03.12.2012

Kochanek (reż. J.J. Annaud, 1992)


























Dobrze jest czasem usiąść do oglądania filmu, kompletnie nie wiedząc o czym będzie, nie mając żadnych oczekiwań co do niego. Rzadko mi się to jednak zdarza, bo mam nawyk – nie wiem czy dobry ale chyba tak – sprawdzać opis danego filmu w Internecie albo czytać opisy filmów w gazetach, jeśli zdarza mi się coś oglądać w TV (baaardzo rzadko), no i oczywiście o wielu filmach dowiaduje się z blogów i sugeruję się Waszymi recenzjami. O Kochanku w gazecie z programem TV przeczytał natomiast mój chłopak i zaintrygowało go, że jest to ponoć film swego czasu skandalizujący, bo na poły erotyczny, o związku Francuzki z Chińczykiem. A że w naszym związku to ja się znam na kinie ;) to on wykorzystał okazję, by może coś zasugerować. Filmu jednak oboje nie mieliśmy wówczas możliwości obejrzeć. Na ratunek przyszedł nam jednak Internet i chwała mu za to, bo to był niezapomniany seans. Nagromadziło się we mnie wiele emocji podczas oglądania, co było dla mnie bardzo zaskakujące. Takich niespodzianek filmowych chcę więcej.

Kochanek w reżyserii Jean – Jacquesa Annaud to ekranizacja biograficznej powieści Marguerite Duras. Pisarka jako piętnastoletnia dziewczyna nawiązała romans z trzydziestoletnim Chińczykiem i opisała to po latach w owej książce. Książka wywołała duże oburzenie, w końcu związek ten mógł być odbierany jak pedofilia. Był rok 1929, gdy w drodze promem do Sajgonu, będącego francuską kolonią w Wietnamie, dziewczyna  poznaje swojego przyszłego kochanka (oboje pozostają w filmie bez imion). Chińczyk pochodzi z dobrej, zamożnej rodziny, jest wykształcony a rodzice już wybrali mu idealną kandydatkę na żonę, którą ma poślubić bez słowa sprzeciwu. Dziewczyna natomiast znajduje się na drugim biegunie. Wychowywana przez matkę, ma w domu niełatwą sytuację – wieczne awantury, krytyka pod adresem jej wyglądu, wredny brat, bieda…Ze względu na jej buntowniczą naturę matka wysyła ją do szkoły z internatem, gdzie jest jedną z zaledwie dwóch białych uczennic. No i właśnie gdy płynie do szkoły, dostrzega ją Chińczyk. Mamy tu scenę modelową dla romansu i kluczową dla tegoż filmu: ona stoi zalotnie, opierając jedną nogę na barierce statku. Ubrana jest ekstrawagancko – jasna, zwiewna sukienka, pod spodem widoczny brak biustonosza, znoszone buty na obcasie i najważniejsze – na głowie męski kapelusz. Do tego usta wyzywająco umalowane czerwoną szminką. Tymczasem Chińczyk wychodzi ze swojego luksusowego czarnego samochodu (prowadzonego oczywiście przez szofera) i nieśmiało stara się nawiązać rozmowę. Zaprasza dziewczynę do samochodu, ofiarując podwiezienie. I się zaczyna. Zaczyna iskrzyć. W samochodzie mamy do czynienia z najbardziej zmysłową, erotyczną sceną całego filmu. Ba! być może jest to najbardziej zmysłowa scena jaką kiedykolwiek w jakimś filmie widziałam. A chodzi tylko o dotknięcie się ich dłoni. Ileż może być w tym emocji! Zostało to naprawdę świetnie przedstawione (miałam wręcz gęsią skórkę). Jak się można domyślać, jest to uczucie od pierwszego wejrzenia. Piszę uczucie, bo słowo miłość w tym filmie nie pada. Aczkolwiek sprawa jest skomplikowana.



