30.06.2012

Czas Honoru (2008 - )


Pewnie nie byłoby tego wpisu gdyby nie Mój Osobisty Historyk, który kocha Czas Honoru od pierwszego obejrzanego odcinka. Dałam się namówić na obejrzenie kilku odcinków – w końcu nic tak nie łączy jak wspólne uwielbienie dla serialu ;) Choć byłam nastawiona sceptycznie, bo jakoś nie mam wiary we współczesne polskie seriale, obejrzanych odcinków przybywało i nim się obejrzałam skończyłam czwarty czyli ostatni z dotychczasowych sezonów. I nie żałuję, a wręcz uważam, że to jeden z moich najlepszych popkulturalnych wyborów.

Czas Honoru jest opowieścią o grupie młodych polskich oficerów, wyszkolonych w Wielkiej Brytanii do podjęcia w kraju konspiracyjnej walki z Niemcami, tzw. „cichociemnych” (choć zdaje się, że ta nazwa nie pada oficjalnie w serialu).  Główni bohaterowie to Bronek (Maciej Zakościelny), Janek (Antek Pawlicki) oraz bracia Władek (Jan Wieczorkowski) i Michał (Jakub Wesołowski). Oprócz nich śledzimy też losy ich rodzin, narzeczonych czy przyjaciół. Akcja serialu zaczyna się w roku 1941.

Serial skonstruowany jest tak, żeby każdy widz, bez względu na wiek i płeć znalazł coś dla siebie. Są więc wątki damsko-męskie, są codzienne zmagania Polaków z okupantami (bieda, głód, łapanki itd.), są, i tych jest najwięcej, wątki polityczno-wojskowe, służba w konspiracji, akcje militarne, zamachy, skoki na banki itd. Samych scen batalistycznych, czy jak by je nazwać, jest niewiele, a przedstawienia działań wojennych na froncie nie ma w ogóle, co niektórzy hejterzy lubią wytykać, ale umówmy się – nie płacimy abonamentu, a więc nie ma takiego budżetu, który byłby w stanie to sfinansować. Mi to absolutnie nie przeszkadza, wystarczy mi w zupełności, że od czasu do czasu pokażą jakąś większą strzelaninę. I z tego co wiem, facetom też się podoba. Do wspomnianych strzelanin zastrzeżeń mieć nie można – nie jest tak, że „zabili go i uciekł”. A jeśli nawet coś jest nieidealnie, załóżmy trzymają karabin nie tak jak powinni, to czy należy się czepiać? Czy to ma naprawdę tak wielkie znaczenie dla widza? Może dla historyka czy pasjonata tamtego okresu tak, ale dla zwykłego widza?


Nie wiem, czy Czas Honoru przedstawia dokładne realia życia w czasie wojny, bo zwyczajnie wtedy nie żyłam. Krytycy tego serialu, bo ku memu zdziwieniu ich nie brakuje, narzekają, że nie odzwierciedla on prawdy. Ale wiadome jest, że serial rządzi się swoimi prawami, a do tego bynajmniej nie rości sobie praw do bycia świadectwem czegokolwiek czy dokumentem. Nie chodzi w nim też o edukację. To nie jest serial historyczny. Powiedziałabym raczej, że to serial sensacyjno-obyczajowy z akcją osadzoną w czasie II wojny światowej. Jak sam tytuł wskazuje, przedstawia życie w tamtych czasach, co nie znaczy, że musi się odwoływać przez cały czas do wydarzeń historycznych. Z pewnością może zachęcić za to do zgłębienia wiedzy o tym okresie. Jest to połączenie świetnej rozrywki z odrobiną historii. Historii, która dla Polski nie była łaskawa, więc należy się nastawić na dużo emocji nie do końca radosnych. Pokazane jest okrucieństwo, z jakim traktowano więźniów, sadystyczne wręcz przesłuchania, oddana jest atmosfera strachu, w jakiej żyli ludzie, mający świadomość, że w każdej chwili może ich spotkać łapanka…Wiele, wiele aspektów życia w tamtych czasach, które z pewnością nie zostały ani zmyślone ani zafałszowane. Dowiadujemy się jak podrabiano dokumenty, czemu na łączników wybierano kobiety, jak kombinowano by coś zarobić albo porozumieć się z kimś, z kim kontaktować się nam nie było wolno. Oglądamy dramaty rozdzielonych rodzin czy zakochanych. Losy poszczególnych bohaterów poruszają i skłaniają niejednokrotnie do postawienia sobie pytania: co ja zrobiłabym na ich miejscu? Jak bym sobie poradziła, jak przetrwała tyle okrucieństwa? I jakkolwiek banalnie to zabrzmi, takie seriale czy filmy zawsze sprawiają, że przypominam sobie jakie to szczęście, że nie przyszło mi żyć w tamtych czasach.

Świetnym zabiegiem zastosowanym przez twórców jest wplecenie oryginalnych, czarno-białych zdjęć z czasów wojny. Przypominają one, że wszystko co widzimy na ekranie nie wzięło się znikąd, nie jest tylko fikcją, lecz ma swoje odzwierciedlenie w historii. Zdjęcia te przenikają obraz bardzo płynnie, nie ma się wrażenia, że zostały na siłę doklejone. Jestem pod wrażeniem doboru miejsca kręcenia poszczególnych scen. Co prawda, da się zauważyć, że te same lokalizacje „udają” czasami dwa różne miejsca, ale trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, że adaptacja budynków na potrzeby serialu jest i kosztowna i pewnie skomplikowana formalnie. Nie można jednak mieć zastrzeżeń czy to do scenografii czy stylizacji. W tym drugim przypadku trzeba nawet przyznać, że ubrania bohaterów, zwłaszcza płci żeńskiej, są jak spod igły a czasem nawet jak z żurnala i być może nawet dziś niejedna z pań nie pogardziłaby taką vintagową bluzeczką czy sukieneczką i jeśli ktoś lubi modę tamtych lat, to będzie mu miło popatrzeć.


Mocną stroną serialu są cliffhangery czyli po prostu zawieszanie akcji w dramatycznym, pełnym napięcia momencie. W serialu w sumie ciągle coś się dzieje, nie ma dłużyzn, akcja jest dynamiczna. Napięcie buduje muzyka, która poprzez swoje pojawienie się nadaje dramaturgii scenom, które bez niej pewnie nie wywoływałyby w widzu aż takich emocji. Jednak kiedy pojawia się ta dramatyczna muzyka – widzu, wiedz, że coś się dzieje.

