27.07.2012

Para na życie (reż. S. Mendes, 2009)



Sam Mendes jako reżyser komedii romantycznej? Miałam wątpliwości, czy ten pomysł może wypalić, ale wiedziałam też, że klasa reżysera American Beauty jest wysoka i może on sobie doskonale z tym wyzwaniem poradzić. I tak jest w rzeczy samej. Away we go czyli inaczej Para na życie jest dużo bardziej optymistycznym filmem niż pozostałe w jego filmografii (a ma w dorobku np. przygnębiającą, ale absolutnie znakomitą Drogę do szczęścia czy mniej przeze mnie docenionego, ale poruszającego Jarheada). Generalnie autor ten burzy w swoich dziełach mit o amerykańskim śnie, podważa słuszność dążenia za wszelką cenę do szczęścia utożsamianego z dobrobytem materialnym czy statusem społecznym (jedno właściwie wiąże się z drugim). Przedstawia pustkę amerykańskiego stylu życia, pokazuje, że jego rodacy są zakładnikami swoich wyborów, budują sobie sami więzienia kierując się konformizmem. Jeśli wydaje się Wam, że Mendes porzucił tę poważną tematykę na rzecz banalnej historii miłosnej, która jest wpadką w jego filmowym dossier, to jesteście w błędzie. Nazwać Away we go komedią romantyczną to wyrządzić filmowi ogromną krzywdę (a tak zrobił oczywiście polski dystrybutor) i zdeprecjonować jego wartość (choć i komedie romantyczne mogą być wartościowe). Jeśli już chcemy koniecznie wiązać ten film z gatunkiem komediowym, lepiej określić go mianem komediodramatu. Film rzeczywiście wyróżnia się na tle pozostałych filmów Anglika, ale wyróżnia się bardzo pozytywnie. To bardzo mądra i ciepła historia z optymistycznym przesłaniem, którego w filmach Mendesa na ogół jak na lekarstwo – zazwyczaj zostawia nas z gorzkimi wnioskami na temat współczesnego świata. Tym razem też bawi się w diagnozę społeczną, ale zostawia nas z mądrym przesłaniem – nie warto oglądać się na innych, nie warto martwić się że cokolwiek „musimy”, bo my sami wiemy co jest dla nas najlepsze.  

Bohaterami filmu są Verona i Burt – para trzydziestoczterolatków będących z sobą już od jakiegoś czasu, których poznajemy w momencie gdy dowiadują się, że zostaną rodzicami. Jest to scena otwierająca film – niezwykle lekka, zabawna, bezpretensjonalna (jak cały ten film, chciałoby się od razu dodać). Oboje bardzo cieszą się z ciąży, ale oboje też zaczynają nabierać przekonania, że teraz to już powinni się ustatkować, zrobić coś ze swoim życiem, znaleźć lepsze mieszkanie. No i może wziąć ślub, jak chce całe ich otoczenie, ale czego nie dopuszcza do siebie Verona. Tak naprawdę, Verona i Burt nie mają niczego – może nie są lekkoduchami, ale mają niezobowiązującą pracę (on jest agentem ubezpieczeniowym, którego praca polega głównie na rozmowach telefonicznych, ona ilustratorką książek do anatomii), mieszkają w bardzo zapuszczonym mieszkaniu (które wybrali by być bliżej jego rodziców, bo ona już rodziców nie ma), a ich samochód już pewnie długo nie pociągnie. Są całkiem zwyczajni, choć może w tej przeciętności nieco dziwni, ani brzydcy, ani ładni i dlatego z miejsca się ich lubi – są autentyczni. Ale o autentyczności będzie jeszcze za chwilę. Na razie wrócę do fabuły.


Verona i Burt decydują się wyruszyć w podróż, która pomoże im znaleźć ich własne miejsce na ziemi. Miejsce, w którym będą mogli wieść żywot przykładnej rodziny. Odwiedzają swoje rodziny i dawnych znajomych, a my tym samym poznajemy galerię dość ekscentrycznych czasami postaci. Kolejne spotkania są punktem wyjścia dla wielu zabawnych (ale mam tu na myśli subtelny, a nie żenujący, humor) sytuacji i pretekstem do rozważań nad macierzyństwem. Dla mnie jest to właśnie w dużej mierze film o macierzyństwie. Nasi bohaterowie obawiają się tego wyzwania, nie są pewni czy żyjąc tak jak żyją, będąc po prostu sobą, dadzą sobie radę z wychowaniem dziecka i zapewnieniem mu odpowiednich warunków. Na swojej drodze spotykają, właśnie ludzi z dziećmi. Ale ci, zamiast być dla nich inspiracją czy wzorem, są przeważnie takimi rodzicami, jakimi ta para nigdy nie chciałaby być. Mendes wyśmiewa np. wychowywanie dzieci w zbyt lekceważący sposób (sprowadzający się właściwie do ich ignorowania i krytykowania) czy też w duchu hippisowskim. Przez cały czas Veronie i Burtowi towarzyszy pytanie: jak żyć? Jak żyć, skoro wszyscy ci, o których się myślało, jako i idealnych rodzicach i kochających się ludziach, rozczarowują. Jest w filmie taka piękna, wzruszająca scena nocnej rozmowy bohaterów (około 27 minuty), w której Verona pyta swojego chłopaka: „czy tylko my się kochamy?”. I coś w tym pytaniu jest, co daje do myślenia.


