04.02.2015

Whiplash (reż. D. Chazelle, 2014)


Muzyka to jeden z bardziej lubianych tematów przez filmowców. Motyw z robieniem kariery w świecie muzyki jest wdzięczny, podobnie jak biografie muzyków czy po prostu filmy musicalowe. Muzyka jest często cichą bohaterką nawet filmów skupionych na innym temacie jak np. w poruszającym W kręgu miłości. Muzyka jest po prostu znakomitym wabikiem na widza, bo jako ludzie prawdopodobnie nie wyobrażamy sobie życia bez słuchania muzyki. Niektórzy jednak nie wyobrażają sobie życia bez jej wykonywania. O tym ile można poświęcić w imię muzycznej kariery, opowiada Whiplash.

Fabuła Whiplash jest banalna. Młody perkusista, Andrew, uczęszcza do konserwatorium muzycznego na Manhattanie. Ambitny chłopak marzy o wielkiej karierze. Kiedy zostaje wybrany do szkolnej orkiestry jazzowej prowadzonej przez nauczyciela, z którego zdaniem bardzo się liczy, nie waha się ani chwili. Wydaje mu się, że to już wielki sukces. Tymczasem Terence Fletcher to nauczyciel wymagający i okrutny, który nie pozwoli Andrew zbyt łatwo osiąść na laurach. Andrew postanawia więc za wszelką cenę dążyć do oczekiwanej przez Fletchera perfekcji, a my na ekranie oglądamy jego mordercze zmagania z nauczycielem, rytmem i samym sobą. Film składa się głównie ze scen prób, czyli scen wypełnionych muzyką. Można więc powiedzieć, że muzyka jest tu główną bohaterką, to ona napędza ten film, jest jego treścią. Tu nic innego nie ma znaczenia – liczy się tylko to, czy Andrew nauczy się grać idealnie. Nic podobnego nigdy w kinie nie widziałam i za to ogromny podziw dla reżysera. Damian Chazelle miał odwagę uczynić muzykę bohaterką swojego filmu, a przecież nie mógł przewidzieć, że te długie sceny wypełnione grą na perkusji faktycznie zahipnotyzują widza, tak jak ma to miejsce. Ale żeby nie było tak kolorowo – trzeba mieć w sobie dużą tolerancję na dźwięki, żeby się szybko przedstawioną w filmie muzyką nie znudzić (a zwłaszcza jej ilością). Mi, przyznaję, momentami tej tolerancji już brakowało.


Oczywiście, muzyka muzyką, ale głównym tematem filmu jest ambicja Andrew, który jest w stanie poświęcić wszystko, by osiągnąć to, co zamierzył. Nie mówię tu już nawet o próbach, które można zamknąć w jednym zdaniu „krew, pot i łzy”, ale i o tym, że jest on w stanie zrezygnować ze związku z dziewczyną, bo wie, że i tak będzie ją zaniedbywał na rzecz muzyki. Andrew to w ogóle postać bardzo intrygująca: chłopak butny, przekonany o swojej wielkości, niedowartościowany, ale i trochę nawet gardzący tymi, którzy tak ambitni jak on nie są (wspomniana dziewczyna). Miles Teller znany do tej pory głównie z filmów dla nastolatków przekonuje w tym filmie, że jest naprawdę dojrzałym aktorem, którego można już  powodzeniem obsadzać w bardziej poważnych filmach. Zresztą chłopak ma w sobie pewien autentyzm, który być może zawdzięcza swojemu wyglądowi – to chłopak o przeciętnej urodzie, a jego twarz na skutek wypadku samochodowego pokryta jest bliznami. Warto dodać, że aktor nie musiał udawać że gra na perkusji, nie potrzebował profesjonalnego dublera – Teller potrafi grać i w filmie grał samodzielnie. Jakkolwiek dobry jednak by nie był występ Tellera, musi on pozostać w cieniu J.K. Simmonsa. Ten niemłody już aktor, powszechnie raczej nieznany, choć pewnie przez niektórych kojarzony z ról drugoplanowych, tym filmem prawdopodobnie zapewni sobie pracę do końca życia i wskoczy do aktorskiej czołówki. Posypią się role i to wcale nie drugoplanowe. Jego szeroko komentowana i chętnie nagradzana rola w Whiplash jest bowiem rzeczywiście tak dobra jak wszyscy piszą. Jego Terrence Fletcher to człowiek, jakiego nikt z nas nie chciałby poznać, a co tu mówić o byciu jego uczniem. On sam sprawia, że oglądamy na ekranie prawdziwy thriller. Bo jego bohater po prostu budzi strach – jest nieobliczalny i nieprzewidywalny. A jednocześnie Simmons gra tak, że nie wiadomo do końca, czy Fletcher faktycznie jest tak surowy i tak bardzo pogardza swoimi uczniami, czy to tylko poza, która ma mu pomóc w wywarciu na nich wpływu. Przy tym Simmons potrafi do gry wykorzystać przede wszystkim swoją mimikę, która ma niesamowite możliwości i wielkie oddziaływanie. Oglądanie takiej gry faktycznie nie zdarza się często, więc swojego Oscara Simmons może już być pewny. Zwłaszcza, że nie jestem pewna, czy gdyby Tellera i Simmonsa zastąpić mniej utalentowanymi aktorami, Whiplash robiłby tak pozytywne wrażenie.

Świeżość i oryginalność Whiplash polega na tym, że sceny lekcji gry na perkusji i samych koncertów wywołują emocje i napięcie charakterystyczne dla thrillerów. To coś nowego w kinie i w sposobie przedstawiania w nim muzyki. Jednak w sensie tematu nic odkrywczego w debiucie Chazelle nie ma. Ot, kolejny film o przekraczaniu granic własnych możliwości, o obsesji na punkcie swojej pasji, o ambicji…Whiplash ogląda się trochę jak dokument, a skoncentrowanie ściśle na jednym tylko temacie, niemal całkowity brak wątków pobocznych sprawia, że nie będę chciała do niego wracać. Niemniej jednak, ten film to dwie wielkie role i dużo muzyki, a zatem dużo emocji podczas seansu. W pewnym momencie można jednak odczuć przesyt tego wszystkiego – ale to już rzecz względna.


Moja ocena: 7/10

2 komentarze:

  1. Oglądałam, film bardzo mi się podobał, muzyka skradła moje serce. Pod wrażeniem jestem przede wszystkim roli drugoplanowej:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam problem z tym filmem, bo mnie nie przekonuję teoria, że jazz się robi, a nie gra.
    Takie to wszystko jednostronne, a wiele sobie obiecywałam po zwiastunie.
    Jednak krew, pot i łzy nie wystarczą, żeby zrobić dobry film ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że zostawiasz po sobie ślad, bo to daje mi motywację do pisania. Fajnie jest mieć świadomość, że moje słowa nie trafiają w próżnię. Każdy komentarz czytam z uwagą, choć nie na każdy odpisuję. Nie widzę sensu w odpisywaniu dla samej zasady, kiedy nie mam nic do dodania. Mam nadzieję, że to rozumiesz.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...