29.09.2012

Kącik polskiego filmu: Róża (reż. W. Smarzowski, 2011), W ciemności (reż. A. Holland, 2011)


Róża

Trudno pisać mi o Róży bo wszystko już o tym filmie zostało napisane, a krytycy okrzyknęli go arcydziełem. Dla mnie Róża arcydziełem nie jest, co nie znaczy, że film mi się nie podobał.

Przede wszystkim muszę zacząć od tego, że jest to dość wyróżniający się film w dorobku Wojciecha Smarzowskiego. Choć reżyser nie trzyma się jednego gatunku, w Weselu i Domu złym patrzył na świat raczej okiem socjologa, a w Róży dotyka natomiast spraw jeszcze bardziej delikatnych i przypomina o przeszłości naszego kraju, o której mało kto pamięta, albo w ogóle wie. O ile Wesele jest filmem dość zabawnym, a Dom zły, choć przedstawia przerażające wspomnienie czasów PRL-u, to jednak zawiera pewne pokłady satyry, tak Róża jest filmem śmiertelnie poważnym i smutnym. Smarzowski jak zwykle jest bardzo dosłowny i na ekranie niczego nie upiększa – począwszy od twarzy aktorów, które są więc poorane, naznaczone cierpieniem, po brutalne sceny gwałtów, bolesne dla widza i trudne do oglądania.

Akcja filmu dzieje się na Mazurach, które przed wojną należały do Niemiec, a po wojnie zostały przyznane Polsce. Film pokazuje powojenne losy mazurskiej ludności, okrutnie traktowanej przez przejmujących władzę na tych terenach Sowietów. Jednocześnie drugim ważnym wątkiem filmu jest rodzące się uczucie między Różą, Mazurką, a żołnierzem AK, Tadeuszem, którzy odnalazł ją by oddać jej obrączkę, o co poprosił go zmarły mąż Róży, oficer Wermachtu. Tadeusz wprowadza się do Róży, która, początkowo nieufna, coraz bardziej się do niego przekonuje, gdy widzi, że z potencjalnego wroga jest jednak dobry człowiek.  Ten opiekuje się kobietą, pomaga także mieszkańcom w rozminowywaniu pól, a z czasem się w niej z wzajemnością zakochuje. Na drodze stają im jednak Sowieci. Gwałcą,  plądrują, palą domy…Rzadko zdarzają się w kinematografii obrazy, które to Sowietów pokazują jako tych złych – oryginalność tematyki jest z pewnością jedną z przyczyn sukcesu filmu. Inne to z pewnością jego walory estetyczne. Film jest bardzo naturalistyczny w sferze wizualnej, chłodny i surowy. Krajobraz, w który została wpisana akcja, doskonale odzwierciedla życie Mazurów i atmosferę tamtych czasów – na ekranie dominują szarości, niebo zasnute jest wiecznie ciemnymi chmurami, wszystko spowite jest mgłą, domy są zniszczone, ludzie noszą zgrzebne, szaro-bure ubrania, a z ich twarzy wyziera smutek, brak wiary i nadziei. Klimat budują jak zawsze u Smarzowskiego interesujące zdjęcia, montaż oraz odpowiednio zastosowana muzyka. Oczywiście, nie byłoby tego filmu bez Kuleszy i Dorocińskiego, ale jakkolwiek dobre by nie były ich role, uważam, że nie są to role wybitne. Oboje nie wydają mi się być w nich niezastąpieni, niemniej od Kuleszy rola wymagała znacznie więcej poświęcenia, gdyż jej postać doznaje zdecydowanie więcej cierpienia i upokorzeń, a do tego przeżywa raczej wszystko do wewnątrz, co trzeba umieć pokazać.  Dorociński oczywiście również gra bez zarzutu, ale właściwie rola wiele od niego nie wymaga – ot smutny, zrezygnowany wyraz twarzy przez cały czas wystarczy. Zresztą z postacią Dorocińskiego związane są moje wątpliwości co do oceny filmu – jego bohater jest taki kryształowy, a mi trudno uwierzyć (aczkolwiek wiem że byli żołnierze naprawdę honorowi), że pierwszą rzeczą, jaką zrobił po zakończeniu wojny polski żołnierz, było odnalezienie żony niemieckiego oficera i pomoc jej. Ale cóż, chyba właśnie takie jest przesłanie Smarzowskiego – apel o zachowanie człowieczeństwa. A aktorsko, nie zapominajmy jeszcze o Kindze Preis i Jacku Braciaku – ich role są drugoplanowe, ale wyraziste.


Dwa słowa jeszcze o rzekomym brutalizmie tego filmu. Jasne, scen gwałtów jest sporo, ale gdyby zebrać je wszystkie razem, wyszłoby zaledwie kilka minut takich naprawdę mocnych i niechętnie odbieranych wrażeń. Przemoc w tym filmie jest jak najbardziej uzasadniona i znajduje swoje źródło w historii, która była taka a nie inna. Brawo dla reżysera, że nie bał się o niej powiedzieć tak wprost, narażając się przecież na utratę części widowni. Dziwią mnie jednak głosy, mówiące że nie powinny tego filmu oglądać kobiety oraz relacje samych kobiet, którym podczas seansu zbierało się na wymioty. Jestem osobą wrażliwą, ale potrafię zrozumieć, że taka dosłowność była w Róży po prostu potrzebna. Na mnie te sceny też zrobiły wrażenie, ale nie wzbudziły niczego więcej poza współczuciem. 

Jest w Róży (albo właśnie brakuje tego) coś, co nie pozwala mi się nią zachwycić tak jak Weselem czy Domem złym. Po tym drugim długo nie mogłam się pozbierać, długo o nim myślałam, analizowałam, wzbudził we mnie wiele emocji. Róża, choć jest filmem bardzo dobrym i stojącym na wysokim poziomie wykonawstwa, została już przeze mnie zapomniana. Właściwie od razu udało mi się przejść nad nią do porządku dziennego. Niemniej, Smarzowski po raz kolejny potwierdza swoją klasę prawdziwego artysty i czołowego polskiego przedstawiciela kina autorskiego. Dlatego też Różę trzeba zobaczyć.

Moja ocena to 8/10.



W ciemności

Po obejrzeniu tego filmu nie potrafię natomiast zrozumieć, skąd wzięło się zamieszanie wokół niego. Czy chodzi o samą tematykę, która, mimo że od II wojny minęło już ponad 70 lat, wciąż budzi emocje? Bo na pewno nie o względy formalne czy porywający scenariusz. Owszem, aktorsko film stoi na wysokim poziomie. Więckiewicz występuje to prawdopodobnie w roli życia, z niebywałym powodzeniem naśladując lwowski akcent. Świetnie wypadła Agnieszka Grochowska, jak zwykle nie zawiodła Kinga Preis. Ciekawie wypadł też Marcin Bosak, którego pojawienie się w obsadzie filmu tak wybitnej jak by nie było reżyserki, było dla mnie sporym zaskoczeniem. Zwłaszcza, że rola nie jest mała i epizodyczna. Jego postać co prawda wpisuje się w zestaw bohaterów których Bosak zwykle gra – czyli uroczego łajdka, a sam aktor nie pokazuje nic więcej ponadto, czego byśmy już u niego nie widzieli. Niemniej, do tej roli pasuje jak ulał. Nie on ma zresztą brylować, nie na nim ma się skupiać akcja. Najważniejsza jest historia – oto Leopold Socha, polak ze Lwowa, pracujący w kanałach pomaga i ukrywa w nich uciekinierów z getta. Ale wcale nie tak bezinteresownie – za odpowiednią opłatą. Nie jest jednak człowiekiem bezdusznym i pozbawionym empatii, nastawionym wyłącznie na zarobek. Szybko nawiązuje emocjonalną więź z Żydami i angażuje się w niesienie im pomocy może bardziej niż powinien, dla dobra własnego i rodziny. Oczywiście, w końcu z tej działalności wyniknąć muszą jakieś kłopoty. Holland kładzie w swoim filmie nacisk na społeczny wymiar wojny, przedstawienie bardziej codziennych jej stron i jej wpływu na ludzi i ich życie. Nie ma tu scen rodem z klasycznych filmów wojennych, jest za to dużo scen ukazujących, co się działo z psychiką uciekinierów, żyjących w ciągłym strachu i z dala od normalności. I tu trzeba wspomnieć o wszelkich scenach seksu i epatowaniu nagością. Jest to już epatowanie, bo tej nagości jest więcej niż by była konieczna w filmie o podobnej tematyce. I może to właśnie przesądza o wyjątkowości filmu polskiej reżyserki. Jak wynika z książki, która była dla niego inspiracją (wcale nie jest nią Dziewczynka w zielonym sweterku, lecz W kanałach Lwowa Roberta Marshalla) oraz z licznych innych publikacji, życie seksualne ludzi w czasie wojny było bardzo rozbuchane. Seks miał być dla nich odskocznią, zapomnieniem, jedyną rzeczą dającą przyjemność, na którą było ich stać bez względu na wszystko. Ma to dla mnie sens i w sumie dobrze się stało, że Holland to w swoim filmie uchwyciła (a mogłoby się wydawać że do tematyki tak poważnej jak wojna, holocaust itd., seks po prostu nie przystaje, nie przystaje o nim mówić), jednak jej film nie wyróżnia z gąszczu filmografii wojennej nic poza większą niż przyjęta liczbą scen erotycznych, a chyba nie na nich chciała oprzeć sukces swojego filmu. Niedzielnego widza może to wprowadzać w interpretacyjny błąd. Podobnych historii, równie mocno chwytających za serce było już w kinie wiele i W ciemności, bez erotyki, jest tylko kolejnym smutnym filmem o wojnie. Nie jest zrobiony jakoś szczególnie oryginalnie od strony technicznej – jasne, że kanały, w których jest cały czas ciemno, oświetlone jedynie światłem latarek, budują na ekranie specyficzny klimat. Ale już scenograf, montażysta czy charakteryzator nie mieli tu szczególnego pola do popisu. Strona wizualna filmu nie ujęła mnie w żadnym stopniu, choć całość jest wykonana w iście hollywoodzkim stylu i do żadnych detali nie można mieć zastrzeżeń. Żebyście mnie tylko źle nie zrozumieli – film jest naprawdę dobry, ale nie rewelacyjny, a ja próbuję zrozumieć, dlaczego ten właśnie, dość zwyczajny film, zasłużył na nominację do Oscara (w zestawieniu ze zwycięskim Rozstaniem wypada naprawdę blado). I nie potrafię znaleźć na to pytanie odpowiedzi.  Wydaje się więc, że członków Akademii ujął już sam temat, historia być może słabo znana, a bardzo interesująca. W jej przedstawieniu można znaleźć jednak kilka niedopatrzeń. Socha ukrywał Żydów przez 14 miesięcy. Na ekranie nie widać zaakcentowania tego upływu czasu. Zmieniały się przecież pory roku, warunki atmosferyczne, a także wygląd ludzi. W ciemności ukazuje ten epizod wojny na zasadzie wyrywkowości. W filmie bohaterów nie dopada głód, nie dosięgają ich choroby, słowem – niezbyt wiarygodnie zostało pokazane ich codzienne życie. A myślę, że właśnie ono byłoby dla widzów najciekawsze.


