04.02.2012

Seks w wielkim mieście (HBO, 1998-2004)



Kto by nie słyszał o „Seksie w wielkim mieście”. Ja też słyszałam, ale myślałam, że nie jest to serial dla mnie, że po prostu nie znajdę w nim nic dla siebie. Nie byłam i nie będę wyzwoloną, pewną siebie kobietą sukcesu, której życie kręci się tylko wokół mężczyzn, nie znajdę więc wspólnego języka z bohaterkami serialu. To pierwszy powód, dla którego go omijałam. Zresztą, kiedy serial ten był „na fali’ (a kręcono go w latach 1998-2004) ja byłam jeszcze dzieckiem i wcale nie pociągały mnie takie dorosłe seriale, nikt w moim otoczeniu też „Seksu…” nie oglądał, więc serial ten dla mnie po prostu nie istniał. Jednak, kiedy natrafiałam przez przypadek na jakiś odcinek w telewizji, zatrzymywałam się na chwilę i oglądałam, bo jednak coś nie pozwalało mi przełączyć…Teraz już wiem, że chodziło o zabawne, inteligentne dialogi, których po prostu ma się ochotę wysłuchać do końca. Oczywiście wielokrotnie słyszałam i czytałam o kultowej postaci jaką jest główna bohaterka serialu, Carrie Bradshaw, a im stawałam się starsza, tym więcej znajomych coś mi o nim wspominało z ogromnym przejęciem i uśmiechem na ustach. I postanowiłam w końcu sięgnąć po niego, bo uważam że klasykę seriali powinno się znać tak jak klasykę literatury, o której pisałam ostatnio. Oczywiście, jeśli ogląda się nałogowo seriale ;) Bardzo szybko się wciągnęłam i dzień bez przynajmniej jednego odcinka „Seksu…” uznałam za stracony.

Jest to doskonały serial na odstresowanie się po ciężkim dniu. Łatwo przy nim zapomnieć o własnych problemach, oderwać się od rzeczywistości. Choć można tez znaleźć wiele ciekawych porad wartych zastosowania we własnym życiu. Wbrew temu co mi się wydawało, łatwo też  zaprzyjaźnić się z głównymi bohaterkami. W każdej z nich można odnaleźć po trochu z samej siebie, choć generalnie postaci są skonstruowane na zasadzie opozycji i tak, aby każda czymś się wyróżniała. Samantha (Kim Catrall) jest wielką przeciwniczką zakładania rodziny, to typowa hedonistka, która każdej nocy sypia z innym mężczyzną. Karierowiczka, pani od PR-u. Ma obsesję na punkcie zachowania młodości (a jest najstarsza spośród swoich przyjaciółek). Miranda (Cynthia Nixon) to dla mnie trudny orzech do zgryzienia. Obok Carrie moja ulubiona bohaterka. W ciągu sześciu sezonów przechodzi gigantyczną przemianę. Jest ambitną prawniczką, wręcz pracoholiczką, twardo stąpającą po ziemi. Charlotte (Kristin Davis) z kolei marzy o małżeństwie, jest ono celem jej życia. Jest dziewczyną z dobrego domu, niezwykle elegancką, dobrze wychowaną katoliczką, znacznie bardziej powściągliwą od swoich koleżanek. Podczas rozmów o seksie na ogół się czerwieni, co nie oznacza jednak, że nie lubi flirtować. No i Carrie (Sarah Jessica Parker), narratorka serialu. Ma zdecydowanie najciekawsze przemyślenia, jest felietonistką dużej nowojorskiej gazety, gdzie prowadzi rubrykę o związkach. Jest trzpiotką, ma fioła na punkcie zakupów (kocha zwłaszcza buty), uwielbia błyszczeć na salonach. Ale nie, nie – nie jest pusta. To chyba najnormalniejsza kobieta z „Seksu…”, najbardziej podobna do mnie i tysięcy śledzących jej losy kobiet. Mój nastoletni brat stwierdził kiedyś, przysłuchując się dialogom, że ten serial jest o niczym, po prostu bez przerwy gadają o głupotach. Początkowo tak jest, oglądamy głównie scenki z życia elity Nowego Jorku (ten serial to też wielki hołd dla tego miasta). Dopiero kiedy nasze bohaterki wejdą w stałe (przynajmniej z założenia) związki w serialu nastąpi pewna ciągłość. Generalnie większość odcinków sponsorowanych jest przez inny temat felietonu Carrie, a więc np. „kiedy jest ten właściwy moment, by razem zamieszkać” albo „czy zazdrość jest potrzebna w związku” itd.

