27.03.2015

Sils Maria (reż. O. Assayas, 2014)


Sils Maria to film, którego wyczekiwałam z dwóch powodów. Czytałam pozytywne recenzje osób, które widziały go przedpremierowo na różnych festiwalach i oczywiście byłam ciekawa, czy rzeczywiście Kristen Stewart poradziła sobie w nim tak dobrze, jak się mówi. Aktorkę bardzo lubię, widzę w niej talent i nie zgadzam się z jej powszechną krytyką. Sama tematyka filmu, fakt, że głównymi bohaterkami są aktorka i jej asystentka, też wydał mi się interesujący. Do tego jest to kino europejskie, a jak wiadomo często kino europejskie = kino ambitne. Moje wszystkie nadzieje związane z filmem zostały spełnione. Sils Maria to niesamowicie hipnotyzujący obraz, który poleciłabym przede wszystkim osobom, które szukają w kinie odrobiny teatralności.

Sils Maria ma z teatrem sporo wspólnego, bo podstawą przekazu jest tutaj dialog. Dialog między dwiema głównymi bohaterkami napędza akcję filmu, w czym pomaga nie tylko fakt, że owe dialogi są świetnie napisane, ale też to, że między Juliette Binoche i Kristen Stewart jest na ekranie niesamowita chemia. Ale zacznijmy od początku. Sils Maria to miejscowość w Alpach, gdzie uznana aktorka Maria Enders (Binoche) przyjeżdża wraz ze swoją asystentką Valerie (Stewart) na uroczystość mającą uczcić reżysera Wilhelma Melchiora, który przed laty uczynił Marię sławną obsadzając ją w filmie na podstawie własnej sztuki „Majola Snake”. W drodze dowiadują się, że reżyser zmarł. Aktorka i jej asystentka zostają jednak w Sils Maria na dłużej. Młody niemiecki reżyser proponuje bowiem Marii, by wystąpiła w nowej scenicznej wersji „Majola Snake”. Maria niegdyś wcielała się tam w rolę młodej dziewczyny, Sigrid, uwodzącej swoją pracodawczynię Helenę. Tym razem miałaby zagrać „ofiarę”. Kobieta długo waha się, by ostatecznie propozycję przyjąć.



Sils Maria jest opowieścią wielopłaszczyznową, w której przenikają się kino i rzeczywistość, a relacje opisane w sztuce, w której ma zagrać Maria, odbijają jej relacje z Val. Film wypełniony jest scenami przygotowań Marii do filmu, podczas których kwestie Sigrid czyta Valerie. Fragmenty czytanej przez nich sztuki aż proszą się o to, by interpretować je jako opis występujących między nimi relacji. Valerie jest najbliższą Marii osobą, jej przyjaciółką, nieodłączną towarzyszką, a nie tylko kimś w rodzaju managerki. To ona mówi Marii co jest dla niej korzystne, gdzie powinna się pojawić, jaką rolę przyjąć – dominuje nad Marią niczym Sigrid nad Heleną. Dla Marii rola Heleny jest podwójnie trudna i wiąże się z akceptacją własnego przemijania. Minęło 20 lat odkąd grała młódkę, dziś jest w wieku, kiedy może zagrać tylko starszą z bohaterek sztuki. Jednocześnie musi ustąpić miejsca pokoleniu młodych aktorek, które reprezentuje skandalizująca Jo-Ann Mills (Chloe Grace Moretz), mająca jej partnerować na scenie. Sils Maria jest więc także autotematyczną opowieścią o kinie i aktorstwie. Val i Maria prowadzą rozliczne dyskusje na ten temat, spierając się zwłaszcza o współczesne kino rozrywkowe, w którym Maria nie widzi żadnej wartości. Tymczasem Val udowadnia jej, że i ono może być sztuką zawierającą treść.

Wyraźnie wyeksponowana została warstwa psychologiczna filmu. W dialogach między Stewart a Binoche wyczuwa się elektryzujące napięcie. Reżyser, Oliver Assayas, buduje bardzo intymną atmosferę, a liczne niedopowiedzenia i sugestie wzajemnej fascynacji między kobietami zostawiają miejsce na własną interpretację. Klimat filmu potęgują zdjęcia plenerów. Tytułowe chmury (oryginalny tytuł to Clouds of Sils Maria) płynące nad górskim jeziorem Sils w pewien sposób ilustrują płynność życia, której doświadcza w filmie Maria i z którą tak trudno jej się pogodzić.


Co warte podkreślenia, w tym wyjątkowym filmie, każda z aktorek – Juliette Binoche, Kristen Stewart, Chloe Grace Moretz gra poniekąd samą siebie. Binoche wielką gwiazdę, utytułowaną aktorkę. Moretz – aktorkę, która karierę zaczyna od kina rozrywkowego i już na samym jej początku jest u szczytu sławy. Nie da się ukryć, że pierwsze skrzypce w Sils Maria gra jednak Stewart. Która w dodatku wygląda tu jak ona sama – podobny styl ubierania – trampki, jeansy, okulary, ulubiona fryzura. Spośród bohaterek jest tą najbardziej reprezentującą normalny świat – czyli tak jak w życiu: dziewczyna z sąsiedztwa. Najważniejsze jednak jest to, że tworzy postać dużo ciekawszą od postaci granej przez Binoche i – mam wrażenie – daje z siebie po prostu więcej. A także udowadnia, że z jej mimiką twarzy jest wszystko w porządku.

Sils Maria to piękny, kameralny film o kobietach, sztuce, życiu. Kino specyficzne, powolne, wymagające. Magnetyczny obraz.