W ciemności nie jest złym filmem, ale cieszę się, że nie obejrzałam go w kinie, bo czułabym się zawiedziona. Przed seansem, wydawało mi się, że ten film to pozycja obowiązkowa każdego kinomana, a może i Polaka w ogóle. W końcu nominacja oscarowa nie spotyka polskich filmów zbyt często. Teraz wydaje mi się jednak, że W ciemności zostało ogłoszone arcydziełem przez pewną grupę ludzi, mającą silną potrzebę sukcesu polskiego produktu (bo nie ukrywajmy, taki film jak ten jest po prostu produktem) za granicą. Promocja się udała, rzesze ludzi ciągnęły do kin, ale śmiem twierdzić, że ogromny zachwyt krytyków i dziennikarzy podzielali tylko nieliczni. Ale cóż…Zostanie on zapamiętany jako jeden z niewielu, którym udało się odnieść światowy sukces i takim zapisze się też w światowej filmografii.

Moja ocena to 7/10. 

24.09.2012

Samotny mężczyzna (reż. T. Ford, 2009)


O Samotnym mężczyźnie pisałam już dawno temu, na filmwebie. A właściwie to dla filmwebu – moja recenzja znajduje się na filmwebowej stronie filmu w dziale recenzji od użytkowników. Spotkałam się z bardzo miłymi komentarzami pod nią, co sprawiło mi wiele radości. Dziś wracam do tego filmu, bo miałam ostatnio okazję obejrzeć go ponownie, podczas spotkania DKF-u, którego hasłem była tego wieczoru „Moda i film”. Film ponownie mnie bardzo poruszył, tym razem jednak, przygotowana na zakończenie, powstrzymałam łzy. Niemniej jednak, jest to doskonała okazja, by Samotny mężczyzna, jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam, zagościł na moim blogu. Do recenzji z filmwebu wniosłam trochę poprawek (bo szczerze mówiąc, gdy ją teraz czytałam, byłam średnio zadowolona), a także nowych spostrzeżeń. Coś w tym jest, że oglądając film po raz drugi dostrzegamy w nim więcej detali, znaczeń i niuansów niż za pierwszym razem. A zatem miłej lektury i oczywiście zachęcam do obejrzenia!




To jeden z tych filmów, podczas oglądania których człowiek zamiera. Film, który odejmuje mowę. Wzrusza. Zastanawia. Coś sprawia, że kiedy znikają napisy końcowe, nadal siedzimy ze wzrokiem wbitym ekran. W takich chwilach nie mam wątpliwości, że obejrzałam właśnie film wybitny.

Samotny mężczyzna jest piękny pod każdym względem. Na pierwszy plan wysuwa się piękno wizualne tego obrazu. To, że jego reżyser, Tom Ford, jest projektantem, widać na pierwszy rzut oka. Scenografia, kostiumy, charakteryzacja - wszelkie detale są tu wysmakowane, dopracowane pod każdym względem. Aktorzy są wymuskani, ufryzowani, ubrani w markowe stroje. Julianne Moore ozdobiona świecidełkami, Colin Firth w designerskich okularach, pojawia się też chłopak ucharakteryzowany na Jamesa Deana i wierna kopia młodej Brigitte Bardot. Każda scena jest niemalże wystylizowana, niczym z zdjęcie z żurnala, dlatego film ogląda się ogromnie przyjemnie, z czysto estetycznego punktu widzenia. Do tego piękne, wysmakowane zdjęcia, na przemian kolorowe i czarno-białe (gdy bohater sięga pamięcią do wspomnień o zmarłym kochanku). Kolory odzwierciedlają nastrój George'a. Ekran spowijają szarości, ale barwy ożywają za każdym razem, gdy ożywa George – gdy się czymś lub kimś zachwyca, gdy zapomina o swoim smutku i trawiącym go egzystencjalnym bólu, nabierając ochoty do życia. Estetyczny wymiar filmu zasługuje na najwyższe uznanie, ale na szczęście walory wizualne nie są jedynymi i nie przesłaniają jego treści.


Opowiedziana przez Forda historia (której podstawą jest książka autorstwa Christophera Isherwooda, swoją drogą nie zachwyciła mnie aż tak bardzo jak film, może dlatego że pozbawiona jest wizji) porusza swoją pozorną prostotą, kryje się w niej jednak wiele życiowych mądrości, a najbardziej oczywista i zarazem najsmutniejsza to ta, że człowiek potrzebuje do szczęścia drugiego człowieka. Kiedy umiera wieloletni partner George’a, profesora uniwersyteckiego, ten załamuje się i nie chce dłużej żyć. Na ekranie oglądamy ostatni dzień jego życia: precyzyjne przygotowania do popełnienia samobójstwa, od napisania pożegnalnych listów, poprzez wybór stroju, w którym chce być pochowany (krawat każe zawiązać na węzeł zwany podwójnym windsorskim), kończąc na wzbudzającym groteskowy śmiech, przećwiczeniu sposobu, w jaki pozbawi się życia. Colin Firth przez większą część filmu praktycznie sam bryluje na ekranie. To jego rola życia, niesłusznie niedoceniona Oscarem. Firth doskonale oddaje rozpacz i determinację swojego bohatera, który pozorami normalności karmi swoje otoczenie, choć w głowie ma przemyślany plan samobójstwa. Świetna jest jedna z początkowych scen, w której dowiaduje się on o śmierci swojego ukochanego Jima. Przez chwilę nie mówi nic, ale widz rozumie go bez słów. Warto zobaczyć ten film, choćby dla tej z lekka teatralnej sceny. 


