21.02.2012

Kącik polskiego filmu: Big Love (reż. B. Białowąs, 2012)


Dziś zupełnie nieprzewidziany, niezaplanowany, spontaniczny wpis. A to dlatego że jeden dobry polski film raduje me serce bardziej niż dziesiątka amerykańskich, czy nawet europejskich.

Niektórzy czasami zarzucają mi w komentarzach, nie wprost, ale w domyśle, że odbieram filmy zbyt emocjonalnie. Trochę w tym racji, ale nie oceniam filmu wysoko tylko dlatego że opowiada o romantycznej miłości. Film to dla mnie całość składająca się zarówno z fabuły jak i z obrazu, muzyki i gry aktorskiej i zawsze przy ocenie biorę pod uwagę te wszystkie elementy. Czemu to piszę? Bo spodziewam się, że moja bardzo pochlebna opinia o filmie Big Love wkrótce spotka się z kontrastującymi do niej komentarzami. Cóż, nie zawsze zachowanie bohaterów musi być dla nas zrozumiałe albo logiczne, żeby film się podobał. Można na siłę szukać nieścisłości w fabule, ale mi one nie są nigdy w stanie przesłonić ogólnego dobrego wrażenia, które wynosi się z oglądania danego filmu. Ono po seansie automatycznie albo jest albo go nie ma. Po Big Love było. Drugi dzień po seansie a ja nadal nie mogę przestać o nim myśleć, nie mówiąc już o tym, że nie mogę wybić sobie z głowy tytułowej piosenki.

 Na ogół tego nie robię, ale streszczę krótko fabułę: 16-letnia Emilka poznaje starszego od niej o kilka ładnych lat Maćka. Maciek jest już po studiach, pracuje w laboratorium. Nie zakochują się w sobie. Raczej nawzajem się fascynują sobą. Emilce imponuje starszy chłopak, Maciek pożąda Emilki początkowo czysto fizycznie. Dni upływają im na seksie, niewinnych aktach wandalizmu, paleniu jointów i innych szaleństwach. Żyją pełnią życia. Emilka ma świetny głos i po maturze dostaje się na studia wokalne, które wszystko zmieniają. Z czasem dziewczyna zakłada zespół i zaczyna robić karierę. Związek z Maćkiem przeżywa wzloty i upadki. Pojawiają się kłótnie, zazdrość, w końcu zdrada. Toksyczny związek.


Już na początku filmu dowiadujemy się, że doszło do tragedii. Jak i dlaczego – to odkrywamy  minuta po minucie wraz z psychologiem sądowym, którego gra Robert Gonera. Dobrze, że postać ta została wprowadzona – jest ona łącznikiem między wydarzeniami współczesnymi a retrospekcjami. Takie rozwiązanie trzyma w napięciu i potęguje w widzu ciekawość. Psycholog prowadzi nas za rękę, abyśmy nie pogubili się w meandrach opowieści. Jak bardzo jest ona złożona dotarło do mnie dopiero po seansie, gdy zaczęłam czytać opinie innych widzów i sama analizować pewne sceny. Konfrontacja swoich wrażeń z innymi jest fantastyczna, bo ci inni mogą nam otworzyć oczy na coś na co zupełnie nie zwrócilibyśmy uwagi. Stąd tez czasami wydaje mi się że strasznie nieuważnie oglądam filmy. A teraz mogę stwierdzić, że każda scena w Big Love ma znaczenie, jest niezbędnym elementem zaserwowanej nam przez debiutującą reżyserkę, Barbarę Białowąs, układanki. By dowiedzieć się dlaczego związek Maćka i Emilki zakończył się tak, a nie inaczej i aby zrozumieć ich „miłość” trzeba wziąć pod uwagę każdy najdrobniejszy szczegół filmu. Pani reżyser miała wszystko doskonale przemyślane. Nawet kolor paznokci Emilki w danym momencie nam coś mówi.