Moja ocena: 8+/10

**********************************************************************************************************************************
Ponieważ jest  to mój wpis numer 200 na blogu jest to dobra okazja na kilka słów prywaty. Po pierwsze, uważam, że jak na ponad 4 lata prowadzenia bloga, 200 wpisów to mało. Ale z drugiej strony, podziwiam siebie, że nadal go prowadzę. Jak może zauważyliście, ostatnio pojawia się sporo wpisów i to regularnie - jak na mnie. To zasługa sporej ilości wolnego czasu, jakim dysponowałam ostatnio. Niestety, ta "laba" już się kończy, ale przybyło mi przez ten czas zarówno szkiców notek, jak i pomysłów na nie, z czego bardzo się cieszę. Uświadomiłam sobie ostatnio, w jaką stronę powinnam podążać z blogiem, żeby być w pełni z niego zadowolona. To znaczy, w pełni pewnie nigdy nie będę, ale wiem, jak chciałabym, żeby on wyglądał. Wiem już, że nie muszę umieszczać opinii o każdym obejrzanym filmie, jeśli pisanie takiej opinii nie sprawia mi przyjemności (Wam też to polecam). Wiem, że czasem warto się wysilić i napisać o filmie coś więcej niż kilka zdań, by stworzyć dla niego osobną notkę - w ten sposób liczba notek na blogu rośnie, co cieszy oko. No i wiem, że chciałabym pisać o filmach, które niekoniecznie są premierami - recenzji takich filmów na blogach jest wysyp. Stąd też pomysł, żeby na blogu znalazło się więcej różnego rodzaju zestawień, rankingów i wpisów nie będących recenzjami. Sama lubię takie posty czytać, a chyba właśnie taki powinien być prowadzony przez nas blog - zawierać takie treści, które sami chcielibyśmy przeczytać. Ok, koniec mojego wymądrzania się. Mam nadzieję, że uda mi się spełnić moje plany. I że co najmniej 200 notek jeszcze w życiu napiszę. 

P.S. Miałam jeszcze napisać o minimalizmie (bynajmniej nie mam zamiaru zostać jego zwolenniczką, ale doszłam do wniosku, że lepiej mieć mniej rzeczy dobrej jakości, niż dużo słabej), ale co za dużo to nie zdrowo ;) Miłego weekendu :)

P.S.2 Fanpejdż bloga - co o tym myślicie? Zaglądałby tam ktoś? 


23.03.2015

Kącik polskiego filmu: Body/Ciało (reż. M. Szumowska, 2015)



Body/Ciało weszło do naszych kin już jako zwycięzca Srebrnego Niedźwiedzia na Festiwalu w Berlinie. Na pewno ta nagroda pomogła filmowi w przyciągnięciu widzów do kin, jednak dla mnie każdy kolejny film Małgorzaty Szumowskiej to po prostu pozycja obowiązkowa.

Body/Ciało, jak sam tytuł wskazuje mówi o ciele, cielesności. Ciało jest tu ciągle obecne: główny bohater, prokurator Janusz, na co dzień ma do czynienia z ludzkimi zwłokami, na które chyba w pewnym sensie jest już zobojętniony. Jego córka, Olga, ma obsesję na punkcie swojej wagi – co doprowadza ją do bulimii. Anna, terapeutka ze szpitala, do którego trafia Olga, kompletnie nie przejmuje się swoim ciałem, swoim wyglądem. Ważniejsza dla niej jest sfera duchowa. Jest medium, kontaktuje się ze zmarłymi. Ciałem jest także zmarła żona prokuratora. Tylko ciałem. Ale według Anny, choć nie ma już jej ciała, jej dusza wciąż czuwa przy najbliższych. Tytuł filmu wskazuje na dualizm w postrzeganiu ciała, pragmatyzm zderzony z wiarą w coś więcej. Ach, zapomniałabym o jeszcze jednym – scenie, w której Ewa Dałkowska, nie młoda już kobieta, z fałdkami na brzuchu i obwisłym biustem, tańczy topless w rytm Śmierci w bikini Republiki. Scena ta może szokować, śmieszyć, a u nie jednego pewnie wzbudzi zniesmaczenie. Ale w tej całej poważnej bądź co bądź tematyce, ta właśnie scena przypomina, że ciało to także coś radosnego, danego nam dla przyjemności, coś zwyczajnie przyziemnego.  


Podobnie jak ciało, w filmie obecne jest też na każdym kroku jedzenie, któremu kamera Michała Englerta przygląda się z dużą uwagą. Prokurator lubi jeść i wszystko „pieprzy”, bo wtedy wszystko jest bardziej strawne, jego córka obżera się chlebem i słodyczami, by potem wszystko zwrócić w toalecie, a terapeutka dziewczyn z zaburzeniami odżywiania przyrządza sobie na kolację warzywa i ryż i zagryza to dietetycznym chrupkim pieczywem, jakby sama była wiecznie na diecie. Znacie powiedzenie „coś dla ciała, coś dla ducha”? Jedzenie to coś dla ciała, a co za tym idzie, stosunek bohaterów do jedzenia odzwierciedla też ich stosunek do ciała właśnie.