Znacznie mniejszą rolę miała w filmie do zagrania Julianne Moore, ale również i ona wypadła bardzo przekonywująco i wyraziście jako dojrzała, osamotniona kobieta, spędzająca całe dnie na paleniu papierosów, piciu ginu i użalaniu się nad sobą przed lustrem. Jedyny mężczyzna, którego prawdziwie kocha, nie będzie dla niej nigdy nikim więcej, jak tylko przyjacielem. Wspólnym dramatem George i Charley jest poczucie osamotnienia i złamane serce. Tymczasem otaczają ich całe szeregi ludzi, którzy nie doceniają wartości miłości czy rodziny. Można się pokusić o stwierdzenie, że Ford wraca do odwiecznego pytania: mieć czy być. Tytułowy bohater, jak mówi, nie chce żyć w świecie, w którym nie ma miejsca na współczucie. Ludzi, których widzimy w tle Samotnego mężczyzny interesują tylko pieniądze, kariery, dobre posady, a zabawy ich dzieci przepełnione są przemocą. Film Toma Forda ma uświadamiać, że życie bywa piękniejsze, kiedy zwracamy uwagę na pozornie nic nieznaczące drobiazgi: gest sympatii, uśmiech, widok przystojnego człowieka, banalną rozmowę, przypadkowo spotkanego psa. To są te chwile, bardzo krótkie i ulotne, kiedy wydaje nam się, że wszystko jest tak jak powinno. Że doświadczamy właśnie szczęścia. Ale ono ulatuje. Trwałe szczęście jest jednak niemożliwe bez miłości, to chyba chce nam uzmysłowić Tom Ford. Niby prawda stara jak świat, ale sposób przekazu lepszy i piękniejszy niż zwykle. A kropką nad „i” jest poruszająca muzyka Abla Korzeniowskiego. W połączeniu ze zwolnionymi ruchami kamery jest ona nie tyle uzupełnieniem treści, lecz wyrazem tego, czego nie da się ubrać w słowa. Tak dzieje się np. w scenie, gdy George zafascynowany przygląda się młodemu mężczyźnie na korcie tenisowym. W tym momencie w oczy rzuca się kadrowanie męskich ciał, przez które przebija admiracja i zachwyt. Nie ma wątpliwości, że innego mężczyznę w taki sposób widzi tylko mężczyzna gej. Warto zwrócić też uwagę na taki szczegół jak upodobanie Forda do zbliżeń oczu. Przyznam, że sama wciąż jeszcze próbuję zgadnąć intencję autora tkwiącą w tym zabiegu. Być może w oczach swoich bohaterów szuka on strachu, o którym mówi do swoich studentów George w jednym z ważniejszych momentów filmu. Oczy to przecież zwierciadło duszy.


Trzeba jeszcze powiedzieć, że Samotny mężczyzna w bardzo subtelny, wyrafinowany sposób mówi o homoseksualizmie. Może to dlatego,  że tak naprawdę to nie jest film o miłości gejowskiej. To film o miłości w ogóle, trzeba więc go oceniać w znacznie szerszym kontekście. Uczucie, jakie rodzi się między profesorem, a jednym z jego studentów, zupełnie widza nie gorszy, gejowska miłość nie jest tu przedstawiona jako wulgarna czy oparta wyłącznie na seksie. Ekranowe emploi Colina Firtha dalekie jest zresztą od stereotypowego przedstawiania gejów, a jego osobista tragedia od początku przysparza mu naszej sympatii. A seksu w filmie w ogóle nie ma, co w filmach o gejach wydaje się nie do pomyślenia. Dzięki połączeniu brawurowej gry aktorskiej, ciekawego, pozbawionego schematów scenariusza i przemyślanych obrazów, nie ogląda się tego filmu jak filmu o i dla gejów.


Zakończenie Samotnego mężczyzny to prawdziwy majstersztyk, wyciskający, co wrażliwszym, łzy z oczu (jak mi podczas pierwszego seansu). Myślę, że to nawet jedna z najlepszych filmowych „końcówek” w historii, pozostawiająca po sobie moc emocji tak silnych, że trzeba im dać w jakiś sposób upust. Ja żeby się ich pozbyć musiałam napisać tę recenzję. Ale pisać o takich filmach to czysta przyjemność.

Moja ocena filmu to 10/10.

19.09.2012

Amy. Moja córka (M. Winehouse, wyd. Sine Qua Non, 2012)


Dziewczyna,  która kochała zbyt mocno


Rok po tragicznej śmierci Amy Winehouse na rynku ukazała się biografia autorstwa jej ojca, Mitcha. Nazwiska Winehouse z pewnością nie trzeba nikomu przybliżać. Zmarła 23 lipca 2011 roku Brytyjka żydowskiego pochodzenia zasłynęła jako biała wokalistka o niezwykłym, bo "czarnym" głosie. Śmiało można powiedzieć, że odmieniła oblicze muzyki pop, wnosząc do niej stylistykę retro i odwołania do bluesa czy jazzu, stając się tym samym inspiracją dla całej rzeszy piosenkarek. Jakkolwiek dobre by one nie były, będą jednak tylko jej następczyniami.
Bo Amy była pierwsza i niepowtarzalna. Choć w swoim dorobku miała zaledwie dwie płyty długogrające, to wystarczyło, by zdobyć uwielbienie nie tylko fanów muzyki, ale też krytyków, którzy praktycznie jednogłośnie byli Amy przychylni. Niestety, Amy była fenomenem nie tylko ze względu na swój talent, ale także ze względu na rockandrollowy styl życia, przez który dołączyła do mitycznego Klubu 27 czyli muzyków, którzy odeszli w wieku 27 lat. O jej ekscesach popełnianych pod wpływem narkotyków i alkoholu, scenicznych wybrykach, publicznych awanturach i toksycznym związku z Blakiem Fielder- Civilem pisała każda gazeta i każdy portal internetowy. W pewnym momencie świat zapomniał, że Amy to znakomita piosenkarka, skupiając się wyłącznie na jej wzlotach i upadkach w życiu osobistym. Media pisały różne rzeczy. Książka Mitcha Winehouse’a jest okazją do ich zweryfikowania.
Ze sceptycyzmem podchodzę zawsze do biografii gwiazd pisanych przez ich najbliższych. Przecież wiadomo, że żaden ojciec nie przedstawi swojego dziecka w niekorzystnym świetle. Nie trzeba czytać tej książki, by wiedzieć, że Winehouse odpiera w niej większość ataków na córkę, tłumaczy ją, usprawiedliwia i dementuje plotki. Z drugiej strony, czyż nie jest on najlepszym źródłem informacji o artystce? Kto jak nie on, który widywał się z nią niemal codziennie, może wiedzieć, jaka naprawdę była Amy. Pytanie tylko, na ile jest z czytelnikami szczery. Już po lekturze mogę powiedzieć, że chyba w pełni, bo przede wszystkim nie kreuje się na idealnego rodzica, który zrobił wszystko, by nie dopuścić do tragedii. Nie. Winehouse wie, że w wielu sytuacjach być może powinien był się zachować inaczej. Tym bardziej, że był najlepszym przyjacielem Amy, największą podporą i wydaje się, że po prostu najbliższym, najukochańszym człowiekiem z jej otoczenia (co można było wywnioskować już z samych wypowiedzi wokalistki jeszcze za jej życia). Trudno jednak nie dostrzec, że chyba na zbyt wiele pozwalał swojej nieletniej córce, która jako dwunastolatka nosiła już kolczyk w nosie, a w wieku szesnastu lat obnosiła się z paleniem papierosów. Wielokrotnie podczas lektury można też się wściekać, że ojciec nie reagował gwałtowniej na późniejszy zbyt rozrywkowy styl życia córki. Zbyt mocno jej ufał, zbyt często odpuszczał sobie jałowe z nią dyskusje, prosił, zamiast rozkazywać, czy wręcz zmuszać, do podjęcia leczenia. Nie można jednak Mitcha Winehouse’a jednoznacznie krytykować. Nie jest bowiem łatwo poradzić sobie z uzależnionym, ale niezależnym już od nas dzieckiem, czego najlepszym świadectwem są wspomnienia Mitcha. Bije z nich ogromny smutek i żal, któremu trudno się dziwić oraz miłość i duma z córki, co typowe dla rodzica. W chwili gdy dowiedziałam się, że Amy nie żyje, mój świat się na chwilę zatrzymał. Nie próbuje nawet zgadnąć, co musiał czuć jej ojciec. Jego książka oprócz tego, że spodoba się fanom artystki, będzie też dobrą lekturą dla rodziców, będących w podobnej sytuacji, co on.
Ideą przyświecającą książce jest powiedzenie prawdy o Amy. Mam nadzieję, że dzięki tej książce lepiej zrozumiecie moją ukochaną Amy i spojrzycie na nią z innej perspektywy, pisze we wstępie Winehouse. Książka rzeczywiście rozwiewa wiele wątpliwości i plotek (swoją drogą, znakomicie obrazuje też, jak plotki się rodzą), jakie pojawiały się zarówno na temat burzliwego życia Amy, jak i jej nagłej (choć chyba przez wielu spodziewanej) śmierci. Wyłania się z niej obraz pogodnej, kochającej życie dziewczyny, zdeterminowanej by osiągnąć sukces na scenie. Co ciekawe, choć od dzieciństwa lubiła zwracać na siebie uwagę (co nie zawsze robiła w rozsądny sposób – np. celowo gubiąc się w centrum handlowym), Amy nie przepadała za występami publicznymi i przed niemal każdym koncertem była piekielnie stremowana. Ojciec opisuje, jak w ogóle doszło do tego, że jego córka postanowiła zacząć śpiewać, zaznacza moment, kiedy została zauważona, a także przybliża proces powstawania jej płyt. Ne brakuje też kilku słów na temat charakterystycznego image’u Amy. Najwięcej uwagi Winehouse poświęca jednak życiu osobistemu córki. Z bólem opisuje związek Amy z Blakiem Fielder-Civilem, któremu zawsze był niechętny. To ten człowiek wciągnął Amy w uzależnienie od narkotyków i pociągnął ją za sobą na dno. To uczucie było jak grom z jasnego nieba. Amy już po miesiącu znajomości wytatuowała sobie nad lewą piersią imię ukochanego i choć sama była zawsze przeciwniczką twardych narkotyków, nowy chłopak szybko ją do nich przekonał. Paradoksalnie, to Blake’owi powinniśmy być wdzięczni za fenomenalna płytę "Back To Black", która niemal w całości (wyjątkiem jest utwór "Rehab") została zainspirowana piekłem, jakie przeżyła Amy to rozstając się, to godząc ze swoim późniejszym mężem. Niestety, o tym piekle, jak sam nazywa ten okres autor, nie dowiadujemy się z książki zbyt wiele, co jest chyba moim największym zarzutem pod jej adresem. Znacznie więcej miejsca poświęca ona natomiast wydarzeniom, które nastąpiły po wydaniu "Back To Black", a więc po roku 2006. Zaślepiona miłością do Blake’a, Amy była gotowa zrobić dla niego wszystko i nie potrafiła odmówić, gdy częstował ją narkotykami. Regularnie przeplatające się zapaści i odwyki, słabnące zainteresowanie koncertowaniem, stagnacja w tworzeniu materiału na kolejną płytę – tak wyglądało życie wokalistki prawie do śmierci. Co ważne, Winehouse deklaruje, że Amy była „czysta” od 2009 roku, a winowajcą jej śmierci był wyłącznie alkohol (pomijając oczywiście Blake’a), który zastąpił narkotyki w roli pocieszyciela kojącego każdy ból. Bo choć ojciec pisze, że Amy nigdy nie miała depresji, nie wmówi swoim czytelnikom, że ta dziewczyna była szczęśliwa. Nieudany związek z Civilem ciążył na niej i na zawsze odcisnął na niej swoje piętno, odbierając radość życia.
Trudno czyta się książkę o osobie, która zmarła ledwie rok temu i która ciągle jest żywa w naszej pamięci. O osobie, której teledyski wciąż jeszcze można zobaczyć w telewizji. O osobie, o której tyle się czytało, którą się podziwiało, na koncercie której pragnęło się być. Każda śmierć jest smutna, jednak czytanie o Amy jest tym bardziej bolesne, że wiemy, że tak naprawdę sama na siebie wydała ten wyrok. Czy z tej książki dowiemy się jaka była naprawdę? Czy w ogóle jakakolwiek biografia jest w stanie to umożliwić? Nie wiem. Ale na pewno warto skonfrontować słowa ojca z tym, co o Amy wiemy z mediów. Ja pragnę wierzyć, że była po prostu dziewczyną, która kochała zbyt mocno.
Moja ocena to 7/10
Recenzja została opublikowana na portalu Lubimy Czytać.