Druga sprawa, zasługująca na uznanie – naturalistyczne pokazanie życia dwójki młodych ludzi. Czyli seks, przekleństwa, narkotyki – zero ograniczeń czy powściągliwości. Zgodzę się, że nie każdy tak żyje – ja osobiście też nie – ale myślę, że jednak tam wygląda świat całkiem sporej grupy młodych ludzi. No i cóż, gdyby nasi bohaterowie spotykali się co wieczór i grzecznie oglądali filmy na dvd raczej nie zaciekawiłoby to widza.  I przy okazji tu odpowiadam od razu na zarzut, który się z pewnością pojawi – że nielogiczne jest np. że matka Emi ot tak pozwoliła jej się wyprowadzić z domu i potem się nią nie interesowała – film rządzi się swoimi prawami i nie da się wszystkiego pokazać, ale na pewno jakieś próby dotarcia do Emi były, tylko widocznie nie było to zasadniczo ważne dla głównego wątku filmu, poza tym jej matka była trochę zapatrzoną w siebie osobą; że za dużo dziur w fabule – reżyserka stawia nas przed faktami dokonanymi nie tłumacząc jak do danej sytuacji doszło – to akurat jest moim zdaniem zabieg celowy.
Wracając do meritum, świetnie zostało pokazane rodzące się uczucie (bo jednak jakieś uczucie między Emilką a Maćkiem było, choć nigdy nie wyznali sobie miłości) – gdybym nie była zakochana to zaczęłabym o nim marzyć. Potem świetnie pokazane, jak trudno z czasem jest być ze sobą – i tu zaczęłam się „przestraszać” że i mnie to kiedyś dosięgnie.


Pewnie nie byłoby tego całego oddziaływania na widza, gdyby nie przekonywująca gra pary głównych aktorów czyli Oli Hamkało i Antka Pawlickiego. Jest między nimi chemia, ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że do siebie nie pasują. Ola po prostu jest Emilką w 100 %. Antek natomiast mnie zaskoczył, bo gdzieś tam w głowie miałam jego obraz jako słodkiego miłego chłopca, a tu wcale nie jest taki. A jaki jest? To właśnie trudno rozgryźć, a więc gratulacje i dla aktora i dla pani reżyser. Big Love na długo pozostaje w pamięci właśnie dlatego, że nie serwuje nam oczywistości. Zgodzę się, że psychologia postaci mogłaby zostać tu bardziej pogłębiona. Trudno zrozumieć co kieruje głównymi bohaterami, nie mówią oni o swoich uczuciach, za mało wiemy też o ich przeszłości. Ale można w tej wadzie filmu spróbować znaleźć jakiś pozytyw – daje nam ona możliwość gdybania, własnej interpretacji tego, co mogło zaważyć na ich zachowaniu względem siebie.


Z filmami jest trochę tak jak z wierszami omawianymi w szkole – wszyscy głowimy się „co autor miał na myśli” a może w rzeczywistości zielona tapeta w pokoju jakiegoś bohatera X wcale nie oznacza, że potrzebował wyciszenia tak samo jak nie oznacza nic motyl, którego zabił Maciek. Ale chyba tak już z nami jest, że chcemy upatrywać symboli i kluczy do rozwiązywania zagadek po prostu wszędzie. Ten film daje nam ku temu ogromne możliwości.
Jedno wypowiedziane zdanie czy słowo może nam zburzyć przyjętą do tej pory wersję wydarzeń, wzbudzić wątpliwości, przynieść nowe pytania. I choć teraz wydaje mi się, że najważniejszą odpowiedź już znam, to jednak kilka kwestii wciąż mnie nurtuje.


 Big Love jest filmem „ładnym” od strony technicznej. Waszą uwagę powinno zwrócić operowanie kolorem – na przemian barwami intensywnymi, żywymi i przygaszonymi. Nierozłącznym elementem filmu jest muzyka. Na szczególną uwagę zasługuje ta, którą tworzy Emi – coś jakby trip hop, rock, z dużą dawką psychodelik. Tytułowa piosenka jest najlepszą reklamą filmu. Oddaje dobitnie uczucia Emilki, a jej wymowę jesteśmy w stanie zrozumieć dopiero po obejrzeniu filmu. Dawno nie słyszałam w filmie piosenki, która byłaby z nim tak integralnie związana. Ada Szulc śpiewając ją bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, ale dopiero w wykonaniu Oli Hamkało ta piosenka zyskuje na wiarygodności. Ostatnie minuty filmu, kiedy widzimy jej bohaterkę wykonująca ten utwór, po prostu elektryzują.