Każdy z trójki bohaterów filmu jest postacią interesującą i niejednoznaczną, niedopowiedzianą. Między aktorami występuje świetna chemia, a debiutantka Justyna Suwała – ponoć znaleziona na facebooku – swoim naturszczykostwem (jest takie słowo?) dodaje tej historii autentyzmu. Janusz Gajos to oczywiście klasa sama w sobie i w roli prokuratora jest taki jaki powinien być – zmęczony, oschły i topiący smutki w alkoholu. Natomiast najlepiej skonstruowana jest postać terapeutki Anny, która po śmierci synka odkryła w sobie zdolność do kontaktowania się z zaświatami. Pytanie, czy naprawdę jest medium, czy tylko tak uważa? Jest coś intrygującego w jej życzliwości, w jej wierze i zaniedbanym wyglądzie. Jej postać skonstruowana jest ze sprzeczności, dopuszcza się rzeczy, których robić nie powinna, ale wiemy przecież, że ukształtowało ją tak bolesne doświadczenie z przeszłości. I ostatecznie pomaga prokuratorowi i jego córce. Maja Ostaszewska wcielając się w postać Anny zagrała prawdopodobnie swoją najlepszą rolę. Zbudowała postać niezwykle ciekawą, a jednocześnie oddała jej też – to nie przypadek – swoje ciało, zmieniając wygląd wręcz nie do poznania.

Jak zawsze w swoich filmach Szumowska porusza – tym razem w tle – tematykę społeczną. Body/Ciało dzieje się we współczesnej Polsce, autorka filmu co rusz robi aluzje nie pozostawiające co do tego wątpliwości. Dotyka głośnych spraw kryminalnych, które znamy z mediów, muska tematyką sporów światopoglądowych tak żywych w naszym kraju. Bardzo polski wydaje się być też czarny humor, którego jest tu naprawdę dużo. Tak dużo, że w niektórych krajach, w których dystrybuowany jest film, reklamuje się go jako czarną komedię. Komedią nie jest, ale począwszy od otwierającej go sceny, Szumowska znakomicie równoważy powagę i dowcip, dzięki czemu film nie jest nadmiernie patetyczny i pretensjonalny.


Zasadnicze pytanie w kontekście filmu, zadane na plakacie i w zwiastunie, brzmi: Czy jest coś więcej? Subtelne, niespodziewane zakończenie filmu na szczęście nie daje na nie odpowiedzi. Film pozostawia miejsce na domysły, w żadnym momencie nie daje gotowych twierdzeń np. że z ciałem po śmierci na pewno coś się dalej dzieje. Szumowska dystansuje się od stawiania jednoznacznych diagnoz, jest tym razem tylko obserwatorem. Powtórzę to za autorem jakiejś recenzji – tak jak W imię miało dosyć nachalne i niepotrzebne zakończenie, tak Body/Ciało zostawia drzwi uchylone dla naszej własnej interpretacji, co może tylko i wyłącznie świadczyć o tym, że Szumowska jako reżyserka pokornieje i uczy się na swoich błędach.

Reżyserka kolejny raz udowodniła, że potrafi dotykać aktualnej tematyki i poruszać widza sposobem opowiadania o otaczającej nas rzeczywistości. Wielu mówi, że Body/Ciało to najdojrzalszy, najlepszy film Szumowskiej. Osobiście największe wrażenie zrobiły na mnie znacznie bardziej emocjonalne 33 sceny z życia (które swoją drogą chętnie sobie odświeżę), jednak faktycznie – jej najnowszy film jest idealnie wyważony (także jeśli chodzi o długość - już dawno czas w kinie nie zleciał mi tak szybko). Nie jest to co prawda film, który dotknąłby doszczętnie moich emocji, ale zostawi po sobie na pewno bardzo pozytywne wrażenia. 

Moja ocena: 8/10

19.03.2015

Najgorszy człowiek na świecie (Małgorzata Halber, Znak, 2015)


Chciałam być taka jak ona. Przyznaję. Będąc nastolatką, kiedy jeszcze marzyłam, żeby mieć swój własny program muzyczny w telewizji, a potem także program filmowy, marzyłam, żeby żyć jej życiem. Ładna, mądra i pracuje w telewizji. Na pewno ma mnóstwo przyjaciół, chodzi na świetne imprezy, ludzie się z nią liczą, nie może się opędzić od chłopaków. Jak ja ją lubiłam! Gdybym tylko wiedziała, co przechodziła Małgorzata Halber, kiedy tak szczerze jej zazdrościłam fantastycznego, jak mi się wydawało, życia! Kiedy teraz o tych jej przeżyciach czytałam, było to naprawdę dziwne doświadczenie. Odkryć, że ten wizerunek znany mi z telewizji nie miał wiele wspólnego z jej prawdziwym życiem. Ale zacznijmy od początku. O Małgorzacie Halber ponownie chyba wszyscy – to znaczy raczej ci bywający na facebooku -  usłyszeliśmy za sprawą jej profilu na instagramie, na którym zamieszcza swoje zdjęcia w ubraniach z lumpeksu, a dokładnie z bazaru Banacha – ubraniach za kilka złotych. Ponownie, bo odkąd Halber odeszła z Vivy, to mimo, iż wciąż można było gdzieś ją przeczytać/zobaczyć, dla przeciętnego widza – zniknęła. A tu nagle, chyba dzięki temu, że ktoś inny znany zalinkował jej instagram, o Małgorzacie znowu zrobiło się głośno. Zaczęłam zatem obserwować jej profil na facebooku i dowiedziałam się, że napisała książkę, która czeka na wydanie. Dowiedziałam się też, że jest autorką Bohatera – którego nie znałam, ale z miejsca pokochałam, za to, że dosłownie czyta mi w myślach. Aż w końcu pojawiły się pierwsze szczegóły dotyczące książki – że jest o alkoholiczce, terapii, wychodzeniu z uzależnienia. No ok., myślałam, ciekawy temat, ale to chyba nie oznacza, że Halber sama miała takie doświadczenia? A jednak. Pojawiły się statusy na facebooku, a potem wywiady, które jednoznacznie potwierdzały to, co – nie wiedzieć czemu – wydawało mi się tak nieprawdopodobne. No i już wiedziałam, że muszę tę książkę przeczytać. Bo Halber była kiedyś poniekąd moją idolką, a jej stany emocjonalne – o których z facebooka można się dowiedzieć naprawdę sporo  - były i są mi szalenie bliskie.