Każda seria to inny wątek przewodni, a co za tym idzie, inni bohaterowie drugoplanowi, chwilowi, na jedną serię. To nadaje serialowi różnorodności. Przez te cztery dotychczasowe sezony przewija się plejada bardzo znanych aktorów – zarówno tych z najwyższej półki, jak i tych znanych wyłącznie z seriali. Nie mniej za każdym razem, gdy trafiałam na znajomą twarz było mi przyjemnie patrzeć, jak dana osoba sobie radzi w roli, w której nie spodziewałam się jej zobaczyć. Spotkać można też aktorów dawno nigdzie nie widzianych, jak np. Matylda Damięcka. Podziwianiu znanych towarzyszy też odkrywanie zupełnie nowych twarzy. Aktorami, którym chciałabym życzyć udanej kariery są np. Piotr Żurawski, grający Romka, Julia Wyszyńska (Klara), Łukasz Konopka (Ryszkowski) czy epizodycznie występujący Leszek Lichota. Oglądając Czas Honoru trudno oprzeć się wrażeniu, że występ w tym serialu każdy aktor chce mieć w swojej filmografii. Weronika Rosatii pojawia się tu w kilku odcinkach, przy czym ma rólkę tak niewielką, że ogranicza się do wypowiedzenia góra dwóch słów. Stosunkowo niewielką rolę ma też choćby Danuta Stenka. Miejsce w obsadzie choć na chwilę zapragnęli też zagrzać panowie znani z nieco innej działalności: Robert Kozyra i Hubert Urbański. I nawet wypadli lepiej niż mogłoby się wydawać. Niewątpliwie jednak najjaśniejszą gwiazdą z podstawowej obsady jest Piotr Adamczyk, który jest znakomitym Obersturmführerem Larsem Rainerem. To człowiek, którego wypadałoby nie lubić, ale Adamczyk nie do końca jednoznacznie kreuje tę postać i jest w tej roli tak dobry, że trudno go nienawidzić. Fenomenalny jest też Krzysztof Globisz w roli profesora osadzonego niesłusznie wraz z rodziną w getcie. Jego aktorski popis rozkręca się w trzecim sezonie, kiedy profesor zaczyna tracić zmysły. Spośród „wielkich” znajdziemy tu też Englerta i Olbrychskiego. Z czwórki głównych bohaterów najlepiej spisuje się Jan Wieczorkowski. Odejście z Klanu było zdecydowanie jego najlepszym posunięciem w karierze. Aż dziw bierze, że nie upomina się o niego kino, bo gra naprawdę dojrzale i ma zadatki na dobrego aktora dramatycznego. A dramatów jego Władek unosi na swoich barkach wiele. Zaskakująco dobrze wypada Krystian Wieczorek, znany raczej z seriali mniej ambitnych (stworzony do roli zimnego niemieckiego majora), podobnie jak Agnieszka Więdłocha (hmm, mam obawy, że te nazwiska i tak niewiele Wam mówią…). Nie sposób ich wszystkich wymieniać, ale musicie mi wierzyć, ze aktorsko ten serial stoi na poziomie, do którego naprawdę nie można mieć zastrzeżeń, patrząc na popisy chociażby w takim „Klanie”. A dla mnie wisienką na tym torcie jest epizodyczna, acz systematyczna obecność na ekranie wokalisty mojego ukochanego zespołu czyli Comy, Piotra Roguckiego – nie mogę o tym nie wspomnieć. Roguc nawet jako sprzedawca bułeczek potrafi przykuć uwagę ;)


Nie jest Czas honoru jednak pozbawiony wad. Denerwować mogą dwie rzeczy. Po pierwsze, przedstawiona w serialu grupa przyjaciół działających w konspiracji, choć nieraz znajdowała się w tarapatach, zawsze wychodzi z nich cało (zobaczymy jak rozwiąże się sprawa z zakończenia serii czwartej, ale pewnie wielkiego szoku nie będzie). Cichociemni byli oczywiście świetnie wyszkoleni, ale ci tutaj są wręcz za bardzo bohaterscy, odnoszący wręcz same sukcesy i zawsze spadający na cztery łapy. To z jednej strony fajne i uzasadnione – główni bohaterowie filmów czy seriali nigdy nie umierają, ale z drugiej strony – ileż razy można się ocierać o śmierć i zawsze się jej wywinąć. Widzów takie coś po jakimś czasie zaczyna kłuć w oczy, choćby nie wiem jak bardzo lubili te postaci. Druga sprawa nie do końca udana to brak przedstawienia losów zwykłych, naprawdę zwykłych ludzi. No bo spójrzmy na pochodzenie czy zawody głównych bohaterów: synowie lekarki, syn właściciela fabryki, aktorka, profesor i jego rodzina…Po drodze spotykamy ludzi pracujących w urzędach, restauracjach, studiujących, gościmy w mieszkaniach ludzi, którym może i teraz powodzi się gorzej, ale kiedyś na biedę z pewnością nie narzekali. No i są w to w większości ludzie zaangażowani – w wojnę, w konspirację, w podziemie. Brakuje mi w tej galerii postaci ludzi naprawdę biednych, pracujących ciężko fizycznie, tych którym i przed wojną nie żyło się najlepiej. Ludzi, którzy z trudnością wiązali koniec z końcem, ale trzymali się z dala od polityki i raczej zostawiali te sprawy lotniejszym od siebie. Nie oznacza to przecież, że ich losy byłyby z tego powodu nudne i nieatrakcyjne dla widza.


Mimo drobnych niedociągnięć, ten serial jest bardzo dobry, a już zwłaszcza w porównaniu z innymi produkcjami jakie oferują nam polskie stacje tv. Powiedziałabym wręcz, że pośród polskich seriali to największa perełka ostatnich lat. Choć co do misyjności TVP mam wiele zarzutów, ten akurat serial jest najlepszym, czym ta instytucja może się obecnie pochwalić. Tym bardziej, że rzadko się zdarza, żeby seria trzecia i czwarta (wciąż jeszcze nie ostatnia) były lepsze od dwóch pierwszych. W przypadku tego serialu właściwie im dalej, tym lepiej. Scenarzyści mają coraz lepsze pomysły, które czynią z Czasu Honoru naprawdę bardzo wciągającą produkcję, której oglądania nie trzeba się wstydzić. Bohaterowie nie stoją w miejscu, ewoluują, naraz prowadzonych jest bardzo wiele wątków, które nierzadko się zazębiają. Do tego udaje się przez cały czas zachowywać idealną równowagę między wątkami sensacyjnymi i czysto obyczajowymi. Ostatni sezon jak zwykle zakończył się odcinkiem stawiającym więcej pytań niż odpowiedzi, więc z niecierpliwością czekam na jesienną premierę kolejnego. A Wam w tym czasie polecam nadrobić dotychczasowe pięćdziesiąt dwa odcinki.

Moja ocena to 9/10.

27.06.2012

Boogeyman (reż. S. Kay, 2005)



Jak pewnie da się zauważyć, raczej nie piszę na blogu o filmach złych. Zdarza mi się pisać o filmach przeciętnych, o takich które zawiodły moje nadzieje, rozczarowały, ale zasłużyły na to, by o nich wspomnieć. Że film będzie totalnie zły, to się da przewidzieć, dlatego takich wybitnych dzieł unikam i siłą rzeczy rzadko wystawiam oceny takie jak 1, 2, czy 3. Ostatnio jednak zostałam namówiona do złego – nie dość, że musiałam (no dobra, to był wyraz mojej dobrej woli) oglądać horror (a trzymam się od tego gatunku z daleka), to jeszcze okazał się on być stratą czasu. Aby uchronić Was przed popełnieniem mojego błędu, w kilku punktach postanowiłam napisać, dlaczego po Boogeymana lepiej nie sięgać:

  1. To nie jest horror. Ok., z definicji może tak, ale mimo mojej awersji do horrorów (nie lubię się bać, więc po co mam się sama na strach dobrowolnie wystawiać?) kilka lepszych i gorszych w życiu widziałam i wiem, jak powinny wyglądać. Ten jest zdecydowanie najgorszym i to paradoksalnie dlatego, że nie jest straszny, co przecież mnie powinno ucieszyć, bo przynajmniej zasnęłam ze spokojem i rano otworzyłam szafę bez lęku, że coś mnie wciągnie do środka i nie trafię bynajmniej do Narnii (a mogło tak być, bo filmowy Boogeyman grasował właśnie w szafie). Jedyne czego można się bać podczas oglądania tego filmu, to że reżyser jeszcze coś kiedyś nakręci (och, jak bardzo czułam podczas seansu potrzebę napisania tych słów!).
  2. Ten film jest nudny. Statyczny. Monotonny. I jakie tam jeszcze znacie synonimy „nicsięniedziania”. Całe napięcie ma wywoływać w nas chodzenie bohatera po starym domu i sprawdzanie po kątach, czy nie ma tam gdzieś Boogeymana. Oczywiście nie ma, więc nawet nie ma się czego przestraszyć. Spadające znienacka na maskę samochodu kruki też nie budzą większych emocji, które zapewne miały wywołać. Bo przecież kruk to symbol. Czegoś, co tu nie ma nic do rzeczy.
  3. No dobra, kiedy już się coś zadziało, tak zwana kulminacja akcji, jest tak niedorzeczna, że zamiast strachu na twarzy pojawia się uśmiech, a właściwie zostaje wypuszczony na wolność w formie odgłosów zwanych, niezbyt finezyjnie, parskaniem. Kąpiącą się w wannie dziewczynę wciąga jakiś błotnisty muł, nie wiadomo skąd i co ma w ogóle do tego całego Boogeymana, natomiast sam ten osobnik jest tak boleśnie nieudolnie stworzony komputerowo, że budzić może jedynie politowanie nad grafikiem (przypomina swoją drogą tytułową Mumię, a chyba nie o to chodziło). A, i zapomniałabym, że bohater nagle zdobywa umiejętność przenoszenia się w przestrzeni – wprost ze swojej szafy wchodzi do domu dawnej sympatii itd. Tam następuje finał, rach ciach, parę razów po mordzie, że tak powiem, ostateczne starcie z potworem czy jak by go tutaj nazwać, wygrane oczywiście przez naszego bohatera. I żyli długo i szczęśliwie.
  4. Skoro już jesteśmy przy bohaterach – obsada jest oczywiście z najwyższej półki, przepełniona gwiazdami, jak to w drugo- (trzecio?) rzędnych horrorach bywa. Spośród nich na ekranie najbardziej marnuje się nieznana jeszcze wówczas Emily Deschanel, więc ostrzegam (bo przecież nie namawiam) wszystkich fanów Kości. Aktorka jednak wiele tutaj do zagrania nie ma, choć jej oczy dobrze się w tej roli odnajdują. A w roli głównej znany z Siódmego nieba, Barry Watson. Wybitnym aktorem to on nie jest, więc doskonale pasuje do tego filmu.
  5. Po nakręceniu tego „dzieła”, chyba nikt z produkcji go nie oglądał. Nie ma innej możliwości. Bo kto, choć trochę myślący, wypuściłby taki gniot? Po co jest ten film? Dla kogo? Dlaczego robi się z widzów idiotów? Jeśli nie chcecie by te pytania błąkały Wam się po głowie, odpuśćcie sobie Boogeymana.
Moja ocena to  2/10 właściwie nie wiem czemu tak wysoka.