15.09.2012

Girls, sezon 1 (HBO, 2012 - ?)



Bez względu na to, czy się podoba czy nie, wiosenna premiera (tak, wiem, że już jesień) HBO, serial Dziewczyny, został zauważony. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze jest to całkowicie autorski twór 25-letniej Leny Dunham, która jest jego pomysłodawczynią, scenarzystką, reżyserką, producentką i jakby tego było mało, gra w nim także główną rolę. Po drugie, serial ten wyłamuje się z dotychczas panującego schematu seriali o nastolatkach. Może dlatego, że jest nie o nich. W recenzjach pojawiają się odniesienia do Gossip Girl czy innych produkcji o pięknych i bogatych dzieciakach, jednak są one nieuzasadnione z tego względu, że Dziewczyny kierowane są do innej grupy wiekowej. Oczywiście, gros widowni GG czy 90210 stanowią dwudziestoparolatki, ale generalnie seriale te są o i dla nastolatków (albo były takie na początku, w końcu bohaterowie seriali też się starzeją i to nawet szybciej od swoich widzów). Tymczasem Dziewczyny są serialem jakiego brakuje pośród niezliczonej ilości telewizyjnych produkcji. Ich bohaterkami są dwudziestokilkuletnie dziewczyny (a to zdziwienie!), które skończyły niedawno studia i rozpoczynają samodzielne życie. Telewizja bardzo rzadko poświęca seriale w całości takim osobom, zazwyczaj bohaterowie albo są jeszcze w liceum, albo zaczynają college czy studia, albo poznajemy ich w momencie, gdy mają już jakąś posadę, a ich kariera nabiera tempa, bądź właśnie przechodzi kryzys. Chciałabym przytoczyć tytuł jakiegoś serialu, który podobnie jak Girls (brawo za polskie tłumaczenie tytułu! ;)) koncentrowałby się na tym chyba najtrudniejszym etapie życia, ale niestety nic mi nie przychodzi do głowy. Czyżby dlatego, że z niczym podobnym nie mieliśmy do tej pory do czynienia?  

Od lewej: Marnie, Jessa, Hannah i Shoshanna. Pozy, jakie przyjęły tu dziewczyny, wiele o nich mówią
Muszę przyznać, że dla mnie Girls jest wydarzeniem szczególnym, bo znajduję się w bardzo podobnej sytuacji jak bohaterki serialu. Wszystkie cztery nie do końca wiedzą co zrobić ze swoim życiem, jednak postacią z którą najbardziej można się zidentyfikować jest graną przez Dunham, Hannah. To bohaterka naszych czasów, głos naszego pokolenia (straconego pokolenia?), urodzonego w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Albo jeszcze inaczej – avatar zwyczajnego człowieka. Nie jest piękna, ma nadwagę, nie ubiera się szczególnie stylowo, nie jest dobrze urodzona, a jej życie jest raczej źródłem frustracji niż sukcesów. Poznajemy ją w momencie, gdy rodzice postanawiają przestać łożyć na jej utrzymanie, co jest o tyle dotkliwe, że Hannah od roku jest na bezpłatnym stażu, więc nagle zostaje zupełnie bez środków do życia. W innym serialu Hannah  szybko znalazłaby fantastyczną pracę, którą załatwiłby jej najpewniej jakiś przypadkowy znajomy, ale nie tu. Hannah będzie bliska wszystkim tym, którzy mają wykształcenie i ambicje, co daje im pakiet nie będący dziś w cenie. Hannah uważa się za pisarkę i tak o sobie mówi, ale i my i ona doskonale wiemy, że sam fakt pisania do szuflady, literata z nas jeszcze nie czyni. No ale zawsze lepiej brzmi „jestem pisarką” niż „jestem bezrobotna”. Hannah skupia w sobie wszystkie bolączki swojego pokolenia – począwszy od braku pracy i pieniędzy, poprzez społeczną degradację i poczucie beznadziei jakie ten stan z sobą niesie, na problemach uczuciowych skończywszy. 

Refleksja Hannah nad jej własnym życiem
Ale nie ona jedna jest ciekawą postacią. Jej przyjaciółki również są dziewczynami z krwi i kości, takimi, które z łatwością odnajdziemy we własnym otoczeniu. Współlokatorką Hannah jest Marnie (Allison Williams). Marnie ma poważną pracę w galerii sztuki, jest w trwającym już kilka lat stabilnym związku z Charliem, świetnie wygląda i generalnie wydaje się mieć idealne życie. Pozornie poukładana i sympatyczna dziewczyna potrafi jednak być bezwzględnie szczera dla najbliższych i zbyt daleko posuwać się w swoim egoizmie. Jej poczucie przytłoczenia miłością Charliego może wydać nam się początkowo absurdalnym powodem do zerwania, fanaberią rozpieszczonej dziewczyny, z drugiej jednak strony wydaje się, że postać Marnie wyraża rozterki wielu młodych osób, które wahają się między stabilizacją a chęcią spróbowania jeszcze czegoś nowego, w myśl zasady, że jak nie teraz, gdy się jest młodym, to kiedy. 