fot. tygodnikpowszechny.pl
Dlaczego Małgorzata Halber napisała tę książkę? Odpowiedź znajdziemy w środku i brzmi ona: żeby oswoić słowo „alkoholik”. Słowo, które jest wciąż stygmatem i oznacza 

„Gorszość. Bezdomność. Smród. Przegrane życie”. 

A przecież przykład autorki (czy nawet Ilony Felicjańskiej) świadczy o tym, że nie, nie tylko tak wygląda alkoholizm. Alkoholizm może mieć też twarz ładnej, wykształconej dziewczyny z dobrą pracą, chłopakiem i mieszkaniem. Ale co ważniejsze, Halber wskazuje, co jest przyczyną tego, że ktoś zaczyna pić, sięga po narkotyki czy popada w jakieś inne uzależnienie. I robi to niezwykle dobitnie, a dla czytelnika wręcz boleśnie. Bo według niej alkoholizm bierze się z braku: 

„Bo kiedy nie dzieje się nic, to poprzez zmianę świadomości możesz się oszukać, że coś się jednak dzieje. Rozpacz bezruchu i nudy przestaje istnieć”. 

Książka Halber uświadamia te pozorne oczywistości, o których zapewne nikt z nas nie myśli sięgając po kolejne piwo. Podczas lektury zaczęłam się jednak nad tym zastanawiać – dlaczego lubię sobie wypić piwo oglądając mecz, sączyć wino oglądając serial i czemu w kawiarni wybieram czekoladę z rumem, a nie bez. Czy naprawdę po to, żeby coś sobie ułatwić? Czy naprawdę nie jest możliwe, że ktoś pije dla smaku? Czy to oznacza, że jestem na prostej drodze do uzależnienia? Na te pytania po lekturze Najgorszego człowieka na świecie jeszcze nie znam odpowiedzi. Ale wiem już teraz, że jednak nie chciałabym być na miejscu autorki. Bo uzależnienie odbiera trzeźwość, a co za tym idzie rozum, godność, radość z życia. Chodzi tylko o to żeby przetrwać z dnia na dzień, od niedzieli do piątku. A w trakcie terapii trzeba stawać na głowie, by nie zwariować, gdy dopada głód. A powroty się zdarzają. Halber uzależniła się nie tylko od alkoholu, ale i od marihuany, której nie waha się nazywać tak jak powinno się to robić – czyli narkotykiem. Niestety, powszechnie panuje przekonanie, że marihuana prawdziwym narkotykiem nie jest. Po tym, co tu przeczytacie, stwierdzicie, że raczej na pewno jest. Halber pisze o swoich doświadczeniach – co do tego nie ma wątpliwości. Choć bohaterka jej książki ma na imię Krystyna, wydaje się, że tylko to ją różni od autorki, bo życiorys mają identyczny. Zastanawiające jest więc, po co to kreacja, sprawiająca, że nie bardzo wiadomo, czy mamy do czynienia z biografią czy powieścią. Sama autorka nie lubi pytań o to, czy Krystyna to ona, ale przecież świadomie się na nie naraziła. I skoro szczerze mówi w wywiadach o swoim uzależnieniu i swojej terapii, której odbiciem jest książka, nie powinna się tym pytaniom dziwić. Nie mniej, początkowo książkę miała zamiar wydać pod pseudonimem, co niejako uzasadniałoby postać Krystyny – o której mówi, że jest hołdem dla linii kobiecej w jej rodzinie. Wróćmy jednak do sedna. Gdybym chciała zacytować Wam jeszcze jakieś fragmenty książki, musiałabym zacytować Wam ją od pierwszej do ostatniej strony. Bo od pierwszej do ostatniej strony to są objawienia, szczera, bolesna prawda. Zero owijania w bawełnę, w czym przede wszystkim pomaga język. Wiarygodność tej i tak niezwykle prawdziwej historii podnosi styl, jakim posługuje się autorka. Może powinnam zacząć od tego, że Najgorszy człowiek na świecie przypomina coś na kształt pamiętnika – nietrudno o skojarzenia, że mógłby to być przedruk prawdziwego pamiętnika autorki. Pamiętnik jak to pamiętnik – pisany jest w pierwszej osobie, językiem potocznym i bezpośrednim. Książka Halber też taka jest. Autorka posługuje się językiem, jakim mówimy na co dzień, językiem żywym, nie pozbawionym przekleństw, z elementami slangu. Potok jej myśli jest wartki, czego efektem długie zdania z masą przecinków, zdania które uwielbiam, bo najpełniej oddają emocje, uczucia i obserwacje, którymi Halber się z nami dzieli. A trzeba przyznać, że obserwatorką jest uważną i bardzo spostrzegawczą. Bo jej książka tak naprawdę wykracza daleko poza problem alkoholizmu. To, że Najgorszy człowiek na świecie spotkał się z tak pozytywnym odbiorem czytelników – a że tak jest, to już wiemy choćby po komentarzach na Facebooku – to zasługa tego, że to w dużej mierze po prostu książka o nieradzeniu sobie w życiu. O poczuciu beznadziejności, które ma w sobie wielu z nas (może każdy?). O tym, że często czujemy, że robimy za mało, marnujemy czas, zamiast się rozwijać, mamy w sobie niemoc, przekonanie że musimy się bardziej starać, stawiać sobie poprzeczki, dążyć do czegoś…I wstydzimy się. 