P.S. Jeszcze taka mała sonda (prośba). Chciałabym zapoczątkować taki cykl "moda z seriali", bo bardzo mnie kwestia ubioru serialowych bohaterów (właściwie bardziej bohaterek) zajmuje. Pytanie: czy "zaśmiecać" tym cyklem bloga, który modą nie do końca się zajmuje... (skłaniałabym się chyba ku temu) czy może lepiej założyć w tym celu bloga drugiego...? O ile w ogóle ktokolwiek oprócz mnie uważa, że jest to pomysł na tyle ciekawy by wcielić go w życie...;)

24.06.2012

The Runaways (reż. F. Sigismondi, 2010)


Nie spodziewałam się tak dobrego filmu. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Wiem, że na wielu widzów nazwisko Kristen Stewart może działać odstraszająco, ale uwierzcie mi – warto zobaczyć jej przemianę. W postaci, którą gra nie ma nic ze zmierzchowej Belli. To tak słowem wstępu.
 
Film jest opowieścią o zespole The Runaways, którego kariera była krótka, lecz burzliwa. Był to jednak krok milowy w historii muzyki – pierwszy zespół złożony w całości z dziewczyn, w dodatku rockowy. Sukces przyszedł bardzo szybko, dziewczyny były jeszcze nastolatkami, a połączenie kilku silnych osobowości okazało się być mieszanką wybuchową. Dzięki filmowi poznajemy ich drogę na szczyt, od momentu kiedy odkrył je producent muzyczny, poprzez pierwsze próby, wielką trasę koncertową, aż po rozwiązanie grupy. Co warte podkreślenia, reżyserka, Floria Sigismondi, znana do tej pory z kręcenia teledysków, pokazuje nie tylko blaski kariery muzycznej, ale przede wszystkim jej cienie – narkotyki, pułapkę „wody sodowej” i problemy z dogadaniem się w zespole.
 
Przedstawienie historii zespołu w sto minut bez jakichkolwiek niejasności mogło się wydawać niemożliwe, ale moim zdaniem Sigismondi zrobiła to bardzo udanie, tak że dowiadujemy się wszystkiego, co najważniejsze. Co prawda po zgłębieniu historii zespołu zaraz po obejrzeniu filmu, wiem że sporo rzeczy zostało ominiętych, ale żeby do tego nie doszło film musiałby trwać co najmniej dwa razy dłużej. Myślę, że nie o to chodziło, aby skrupulatnie przedstawić całe kalendarium wydarzeń jakie miały miejsce w historii The Runaways, a tylko naświetlić podstawowe fakty, dlatego mimo wszystko film uważam za bardzo dobry. Lat 70. siłą rzeczy (wieku!) nie pamiętam, ale wydaje mi się, że realia tego okresu zostały wiernie oddane, zwłaszcza w detalach scenograficznych. Poza tym film jest dynamiczny, wszystkie sceny są tak skomponowane, żeby widzowi nawet nie przyszło do głowy spojrzeć na zegarek.
 
The Runaways "prawdziwe"...
Główne role przypadły duetowi Kristen Stewart/Dakota Fanning, które wcieliły się odpowiednio w gitarzystkę Joan Jett i główną wokalistkę Cherie Currie.  Dziewczyny spisały się znakomicie. Dakota w moim odczuciu będzie kiedyś naprawdę wielką aktorką. Do tej pory sceptycznie podchodziłam do zachwytów nad nią, ale w tym filmie po prostu zdominowała swoje koleżanki z ekranu. Grać tak dojrzale, odważnie i przekonująco w wieku 16 lat to nie lada wyczyn. O takich ludziach jak ona chyba mówi się, że mają charyzmę. Z tego też powodu rola Stewart może zejść trochę w cień, ale i tak jest to jej najlepsza dotychczasowa kreacja, którą dane mi było zobaczyć. Stewart gra tu chłopczycę, pewną siebie dziewczynę z charakterkiem, która w niczym nie przypomina potulnej Belli. Jej wybuch złości w studiu nagraniowym to jedna z najlepszych scen w filmie, zresztą moment kulminacyjny dla całej opowieści. Aktorka jest też uderzająco podobna fizycznie do Joan Jett. I posiada świetny głos - sama wokalistka, kiedy usłyszała śpiewającą Kristen myślała, że piosenka jest odtwarzana z playbacku. Zresztą muzyka to, rzecz jasna, najmocniejsza część filmu. Wiele utworów jest oryginalnych, a część wykonywana przez Kristen i Dakotę. Soundtrack jest niesamowity, w dodatku poznajemy w filmie historię powstania niektórych piosenek, przez co jeszcze bardziej ta muzyka uderza do głowy. Kto nie zna zespołu The Runaways, po tym filmie z pewnością zapragnie to zmienić.

....i filmowe.
I jeszcze na koniec postać, której nie mogę pominąć – Michael Shannon jako Kim Fowley, odkrywca i menadżer zespołu. Ten pan był nominowany do Oscara za krótki epizod w Drodze do szczęścia i tutaj potwierdza, że nie stało się to przez przypadek.

The Runaways to solidnie zrobiony film, tym bardziej szkoda, że nie znalazł dystrybutora w naszym kraju. Zakładam, że część z Was właśnie teraz dowiaduje się, że taki film w ogóle istnieje. To, że coś nie trafia do kin, a od razu na DVD, nie oznacza jednak że jest gorsze. Polecam ten film Waszej uwadze, zwłaszcza jeśli lubicie prawdziwe historie, lub historie z rock’n’rollem w tle.

Moja ocena filmu to 8/10.

P.S. Recenzja odświeżona z filmwebu.

18.06.2012

Kącik polskiego filmu: Hel (reż. K. Dębska, 2009)


Bardzo nietrafiony ten plakat

W naszym kraju nie często kręci się filmy o uzależnieniu od narkotyków, dlatego Helu byłam bardzo ciekawa od chwili kiedy wszedł do kin. Ale znalazłam wtedy inne priorytety. Obejrzałam w końcu niedawno, podchodząc do filmu z dużymi nadziejami (zazwyczaj staram się mieć do filmów takie podejście). Cóż, jestem rozczarowana.

Bohaterem filmu jest Piotr, lekarz szpitala psychiatrycznego. Wydaje się być poczciwym, dobrym lekarzem i tylko jeśli przeczytamy opis filmu przed seansem, będziemy na niego spoglądać jak na byłego narkomana.