W ogóle wszystkie bohaterki serialu mają specyficzne podejście do miłości i seksu. Hannah na przykład rozpaczliwie łaknie uczucia, dlatego godzi się na poniżający seks ze swoim chłopakiem Adamem, o którym tak naprawdę nic nie wie i którego tak naprawdę niewiele zdaje się obchodzić jej życie i jej uczucia. Ale seks z nim jest dla Hannah przynajmniej namiastką bliskości, daje też wrażenie normalności: „mam chłopaka, tak jak wypada w moim wieku, a więc wszystko gra”. Na przeciwległym biegunie znajduje się Shoshanna (Zosia Mamet), głupiutka i wiecznie szczebiocząca fanka Seksu w wielkim mieście, której największym powodem do wstydu, tajemnicą i czymś co chciałaby jak najszybciej zmienić, jest fakt bycia dziewicą. To właśnie nad jej łóżkiem wisi plakat do kultowego serialu o czterech przyjaciółkach z Nowego Jorku, który za każdym razem przypomina, że Dziewczyny z Seksem… niewiele mają wspólnego, choć pozornie wydają się być jego uwspółcześnioną wersją. 

W lewym górnym rogu wypatrzycie wcale nie delikatną aluzję
By zakończyć wymienianie bohaterek, trzeba jeszcze wspomnieć o Jessie (Jemima Kirke), atrakcyjnej Angielce, kuzynce Shoshanny. Jessa jest typem indywidualistki, chodzącej własnymi ścieżkami, z duszą artystki, którą wyraża m.in. barwnym, oryginalnym wyglądem. Jessa podróżuje po świecie, chwytając się dorywczo pracy opiekunki, romansując z facetami i eksperymentując z nie do końca legalnymi używkami. Ale jak to w życiu bywa za fasadą niezależności i pewności siebie, kryje się mała dziewczynka marząca o kimś, kto się nią zajmie i pokocha, a przy tym np. nie rozbije dla niej swojego małżeństwa. Jessa to chyba najbardziej intrygująca postać serialu, właśnie ze względu na szereg sprzeczności jakie w sobie łączy. 

Patrząc na to zdjęcie, widać dobrze, że to Jessa ma szansę zostać drugą Carrie
Generalnie, trzeba powiedzieć, że wszystkie postaci występujące w Girls, to tacy anty-bohaterowie. Trochę nas irytują, wkurzają, nie podoba nam się ich zachowanie w wielu kwestiach, czasami nas wręcz odpychają, ale właśnie to stanowi o ich uroku. W gruncie rzeczy są oni bowiem po prostu ludzcy, z krwi i kości, nie są kolejnymi kopiami tych samych klisz dobrze ogranych przez wiele innych produkcji. Budzą sprzeczne uczucia i to chyba najlepiej świadczy, że nie są to papierowe, jednowymiarowe postaci. co więcej, postaci te ewoluują, a wraz z nimi zmienia się nasza sympatia do nich. Z pewnością najłatwiej „zaprzyjaźnić się” z najnormalniejszą chyba Hannah i z pokręconą, ale w gruncie rzeczy twardo stąpającą po ziemi Jessą, którą fajnie byłoby mieć za kumpelę. Wątek Shosanny traktowany jest bardzo po macoszemu (toteż i grająca ją Zosia Mamet nie może się wykazać), natomiast Marnie tak bardzo nie wie czego chce, że trudną ją polubić.

O ile mówi się, że jakiś serial jest o czyichś wzlotach i upadkach, Dziewczyny są właściwie głównie o upadkach. A oglądanie takich seriali (pomyślmy np. o Skins czy Nurse Jackie) wiąże się może nie tyle z bólem – to zbyt mocne słowo – ale z pewnym poczuciem smutku. Dziewczyny są naturalne i prawdziwe na kilku płaszczyznach. Życie bohaterek nie jest sielanką, a serial nie jest widokówką z Manhattanu. Nowy Jork nie jest tu taki bajecznie kolorowy jak w Seksie w wielkim mieście, nic nie przychodzi w nim tak łatwo, a bohaterki nie odwiedzają luksusowych butików czy restauracji. Serial wyróżnia zupełnie inna estetyka niż większość współczesnych seriali, począwszy od wyglądu bohaterów, przez wnętrza, jak i sposób pokazania miasta, które jest powszechnym synonimem luksusu i sukcesu. Dziewczyny pokazują tą znacznie bardziej szarą i zwyczajną stronę NY.


Sukcesem serialu jest to, że wszystko w nim jest takie znajome i bliskie – ciuchy bohaterek (które mogą wyznaczać modę, w niektórych przypadkach), a nawet ich nieidealna często waga, rozterki uczuciowe czy nawet egzystencjalne, sytuacje, w których się znajdują, a także ich styl życia. W końcu możemy w jakimś serialu odnaleźć własne problemy i znaleźć odbicie własnej codzienności. W przeciwieństwie do wielu seriali o młodych ludziach, tu nie ma miejsca wieczne knucie intryg i spiskowanie, totalnie oderwane od prawdziwego życia. Na codzienność dziewczyn składają się bardzo prozaiczne czynności, podglądamy je zresztą w naturalnych sytuacjach takich jak golenie nóg czy robienie siku, a seks nie wygląda tu ani tak wulgarnie jak z filmu porno ani tak zmysłowo i romantycznie jak z tych wcześniej wspomnianych seriali. Scena seksu z pierwszego odcinka spotkała się z bardzo kontrowersyjnym odbiorem, a mi się wydaje, że nie ma się co oszukiwać, ale fizyczne zbliżenia między dwójką ludzi tak właśnie często wyglądają, nieatrakcyjnie dla postronnego obserwatora. Lena Dunham w swoim projekcie ucieka zatem od wszelkiej sztuczności i schematyczności. Jak przyznaje, scenariusz oparła na doświadczeniach własnych i swoich znajomych. Trzeba przyznać, że jest świetną obserwatorką i ma dystans do siebie. Co więcej, pisze świetne dialogi, Dziewczyn bardzo dobrze się słucha. Jestem przekonana, że serial może się z tego względu spodobać np. fanom Woody’ego Allena. Lena jest też zresztą najlepszą aktorką spośród całego „dziewczyńskiego” towarzystwa. Chyba nie będzie dużą nadinterpretacją stwierdzenie, że na ekranie jest ona po prostu sobą. Dorównać może jej jedynie Jemima Kirke, magnetyzująca i uwodzicielska jako Jessa. Poza tym aktorsko serial nie stoi może na wyżynach, ale nie jest też tak drewnianie jak w polskich produkcjach, no i pojawiają się takie perełki jak świetnie zagrany gej, były chłopak Hannah.


Skąd to całe zamieszanie wokół Dziewczyn? W końcu doczekaliśmy się serialu dla młodych kobiet (ale także facetów) robionego przez ich rówieśniczkę (choć nie zapominajmy że w pisaniu scenariusza do Skins też biorą udział nastolatki), co jest rzadkością. Serial bardzo wiarygodnie pokazuje, co tak naprawdę mają w głowach dwudziestokilkulatki. Jego twórczyni ustami swoich bohaterek mówi głośno o tym, co nas frustruje, wkurza, martwi, o tym jak naprawdę wygląda nasz stosunek do aborcji, homoseksualizmu, seksu…Przecież w życiu rozmawiamy otwarcie na te wszystkie tematy, dlaczego więc spojrzenie na nie w telewizji miałoby być przejaskrawione. Wymienione przeze mnie tematy tabu są już dziś coraz mniej tabu, stacje TV takie właśnie jak HBO starają się je oswajać, ale chyba robią to nadal w zbyt hollywoodzki sposób, atrakcyjny dla widza, bo pełen dramaturgii. Tymczasem Dunham mówi o wszystkim wprost. Serial przekonuje do siebie także tym, że nie jest taki stylowy  i glamour, a przecież mógłby taki być. Dunham jednak doskonale wyczuła, że młodzi ludzie mają już dość patrzenia na idealnie wyglądających, ubranych i zachowujących się ludzi, mieszkających w gustownie urządzonych apartamentach.


Pierwszy sezon Dziewczyn jest naprawdę powiewem świeżości i absolutnie wartym polecenia popkulturalnym przeżyciem. Na początku możecie jeszcze być sceptyczni, bo serial wyda wam się jakiś taki inny, specyficzny, ale potem z pewnością dacie się uwieść. Mnie, i pewnie nie tylko mnie, ciekawi w jaką stronę Lena Dunham pójdzie w drugiej serii. Wszystkie wątki właściwie zostały otwarte, więc pole do popisu jest duże. Boję się tylko, że z czasem Dunham ulegnie pewnym schematom i serial zatraci tę oryginalność, jaką dziś się może poszczycić. Przed drugą serią (która jednak dopiero na początku 2013 roku) czuję się więc jak fanka, która czeka na drugą płytę zespołu, w którego muzyce się bezgranicznie zakochała i martwi się, że nie przebije ona debiutu. Ale co do tego, jak wiemy, nie ma reguły. Na szczęście.