„KAŻDY SIĘ WSTYDZI TRZECH RZECZY. ŻE NIE JEST ŁADNY. ŻE ZA MAŁO WIE. I ŻE NIEWYSTARCZAJĄCO DOBRZE RADZI SOBIE W ŻYCIU. KAŻDY”. 

Jest tego strasznie dużo i to jest w nas – a Małgorzata Halber ma odwagę powiedzieć: to jest ok. 

„Ponieważ tak jest właśnie. Ponieważ oprócz chwil idealnych i doskonałych, których jest naprawdę mało, życie składa się z wtorków, czwartków i godziny trzynastej”.

źródło: https://www.facebook.com/bohater

Ta książka była potrzebna. Mnie, chociaż nie jestem alkoholiczką ani narkomanką, i setkom, a może tysiącom innych uzależnionych czy też nie, ludzi, którzy nie czują się ze sobą i swoim życiem okej. To było potrzebne, żeby ktoś powiedział, że to żaden wstyd. Że nie tylko ty i ja tak mamy. Zrobiła to pani z telewizji (wiem, że Małgorzata Halber nie lubi tego określenia, więc z góry przepraszam), która wie o czym pisze, a nie pani psycholog, która może tylko teoretyzować. Fajne w tej książce jest to, że ona do niczego nie aspiruje, nie jest poradnikiem, nie ma motywować. Ale to robi. Bo jest najprawdziwszym zwierzeniem i pokazuje wszystko, dosłownie wszystkie odcienie alkoholizmu i terapii. Jednocześnie jest to książka, od której nie można się oderwać. Małgorzata Halber otwarcie mówi o tym, że chce zostać pisarką i że w tej dziedzinie chciałaby się spełniać. Pisze już zresztą drugą książkę. Po lekturze Najgorszego człowieka na świecie niestety dość trudno jest mi stwierdzić, czy Halber jest dobrą pisarką. Z jednej strony jest, bo nawet najciekawsze przeżycia i refleksje trzeba umieć ubrać w słowa i umiejętnie przekazać, tak żebyśmy czytając nie mogli się oderwać. To się udało. Z drugiej strony, jest tu trochę zbędnych powtórzeń, a narracja jest czasem chaotyczna, można stracić momentami orientację w czasie, gdyż autorce zdarza się skakać po chronologii wydarzeń. Ale w gruncie rzeczy to tylko niuanse, drobnostki, które nie zmieniają faktu, że jest to jedna z najbardziej wartościowych książek jakie przeczytałam w ostatnich LATACH. Tak, nie tygodniach, nie miesiącach, ale latach. Debiut bardzo udany, debiut który mnie nie zawiódł. Plus także za to, że Halber konsekwentnie promuje swoją książkę tylko w wybranych mediach. Nie zobaczycie jej w telewizji śniadaniowej, nie przeczytanie wywiadu w Gali. Halber nie stanie się nagle kolejną celebrytką, która będzie wyskakiwać nam z lodówki. Jestem o to spokojna. I czekam na kolejną jej książkę, mając nadzieję, że z czystą fikcją poradzi sobie równie dobrze.   

Moja ocena: poza oceną

P.S. Wyszperałam taki oto ciekawy felieton Halber, "felieton bezalkoholowy", w którym otwarcie przyznaje się ona do swojej kilkuletniej abstynencji i uderzyło mnie, że wówczas na nikim nie zrobiło to wrażenia. Potrzebna była do tego ta książka. 

15.03.2015

Kącik polskiego filmu: Disco Polo (reż. M. Bochniak, 2015)


Na film o disco polo czekałam odkąd tylko poznałam szczegóły na jego temat. A żeby była jasność- fanką tej muzyki nie jestem. Temat wydał mi się jednak szalenie ciekawy i byłam zwyczajnie ciekawa, jak zostanie zaprezentowany, zwłaszcza że występować w nim mieli bardzo utalentowani aktorzy, których cenię. Gdy okazało się, że będzie to komedia i to nie do końca na serio, zaczęłam się bać.  Ale do kina i tak poszłam. I nie żałuję, bo już dawno nie bawiłam się w kinie tak dobrze.

Zacznijmy od tego, że Disco Polo utrzymane jest w hollywoodzkiej konwencji, która wbrew pozorom znakomicie nadaje się do tego, by mówić o american dream, amerykańskim śnie, którym było disco polo dla jego twórców i wykonawców. Choć ta baśniowa sceneria, która jest tłem dla filmowych wydarzeń – z kolorowymi kostiumami, limuzynami, jachtami i …pustynią, nie każdemu przypadnie do gustu i może wydać się przesadą – w tym szaleństwie jest metoda! Ja to kupuję i uważam, że Maciej Bochniak, reżyser filmu (wespół z Mateuszem Kościukiewiczem, który występuje tym razem w roli współscenarzysty), miał genialny pomysł. Dzięki tej stylizacji jego film bawi, śmieszy, a jednocześnie nie jest pozbawiony refleksji.