Elektryzujący może być tez fakt, że film był inspirowany prawdziwą historią. A więc takie „big love” bez happy endów się zdarzają. Smutny to film, ale opakowany przystępnie: trochę teledyskowy montaż, sporo nagości, dobra muzyka, piękni aktorzy. Dlatego też sporo go w mediach. Pani reżyser pewnie się nie spodziewała, że jego premiera odbije się tak dużym echem – w moim mniemaniu film ten miał bardzo udaną kampanię marketingową. Czy to dobrze? Trochę odziera to go z tej niezależności, artystyczności i wyciąga z niszy, w jakiej normalnie byłoby jego miejsce. A tak, spokojnie można go obejrzeć w pierwszym lepszym multipleksie. No ale jeśli dzięki temu nie przemknie przez kina niezauważony to chyba dobrze. O.S.T.R. kiedyś pytał w swojej piosence, co zrobić by uratować hip hop i nie doczekał się odpowiedzi. Ja wiem, co zrobić by uratować polskie kino – kręcić więcej takich filmów :) Polskie kino będzie się mieć dobrze, jeśli przestaniemy produkować komedie romantyczne i durne remake’i. Jak pokazują takie filmy jak Sala samobójców, Wszystko, co kocham czy Big Love, nie to nam wychodzi najlepiej.

Cóż, polecam obejrzeć i wyrobić sobie własną opinię. Moja ocena to 8/10

12 komentarzy:

  1. A widzisz, ja z kolei uważam, że emocjonalne pisane to zaleta, bo wtedy czuję co film czy książka robi z odbiorcą.
    I choć przeczytałam już kilka recenzji "Big love", to dopiero po Twojej umówiłam się z koleżankami na wieczorny seans. :) I już się nie mogę doczekać. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło mi :) Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz. Po seansie koniecznie wpadnij podzielić się wrażeniami ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. ;) ja też jestem bardzo emocjonalna i zwykle moje pisanie jest pełne emocji... czy to o filmach czy o czymkolwiek innym...
    Jeśli chodzi o ten film... to jako, że jest polski nie zamierzam go oglądać... z Twoich słów wywnioskowałam, że nie różni się od innych polskich filmów niczym: seks, przekleństwa, nagość - z tym kojarzą mi się polskie filmy... a ani jedna z tych składowych mnie w filmach nie kręci... zupełnie! Dlatego mijam szerokim łukiem... czasem mi szkoda (tak jak w tym wypadku), bo zapowiada się super... ale jeśli jakaś jedna scena gwałtu lub innych takich ma mi zepsuć cały film... to ja dziękuję :)

    P.S. Malwino :) gdybyś przeczytała całość mojego bloga musiałabym zacząć Cię podziwiać ;p a tak? Nie mam problemu ;P dziękuję za miłe słowa :)

    Miłego dnia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, ale muszę to napisać - robisz bardzo duży błąd nie dając szansy polskim filmom. Seks i przekleństwa są równie mocno, a nawet bardziej obecne w zagranicznych produkcjach. U nas to jest na ogół seks "pod kołderką" albo w domyśle, a przekleństwo jedno na cały film. I tutaj akurat Big Love idzie o krok dalej, więc rzeczywiście patrząc z tego punktu widzenia film Ci się nie spodoba. Szczerze mówiąc nie rozumiem Twojego podejścia - seks i przekleństwa to część naszego życia, a film - przynajmniej jak dla mnie - powinien odnosić się do otaczającej nas rzeczywistości, pokazywać ludzkie życie bez zakłamania, zaciemniana, pomijania jakichś oczywistości. Big Love czy wspomniane już Wszystko co kocham to nie są jednak jakieś pornosy, a mam wrażenie że tak traktujesz tego typu filmy. Ok, nagość i wulgaryzmy w nadmiarze też mnie rażą, ale wydaje mi się że ich obecność w większość polskich filmów, i filmów w ogóle, nie jest tak ogromna, mieści się raczej w normie.
      Naprawdę, jest to dla mnie bardzo intrygujące co napisałaś ;) Ale cóż, każdy ma inną wrażliwość ;)