„Seks w wielkim mieście” jest uwielbiany przez tysiące kobiet na całym świecie. Jest w nim wszystko to, co lubimy najbardziej – miłość, moda, ładne obrazki, przystojni mężczyźni, którzy kochają do szaleństwa, a przede wszystkim jest to odbicie nas samych – przyjaciółki z Manhattanu są typowymi kobietami, takimi jak my, dzielą nasze smutki, radości, pragnienia, kochają słodycze, plotki, seriale, ciuchy, błyskotki, mają swoje słabości, są perfekcyjnie nieidealne, szukają wielkiej miłości, nawet jeśli się do tego nie przyznają, i wierzą w prawdziwą przyjaźń…O takiej przyjaźni jak ta przedstawiona w „Seksie…” można pomarzyć, to prawdziwy ideał. W ostatnich sezonach serial staje się coraz „cieplejszy”, bo i bohaterki robią się coraz dojrzalsze, a jak wiadomo dojrzałość to o wiele więcej kłopotów, z których trzeba się nawzajem wyciągać. We wspieraniu i podnoszeniu na duchu Samantha, Charlotte, Miranda i Carrie są mistrzyniami.

Muszę jeszcze wspomnieć dwa słowa o stylu Carrie Bradshaw. Carrie, a dzięki niej sama Sarah Jessica Parker, stała się ikoną mody. Serial jest w pewnym sensie jedną wielką reklamą słynnych domów mody i projektantów i trochę właśnie z tego zasłynął. Największą ofiarą mody jest właśnie Carrie, która w pewnym momencie zostaje nawet dostrzeżona przez Biblię mody czyli „Vouge’a” i zaczyna dla niego pracować. Przyznam, że mnie ten wychwalany styl Carrie początkowo mocno rozczarował. Wydawała mi się ona być przebrana, a nie ubrana. Z czasem jednak zrozumiałam, że ikoną stylu stała została ona ochrzczona z uwagi na odwagę. Odwagę w łączeniu skrajnie nie pasujących do siebie rzeczy, za odwagę noszenia ultrakrótkich sukienek, bluzek odsłaniających pępek czy dziwnych torebek. I co najważniejsze robi to z ogromną nonszalancją. To mi się w niej podoba – wygląda jakby ubierała się od niechcenia, jakby nie przemyślała, co chce na siebie włożyć, a mimo to wygląda dobrze, interesująco, niebanalnie – gdyby się ją spotkało na ulicy nie można byłoby przejść obok niej obojętnie. Odkąd obejrzałam ten serial chodzi za mną myśl, by ubrać się w stylu Carrie i poczuć w sobie i na sobie tę wolność, której manifestacją są jej stroje. Może kiedyś się odważę. Oto kilka strojów Carrie (głównie z serii tych bardziej szykownych):





I najpiękniejszy strój, jaki Carrie miała na sobie przez sześć sezonów czyli 94 odcinki – suknia Versace, z ostatniego dwuczęściowego odcinka:

Niestety, nie znalazłam zdjęcia sukni w całej okazałości, więc odsyłam po prostu do serialu :)
Jak wiadomo, wszystko co dobre kiedyś się kończy. Emisja „Seksu…” zakończyła się w 2004 roku. Zapomniałam chyba dodać arcyważnej informacji, że „Seks…” jest produktem stacji HBO, która wypuszcza w zasadzie same hity, ale co ważniejsze są to produkcje wyprzedzające o krok albo nawet o dwa seriale innych stacji amerykańskich. HBO jest stacją kablową, płatną, a więc zupełnie niezależną od niczego i może pozwolić sobie na więcej. Więcej nagości, przekleństw, łamania tabu itd. HBO bezdyskusyjnie kręci najambitniejsze seriale. Ale to taka dygresja. Pożegnania, jak wiadomo, zawsze są ciężkie. Choć Carrie dokonała jedynego słusznego wyboru mężczyzny, z którym chce spędzić resztę swojego życia, fanki na całym świecie nie mogły się pogodzić ze stratą ulubionego serialu. A skoro był popyt, to stacja i Hollywood postanowiły go wykorzystać. W 2008 roku na ekrany kin wszedł pełnometrażowy, prawie 2 i półgodzinny dalszy ciąg serialu, z obsadą w niezmienionym składzie. Od razu należy zaznaczyć, że jest to film dla osób, które widziały serial, bo bez jego znajomości kinowa wersja wyda nam się polukrowaną wydmuszką tudzież jedną wielką reklamą. Film wiele traci w porównaniu z serialem. Brakuje zwłaszcza błyskotliwych dialogów, jest zbyt słodko i kolorowo. Ten film nie miałby racji bytu, gdyby nie nawiązywał do kultowego pierwowzoru. Dla jego fanów będzie to z pewnością gratka, zobaczy jak dalej potoczyły się losy bohaterek, natomiast dla wszystkich innych może to być 150 minut irytacji. Nie ma też chyba zbytnio sensu oglądanie tego filmu przed obejrzeniem serialu. Oczywiście, kinowa wersja odniosła komercyjny sukces, dlatego w 2010 powstał jej sequel. I w tym przypadku trzeba już absolutnie szczerze przyznać, że był to sequel zupełnie niepotrzebny i stanowiący jedynie skok na kasę ze strony jego twórców. To już tylko ładne obrazki (widokówka ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich), a niewiele akcji i humoru. Z drugiej strony, oceniając film tylko w kategoriach rozrywki, spełnia swoje zadanie, przynajmniej patrząc z punktu widzenia kobiety. Która z nas nie marzy o luksusie, pięknych sukienkach, wakacjach na końcu świata… Czasami chce się na to popatrzeć i ten film akurat do zaspokajania takich potrzeb może służyć. Następna część chyba na razie nie jest planowana i w sumie lepiej żeby nie powstała, bo chyba nie da się już powiedzieć przyjaciółkach z Manhattanu niczego nowego, co jednocześnie trzymałoby poziom znany z serialu. Jedno co jeszcze warto podkreślić to fakt, że panie i w ogóle cała obsada spotkały się na planie bez żadnych głosów sprzeciwu. Dla porównania, aktorki grające tytułowe „Gotowe na wszystko” podobno bardzo się nie lubią, a zmuszone są grać najlepsze przyjaciółki. Co prawda producenci tego serialu definitywnie zarzekają się, że nie mają w planach kontynuacji filmowej, to jednak gdyby taki film miał powstać, być może zabrakłoby w nim którejś z kluczowych postaci. Tymczasem panie z „Seksu…” chyba żyją ze sobą świetnie również poza planem i mam wrażenie, że tę chemię widać na ekranie, bo ich dialogi wydają się być całkowicie naturalne, a nie wystudiowane (ciekawe, czy zdarzało im się improwizować i wprowadzać do tekstu swoje własne pomysły?).

To, że nie może nie być kolejnego filmu, nie oznacza, że twórcy serialu przestaną odcinać kupony od swojego sukcesu. Jeszcze w tym roku mają ruszyć zdjęcia do serialu będącego prequelem perypetii Carrie w Nowym Jorku. Produkcja powstanie w oparciu o książkę Candance Bushnell (to na podstawie jej książki powstał także serial, co pewnie wiecie) „Pamiętniki Carrie”.  Z serialu dowiemy się, jak wyglądało życie Carrie, gdy po raz pierwszy pojawiła się w Nowym Jorku. Serial rozpocznie się w 1980 roku, czyli w momencie, gdy Carrie chodzi do ostatniej klasy liceum, po czym wyjeżdża na swą pierwszą podróż do Nowego Jorku. Za serial odpowiedzialni będą producenci „Plotkary”, nadawanej przez stację CW. Autorka książki także ma być zaangażowana w produkcję, a scenariusz napisze Amy Harris, która pisała także scenariusz do pierwowzoru HBO. W serialu nie pojawią się Sarah Jessica Parker ani jej filmowe koleżanki. Trwają natomiast spekulacje która młoda aktorka wcieli się w rolę Carrie. Początkowo mówiło się o Blake Lively, najbardziej znanej właśnie ze wspomnianej „Plotkary” i byłby to moim zdaniem bardzo dobry wybór. 