Film pokazuje ważną rzecz: że uzależnić może się każdy – narkomani to nie tylko ludzie z marginesu . Po drugie - nie pokazuje początków uzależnienia, tylko powrót do niego, co oznacza, że zerwanie z nałogiem nie jest łatwe – raczej na tym się skupia, na odwiecznej z nim walce, bo kto wie, czy bohater pod wpływem kolejnych zajść w pracy nie powróci do ćpania. Ten pokazany w filmie powrót do nałogu ukazany jest w ekspresowym tempie, właściwie motywacja bohatera jest niezrozumiała (samobójstwo pacjentki, która wielokrotnie mu się narzucała, była w nim zakochana), a on sam dosłownie w ciągu 5 minut filmu staje się brudnym, śmierdzącym ćpunem, od którego wszyscy się odwracają. Podobnie, w ciągu kilku następnych minut wychodzi na prostą i wraca do medycyny (czy takie powroty są możliwe? bardzo to dla mnie zastanawiające).

Niewykorzystany został potencjał kilku wątków: rodząca się nić porozumienia między synem Piotra a Hanką, jego dziewczyną, a także codzienność w szpitalu psychiatrycznym – te sceny wydają się być najciekawsze i są całkiem realistyczne. Z drugiej strony, jeśli dominującym tematem filmu miał być nałóg, to trzeba było poświęcić mu więcej miejsca, zrezygnować chociażby z przydługiego początku, wprowadzającego nas w życie Piotra, który jest po prostu nudny (początek, nie Piotr), czy jakichś nic nie wnoszących scen właśnie w szpitalu. Razi jeszcze to, że autorka nie wnika za bardzo jak i dlaczego Piotr zaczął brać, nie zgłębia psychiki bohatera, ale szybko strąca go w heroinową przepaść, by widzem wstrząsnąć i go zszokować. Wywołuje trochę emocje na zawołanie, bo trudno przejść obojętnie obok człowieka który upadla się, by zaspokoić narkotykowy głód, ale jest to ze strony reżyserki zagranie nieczyste. Wyraźne pójście na łatwiznę i zlekceważenie inteligencji i oczekiwań widza.

Atutem filmu jest aktorstwo Królikowskiego. Może nie jest to aktor wybitny, ale sprawdza się w swoim stereotypowym emploi Kusego z Rancza. Jego Piotr jest postacią bardzo niejednoznaczną i to akurat dobrze. Żurek w roli jego syna jest natomiast jak zwykle bezbarwny i średnio wiarygodny w roli zbuntowanego dwudziestolatka – młodzieżowe ciuchy wyglądały na nim komicznie i nie udało się go nimi odmłodzić. Nie wykorzystano też w pełni talentu Anny Geislerovej, Czeszki, która w swoim kraju jest prawdziwą gwiazdą. Na uwagę zasługują za to Janusz Chabor i Bartosz Żukowski, wciąż niedoceniony i postrzegany przez pryzmat roli półgłówka w Świecie według Kiepskich, a moim zdaniem bardzo utalentowany. W filmie wystąpili też Bartłomiej Topa i Maciej Maleńczuk. Obaj niemal się nie odzywają, pojawiają na kilkadziesiąt sekund, ale nie przeszkodziło to, by ich nazwiska znalazły się wyróżnione na plakacie filmu. Jeden z najbardziej perfidnych chwytów reklamowych, z jakimi miałam do czynienia.

Nie ma sensu pisać o reklamowaniu tego filmu jako polskiej odpowiedzi na Requiem dla snu, bo to jakieś nieporozumienie. Drugą formą reklamy był spot w konwencji sugerującej, że to lekka komedia („żeby życie miało smak” głosił slogan), co jest jeszcze bardziej niezrozumiałe i utwierdza mnie w przekonaniu, że w Polsce po prostu oszukuje się widzów.

Na osłodę po tej łyżce dziegciu muszę pochwalić reżyserkę za to, że nie zajmuje żadnego stanowiska, nie poucza, nie mówi, że narkotyki są „be”. Jej film nie ma nic wspólnego z pogadanką szkolną na ich temat. Choć sam film nie jest udany, to zawsze jakiś plus.

Moja ocena filmu to 5/10. 

13.06.2012

Most nad Sundem (2011 - )



Lubię być czasami o krok do przodu, o krok przed innymi. Dlatego skusiłam się na pięcioodcinkowy serial kryminalny Most nad Sundem (jeden odcinek = 2 godziny) emitowany niedawno przez stację Ale Kino. Serial powstał w koprodukcji duńsko – szwedzkiej, co jest najistotniejszym czynnikiem, dla którego go obejrzałam. Skandynawowie bowiem są marką samą w sobie jeśli chodzi o kryminały, czy to książki, filmy czy seriale. Moją uwagę na ten serial zwróciła prasowa reklama i przeczytanie, że serial ten podbił Europę skupiając przed telewizorem kilkumilionową publiczność. Do obejrzenia natomiast skłoniło mnie przekonanie, że skoro to taka rewelacja, to z pewnością podzieli los duńskiego Forbrydelsen (znanego dziś bardziej jako duńskie The Killing) i doczeka się wkrótce amerykańskiego, tudzież ewentualnie brytyjskiego, remake’u. I kiedy większość widzów będzie się nim zachwycać, ja będę mieć nad nimi tę wyższość, że znam już oryginał, który w dodatku był sto razy lepszy. Tak, kierowała mną taka przeobrzydliwa chęć bycia o krok przed innymi (to chyba nawet całkiem hipsterskie gdyby się zastanowić głębiej…;)). Co ważne, poczuć tę satysfakcję najprawdopodobniej będzie mi dane, bo doszły mnie słuchy, że Brytyjczycy wraz z Francuzami szykują już swoją wersję Mostu…, która miałaby zadebiutować na ekranach w przyszłym roku. A więc okazałam się dobrym (?) prorokiem. Albo po prostu mam coraz lepsze rozeznanie w świecie telewizji (zawdzięczam to pięciu latom studiów czy pięciu latom oglądania seriali?). W każdym razie rzeczywiście potencjał w tym serialu tkwi, choć gdybym miała go porównywać nawet tylko z amerykańskim The Killing (bo duńskiego oryginału nie widziałam) to jednak jest chyba nieco słabszy.

O co chodzi? Otóż na tytułowym moście nad Sundem, łączącym Danię ze Szwecja znalezione zostaje ciało kobiety (a właściwie jak się okaże, dwóch kobiet). Ponieważ leży ono dokładnie na środku mostu śledztwo poprowadzą policjanci z obydwu krajów. Ze strony szwedzkiej detektyw Saga Noren, z Danii Martin Rohde. To dwa zupełnie różne typy osobowościowe i dwa zupełnie inne style prowadzenia dochodzenia. Na tym kontraście bazuje scenariusz serialu. Przede wszystkim, scenarzyści, jak sami mówią, chcieli pokazać na przykładzie tej dwójki, jak siebie nawzajem widzą obydwa narody. Serial hołduje więc nieco stereotypowemu stwierdzeniu, że Duńczy i Szwedzi się nie lubią i bardzo się różnią. A to, z tego co mi wiadomo, nie do końca jest już dzisiaj prawdą. Poza tym w serialu tego za bardzo nie widać. Większe różnice między Sagą a Martinem występują z powodu ich odmiennych charakterów niż z powodu ich narodowości. Niemniej, tutaj upatruję pola do popisu dla wspomnianego remake’u. O kulturowych różnicach między Francuzami a Brytyjczykami powstają książki (cała seria Anglik w Paryżu czy Merde! chociażby), więc wydaje się, że tu rzeczywiście współpraca dwóch tak różnych detektywów może wypaść bardzo interesująco. A co z tymi odmiennymi charakterami Sagi i Martina? To jest najciekawszy motyw serialu. Otóż, Saga, fenomenalnie zagrana przez Sofię Helin, którą z miejsca pokochała cała Szwecja (i ja też), jest jednostką dość nieprzystosowaną społecznie. Nie zostaje to powiedziane wprost, ale ma wszystkie cechy uprawniające do tego, by zaliczyć ją do cierpiących na Zespół Aspergera. Zresztą szwedzcy Aspies, jak się w skrócie mówi na cierpiących na to zaburzenie, już Sagę pokochali i uznali za „swoją”. Zespół Aspergera to o wiele łagodniejsza forma autyzmu. Posiłkując się Wikipedią, główne cechy tego upośledzenia to:

zaburzenia interakcji społecznej, nieumiejętność lub brak chęci współpracy w grupie,
zaburzenia mowy i języka (opóźniony rozwój, powierzchownie perfekcyjny język ekspresyjny, sztywna i pedantyczna mowa, nietypowa prozodia i charakterystyka głosu, uszkodzenie zdolności rozumienia języka – przede wszystkim znaczeń przenośnych i ukrytych)
zawężone, specjalistyczne zainteresowania, połączone czasem z obsesyjnym zainteresowaniem jedną dziedziną,
zachowania powtarzalne, rutynowe, niezmienne,
trudności w komunikacji niewerbalnej (ograniczone gesty, skąpa ekspresja twarzy, dystans fizyczny, zachwianie rozumienia bliskości do innej osoby, kłopoty z kontaktem wzrokowym),
niezdarność ruchowa (nie zawsze).