Girls otrzymuje ode mnie 9/10 i z kredytem zaufania ląduje na liście seriali ulubionych. 

P.S. Eksperymentuję z wyglądem bloga, więc proszę o wyrozumiałość, gdyby coś wyglądało nie tak ;)

10.09.2012

Zakochani w Rzymie (reż. W. Allen, 2012)


źródło: ritasalesluis.blogspot.com
Trudno wystawić Allenowi ocenę, kiedy ma się do niego po prostu słabość. Lubię co prawda zróżnicowane kino, ale filmy, w których, mówiąc wprost, po prostu dużo się gada podobają mi się chyba najbardziej. A jak wie nawet dziecko, takie właśnie są filmy Allena. O Zakochanych w Rzymie powiedziano już pewnie prawie wszystko, dlatego ja tylko wypunktuję kilka moich uwag, z których mam nadzieję, wyłoni się jakaś ocena filmu:

  • Przewodnia myśl filmu, główna jego tematyka, są mi dość bliskie, ze względu na studia jakie ukończyłam. Krytycznym okiem patrzę na medialne zjawisko „5 minut sławy”, jakie opanowało także nasz kraj i swoim spojrzeniem na tę sprawę, Allen ma u mnie plusa na wstępie. Dlatego też będę go bronić przed atakami tych, którzy mówią że reżyser nie ma już nic nowego do powiedzenia, a ten film jest o niczym. Moim zdaniem w zabawny i lekki sposób Allen pokazał jak wygląda robienie kariery w show-biznesie, pokazał też różne aspekty sławy i różne do niej podejście. Na tej płaszczyźnie film zdaje się być nie tylko krytyką, ale i przestrogą.


  • Film reklamowano jako komedię, ale wiele osób w nim komedii nie dostrzega. Cóż, wszystko zależy chyba od poczucia humoru. Allen nie kręci komedii, podczas oglądania których wybucha się śmiechem. Jest raczej cynikiem. Jego dowcip jest subtelny, ze swoją ironią zawsze trafia w punkt. Kto zna jego filmy, ten nie wyjdzie z kina z niedosytem śmiechu, bo wie, że tak miało być. A momentami jest przecież bardzo śmiesznie – śmieszy cały wątek ze śpiewaniem pod prysznicem, śmieszy wątek z Penelope Cruz – prostytutką, która w wyniku splotu różnych okoliczności musi udawać żonę cnotliwego, prostego chłopaka, śmieszy też sama postać typowo allenowskiej neurotyczki Monici…

  • „Zakochani w Rzymie| to cztery historie, które łączą dwa tematy: miłość i wspomniana już sława, której jedni pragną, inni wręcz przeciwnie. Każda z tych historii jest interesująca, żadna nie odbiega poziomem w żadną ze stron. Trzeba przyznać, że film jest równy, a w przypadku tak skonstruowanej fabuły, jest to niewątpliwie sukces. Każdy oczywiście będzie mieć swój ulubiony segment – dla mnie jest nim historia Jacka, studenta architektury, który zakochuje się w fascynującej koleżance swojej dziewczyny, Monice. Ta początkująca aktorka swoim nonszalanckim zachowaniem niby od niechcenia i nieświadomie, uwodzi go. Jej wyrachowanie obnaża Allen wprowadzając swego rodzaju alter ego Jacka, doświadczonego (także uczuciowo) architekta Johna, którego głos tkwi w głowie Jacka i mąci w niej, ostrzegając przed Monicą. Te sceny ogląda się dobrze, bo po pierwsze jest w nich naprawdę wiele, wiele prawdy, a po drugie są po prostu dobrze zagrane, gdyż ten segment filmu został świetnie obsadzony. Choć początkowo można mieć wątpliwości co do seksapilu Ellen Page, w trakcie oglądania przekonamy się, że seksowny trzeba mieć przede wszystkim umysł.

  • Czy można zakochać się w Rzymie Allena? Cóż, tak naprawdę tego Rzymu jest tu niewiele, nie czuć go jakoś szczególnie mocno i nie jest on pokazany w żaden inny sposób niż jesteśmy przyzwyczajeni. Ot, pocztówka z widokiem na najciekawsze miejsca. Na miejscu rzymian (zwłaszcza tych, którzy dali na film pieniądze) byłabym nieco rozczarowana.

  • Podsumowując, Zakochani w Rzymie to przyjemny film, miły dla oka, płynący sobie nieśpiesznie i oferujący ironiczne spojrzenie na świat, przy jednoczesnym wrażeniu pewnej naszej wyższości nad bohaterami. Spodoba się tym, którzy lubią słuchać, którzy lubią zagłębiać się w prozie życia innych ludzi, obserwować i uczyć się od nich lub na ich błędach. Nie skłoni może do jakichś mega głębokich refleksji, ale spełnia swoją rolę, czyli jest dobrą rozrywką. Trzeba jednak powiedzieć, że jest to film raczej przeciętny i być może, gdyby jego reżyserem nie był tak uznany artysta, krytyka w jego kierunku byłaby bardziej miażdżąca. Ale nie jest, bo znajdziemy tu dobrze znane cechy stylu Allena, wypracowanego przez lata, chwyty i motywy, którymi od zawsze zachwyca i one będą niezmiennie się podobać, choćby całość wypadała nieszczególnie oryginalnie.
Nie jest to może film wart wydawania pieniędzy na obejrzenie go w kinie (przykro mi, czuję się w obowiązku tak kalkulować, zresztą myślę, że szczęśliwców mogących pozwolić sobie na nieograniczoną liczbę kinowych seansów w miesiącu, jest wśród nas niewielu), ale kiedy wyjdzie na DVD pamiętajcie o nim. Na pewno nie będzie to czas stracony ;)

Moja ocena to 7/10.

07.09.2012

Z notatnika kinomanki, cz. XIV


Mam duże zaległości w pisaniu, a tematów na notki mnóstwo. Czeka m.in. Woody Allen, czekają Dziewczyny, czeka kilka notek tematycznych…Mam nadzieję, że jakoś w najbliższej przyszłości uda mi się znaleźć czas, by przelać na bloga kilka moich refleksji i uwag okołofilmowych, a póki co garść opinii o (nie)dawno obejrzanych filmach. Sporo czytania ;)



Kolejny z obejrzanych przeze mnie filmów docenionych w Sundance. Czuć w nim ten niezależny klimat, który objawia się w pewnym takim spokojnym, powolnym prowadzeniu akcji jak i samej kamery. Mamy tu historię o dziewczynie, która ucieka z sekty i zamieszkuje tymczasowo u swojej siostry i jej męża (Hugh Dancy po raz pierwszy – przynajmniej dla mnie – w roli człowieka mało sympatycznego). Martha zachowuje się dziwnie – nie potrafi z powrotem przystosować się do życia w społeczeństwie, w którym panują pewne określone, niepisane reguły. Potrafi więc rozebrać się bez skrępowania przed szwagrem i wskoczyć naga do wody lub w środku nocy zakraść się do sypialni małżonków i wskoczyć im do łóżka. W głowie Marthy pojawiają się ciągle wspomnienia z czasu pobytu w sekcie (w związku z czym akcja filmu skacze od teraźniejszości do przeszłości i tak na zmianę), powodujące też różnorakie urojenia. Nie da się zaprzeczyć, że grająca Marthę Elizabeth Olsen znakomicie oddała uczucia, jakimi musi być targana osoba, która przeszła piekło prania mózgu (bo tym w istocie był jej pobyt w sekcie). Nie wiem, czy to przez jej wielkie oczy, smutny wyraz twarzy czy po prostu oszczędną grę, ale aktorka jest w swojej roli bardzo wiarygodna.  Film pełen jest jednak niedopowiedzeń, które trochę negatywnie rzutują na jego odbiór. Nie wiemy, dlaczego Martha wstąpiła do sekty, nie mamy też pewności, dlaczego z niej odeszła. Trudno uwierzyć też, w kompletny brak zainteresowania jej losem ze strony rodziny (zniknięcie bez śladu na ponad dwa lata powinno chyba wywołać jakieś zaniepokojenie). Nie mniej, również nie do końca oczywiste zakończenie filmu, to w tym wypadku dobry pomysł, który sprawia, że myśl o filmie zostaje w głowie jeszcze na jakiś czas po seansie. To, co jeszcze dostrzegłam w produkcji Seana Durkina, to krytyka powszechnie obowiązującego (bo chyba nie tylko amerykańskiego) stylu życia. Nastawieni na sukces, karierę i posiadanie pięknych rzeczy, siostra i mąż głównej bohaterki nie są w stanie być dla niej podporą, nie mają w sobie empatii, nie chcą jej zrozumieć, bo nie mają na to czasu. Martha nie potrafi natomiast dopasować się do ich sposobu życia, w którym dominują wartości czysto materialne i przestrzeganie pewnych norm oraz spełnianie pewnych standardów – trzeba mieć ładny, nowoczesny dom, jeść ekologiczne produkty, wyjeżdżać na wakacje itd. Czuję, że świat bohaterów filmu wygląda w ten sposób nieprzypadkowo, ale ma być właśnie dla widzów okazją do refleksji.
Film na pewno warto obejrzeć, bo podejmuje tematykę, z którą w kinie można spotkać się dość rzadko. Aktorstwo na wysokim poziomie (oprócz Olsen i Dancy’ego gra też fenomenalnie John Hawkes, mistrz drugiego planu i filmów niezależnych , a nieźle wypada także Sarah Paulson w roli siostry głównej bohaterki) jest dużym atutem. Jest to jednak zdecydowanie film na jeden raz i zdecydowanie film nie służący rozrywce, co należy wziąć pod rozwagę planując jego seans.