Bo przecież dla zwykłego Zenka (i nie mam tu na myśli żadnego konkretnego wykonawcy disco polo) nagły wielki sukces tak właśnie musiał wyglądać. Może wszystko było bardziej przaśne (wszak był to początek lat 90.), może nie były to limuzyny, może pieniądze były mniejsze, ale dla tego człowieka, który jeszcze wczoraj siedział na zapyziałej prowincji, a nagle dzięki swojej muzyce znalazł się w wielkim świecie, znanym mu dotąd tylko z telewizji, to musiał być american dream. Celowe przerysowanie tej sytuacji pomaga widzowi w zrozumieniu fenomenu tej muzyki i tego jak wynosiła ona swoje gwiazdy na piedestał. Zwłaszcza, że jest też w filmie bardzo ważny moment, który obecny jest pewnie w życiu każdego artysty – kiedy woda sodowa uderza do głowy i wydaje mu się, że jest nie wiadomo kim. A Bochniaka ten kryzys przechodzi, a jak jest w życiu – wiadomo.



Disco Polo, choć jest komedią, a z tymi bywa różnie, to kino bardzo inteligentne, które nie traktuje widza jak półgłówka. Już samą konwencję trzeba zaakceptować, zrozumieć po co są tu np. motywy z westernu – i wiedzieć, że nie należy brać ich poważnie. Ale co najważniejsze, Disco Polo naprawdę śmieszy i nie są to żarty kloaczne. Sprostać gustom polskiej publiczności nie jest co prawda trudno, bo już same sceny, w których Dawid Ogrodnik śpiewał do wtóru grającego na klawiszach Piotra Głowackiego i podrygiwał niczym Marcin Miller czy Tomasz Niecik, budziły na sali kinowej salwy śmiechu. Być może dlatego, że wszyscy wiemy, że disco polo to obciach, a tu nagle staje przed nami aktor (który na pewno takiej muzyki nie słucha) i śpiewa Ona tańczy dla mnie, z pełnym zaangażowaniem, wiarą w to co śpiewa i z radością. To też dowód na to, że Dawid Ogrodnik wykonał kawał porządnej roboty – przede wszystkim sam wykonuje w filmie wszystkie piosenki, ale widać, że również spędził godziny na oglądaniu odpowiednich teledysków, co zaowocowało profesjonalnymi scenicznymi ruchami. Trudno uwierzyć, że ten chłopak wcześniej grał hip – hopowca i niepełnosprawnego nastolatka. Oglądając go na ekranie miałam wrażenie, jakby nic innego w życiu nie robił tylko śpiewał disco polo. Podobnie wiarygodnie wypadł zresztą Piotr Głowacki, który z tego duetu miał być tym śmieszniejszym (ale nie głupkowatym) i bardziej wątpiącym w sukces. I faktycznie był, udowadniając, że także jest aktorem wszechstronnym, którego jeszcze nie raz zobaczymy w wielkiej roli.



Perełką, jak można się było spodziewać po zwiastunie, jest oczywiście postać Daniela Polaka, w którego wciela się Tomasz Kot, po raz kolejny udowadniając, że zagra każdego, za każdym razem robiąc to genialnie. Nazwisko Polaka jest oczywiście nieprzypadkowe, bo jak „coś się Polakowi spodoba, to to się będzie wszystkim podobać”. Coś w tym jest. Zostając przy aktorach, trzeba wspomnieć o Joannie Kulig, która występuje w roli dla niej idealnej. Aktorka jest ogromnie utalentowana wokalnie, co reżyserzy na szczęście coraz częściej wykorzystują. Jako uwodzicielska królowa disco polo, żyjąca w złotej klatce, Kulig wypada zachwycająco. Obok niej mamy w obsadzie jeszcze inną młodą aktorkę, Aleksandrę Hamkało, którą w tym roku można było już oglądać w Ziarnie prawdy. Tym razem widzimy ją w dużo ciekawszej, choć też drugoplanowej roli. Jako wyluzowana chłopczyca Hamkało wypadła świetnie, nieco zabawnie, i zdecydowanie dała się zapamiętać. Może to znak, że odtwórczyni niechlubnej głównej roli w Big Love powinna grać właśnie w komediach? Komediowy talent ma też pewnie Mateusz Kościukiewicz, dla którego brawa za dystans do siebie. Współscenarzysta filmu jest przecież aktorem, więc na ekranie się też pojawia. W kilku rolach. Przez jakieś 1,5 minuty łącznie. Takie mrugnięcia okiem do widza lubię.



Nie będę się rozpisywać na temat strony technicznej czy wizualnej filmu, bo wypadła po prostu bardzo dobrze – począwszy od strojów przez scenografię i charakteryzację. Jest kolorowo i kiczowato, czyli tak jak być powinno. Efekty specjalne może i nie są na najwyższym poziomie, ale myślę, że to był trochę zamierzony ruch. Prawdziwym smaczkiem są natomiast aluzje do innych filmów. Część z nich dostrzegą być może tylko bardziej zaawansowani kinomaniacy, ale parodię sceny z Titanica zauważy każdy. I tym sposobem mogę podsumować, że film Bochniaka nie ma właściwie słabych stron ani znaczących wad, poza sekwencją zbliżającą nas do finału. Motyw z cofnięciem czasu zupełnie niepotrzebny, strzelanina na dachu Pałacu Kultury także – co za dużo, to niezdrowo i do konwencji filmu nie pasowało to wcale. Jednakże sam finał, bajkowy, cukierkowy, hollywoodzki – z happy endem, a jakże - rozczula i wyraźnie odwołuje się do siedzącej gdzieś w nas polskości i patriotyzmu. Bo przecież „wszyscy Polacy to jedna rodzina”. I każdy z nas słuchał kiedyś disco polo.