Problemy ujawniają się więc przede wszystkim w kontaktach towarzyskich i społecznych. Saga choć raczej zamknięta w sobie i małomówna, kiedy już mówi to, mówi to, co myśli, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Nie widzi sensu, by dawać matce umierającej dziewczyny nadzieję, skoro szanse na jej przeżycie są zerowe. Nie ma oporów by zawstydzić Martina wśród wszystkich współpracowników mówiąc, że jego syn spał u niej, lub, że Martin zdradził żonę. Ale nie robi tego specjalnie, tylko nieświadomie, nie zdając sobie sprawy z nietaktu. Generalnie, Saga nie zna pojęcia kłamstwa w dobrej wierze ani nie wie, że o pewnych sprawach głośno się nie mówi. Nie czuje też dyskomfortu przebierając bluzkę w biurze, na oczach wszystkich kolegów, a podczas przesłuchania dłubie w zębach, nie widząc w tym nic niestosownego. Nie radzi sobie z podtrzymywaniem rozmowy, nie da się z nią zwyczajnie pogawędzić o niczym. Nie potrafi też stworzyć związku – z mężczyznami umawia się tylko na seks. Zresztą wszystkich ludzi traktuje bardzo instrumentalnie, a swoich podwładnych nigdy nie chwali. Saga nie jest jednak osobą, której nie da się polubić. Wręcz przeciwnie, trudno nie sympatyzować z tak inteligentną kobietą, która zachowuje się jak nieporadna, ale urocza mała dziewczynka (która jednak wygląda całkiem sexy w swoim uniformie złożonym ze skórzanych spodni i krótkiego sweterka). W dodatku jej zachowanie wprowadza do serialu sporą dawkę humoru, co by nie było zbyt poważnie. I właściwie dla Sagi się ten serial ogląda. A Martin? Cóż, on jest miły, otwarty i życzliwy, chętnie by się z Sagą zaprzyjaźnił. Ma trochę problemów w życiu prywatnym (jak to detektyw z serialu), które okażą się bardzo kluczowe dla sprawy. Podczas śledztwa pełni rolę strażnika Sagi – temperuje trochę jej zamiary, pilnuje by nie powiedziała za dużo, by kogoś czymś nie uraziła, uczy ją podstawowych zasad funkcjonowania w społeczeństwie. Saga u jego boku przejdzie może nie przemianę, ale ewoluuję w stronę większej normalności.

Próbka możliwości Sagi (facet jest ledwo co poznany)
No dobrze, bohaterowie bohaterami, ale na pewno czekacie na słów kilka o samej sprawie kryminalnej. Po znalezieniu ciał na moście, do dziennikarza Daniela Furby’ego (trzecia, obok detektywów, ciekawa postać) odezwie się morderca określający się mianem „tropiciela prawdy”. Poinformuje, że będzie zabijać w imię pięciu problemów społecznych, m.in. bezdomności i nierówności społecznych. Co jakiś czas oczywiście będzie dochodzić do kolejnych morderstw, a policjanci będą wpadać co rusz na inne tropy, starając się powiązać wszystkich zabitych z osobą potencjalnego mordercy. Na tym polu jest dosyć standardowo. Jest kilka oryginalnych scen czy motywów, ale w sumie serial w tej kwestii niczym nie zaskakuje. Nie czujemy się osaczeni przez mordercę, jak w przypadku The Killing. Sama zagadka w sumie nie trzyma aż tak bardzo w napięciu, chyba dlatego, że trudno się połapać w gąszczu tych wszystkich przewijających się nazwisk. Skumulowanie bardzo wielu tropów w odcinku dwugodzinnym to za duża dawka informacji, których ja przynajmniej nie byłam w stanie sobie na bieżąco poukładać. Serial był oryginalnie emitowany jako dziesięć odcinków i myślę, że akurat ta forma jest bardziej dogodna.

Szczególną cechą tego serialu jest to, że przez długi czas śledzimy losy różnych postaci, co do których początkowo nie wiemy ani kim są, ani jakie jest ich powiązanie ze sprawą. Oczywiście, takie powiązanie potem zaistnieje, ale niektóre wątki się dłużą, są mało interesujące i niewiele wnoszą do sprawy. Choć nie można zaprzeczyć, że w ten sposób w widzu podtrzymuje się zainteresowanie. Równowaga między szukaniem mordercy a pokazaniem ludzi zainteresowanych sprawą jest jednak dość dobrze zbalansowana. No i w gąszczu mało wartościowych produkcji należy docenić, że tło społeczno-polityczne jest tu ważne – z pewnością Skandynawowie mieliby do powiedzenia na ten temat więcej, ale i dla nas wydaje się być to wartościowa wiedza.  

Zdjęcie dobrze oddaje kto w tej parze rządzi
Gwarantuję Wam, że zaskoczy Was zakończenie. Nie wiem tylko, czy pozytywnie. Z pewnością odkryjecie, że wszystko co dotąd Wam pokazano ma jednak sens, jest logiczne i nie było niepotrzebne. Jednakże wszystkie Wasze podejrzenia z pewnością legną w gruzach. O ile takie będziecie mieć, bo mój największy problem to ten, że generalnie nie miałam podejrzanego. Żadna z postaci nie jest napisana tak, by wzbudzać uzasadnione podejrzenia. Sami policjanci też długo nie mają konkretnych podejrzanych, oni tylko cały czas szukają powiązań na różnych liniach. I to jest chyba mój największy zarzut do serialu, choć dla niektórych pewnie może to być atut. Moim zdaniem lepiej się jednak ogląda, mając pewne typy i czekając na to czy się sprawdzą. Niemniej, serial jest dobry i nie zawiedzie raczej fanów kryminałów, którzy lubią pogłówkować i nie lubią, kiedy zbyt szybko odkrywa się przed nimi wszystkie karty. A już na pewno spodoba się tym, którzy nie przepadają za schematycznymi proceduralami. Ja polecam go głównie ze względu na postać głównej bohaterki. Zapałałam do niej ogromna sympatią i tym bardziej cieszę się z tego, że podobno kręcony będzie drugi sezon (choć trudno mi go sobie wyobrazić – ile może być morderstw na tym samym moście?).

Moja ocena to 7/10.

Na zachętę mam dla Was zwiastun

i piosenkę z napisów – jestem pewna, że będziecie jej szukać:



P.S. Przy okazji chciałam Wam polecić bardzo dobrą powieść kryminalną, z akcją w Toruniu - moja recenzja dla Lubimy Czytać. 