SJP i Blake Lively - pewne podobieństwo jest
Niestety, coraz częściej mówi się, że w młodszą Carrie miałaby się wcielić – o zgrozo! - Miley Cyrus czyli gwiazdka Disneya, znana bardziej jako Hannah Montana. Szczerze mówiąc, nie widziałam jej nigdy na ekranie, ale już sam jej wygląd mi do tej roli nie pasuje. Chyba każdy inny wybór będzie lepszy od wyboru Miley. Ale umówmy się też na jedno – to już nie będzie serial dla tej widowni, która oglądała oryginał. Sam fakt, że serial „robi” stacja CW wystarczy by wyobrazić sobie jak będzie on wyglądał. Kto zna „Plotkarę” czy „90210” wie o czym mówię. Schematy, intrygi, stereotypy i jeden wielki pokaz mody – tego można się spodziewać. Ale mam nadzieję, że się mylę.

Gdyby ktoś nie wiedział, jak wygląda panna Miley
I tak oto miałam napisać dosłownie kilka linijek, a wyszedł mi esej. Czy wniosek z niego jest taki, że „Seks w wielkim mieście” to jeden z moich ulubionych seriali? Trudno mi to jednoznacznie stwierdzić, bo obejrzałam go hurtem, nie zdążyłam się przyzwyczaić tak jak to się dzieje, gdy oglądamy serial co sezon, śledząc go na bieżąco. Na pewno jest to jeden z najlepszych seriali, jakie oglądałam, więc szczerze polecam.

5 komentarzy:

  1. Nie lubię niczego związanego z tym serialem, a niedawno powstałe filmy przyprawiają mnie o ból głowy! Uważam, że te przebrane, wymalowane kobiety, których problemy są błahe tak jak one same, są nieautentyczne. Po prostu.

    Zapraszam do siebie. www.pochylonanaddzielami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie nigdy nie ciągnęło do "Seksu w wielkim mieście", który ma dziś chyba miano kultowego. Tak samo było z "Przyjaciółmi". Może ja nie jestem stworzona do oglądana babskich seriali? :) Jeżeli już wracam do dawnych produkcji, to do takich z lat mojego dzieciństwa.

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałam podobnie jak Ty :) na początku nic mnie nie pociągało, a potem zobaczyłam cały! Płakałam, śmiałam się :) super. A na filmie zasnęłam... ;p

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam SATC! Chociaż nie zgodzę się, że są one takie jak my tj. Polki. Nasze bohaterki [Amerykanki] są wyluzowane, nie mają zwykle problemów finansowych ( jakby na to nie patrzeć wszystkie mają świetną pracę), mają gdzieś facetów i resztę społeczeństwa co sobie o nich pomyślą ( u nas byłyby już dawno starymi pannami). I co najważniejsze mają siebie i Nowy Jork. A może to właśnie to, że mieszkają w NY czyni je takimi jakie właśnie są. Chociaż z ich "problemami" można się czasami utożsamiać. Nie chce żeby to zabrzmiało jak krytyka, bo to 1 z moich ukochanych seriali. Uwielbiam wszystkie panie i ich perypetie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisząc, że w każdej z nich jest coś z nas miałam na myśli pewne cechy charakteru. Wiadomo, że Polki nie są tak wyzwolone i że taka przyjaźń nie istnieje, a bohaterki SATC mają błahe problemy. Ale jednak różne takie rozterki duchowe bliskie są chyba każdej kobiecie, umiłowanie do ciuchów, wątpliwości odnośnie facetów itd. Tyle, że tu jest wszystko podane w takim nowojorskim anturażu glamour i dlatego jest taką odskocznią od naszej codzienności ;)

      Usuń

Dziękuję, że zostawiasz po sobie ślad, bo to daje mi motywację do pisania. Fajnie jest mieć świadomość, że moje słowa nie trafiają w próżnię. Każdy komentarz czytam z uwagą, choć nie na każdy odpisuję. Nie widzę sensu w odpisywaniu dla samej zasady, kiedy nie mam nic do dodania. Mam nadzieję, że to rozumiesz.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...