Moja ocena 9/10

12.03.2015

Kącik polskiego filmu: Bogowie (reż. Ł. Palkowski, 2014)


Bogowie odnieśli w zeszłym roku wielki sukces. Frekwencyjny, kasowy, komercyjny. Zgarnęli najważniejsze nagrody na festiwalu w Gdyni, a niedawno zdobyli siedem Orłów, czyli bądź co bądź, ważnych dla filmowców w Polsce, statuetek. Ja jednak od filmu Łukasza Palkowskiego trzymałam się z daleka, bo podobnie jak przy okazji Wałęsy, sądziłam, że okaże się on hołdem, pomnikiem, laurką, będzie grzeczny i przewidywalny. Nic bardziej mylnego.

Dla mnie, która nie znała historii pierwszej transplantacji serca, jest to film niesamowicie wciągający i trzymający w napięciu. Ale na rewelacyjny efekt składa się oczywiście nie tylko sama treść filmu, ale sposób przedstawienia tej historii. Profesora Zbigniewa Religę poznajemy w takim momencie życia, kiedy jest już szanowanym kardiochirurgiem, choć wciąż jeszcze nie wybitną osobowością świata medycyny. Wciąż jeszcze musi liczyć się ze zdaniem przełożonych i starszych kolegów po fachu. Ale czy się liczy – to już inna kwestia. Jego horyzonty są szersze niż innych, jego aspiracje wybiegają poza to, co jest dla niego dostępne. Profesor myśli o pierwszej transplantacji serca, na którą wśród jego środowiska nikt nie chce się zgodzić. Bo to tak jakby bawić się w boga, a przecież w naszym kraju „serce jest relikwią”. Postanawia więc skorzystać z nadarzającej się okazji i otworzyć własną klinikę kardiochirurgii w Zabrzu, gdzie sam – przynajmniej w teorii – będzie sobie panem.


Swoją klinikę budował niemal od podstaw, na szybko kompletując ekipę, wychodząc z założenia, że każdego adepta medycyny można wszystkiego nauczyć. Sam nie do końca wiedział, jak się robi przeszczep, bo tylko „dużo czytał” o tym. Profesor jak i cały personel, a więc główni bohaterowie filmu, zostali przedstawieni w taki sposób, że widz im kibicuje, a potem podczas scen transplantacji czeka z wypiekami na twarzy, czy im się powiedzie – a taki widz jak ja wręcz się wzrusza, gdy się udaje. Co ważne, Bogowie to film o medycynie, więc reżyser nie waha się pokazywać nam mięsa i krwi, a jednocześnie nie ma tu przerzucania się medycznym słownictwem. Medycyna nie jest też tu traktowana ze świętością, reżyser nie ma oporów przed pokazaniem nam np. Religii palącego na sali operacyjnej. Lekarzy pokazuje jako zwykłych ludzi, którzy być może i są w pewnym sensie bogami, ale na pewno się za takich nie mają, wciąż czując się niedoskonałymi i nie wszystkowiedzącymi.


Siłą filmu są dialogi – tekstów ze zwiastuna mój Ukochany nauczył się na pamięć (bywając w kinie często go widzieliśmy), rozśmieszając mnie do łez podczas ich cytowania. Bo mnóstwo tu one-linerów, które mają szanse przejść do kanonu polskiego kina. Teksty te są jak wycięte wprost z oscarowego filmu – inteligentne, błyskotliwe, oparte o cięte riposty i zaskakujące metafory. Często zabawne i rozładowujące napięcie, podobnie jak każdy kolejny papieros odpalany przez Tomasza Kota. Papieros jest bowiem w co drugiej scenie (a może i w każdej?), czego nie powstydziliby się twórcy Mad Men. Bardzo dobrze się stało, że ten nałóg, ta cecha prof. Religii została tak wyraźnie wyeksponowana. Nie tylko dlatego, że ciekawie kontrastuje z wykonywanym przez niego zawodem, ale też dlatego, że film pokazuje Religę jako człowieka niedoskonałego, uwięzionego w szponach nałogu, zaniedbującego żonę, impulsywnego. Tomasz Kot oddał swojemu bohaterowi ciało i duszę. Nie tylko wypada wiarygodnie jego przemiana fizyczna, sposób chodzenia, mówienia, gestykulacji, ale też jest przekonujący jako człowiek. Człowiek wielce zdeterminowany w osiągnięciu swego celu, dla którego nie istnieje słowo „niemożliwe”. Krótkie, ale wymowne sceny, w których widzimy go z żoną, w domu, prywatnie tylko uzupełniają ten obraz człowieka, dla którego istnieje tylko praca. Tomasz Kot nie gra Religii, on tu nim jest, i to w taki sposób, że zapominamy o jego poprzednich wcieleniach. Jest hipnotyzujący, porywający, charyzmatyczny. A towarzyszą mu nie mniej utalentowani młodzi aktorzy, o których trzeba wspomnieć choć słowem. Piotr Głowacki jest zabawny, a Szymon Piotr Warszawski to taki głos rozsądku. Para nie do końca dobrana, prezentująca odmienne postawy względem profesora, ale świetnie do siebie pasująca.


Pełnoprawnym członkiem obsady nazwałabym tu też muzykę. Nie da się jej pominąć, zignorować, nie słyszeć. Jest ona znakomitym uzupełnieniem kolejnych scen, ich ilustracją potęgującą emocje. Bartosz Chajdecki udowodnił tym samym, że muzyka do produkcji wojennych to nie wszystko na co go stać. Tej muzyki po prostu chce się słuchać – rzadko tak mam, ale napisy końcowe obejrzałam do końca właśnie dla niej.