09.06.2012

Z notatnika kinomanki, cz. X


Z cyklu: słabo znane, a warte uwagi (i zrodzone na filmwebie)

Adam 7/10

Całkiem sympatyczny film, choć mogło być lepiej, chociażby dlatego, że momentami film się dłuży. Co mnie ujęło przede wszystkim to tytułowy bohater, świetnie sportretowany przez Hugh Dancy’ego. Razem z Rose Byrne stworzyli fajny duet. Historia znajomości tej pary jest niebanalna, choć nie tak znowu oryginalna w stosunku do znanych nam komedii romantycznych. Ten film nazwałabym jednak bardziej dramatem romantycznym. Dramat, dlatego że tytułowy bohater cierpi na zespół Aspergera. Przez swoje specyficzne zachowanie i zainteresowania ma ogromne problemy w nawiązywaniu nowych znajomości. Tyle, że grający go Dancy jest na tyle ładny, że jego bohater i tak ma łatwiej, jak zauważył zwierz (w bardzo ciekawym wpisie o filmowo-serialowych Aspies). Kino do tej pory nie dało jednak zbyt wielu możliwości obserwacji ludzi z tą dolegliwością, dlatego postać Adama była dla mnie niezwykle interesująca. I mam wrażenie, że nie została pokazana stereotypowo, lecz bardzo prawdziwie.


Zagłada 8/10

Obejrzałam przez przypadek i muszę przyznać, że potwierdziło to moją teorię, że z przypadków na ogół wychodzą dobre rzeczy. Zagłada to trochę alegoryczna przypowieść o poświęceniu i miłości, a tak naprawdę historia o śmiercionośnym wirusie, który rozprzestrzenia się w mieście. Główny bohater siedzi w domu, tymczasem jego żona pozostaje na skażonym terenie. Kiedy dociera do domu, mąż ma dylemat – wpuścić kobietę do domu i zarazić się czy zostawić ją na zewnątrz i spróbować telefonicznie sprowadzić pomoc (ten problem lepiej oddaje oryginalny tytuł filmu Right at Your Door). Film skłania do refleksji, co my byśmy zrobili na miejscu Brada. To podłoże psychologiczne jest najmocniejszą stroną Zagłady. Akcji w nim niewiele, ale i tak wciąga. Zakończenie jest może troszkę nielogiczne, może troszkę nie satysfakcjonujące, ale zwala z nóg i jest absolutnym zaskoczeniem. Film brał udział w konkursie filmów w Sundance i zdobył nawet nagrodę za zdjęcia. Polecam lubiącym klimaty apokaliptyczne i nie tylko.



Duńska komedia romantyczna - podobno tak go reklamowali. Brzmi intrygująco, prawda? Kino duńskie to marka sama w sobie, a więc nie obawiajcie się rozczarowania. Ja zbyt wielu duńskich filmów nie widziałam, ale z każdym kolejnym mam mocniejsze postanowienie zgłębienia tej kinematografii.

Włoski... jest zrealizowany w stylu Dogmy, a więc jest obrazem surowym, bardzo autentycznym, zarówno pod względem formy jak i treści. Lone Scherfig opowiada historię przeciętnych ludzi z małego, duńskiego miasteczka, gdzie ciągle pada, jest zimno, szaro i brzydko. O depresję więc nietrudno, tym bardziej jeśli jest się życiowym nieudacznikiem, a na takich na pierwszy rzut oka wyglądają nasi bohaterowie. Ich życie jest nudne, oni sami są smutni (nawet jeśli pozornie wyglądają na zadowolonych), nie ma przed nimi żadnych perspektyw. Życie "tu i teraz" przerasta ich i nie cieszy. Nieśmiało szukają jednak odmiany i zapisują się na kurs języka włoskiego. Języka, który praktycznie do niczego im się nie przyda. Nie o samą naukę jednak chodzi, bo cotygodniowe spotkania są dla nich przede wszystkim odskocznią od codziennej rutyny. W dodatku dzięki wspólnej pasji, tej grupce indywidualistów udaje się nawiązać nici sympatii i odkryć, że tak naprawdę wszystko można przetrwać, jeśli tylko ma się u boku bratnią duszę. Choć początkowo nic tego nie zapowiada, jest to film o wydźwięku optymistycznym, który mocno oddziałuje na widza i porusza, nawet podczas fragmentów pozornie zabawnych. Pozornie, bo jeśli jest tu śmiech to raczej przez łzy, co w końcu tak typowe dla Skandynawów. Dlatego nazwanie tego filmu komedią romantyczną to spore nadużycie, aczkolwiek zakończenie jest bardzo typowe dla tego gatunku. Co ja będę więcej pisać - sami zobaczcie :)

Znakomity plakat, czyż nie?
Candy  8+/10                                                                           

Prawdziwa miłość zawsze mnie wzrusza, a z taką mamy niewątpliwie do czynienia w tym wypadku. Candy to jednak nie banalny melodramat, którego scenariusz z góry możemy przewidzieć. To poruszający i przejmujący obraz zmagania pary młodych ludzi z uzależnieniem od narkotyków. To uzależnienie, jeśli mogę tak się wyrazić, połączyło ich, a jednocześnie stało się największą przeszkodą wspólnego szczęścia. I ta miłość, zbudowana na takich niestabilnych fundamentach, jest piękna. Myślę, że ludzie uzależnieni od narkotyków (celowo nie używam słowa narkomani) kochają mocniej i odczuwają silniej. I to w tym filmie widać jak na dłoni. Pomijam standardową refleksję przy tego typu filmach czyli "film pokazuje do czego mogą doprowadzić narkotyki", bo to się rozumie samo przez się. I jest to oczywiście smutna refleksja,  towarzysząca nam przez cały czas trwania filmu. A jest w nim kilka naprawdę mocnych scen, może nie tak mocnych jak w Trainspotting czy Requiem dla snu, ale jednak robiących spore wrażenie na wrażliwych ludziach. Scen, które zapamiętam na długo.

Z pewnością ten australijski film nie wywarłby na mnie tak dużego wrażenia, gdyby nie aktorzy. Heath Ledger i Abbie Cornish zagrali fenomenalnie i byli dla siebie równorzędnymi partnerami na ekranie. Jest między nimi ta legendarna „chemia”. Sprawdzili się indywidualnie, ale byli też wiarygodni jako kochająca się i uzależniona od siebie para. Do tego jeszcze genialny, jak zawsze nieobliczalny Geoffrey Rush. Plusem są też na pewno środki wykorzystane do opowiedzenia tej poruszającej historii - zdjęcia, ich kolorystyka, oraz świetna muzyka. Sam film jest, powiedziałabym, kameralny. Serdecznie polecam, nie tylko tym, których zboczeniem jest (tak jak moim) oglądanie filmów o tym zgubnym nałogu. 


Na koniec się pochwalę i zachęcę do przeczytania mojej pierwszej oficjalnej recenzji opublikowanej na portalu Lubimy Czytać (bardzo w temacie Euro) - link  

05.06.2012

Mroczne cienie (reż. T. Burton, 2012)



Tim Burton nie podniósł się jeszcze po ewidentnej porażce odniesionej przy okazji Alicji w Krainie Czarów. Jego najnowszy film nie jest zjawiskowy, oryginalny, nie porywa, nie powala na kolana – wręcz przeciwnie – jest przewidywalny, nie wciąga i momentami się dłuży.

Mroczne cienie są remakiem serialu telewizyjnego pod tym samym tytułem, emitowanego w latach 1966–1971. Głównym bohaterem jest Barnabas Collins, wampir, który przespał w trumnie 200 lat. Przypadkowo powstawszy z martwych odnajduje swoją rodzinę i ze smutkiem odkrywa, że popadła ona w finansowe tarapaty. Film w zasadzie skupia się na przywróceniu rezydencji Collinsów jej dawnego blasku i na odbudowaniu rodzinnej firmy zajmującej się połowem i przetwórstwem ryb. Żeby osiągnąć to drugie, Barnabas przede wszystkim musi się zmierzyć z piękną wiedźmą Angelique, która zresztą to zamieniła go w wampira i z którą to łączyło go kiedyś uczucie.

To, co przede wszystkim udało się Burtonowi to odtworzenie klimatu lat 70. – jest obecny wyraźnie w strojach, ale przede wszystkim w muzyce, która jest naprawdę fenomenalna (na plan udało się ściągnąć nawet zespół Alice Cooper, niezwykle popularny w tamtym czasie). Czołówce filmu, kiedy bladolica, tajemnicza Vicky jedzie do posiadłości Collinsów, by zostać tam guwernantką, towarzyszy na przykład cudowna piosenka Nights In White Satin. Scena zdaje się być zapowiedzią bardzo dobrego filmu utrzymanego w gotyckim klimacie. I rzeczywiście, dalej jest ciemny las, a w nim spowita mrokiem posiadłość, zamieszkiwana nie tylko przez nietuzinkową rodzinkę, ale i przez duchy. Ale wcale nie jest bardzo dobrze.