W innej ważnej scenie (tu właściwie wszystkie sceny są ważne, każda coś z sobą przynosi ważnego) na początku filmu Verona stwierdza, że oboje z Burtem są do niczego, na co chłopak kilkakrotnie stanowczo zaprzecza. Rzeczywiście, oglądając film, można stwierdzić, że nic bardziej mylnego. Może nie mają rzeczy materialnych, ale ma swoje uczucia. Mendes przestawia w swoim filmie wizję czystej, bezinteresownej miłości, która jest celem samym w sobie. Ponadto, choć obejrzałam sporo filmów o miłości, nikt mi chyba jeszcze tak szczerze i wiarygodnie nie przedstawił jakie rozterki i obawy targają młodymi parami u progu dorosłości, której nie wyznacza wcale wiek, lecz decyzja o założeniu rodziny.

Co jeszcze jest piękne w tym filmie to to, że pozbawiony jest patetycznego tonu, absolutnej powagi. Rozmowy Verony i Burta są naturalne – kiedy on zaczyna poważną rozmowę o ich przyszłości, ona znienacka burzy ten nastrój żartem. Widać między nimi porozumienie, widać, że rozumieją się bez słów, widać między nimi prawdziwą miłość. Widać, że są szczęśliwi, a to u Mendesa zdarza się po raz pierwszy.


Pewnie tak dobrego efektu nie byłoby gdyby nie aktorzy wcielający się w Veronę i Burta. Maya Rudolph (którą możecie kojarzyć z Druhen) i John Krasinski mają w sobie tą autentyczność swoich bohaterów. Wydaje się, że sami są równie przeciętnymi i sympatycznymi ludźmi jak oni. Na drugim planie mamy głównie aktorów, których z pewnością skądś będziemy kojarzyć, ale raczej ani po nazwisku, ani z konkretną produkcją. Głównie, bo z pominięciem Jeffa Danielsa, Catherine O’Hary (w roli rodziców Burta) i Maggie Gyllenhall. Są to wszystko doskonałe decyzje castingowe, postaci te zapadają w pamięć. W ogóle rezygnacja z gwiazdorskiej obsady na rzecz aktorów mało znanych to duża zaleta tej produkcji. Sądzę, że straciłaby ona na autentyczności, gdyby przepełniona była twarzami ludzi, których już jakoś zaszufladkowaliśmy w konkretnych rolach, ludzi z pierwszych stron gazet, o których życiu wiemy czasami zbyt wiele.

Podsumowując, Away we go to film do wielokrotnego oglądania, a za pierwszym razem obowiązkowo z chusteczkami pod ręką. Ja, choć nie bezpośrednio po, ale na pewno pod wpływem tego filmu, płakałam. Dawno nie spotkałam filmu tak prawdziwego i w dodatku ponadczasowego w swojej wymowie. Filmu, który, powtórzę to jeszcze raz, jest mądry. Reżyser nie daje rad jak żyć, jedynie pokazuje, że jedni żyją tak, a inni inaczej. Niech każdy żyje tak jak chce, ale w zgodzie ze sobą. Szczęście tkwi w prostych rzeczach. Nic na siłę. Proste przesłanie, piękny film.

Moja ocena to 9/10.

13 komentarzy:

  1. oglądałem :) Podobało się! Choć bez chusteczek, ale na pewno z ogromną sympatią do bohaterów. Trudno go sklasyfikować bo ani to czysta komedia, ani dramat... on jest taki ludzki, ciepły, choć chwilami bardzo bolesny to jednak dający dużo optymizmu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, "ludzki" to najlepsze określenie :)

      Usuń
  2. To jeden z tych filmów, które chcę obejrzeć, wiem że powinnam, ale nie mogę się zebrać by obejrzeć. Może to podświadomy foch, że wszyscy zachwycali się muzyką z tego filmu, a łaskawie ignorowali tę z "August Rush". ;)

    Nadrobię choćby dla Johna Krasinskiego, mam do niego specyficzną słabość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, zapomniałam wspomnieć, że muzyka jest zachwycająca. "August Rush" to fajny film, choć jakoś muzyki nie pamiętam. Ale nadrób ten film, bo jest naprawdę magiczny :)

      Usuń
  3. Bardzo lubię ten film i muzykę z niego. To jest zwieńczenie amerykańskiej trylogii Mendesa o rodzinie (I cześć American Beaty, II - Droga do szczęścia) może nie tak wybitny film jak poprzednie, ale bardzo ciepły i prawdziwy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, faktycznie - trylogia o rodzinie - nigdy o tym tak nie pomyślałam, ale masz rację :)

      Usuń
  4. Słyszałam kiedyś o tym filmie, jednak nie myślałam, że może być taki dobry. Twoja opinia bardzo zachęciła mnie do jego obejrzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie oglądałam, ale jakoś pozytywne recenzje mnie nie zachęcają. Sama nie wiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym wypadku te pozytywne recenzje nie kłamią ;)

      Usuń
  6. Mendes i komedia romantyczna. Brzmi jak oksymoron, a jednak :) sam galimatias już zachęca do oglądania, ale recenzja już przypieczętowała sprawę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ;) i zachęcam ogromnie, film ma nawet w sobie trochę z offowego ;)

      Usuń
  7. Mendes i komedia romantyczna. Brzmi jak oksymoron, a jednak :) sam galimatias już zachęca do oglądania, ale recenzja już przypieczętowała sprawę.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że zostawiasz po sobie ślad, bo to daje mi motywację do pisania. Fajnie jest mieć świadomość, że moje słowa nie trafiają w próżnię. Każdy komentarz czytam z uwagą, choć nie na każdy odpisuję. Nie widzę sensu w odpisywaniu dla samej zasady, kiedy nie mam nic do dodania. Mam nadzieję, że to rozumiesz.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...