Dobrze zrealizowana komedia rodzinna czyli taka, której akcja rozgrywa się w kręgu jednej rodziny (ten termin ukułam sama;)). Pomysł nie jest nowy i odkrywczy, fabuła zbudowana jest wokół odwiecznego, a przynajmniej dosyć często obecnego w kinie, konfliktu teściowa kontra synowa. Tu skala nieporozumień jest jednak o niebo wyższa, bo jak tu zaakceptować wyzwoloną, ekscentryczną jak na brytyjski gust Amerykankę w porządnej, konserwatywnej angielskiej rodzinie. Jej przyjazd do domu teściów wprowadzi nie małe zamieszanie w ich poukładane życie. Tytułowa wojna domowa będzie się toczyć oczywiście między panią domu a synową, ale już pozostali domownicy z czasem będą się do Larity przekonywać. To jednak nie tylko wesoła komedia o zderzeniu dwóch kultur. To film trochę o egoizmie, o unieszczęśliwianiu najbliższych, odwadze i sile charakteru Larity. Bo choć bohaterka z początku może wydawać się rzeczywiście nieco antypatyczna, to jednak warto dać jej szansę, gdy się ją bliżej pozna, tak jak robi to jej teść, znakomity w tej roli jak w każdej innej, Colin Firth. Myślę, że Jessica Biel to dobry wybór do tej roli – powszechnie się uważa, że aktorka ta nie umie grać i chyba generalnie jest mało lubiana (choć ja do niej nie żywię żadnej antypatii) i te uczucia większość widowni z pewnością od razu przelewa na je postać. A o to chodzi, by jej nie lubić, lecz w porę sobie przypomnieć, że wcale taka zła i bez serca nie jest, podobnie jak przecież Biel grała Mary w Siódmym niebie i za to trzeba mieć dla niej sentyment.


Nie powinnam się pewnie wypowiadać o tym filmie, bo na nim zasnęłam, co mogłoby być zresztą najlepszą rekomendacją, ale to nie dlatego zasnęłam, że film był nudny. Przynajmniej tak się zawsze tłumaczę ;) Po prostu to nie był mój dzień… Ale oszukiwać nie ma co, to nie do końca są moje klimaty. Nigdy nie lubiłam filmów kostiumowo-okołoprzygodowych, dlatego nie widziałam i nie mam w planach Tańczącego z wilkami, Braveheart czy czegoś podobnego. Przyszło mi obejrzeć Mohikanina i szybko poczułam się znużona przedstawioną w nim historią białego Indianina, który podczas wojny francusko-angielskiej ratuje z opresji dwie Brytyjki, córki angielskiego pułkownika i ma je eskortować do brytyjskiego fortu, by wróciły całe i bezpieczne. A więc tak sobie idą, po drodze się w sobie zakochują, Indianie i Brytyjki i oczywiście kilka razy uchodzą ledwo z życiem. Nuda i przewidywalność w jednym. Co z tego filmu zapamiętałam to piękną muzykę i bardzo dobrą rolę Jodhi May, moim zdaniem kradnącej nieco uwagi przynajmniej swojej żeńskiej partnerce, Madeleine Stowe.



A więc to jest ten wspaniały Wielki Gatsby do którego odsyłali mnie wszyscy po lekturze świetnej książeczki Fitzgeralda! Cóż, nie to że jestem zawiedziona, ale film w przeciwieństwie do książki, trochę mnie wynudził. I dłużył się. Nie można mieć zarzutów pod adresem wyśmienitego aktorstwa: Redford jak Redford, ale Mia Farrow okazuje się być w każdej roli genialna. Z całego filmu ją zapamiętałam najbardziej, choć trudno też nie pamiętać o świetnej drugoplanowej roli Karen Black. Nie znalazłam jednak w tym filmie, mimo bardzo dużej wierności literackiemu pierwowzorowi, tego czegoś co ujęło mnie w książce. Ku mojemu zaskoczeniu, ten doceniany jednak przez krytykę film, nie cieszy się chyba zbyt dużą popularnością i zdaje się być dość zapomniany przez widzów, o czym świadczyć może bardzo słabe nim zainteresowanie użytkowników Filmwebu (15 tematów na forum! Tylko?!). Sama nie wiem czy polecać czy też nie, tym którzy nie widzieli, w obliczu tego, że w przyszłym roku czeka na nas ponowna ekranizacja książki, a przecież nie chodzi o to by je krytycznie zestawiać i porównywać. Nie mniej, osobiście czuję, że mnie wersja Baza Luhrmana bardziej przekona. Trailery zwiastują coś naprawdę wielkiego, miejmy tylko nadzieję, że film nie okaże się trójwymiarową, estetyczną wydmuszką.


Nie często zdarza mi się oglądać włoskie filmy. Fellini wciąż pozostaje do nadrobienia (przyznam, że po La Dolce Vita i La Stradzie decyduje o tym ochota, a nie tylko poczucie obowiązku), podobnie jak Visconti czy De Sica i jego Złodzieje rowerów (czy zapomniałam o kimś jeszcze?!). Ale współczesne kino włoskie jest dla mnie jedną wielką niewiadomą. Okazuje się jednak, że ma przynajmniej jednego ciekawego przedstawiciela, który jest ceniony w kręgu kinomanów. Nazywa się on Ferzan Özpetek i co ciekawe jest Turkiem. No ale filmy kręci we Włoszech. Ja miałam okazję obejrzeć jego przedostatnią produkcję, która gościła nawet w naszych kinach. Nie podzielam zachwytów nad tym filmem, ale przychylam się do zdania, że jest to film dobry i przyjemnie się go ogląda. Nie jest to jednak nic wybitnego i nie jestem pewna, czy zasługuje na ponowne obejrzenie. Jest to historia włoskiej rodziny Cantone, a skoro włoskiej to licznej, gwarnej, trochę szalonej i bardzo się kochającej, posiadającej zakład produkujący makarony. Na łono rodziny wraca z Rzymu najmłodszy syn, Tommaso. Na uroczystej kolacji planuje wyznać najbliższym, że jest gejem. Zważywszy, że Włosi to tradycjonaliści, dla rodziny będzie to trudne do przełknięcia. Okazuje się jednak, że ubiega go jego starszy brat (którego wcześniej Tommaso wtajemniczył w swoje zamiary). Antonio nie robi tego z miłości do brata, ale z prawdziwej miłości do innego mężczyzny. Rodziciel wyrzuca go z domu i oczywiście z pracy w fabryce (którą miał przejąć), a jego miejsce w „strukturach” rodziny zajmuje Tommaso, któremu oczywiście dalsze ukrywanie się jest nie na rękę. Mine Vaganti ma więc w sobie wiele z komedii, ale nie zapewnia głośnych wybuchów śmiechu. O komizmie decydują tu raczej cięte riposty, ironiczne dialogi i kłopotliwe sytuacje, w których stawiani są bohaterowie. Ponad wszystko jest to też film o podążaniu za miłością, o wartościach rodzinnych i o przyjaźni. Film lekkostrawny, ale nie dający jednocześnie uczucia sytości.