Zderzenie przeszłości z teraźniejszością jest zawsze doskonałym materiałem na komedię, tutaj nie wykorzystano potencjału, jaki tkwił w tym istotnym punkcie fabuły. Barnabas nadzwyczaj szybko zaaklimatyzował się w rzeczywistości o 200 lat późniejszej od czasów, w których przyszło mu żyć. Z komediowym talentem Johnny’ego Deppa trzeba to było bardziej wykorzystać. Co do samego aktora, Mroczne cienie są głównie popisem jego talentu. Oczywiście, nie jestem na tyle ślepo zapatrzona w Deppa by nie dostrzec, że gra on przeważnie nie tylko podobne postaci (nie tylko u Burtona) ale i gra wszędzie w bardzo podobny sposób, operując sprawdzonym zestawem min, grymasów i spojrzeń. Tyle, że ja to kupuję, mnie to bierze i kolejna niby taka sama rola Deppa mi jak najbardziej odpowiada. Oczywiście, Johnny powinien czym prędzej zagrać w czymś co będzie zaprzeczeniem jego dotychczasowego emploi (czy to słowo ma polski odpowiednik?), zgarnąć za to Oscara i mieć z głowy udowodnienie światu, że może i potrafi zagrać wszystko. Ale jeśli jego wybór jest taki, a nie inny to ja naprawdę nie mam nic przeciwko dalszej współpracy z Burtonem. Burton to Depp i Helena Bonham-Carter i niech tak zostanie. Poza tym, dlaczego nikt się nie czepia, że muzykę Burtonowi pisze ciągle Elfman a kostiumy robi Coleen Atwood?  Choć rzeczywiście, dla eksperymentu mógłby się na chwilę z Deppem i żoną rozstać (co prawda robi to w nadchodzącym Frankenweenie, ale to animacja) i zobaczyć co by wyszło ze współpracy z inną ekipą.

Poza Barnabasem, który swoim stylem bycia (i życia) przywraca wiarę w wampiry, w Mrocznych cieniach występuje cała galeria oryginalnych postaci. Tyle, że trochę zabrakło kreatywności w przy ich projektowaniu– mogli być bardziej udziwnieni, zakręceni, groteskowi…Barnabas też jest niestety jednowymiarowy, zbyt zwyczajny w porównaniu z dotychczasowymi ekscentrykami, których grywał Depp u Burtona. Niewykorzystany został do końca potencjał tkwiący w Chloe Moritz, świetnej w roli zbuntowanej lolitki (ona wyrośnie na seksbombę). Na ekranie było jej zdecydowanie za mało, zważywszy na fakt, że sceny z jej udziałem były jednymi z najbardziej interesujących. Najbardziej cieszy jednak obecność Michelle Pfeiffer – dawno nie widzianej, rzadko grającej. Nie dość, że wygląda zjawiskowo, to gra świetnie, choć jej postać nie jest może szczególnie skomplikowana, ale jest połączeniem delikatności i siły. Generalnie, skompletowanie bardzo ciekawej obsady jest największym sukcesem reżysera i największym atutem filmu. Tyle, że tak jak opery mydlane są mdłe m. in. z powodu powierzchownego traktowania postaci, tak i Mroczne cienie są przez to mdłe, a to chyba jednak nie było zamierzone. Reżyser tym razem postawił przede wszystkim na efekciarstwo, którego tym razem jest u niego za dużo. Nie powiem, pękająca twarz Evy Green zrobiła na mnie wrażenie, bo grafika i zdjęcia stoją na bardzo wysokim poziomie, ale film nie może być jedynie ładny wizualnie.

Mroczne cienie jednak spełniają swoją rolę i są tym czym z założenia były w telewizji – parodią wspomnianej opery mydlanej. Oglądając, mamy wrażenie przesady, przerysowania postaci, nadekspresyjnej gry, zwłaszcza Evy Green, ale wiemy, że to nie przypadek tylko przyjęta konwencja. Oczywiście, wiemy, jeśli wiemy na co poszliśmy, bo dla widza przypadkowego może to być irytujące. Zwłaszcza że Chloe na końcu okazuje się być wilkołakiem– chciałoby się powiedzieć „seriously, a werewolf”? Gdyby ten film był na serio taki nadmiar abstrakcji byłby dla mnie nie do przyjęcia, ale to tylko kolejna kpina z telenowel, w których nie takie rzeczy się przecież dzieją…Od początku należy podejść do tego filmu jako do parodii, a seans będzie całkiem przyjemny.

Niemniej, reżyser nie zdecydował się do kogo kieruje film, to widać i to drażni. Na moim seansie dzieciaki śmiały się ze scen, kiedy Johnny-Barnabas zakamuflowany śpi sobie w szafce z bielizną ukrywając się przed słonecznym światłem dnia i z wielu podobnych. Z kolei nastolatki nie mogły dojść do siebie po scenie, w której dr Hofmann a więc Helena Bonham-Carter dobiera się do spodni Barnabasa (co się dzieje dalej możemy się tylko domyślać), a starsi widzowie, kiedy odkrywają wraz z Barnabasem analogię miedzy Mefistofelesem a McDonaldem. Zważywszy na to, że dzieci śmiały się najczęściej wynika z tego, że Burton zrobił film dla dzieci. Serial nie był jednak dla dzieci. Wyszła mu bajka z humorem na poziomie dziesięciolatków, ale ze scenami dla dorosłych – ktoś tu się nie zdecydował. Z drugiej strony, jeśli miała to być parodia na Zmierzch  i modę na wampiry to się udało. Mimo wszystko film stara się być bardziej komediowy niż jest, i z kolei jest za mało mroczny niż mógłby. Wychodzi na to, że po prostu jest dziwny, bo burtonowski. A może burtonowski bo dziwny…

Mrocznymi cieniami Burton daje dowód na to, że nie idzie naprzód, ale stoi w miejscu, a może wręcz uwstecznia się. Pytanie jakie się nasuwa wobec tego, to czy Burton się kończy. Reżyser od dawna nie zrobił nic całkowicie autorskiego, bo i Sweeney Todd był oparty na książce i sztuce (zresztą moim zdaniem to jego ostatnie prawie bez zarzutu dzieło), podobnie jak Charlie i fabryka czekolady i Alicja… na podstawie powieści, a teraz Mroczne cienie na podstawie serialu. I nadchodzący animowany Frankeweenie,  który jest pomysłem własnym, ale zupełnie nie nowym. Całe szczęście, w twórczości Burtona mam jeszcze zaległości: Sok z żuka, Ed Wood  i Duża ryba przede mną.

Moja ocena to 6/10.

01.06.2012

Zakochany Paryż (2006), Zakochany Nowy Jork (2009)


Dzisiaj kilka słów wspomnieniowych o dwóch produkcjach, które po raz pierwszy obejrzałam już jakiś czas temu i pisałam o nich pokrótce na filmwebie. Tekst jest trochę przeredagowany (wstyd mi jak czytam dziś niektóre moje notki na filmwebie...) i rozbudowany. Czemu w ogóle po niego sięgam? Otóż ostatnio nie oglądałam nic poza Czasem honoru (który dostanie osobną notkę) i  poświęciłam się czytaniu. Na szczęście swego czasu poczyniłam sporo drobnych uwag na temat różnych filmów, blog więc na pewno nie pójdzie na dno ;) A teraz do rzeczy:

Zakochany Paryż i Zakochany Nowy Jork – dwie niby podobne produkcje, a jednak dość znacząco się różniące. Paryż był pierwszym miastem, które w 2006 roku reżyserzy z całego świata postanowili uczynić bohaterem swoich krótkometrażowek. To nie pierwszy taki projekt, ale chyba pierwszy tak bardzo komercyjny, z tak znanymi aktorami przed kamerą i wpisujący się momentami nieco w lekki nurt komedii romantycznych. Ponieważ film odniósł duży sukces nakręcono jego drugą część. Oczywiście nie z tymi samymi bohaterami, ale według podobnego schematu. O różnicach i podobieństwach za chwilę.