Film Palkowskiego nie ma wad. Wszystko jest tu na swoim miejscu. I jeśli mogę tak powiedzieć, „uratowało” go to, że nie opowiada o całym życiu profesora, a tylko o tym jednym, przełomowym momencie jego życia. Reżyser się nie rozdrabnia, nie ucieka w wątki poboczne, nie zajmuje się PRL-owskim tłem. Z chirurgiczną precyzją przyciął swój film do takiego rozmiaru, który czyni z niego film wielki.


Moja ocena: 9/10

08.03.2015

Fargo, (F/X, 2014 - )

W stosunku do Fargo, serialu stacji F/X, byłam sceptyczna. A to dlatego, że miałam dwa podejścia do filmu, w nawiązaniu do którego powstał. Najpierw wyłączyłam po 20 minutach, potem, po kilku miesiącach, obejrzałam ponownie, tym razem już do końca. Z braćmi Coen raz się lubię, raz nienawidzę. Po pierwszym odcinku serialu też miałam zresztą wątpliwości, czy aby na pewno powinnam brnąć w to dalej. Bo groteska to nie jest mój klimat. A Fargo jest bardzo groteskowe. Jak inaczej powiedzieć o serialu, w którym trup ściele się gęsto, a stróże prawa przedstawieni są jako nieudacznicy? Jeszcze inaczej mówiąc, Fargo to czarna komedia. Bo choć pokazane są tu niesłychanie brutalne zbrodnie popełniane z zimną krwią, jednocześnie co rusz mruga się okiem do widza, mówiąc w podtekście, żeby nie brał tego na serio (choć każdy odcinek poprzedzony jest wstępem mówiącym, że wydarzenia ukazane w serialu miały miejsce naprawdę  - co jest oczywiście kłamstwem). Zbrodnie są tu głupie, tak jak niektórzy bohaterowie, na czele z Lesterem Nygaardem. Świetnie zagrany przez Martina Freemana (a jednak jest życie po Sherlocku i Hobbicie), główny bohater serialu jest postacią, której za nic nie da się lubić, tchórzem i – nie da się tego napisać inaczej – idiotą, który nie potrafi przewidzieć konsekwencji swoich czynów. Z czasem jednak z fajtłapy staje się coraz bardziej wyrachowanym draniem.

To właśnie kwestia, której nie potrafiłam zaakceptować zabierając się za Fargo – bohaterowie tego serialu to mieszkańcy głębokiej prowincji, nie grzeszący inteligencją. Irytujący w swojej prostocie i naiwności. Żadna z tych osób nie wydaje się do końca „normalna” – w sensie: to nie są bohaterowie archetypiczni, tacy, jakich zazwyczaj oglądamy w serialach. Ale może właśnie są bardziej ludzcy i – przynajmniej niektórzy z nich – wiarygodni dzięki tej swojej przeciętności? W całej galerii dziwaków najnormalniejsza wydaje się być Molly, „policjantka Solverson” (znakomita Allison Tolman). Ona jedyna z całej swojej jednostki uparcie dąży do wyjaśnienia kolejnych zbrodni, nie dając się przekonać najprostszymi wyjaśnieniami – jak jej szef Bob Oswalt. Ona jedyna łączy fakty i nie daje się zwieść pozorom, a przy tym jest po prostu sympatyczna. I smuci mnie, że wielu widzów od niej woli jednak największy czarny charakter, czyli demonicznego Lorne Malvo, granego przez słusznie nagradzanego za tę rolę, Billy’ego Boba Thorntona. Nie da się zaprzeczyć, że jest to postać w pewien sposób fascynująca. Nie wiemy o nim prawie nic, a przede wszystkim – nie wiemy dlaczego robi, to co robi. Malvo uosabia prawdziwe zło, jest chodzącym potworem, który nie waha się zabić każdego, kto stanie na jego drodze. Jego postać można próbować poddawać interpretacjom, przez co serial na pewno zyskuje w jakiś sposób symbolicznego wymiaru.



To, co na pewno urzeka w Fargo od strony technicznej, to natomiast połączenie długich ujęć – zdjęć plenerów czy jazdy samochodem albo innych zwykłych czynności – z tematyką tego serialu, którą jest przecież zło i zbrodnia. A więc jednocześnie otrzymujemy w pewnym sensie doznania estetyczne, a potem nagle odwracamy głowę, bo nie możemy patrzeć na lejącą się krew - a pokazywanie jej przychodzi twórcom Fargo z ogromną łatwością. Udało się też twórcom w tych 10 odcinkach zbudować wyjątkowy klimat. Nie potrzeba było do tego wiele: śnieżne plenery, sroga zima, małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają, dużo kubków z parującą kawą, no i zbrodnia. Motywy znane z niejednego serialu, znowu dobrze zagrały razem.



Jak więc widzicie, Fargo generalnie mi się podobało. Mój największy problem z tym serialem polega jednak na tym, że uważam, że takich seriali nie powinno się robić. „Takich”, czyli przesyconych przemocą i złem (jest tu tego znacznie więcej niż w jakimkolwiek innym znanym mi serialu). Jasne, są to składniki naszego świata, niestety, ale jednak jestem zdania, że pokazując/oglądając je, niejako dajemy wyraz naszej akceptacji dla nich. I bardzo mi z tym przekonaniem źle. Ciężko mi więc komukolwiek ten serial polecać, ale na pewno trzeba go obejrzeć, jeśli się chce mieć na jego temat własne zdanie.


Moja ocena: 8/10

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...