Kameralny film mający urok produkcji niezależnej, którą jednak nie jest. Muszę przyznać, że sama nie do końca wiem, co mam o nim myśleć. Nie jest to wybitne arcydzieło, ale robi naprawdę spore wrażenie (pozytywne) i zostaje w pamięci. Być może dzięki tematyce, która daje do myślenia, być może jest to zasługa sposobu realizacji, a najprawdopodobniej dwóch tych składników razem wziętych. Otóż fabuła filmu rozbija się o to, że ludzie na całym świecie powoli zaczynają tracić zmysły, począwszy od smaku i węchu. Utrata kolejnych zmysłów niesie z sobą odczucie silnych emocji: nieuzasadnionych wybuchów śmiechu czy płaczu, ale i napadów agresji. I na tym ogarniętym przedziwną pandemią świecie trafiają na siebie ona i on czyli spragniona uczucia, ale ostrożna Susan, ekspert od spraw epidemiologicznych oraz Michael, kucharz, który miewa jedynie przelotne, ale częste, romanse na jedną noc. Im obojgu doskwiera samotność, więc kiedy na siebie trafiają i okazuje się, że iskrzy, stają się nierozłączni. Razem łatwiej żyć, zwłaszcza gdy świat wariuje, a my w każdej chwili możemy stracić np. wzrok. W filmie jest sporo doza melodramatyzmu, dlatego nazwałabym go właśnie melodramatem s-f, który jak dla mnie jest naprawdę arcyciekawym gatunkiem (moglibyśmy tu umieścić np. Drugą ziemię, o której pisałam tutaj). Utrata kolejnych zmysłów i związane z nią wahania nastrojów doprowadzają naszych zakochanych na skraj wytrzymałości i zaczynają powodować zgrzyty w ich idyllicznym związku. Pandemia wydaje się być dla reżysera swoją drogą tylko pretekstem do opowiedzenia o miłości. W końcu mówi się, że z miłości tracimy zmysły i że miłość jest ślepa. Myślę, że kolejne etapy „choroby” można odczytywać jako kolejne etapy zakochania. Oczywiście w pierwszej kolejności jest jednak film Mackenziego wyobrażeniem tego, jak zachowywaliby się ludzie w obliczu takiej tragedii. Utrata jednego zmysłu, wyostrza drugi (zostaje to świetnie pokazane), a życie po prostu toczy się dalej. Wszystko okazuje się być kwestią przystosowania. Perfect Sense zarzucić można jedynie pewną wybiórczość, skupienie się na opowieści o dwójce ludzi, ich uczuciu i tym jak każde z nich przeżywa to, co dzieje się z jego organizmem. Twórcy nie zagłębiają się jednak w temacie epidemii, nie ma mowy o żadnym antidotum, nie docieka się przyczyn epidemii, a Susan jako ekspert od tego typu chorób, ma zadziwiająco mało pracy. Co z drugiej strony tym bardziej każe odczytywać ten film jako metaforę.

Oprócz oryginalnej tematyki, film zachwyca sposobem realizacji. Nie widowiskowym, bo to nie ta kategoria filmów s-f, ale ograniczonym i oszczędnym w środkach. Trochę mało wiarygodne są paradokumentalne wstawki mające pokazać skalę zjawiska epidemii, ale oprócz tego praca twórców zasługuje na pochwałę. W zdjęciach i kadrowaniu widać rękę dobrego operatora, powtarzający się motyw muzyczny dodaje dramatyzmu. Ciekawym zabiegiem jest wyłączenie dźwięku w momencie, kiedy bohaterowie tracą słuch – może to dość oczywisty i przewidywalny zabieg, ale rzeczywiście pozwala on wczuć się przez chwilę w ich sytuację, więc wydaje mi się, że jest jak najbardziej na miejscu. Świetnie spisał się aktorski duet Eva Green i Ewan McGregor, który wypadł dobrze także we wspólnej grze. Oboje aktorzy są zawsze na ekranie wyraziści i nadają swoim bohaterom pewną „charakterność”, podobnie jest też tutaj. Eva Green jest pozornie chłodna i nieprzystępna, w głębi pragnie wielkiej miłości. McGregor wydaje się być natomiast dupkiem, a okazuje być ciepłym facetem z poczuciem humoru. Ich bohaterowie są jednak nie do końca przeniknieni, niejednoznaczni, wydaje się, że to tacy ludzie, których nigdy nie da się do końca poznać.

Jest w tym filmie coś z poezji, jest tu melancholia, a powolne tempo narracji w połączeniu z mało dynamiczną akcją sprawia, że człowiek tym bliżej nieokreślonym smutkiem cały przesiąka. Wbrew tym odczuciom, wydźwięk filmu jest w gruncie rzeczy optymistyczny. W błąd w tym kontekście wprowadza polskie tłumaczenie tytułu. Uczucie między Susan a Michaelem z pewnością nie jest ostatnią miłością na ziemi, a kluczem do interpretacji filmu jest ów perfekcyjny (idealny) zmysł. Czym on jest, na to pytanie już każdy z Was po seansie powinien znać odpowiedź.



Czwórka w skali filmwebu oznacza, że film „ujdzie”. I rzeczywiście, od biedy film Levinsona można obejrzeć. Usiany jest gwiazdami, więc przynajmniej można sobie popatrzeć na jakiegoś ulubieńca. Poza tym jest on satyrą na środowisko filmowców i dla nas, kinomanów, pewną atrakcję może stanowić możliwość zobaczenia od kulis pracy nad produkcją filmu. Gdy okazuje się, że w gotowym już filmie znajduje się jedna niepoprawna scena, mogąca obudzić kontrowersje, a do festiwalu w Cannes na którym ma być pokazany film zostają dwa tygodnie, nerwy producenta Bena zostają wystawione na próbę. Film trzeba przemontować, a tu reżyser ćpa, aktorzy gwiazdorzą i Benowi to wszystko trudno ogarnąć, zwłaszcza, że do tego dochodzą jego problemy osobiste. Film pewnie lepiej odebrało środowisko filmowe (a może nie?), które zobaczyło się w nieco krzywym zwierciadle (ciekawe, ile w tym filmie prawdy?) niż odbiorą go zwykli widzowie. A to dlatego, że choć pozornie fabuła wydaje się być ciekawa, film jest koszmarnie nudny. Obfituje w drętwe, a mające śmieszyć, dialogi i głupawe gagi, a z jego bohaterami trudno znaleźć jakąś więź. Film jest po prostu bezbarwny i niewiele ma wspólnego z komedią a właściwie to chyba z żadnym gatunkiem filmowym. Nie zmierza właściwie do niczego, do żadnej puenty, kończy się marnie. Aktorzy (oprócz De Niro także Penn czy Willis) po prostu się w nim marnują. Odradzam, a bynajmniej nie namawiam.



Czytałam w kilku miejscach, że Constantine jest naprawdę dobrym filmem, utrzymanym w dobrym, jak ja to nazywam, komiksowym stylu (bo powstałym na podstawie komiksu). Niestety chyba nie doczytałam, że tytułowy bohater (jak zwykle bezbarwny Keanu Reeves) walczy z szatanem objawiającym się pod postacią jakichś dziwnych materii. A ja nie mam nic przeciwko komiksom i ich ekranizacjom, o ile ich bohaterowie walczą z ludźmi, choćby tymi najbardziej zezwierzęcianymi. Walka z jakimiś bliżej niezidentyfikowanymi obiektami po prostu mnie irytuje, bo odbiera filmowi całą wiarygodność (nie lubię filmów o potworach itp., bo po prostu moja wyobraźnia nie może przyjąć, że coś takiego mogłoby istnieć). No ale pomijając ten aspekt filmu, nie można aż tak bardzo narzekać. Tempo filmu jest w miarę szybkie, kilka tekstów jest dobrych, religijna otoczka koncentrująca się na walce dobra ze złem też ma sens. Efekty specjalne są natomiast słabe, co daje kolejny minus. Aktorstwo za to niezłe, bo na szczęście oprócz Keanu w obsadzie mamy Rachel Weisz (aczkolwiek, moim zdaniem, dużym błędem był jej udział w tym rozczarowującym filmie), Tildę Swinton i Peter’a Stormare’a, a także uwaga, uwaga – Shię LaBeoufa, którego ponownie muszę pochwalić (pierwszy raz pozytywnie zaskoczył mnie w Zakochanym Nowym Jorku). Widocznie von Trier wie co robi, zatrudniając go do nowego filmu. W ramach ciekawostki, dodam, że podczas seansu ja i mój chłopak zastanawialiśmy się nad polską obsadą tego filmu. A zaczęło się od tego, że wyglądem i sposobem bycia LaBeouf przypominał nam do złudzenia Antka Królikowskiego. Na miejscu Reevesa widzielibyśmy Lesława Żurka (dorównuje mu nijakością), a na miejscu Weisz Maję Ostaszewską. Szatana, którego grał Stormare, z powodzeniem zagrałby Adamczyk. Problem mamy tylko z Gabrielem, w którego wcieliła się idealnie androgeniczna Tilda Swinton. Dowodzi to tego, że brakuje u nas takich aktorek. Ba, brakuje samych rudych aktorek. Ale może gdyby odchudzić Kingę Preis to by się nadała. Cóż, tyle właśnie przyjemności dał mi ten film, że mogłam tak sobie powymyślać. Ale pewnie kto lubi podobne produkcje ten się nudzić nie będzie (zresztą ja też się nie nudziłam, tyle że za dużo mnie w filmie denerwowało, by mieć z tego oglądania przyjemność).

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...