O Paryżu mówią różne rzeczy...Przede wszystkim mówią, że to miasto miłości. Tytuł oryginalny pierwszej produkcji, o której chcę napisać to Paris I Love You, co mówi samo za siebie. A Zakochany Paryż to chyba jednak coś innego. Oczywiście jak ktoś mówi „kocham cię” to jest zakochany, ale wobec tego tytuł powinien brzmieć Zakochany w Paryżu. A może tylko ja tak uważam i czepiam się naszych dystrybutorów, którzy zawsze w sobie tylko znany sposób interpretują oryginalne tytuły i tłumaczą według zasady „im dalej od pierwotnego znaczenia, tym lepiej”. Może nie jest to szalenie istotna kwestia, ale wbrew pozorom po seansie takie niuanse nabierają znaczenia.

W tej, jak ją nazwałam, produkcji, złożonej z kilkunastu kilkuminutowych nowelek, widzimy co prawda miłość pod różnymi postaciami, ale przede wszystkim jest to miłość do miasta, które nam coś daje, które uczy jak kochać, które nas nieustannie zadziwia. Miasto, jego uliczki, zakątki, kawiarenki, czy nawet najsłynniejszy cmentarz świata, to główni bohaterowie tych krótkometrażówek. Nie sposób ich oglądać, zapominając, że dzieją się w Paryżu. Wszystkie są naprawdę urocze, może przede wszystkim dlatego, że miłość to uroczy temat. Można o niej opowiadać na setki sposobów, wystarczy mieć tylko wyobraźnię. Twórcom tych filmów z pewnością jej nie brakuje. Mamy tu zarówno historie z życia wzięte, które mogą zdarzyć się każdemu z nas, jak i mniej prawdopodobne spotkanie pana mima z panią mim, a na całkowicie abstrakcyjnej miłości wampirów skończywszy. Dużą zaletą takich nowelek jest to, że można je oglądać oddzielnie i wracać do tych, które spodobały nam się najbardziej, tak jak przy czytaniu zbioru opowiadań. Ja na pewno będę wracać do tych kilku:

a) opowieści Gusa van Santa o gejowskiej miłości od pierwszego wejrzenia, a może wcale nie gejowskiej, może tylko o pokrewieństwie dusz? Jest jak to u niego: kontrowersyjnie i niebanalnie.

b) Sylvaina  Chometa o zakochanych mimach, którzy poznają się w więzieniu; przede  wszystkim ze względu na aktora grającego główną rolę, moim zdaniem umiejętności godne Oscara


 c) Alfonso Cuarona – zaskakujące spotkanie młodej kobiety i starzejącego się mężczyzny, o których cały czas myślimy jako o parze, tymczasem okazuje się, że…No właśnie…Zdecydowanie najbardziej zaskakująca ze wszystkich opowieści.

 d) Toma Tykwera – z uroczą, jedyną w swoim rodzaju Natalie Portman w roli aktorki, która odwzajemnia miłość niewidomego chłopaka i, niestety dla niego, ćwiczy na nim każdą swoją rolę. Tak jak w Biegnij Lola, biegnij tego reżysera, jest dynamicznie, zaskakująco, niemalże komiksowo.

Jak ona cudownie się wydziera w tym filmie...
e) i w końcu Alexandra Payne’a opowieść będąca kwintesencją całego filmu- samotna Amerykanka miłość odnajduje po prostu w ramionach Paryża, który jest dla niej bezosobowy, choć liczyła skrycie, że spotka w nim kogoś, z kim będzie mogła „dzielić się przeżyciami”. Wzruszająco, słono, nostalgicznie. Mimo wszystko w Paryżu chyba należy mieć kogoś do pary…

Zakochany Paryż podbił moje serce połączeniem prostoty z niebanalnością. Większość nowelek to takie historie jak lubię: zwykli ludzie i ich zwykłe problemy. Ale przede wszystkim twórcy ukazują w bardzo różnorodne sposoby różne odcienie miłości. Myślę, że właśnie ta różnorodność i oryginalność poszczególnych części filmu jest jego największą siłą.

Co by nie mówić, plakaty do
obu filmów są  równie genialne
Tego nie udało się osiągnąć w Zakochanym Nowym Jorku . Wśród dziesięciu opowieści jest kilka zasługujących na wyróżnienie, ale pozostałe niestety zlewają mi się w jedną całość.
Wyróżnić należałoby pięć nowelek:

1. Autorstwa Shunji Iwai, w głównej roli zakręconego muzyka Orlando Bloom, nietypowa historia miłosna
2. Bretta Ratnera, zaskakująca, przewrotna historia o nastolatkach
3. Shekhara Kapura, nostalgiczna opowieść o starszej kobiecie i boyu hotelowym (doskonała Julie Christie i nadzwyczaj dobry Shia LaBeouf)
4. Joshuy Marstona, o parze staruszków, których miłość jest godna pozazdroszczenia
5. Fatiha Akina, o portrecie pewnej Chinki o pięknych oczach...

Zawiodłam się niestety na Natalie Portman. Wyreżyserowana przez nią opowieść kompletnie nie zrobiła na mnie wrażenia i zdążyłam już o niej całkowicie zapomnieć. Również nowelka Miry Nair z Natalie w roli głównej niczym mnie nie zachwyciła. Pozostałe opowieści trzymają raczej równy, ale przeciętny poziom. Główną wadą całej produkcji jest to, że niewiele mówi ona o samym Nowy Jorku, a przecież z filmów Woody'ego Allena dobrze wiemy, że faktycznie jest to urocze miejsce, w którym można się zakochać. Historie przedstawione w tym filmie równie dobrze mogłyby się dziać w każdym innym mieście. Po Zakochanym Paryżu miało się ogromną ochotę pojechać do stolicy Francji, tymczasem po Zakochanym Nowym Jorku tytułowe miasto jest dla nas równie obce jak przed seansem. Nie czuć tu ani magii miejsca ani też potęgi miłości, dla której hołdem wydaje się być Zakochany Paryż. Poza tym ekran zdominowały tu gwiazdy, które niekoniecznie mają wiele do pokazania, ale w danej chwili były bardzo na topie jak Bradley Cooper, wspomniany Shia LaBeouf (choć to akurat pozytywne zaskoczenie), Rachel Bilson czy Justin Bartha. 

Jedna z niewielu scen w tym filmie, w której można podziwiać uroki NYC
Zakochany NY niewątpliwie był czymś co nazywam „skokiem na kasę”, ale nie zmienia to faktu, że ja zawsze chętnie oglądam tego typu wielowątkowe projekty i oglądanie tego filmu przysporzyło mi całkiem sporo przyjemności. Jak dla mnie zaletą takich produkcji jest możliwość powrotu niekoniecznie do całości ale tylko do wybranych fragmentów – w chwilach gorszego humoru bardzo lubię wracać np. do wspomnianej nowelki Tykwera. Niemniej, nie skusiłam się na razie na inną tego typu propozycję, mianowicie zestaw Walentynki/Sylwester w Nowym Jorku, od Garry’ego Marshalla, reżysera Pretty Woman. Podobno to tylko popłuczyny po Love Actually. A zakochany cykl ma się chyba dobrze, bo planowane są już kolejne części, tym razem kręcone w Szanghaju, Rio i Jerozolimie. Czy będzie ich aż tyle, wątpię. Ale bez względu na jakie miejsce padnie, tę najbliższą część na pewno obejrzę.

A jaki jest Wasz stosunek do takich projektów? Lubicie? Polecacie? Może znacie jakieś mniej popularne, na które warto rzucić okiem?

Moja ocena Zakochanego Paryża to 10/10 a Nowego Jorku 7/10.


Na koniec – moje ukochane zdjęcie Marilyn Monroe. Dziś przypada 86 rocznica jej urodzin.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...