Dziewczyna i Chińczyk zaczynają się spotykać w zaciemnionej garsonierze przy tłocznej ulicy. Początkowo łączy ich tylko wzajemna fascynacja i pożądanie. Za ich oknami przechodzą tłumy ludzi, słychać wieczny gwar, a oni w skupieniu kontemplują nawzajem swoje ciała. Świat podczas tych spotkań dla nich nie istnieje, a czas stoi w miejscu. Oboje jednak wiedzą, że wspólna przyszłość jest zakazana – dzieli ich wiek, pochodzenie, zamożność i rasa. Ale widać po nich, że się zaangażowali, że chcieliby więcej niż tylko seksu. Ona niby chce się dobrze bawić, to jej forma buntu, dzięki temu czuje się lepsza. To też szansa na zdobycie pieniędzy. On zostałby wyklęty z rodziny, zhańbiony, gdyby związał się z dziewczyną, która nie jest dziewicą, nawet jeśli tę niewinność utraciła za jego sprawą. W jego świecie rządzi tradycja i kulturowe konwenanse, bariery których nie ośmieli się przekroczyć. Co nie oznacza, że nie kocha. Ale ona – młoda, nierozsądna, trzpiotka – ona nie wie czego chce, boi się też chyba przyznać do tego, co czuje. To główny temat tego filmu – uczucie z góry skazane na niepowodzenie. Film w tym względzie bynajmniej nie ociera się o banały. Nie jest to tani melodramat. Tu pojawia się minimum słów, tu nikt otwarcie nie rozpacza, tu o uczuciach nikt nie rozmawia. Wszystko zostaje w domyśle, co jest jeszcze bardziej sugestywne, jeszcze bardziej porusza i budzi smutek.


Patrząc na Kochanka z dzisiejszej perspektywy, nie ma mowy o żadnym epatowaniu erotyką. Owszem, są „sceny”, i to dość śmiałe, ale w czasach kiedy erotyka jest wszędzie – w TV, kiosku i Internecie, trudno o zgorszenie. Widz może natomiast odczuć zachwyt nad wspaniałą pracą operatora, Roberta Fraisse, który zasłużenie dostał nominację do Oscara. Kamera dosłownie „wchodzi” do łóżka pokazując nam z bliskiego zbliżenia spocone ciała, zwarte w miłosnym uścisku, ale nie w konwencji pornograficznej lecz bardzo wysublimowanie, z dużym wyczuciem estetycznego smaku. Nie jest wulgarnie jak w porno, ale po prostu namiętnie, jak między dwójką pożądających się osób. Klimat zmysłowości pomaga budować także nastrojowa muzyka Gabriela Yareda. Trzeba też oddać Jane March, grającą Dziewczynę, że świetnie wpasowała się w swoją postać. Aktorka, wówczas 19-letnia, nie jest może klasyczną pięknością, ale emanuje z niej nonszalancja i seksapil, który byłby widoczny nawet gdyby miała na sobie przysłowiowy worek na kartofle. A scena tańca z jednym z braci – tak pełna erotyki, że dziwię się, że nie była odbierana jako znacznie bardziej gorsząca od samych scen łóżkowych. Aż dziw bierze, że March nie zrobiła oszałamiającej kariery.

Trzeba pamiętać, że ten film to nie pochwała wyuzdanego seksu, lecz przede wszystkim psychologia postaci. Nie jest to epicki melodramat nakręcony z rozmachem, ale kameralna opowieść skoncentrowana niemal całkowicie na dwójce bohaterów i tym, co się miedzy nimi dzieje. Reżyser stara się uchwycić tragizm sytuacji, w jakiej się znajdują. Oni wiedzą, że będą musieli się rozstać, więc prawie ze sobą nie rozmawiają, by zbytnio się nie zaangażować, by nie mieć jeszcze większych powodów, by się w sobie zakochać. Ona kalkuluje to na chłodno – nie zdaje sobie dokładnie sprawy z tego, co odrzuca, z wyjątkowości tego uczucia. Zupełnie nie stara się zrozumieć jego, nie liczy się z jego uczuciami. A może nie chce, bo wie że tak będzie lepiej. W każdym razie, w cudownym zakończeniu, które stanowi wraz ze sceną początkową, piękną, symboliczną klamrę, jej prawdziwe uczucia wychodzą w końcu na wierzch.  I jej łzy to nasze łzy. Warto obejrzeć.