      Usuń
    2. Przypomniały mi się słowa Stefana Friedmana, który po obejrzeniu filmu "Pierwszy dzień wolności" (1964) Aleksandra Forda doszedł do ciekawego wniosku. Dlaczego w polskim filmie lat 60-tych, w którym żołnierze gwałcą i zabijają, nie ma ani jednego przekleństwa? Czyżby w latach 60-tych nie wynaleziono jeszcze wiadomego słowa na k? Mnie się wydaje, że realizm można również uzyskać bez nadużywania w filmach wulgaryzmów. Oczywiście dotyczy to nie tylko polskiego kina, bo w filmach zagranicznych używa się znacznie więcej przekleństw (np. w "Człowieku z blizną" słowo "fuck" pada ponad 200 razy). Polscy tłumacze filmów zagranicznych często cenzurują tekst, usuwając wulgaryzmy, zaś w polskim kinie nie ma takiej cenzury i dlatego można odnieść wrażenie, że w polskich filmach jest więcej przekleństw. Ale ja oczywiście rozumiem krytyczne podejście do kina polskiego, sam unikam polskich filmów, nie mam ochoty oglądać "Róży" ze względu na dużą ilość gwałtów. Chociaż z drugiej strony wysoko cenię twórczość Sama Peckinpaha, znanego z filmów pełnych przemocy.

      Usuń
  4. hmm.. coś jak "wszystko co kocham" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Troszeczkę tak, bo to też kino zwłaszcza dla widza młodego, ale tematycznie nie bardzo zbliżone. I klimat zdecydowanie cięższy. Ale film równie godny polecenia :)

      Usuń
  5. Wrażenia czy to po obejrzeniu filmu, czy po odsłuchu płyty- uwielbiam, gdy autor kieruje się emocjami. O wszelkich kwestiach technicznych przeczytam w branżowym piśmie czy też w materiałach prasowych dystrybutora. Głębsze spojrzenie na bohaterów, na atmosferę filmu, przekazanie swych odczuć, subiektywnych wrażeń (przecież i tak każdy z nas ma prawo do osobistego odbioru, kwestia życiowych doświadczeń, odnosimy do rzeczywistości fikcję)- to właśnie te czynniki są w stanie zachęcić mnie skutecznie do udania się na konkretny seans. Zatem- emocje są jak najbardziej ok! Część Twojego wpisu pominęłam, wybieram się do kina i skonfrontuję już po obejrzeniu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatem gratuluję dobrego wyboru i życzę udanego seansu ;) A z tymi emocjami to jest tak, że mimo że staram się pisać troszeczkę jakbym się na tym znała, to prawda jest taka, że się nie znam, krytykiem filmowym niestety nie jestem i cóż, emocje w recenzji przeważają, bo o nich mogę pisać z łatwością ;)

      Usuń
  6. Mnie cholernie nurtuje Dlaczego on ją zabił, skoto tak mocno kochał? :( Przecież jego życie kręciło się tylko wokół tej chorej miłości.. może to ona się zabiła, a on wziął winę na siebie..? I ten motyl.. najpierw on zabija motyla, a później kupuje jej pierścionek z motylem...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  8. Absolutnie pokochałam ten film! Jest fantastyczny (i niech krytycy mówią co chcą)!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że zostawiasz po sobie ślad, bo to daje mi motywację do pisania. Fajnie jest mieć świadomość, że moje słowa nie trafiają w próżnię. Każdy komentarz czytam z uwagą, choć nie na każdy odpisuję. Nie widzę sensu w odpisywaniu dla samej zasady, kiedy nie mam nic do dodania. Mam nadzieję, że to rozumiesz.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...