego życia towarzyskiego i kariery.


W serialu oglądamy głównie codzienne zmagania Gallagherów z życiem. To codzienna walka o przetrwanie – każdy z rodzeństwa stara się jakoś zarobić, żeby dołożyć się do rachunków czy kosztów zakupów. Nierzadko nastolatki decydują się na kroki niezgodne z prawem. Wszystko to jednak w słusznym celu i powodowane jednym – wzajemną do siebie miłością, dlatego zamiast widza bulwersować, wszelkie występne czyny go rozczulają. Obok codziennych perypetii ważnym wątkiem są też sprawy uczuciowe bohaterów. Fiona, Lip czy Ian dokonują nie zawsze dobrych wyborów i wplątują się w skomplikowane, a nawet toksyczne relacje, w których nie brakuje wybuchów złości i zdrad. Szczególnie warta uwagi jest w tym kontekście postać Iana, który początkowo nie potrafi sobie poradzić z faktem, że jest gejem, a potem wplątuje się w związek z żonatym mężczyzną.

Oprócz rodziny Gallagherów, ważnymi bohaterami serialu, bez których nie potrafię go sobie wyobrazić, są ich sąsiedzi, Veronica i Kevin. Na pierwszy rzut oka to wulgarna para lubiąca wyuzdany seks, ale po bliższym poznaniu okazują się być bardzo uczuciowym i pomocnymi Gallagherom ludźmi. Z czasem ich perypetie, choćby starania o dziecko, stają się dla widza równie ważne, jak losy pozostałych bohaterów.

Poruszanych tematów jest w Shameless wiele. To nie tylko uzależnienie od alkoholu, homoseksualizm, bezpłodność, problemy wieku dorastania, ale też na przykład agorafobia. Jedna z ważniejszych postaci, Sheila, z którą zwiąże się na jakiś czas Frank (a raczej z jej pieniędzmi), jest osobą panicznie bojącą się wyjść z domu. Kolejne epizody to także jej zmaganie się z tą chorobą, brawurowo odegrane przez bodaj największą gwiazdę serialu, Joan Cusack.


To, co jeszcze w Shameless zasługuje na wyróżnienie, to szczególna konstrukcja postaci. Żadna z nich nie jest jednowymiarowa. Każdy ma różne oblicza – wspomniana Sheila to perfekcyjna pani domu, elegancka czy wręcz dystyngowana, a skrycie mająca upodobanie do zabawek z sex shopu. Z kolei na przykład głośna i wulgarna Veronica okazuje się mieć duże serce do dzieci. Przykłady naprawdę można by mnożyć. Wielowymiarowość postaci współgra z zaskakującymi zwrotami akcji, jakich w serialu nie brakuje. Można powiedzieć, że takie sytuacje jak związanie się matki z mężem córki czy wykorzystanie własnej matki do zapłodnienia męża zdarzają się niebywale rzadko i nagromadzone w jednym serialu powodują spadek jego autentyczności. Ale według mnie takie właśnie nieco irracjonalne zachowania i sytuacje nadają Shameless kolorytu i sprawiają, że to serial inny niż wszystkie.


Rozpływając się nad jakością tego serialu nie można zapomnieć o jego stronie technicznej i znakomitym aktorstwie. Szybki montaż, częste zbliżenia, doskonale pasująca muzyka również wyróżniają Shameless na tle innych znanych mi produkcji telewizyjnych. Do tego smaczkiem jest jedna z ciekawszych serialowych czołówek. Aktorsko, choć większość obsady to młodzi amatorzy, serial wypada również bardzo dobrze. O wysoki poziom dbają wspomniana Joan Cusack i genialny w roli Franka degenerata, William H. Macy (aktor znany z ról drugoplanowych m.in. w Sesjach czy Fargo). Najważniejszą rolę w obsadzie piastuje jednak Emmy Rossum wcielająca się w rolę Fiony. I trzeba przyznać, że aktorka, kojarzona do tej pory głównie z rolą eterycznej Christine w Upiorze w operze, doskonale odnajduje się w postaci zdeterminowanej dziewczyny, która całe swoje życie, które mogłaby spędzać zupełnie inaczej, poświęca rodzeństwu.


Mam szczerą nadzieję, że w tych kilku słowach zachęciłam Was do obejrzenia Shameless. Nie ukrywam, że serial może gorszyć, ale wydaje mi się, że to kwestia podejścia. Należy do niego podejść z dystansem, tak jak z dystansem jego autorzy przedstawiają nam problemy najniższych warstw społecznych. Nie ma wielu seriali o tej tematyce, dlatego uważam, że Shameless zasługuje na zainteresowania choćby z tego właśnie względu. Tutaj patologia, degeneracja, wszelkie skrajności i dewiacje pokazane są w komediowej otoczce (może powinnam to napisać na początku – Shameless to komediodramat). Nie chodzi jednak o to, by wywołać w nas śmiech. Jeśli już, to śmiech przez łzy, bo serial w inteligentny sposób podejmuje przecież tematy nie łatwe, próbując nas z nimi w przystępny sposób oswoić. A to właśnie powinien robić dobry serial obyczajowy.

Moja ocena to: 9/10

7.05.2013

W roli głównej: Ulubione sceny z filmów

Właściwie tytuł tego posta mógłby brzmieć "Inspiracje", bo będzie to jeden z tych wyśmiewanych trochę przez nas, poważnych blogerów kulturalnych, post składający się z samych zdjęć . Ostatnio nie mam zupełnie czasu na napisanie czegoś na bloga, ale jednak nie chcę go tak haniebnie zaniedbywać. A że na dysku mam zgromadzonych sporo zdjęć filmowych to może czas, żeby się w końcu na coś przydały. Tym samym przed Wami minimalistyczna notka do patrzenia, a nie do czytania. Ewentualnie, do wzdychania i wspominania. Sceny z filmów, które kocham, lubię, cenię. Aha, podpisy pojawią się z czasem ;) 



























LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...