Moja ocena to 8/10.


A na koniec pewien historyczny fakt - przeczytaliście właśnie mój 100 post na tym blogu. Nie będę się rozwodzić nad tym, dlaczego dopiero setny, skoro już dwa lata wkrótce miną od założenia bloga. Wychodzi to tak, jakby jeden post przypadał na jeden tydzień. To mało. Ale miałam przecież pół roku blogowej przerwy. Teraz już jednak nie wyobrażam sobie, by zarzucić pisanie. Jest mi to potrzebne, choć akurat jestem jedną z tych osób, których życie generalnie sprowadza się do pisania. Wiem, że to nie jakiś szałowy wynik, ale 50 osób zaznaczyło, że obserwuje ten blog i ta liczba mnie bardzo cieszy, choć ogólnie nie przywiązuję żadnej wagi do statystyk. Ale z drugiej strony, nie przeczę, jestem osobą, która potrzebuje odzewu, że to co robi jest fajne/słuszne. Dlatego dziękuję wszystkim, którzy czytają mój blog. Wierzę, że robicie to dla przyjemności. A skoro jest okazja, by wstawić zdjęcie kota z urodzinową babeczką, to czemu nie ;)


9 komentarzy:

  1. Bardzo lubię ten film. Widziałam go kilka razy. Jest rewelacyjny, magiczny i hipnotyzujący. A Jane March jest prześliczna! O rany jaki infantylny komentarz! :) Gratuluje setnego posta. Pisz, pisz, bo masz dużo mądrego do powiedzenia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Ja też jestem pewna, że będę wracać do Kochanka ;) Rzeczywiście, siedziałam przed ekranem jak zahipnotyzowana.

      Usuń
  2. Filmu nie oglądałam, dlatego mogę odnieść tylko do postscriptum. Wiesz czy 100 postów to mało czy dużo to nieistotne, ważna jest jakość. Pewnie mogłabyś napisać dwa razy tyle notek z których połowy nie byłabyś zadowolona w pełni. Także gratuluje i cenię za jakość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ;) Osobiście, jakościowo mam sobie jeszcze wiele do zarzucenia ;)

      Usuń
  3. Przed wejściem podeszłam sceptycznie do tytułu filmu a tu taka niespodzianka, przypomniałaś mi właśnie, że dawno temu widziałam ten na AleKino. Wspaniała historia, wspaniale opowiedziana. Wydaje mi się nawet, że płakałam przy końcówce...

    a liczby gratuluje, ja swój 'pełny wynik' przegapiłam, więc czekam do kolejnego :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Ja też byłam bardzo bliska płaczu, a jeśli się wzruszam na końcówce filmu to znaczy że jest on naprawdę dobry ;)

      Usuń
  4. Bardzo fajny kotek:P A tak w ogóle to uważam, że nie ważna jest ilość, tylko zawartość tego co ktoś pisze-poza tym to, że masz takie statystyki mówi chyba samo za siebie:D

    OdpowiedzUsuń
  5. Filmu nie widziałam, choć tytuł kojarzę.
    Gratuluję stu postów :) Mając taki talent pisarski, na pewno czytelników będzie więcej. Tylko pozazdrościć :)

    OdpowiedzUsuń
  6. gratulacje 100 i kolejnej równie treściwej!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że zostawiasz po sobie ślad, bo to daje mi motywację do pisania. Fajnie jest mieć świadomość, że moje słowa nie trafiają w próżnię. Każdy komentarz czytam z uwagą, choć nie na każdy odpisuję. Nie widzę sensu w odpisywaniu dla samej zasady, kiedy nie mam nic do dodania. Mam nadzieję, że to rozumiesz.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...