05.04.2014

Z notatnika kinomanki, cz. XXVI

Zacznijmy od nowości:



Dawno nie oglądałam filmu tak bezpretensjonalnego. Od dawna też nie mogłam nic dobrego powiedzieć o filmach braci Coen. Oprócz To nie jest kraj dla starych ludzi, niestety wszystkie ich dzieła, które widziałam, spotykają się z moim mniejszym lub większym rozczarowaniem. A tu proszę! Co jest grane, Davis? ogromnie mnie urzekł. To taki nie-Coenowy chyba film: ciepły, pozbawiony absurdów, utrzymany w dobrym tempie, a co za tym idzie nie za długi. Dla mnie – film pozbawiony wad. Akcja filmu do niczego nie zmierza, mogłoby się wydawać, że w warstwie fabularnej jest on bezcelowy i nie zmierzający do niczego, a jednak ma bogatszą treść niż to na pierwszy rzut oka widać. Przede wszystkim to film o życiu w zgodzie z samym sobą i spełnianiu swoich marzeń, które okupione jest wieloma niedogodnościami i rozczarowaniami. Charyzmatyczny główny bohater znakomicie zagrany przez Oscara Isaaca jest jak kot chodzący swoimi drogami, kot, który nie bez przyczyn w tym filmie się pojawia i nie bez przyczyny ma na imię Ulisses. Muzykujący Llewlyn Davis to uosobienie samotności i melancholii, a jednocześnie bezkompromisowości. Pozornie nie sposób go lubić, jest pasożytem nie dbającym o innych, a mimo to budzi sympatię, głównie za sprawą swojej konsekwencji w dążeniu do celu. Dopełnieniem obrazu w filmie jest świetna muzyka, a treść piosenek to uzupełnienie dla dialogów. Trudno zaprzeczyć, że Co jest grane jest filmem muzycznym, ale dalece uniwersalnym, jeśli chodzi o treść i przekaz. Refleksyjnym, ciekawym i dobrze zagranym (kolejny dobry występ zalicza Carey Mulligan, a wyrazisty epizod John Goodman).



W filmie Jarmuscha wampiry odzyskują swój honor, który zhańbiony został przez Zmierzch i wszystkie jego kopie. U Jarmuscha wampiry to ponownie koneserzy sztuki, literatury, osoby o wyrafinowanym guście i szerokich horyzontach. Spojrzeć na wampiryzm znów od tej strony to duża przyjemność. Zwłaszcza, jeśli wrażeń dostarcza i forma opowiadania, i gra aktorska. Odczucia, jakimi można opisać film mogłabym zamknąć w kilku słowach: magiczny, hipnotyzujący, zmysłowy, oniryczny. Przy tym wszystkim jest on oczywiście niespieszny, nakręcony jakby właśnie do celebrowania, upajania się obrazem i dźwiękiem jak filmowe wampiry krwią. Można się dzięki temu zachwycać nastrojową muzyką, drobiazgową, wysmakowaną scenografią, bajecznymi zdjęciami, zjawiskową Tildą Swinton, intrygującym Tomem Hiddelstonem, czarującą Mią Wasikowską, chłonąć ten niesamowity klimat, który udało się osiągnąć na ekranie. To film bardzo poetycki – piękny w formie i refleksyjny w przekazie. Wampiry są tutaj uosobieniem tragizmu, a jednocześnie prawdziwej miłości. Zmęczony życiem Adam, który nie chce już żyć widząc, że świat zmierza ku samozagładzie, to najlepsze co przydarzyło się wampirzemu rodowi od czasów Wywiadu z wampirem. Brawa też za to, jak spójnie udało się być Jarmuschowi jednocześnie melancholijnym, ironicznym i zabawnym. Stworzył dzieło niebanalne, wyjątkowe, uwodzicielskie. Trudno opisać słowami, trzeba zobaczyć.


W ramach nadrabianie tego, co widzieć powinnam już dawno temu:

Galerianki  7/10

Galerianki to dziś jeden z najbardziej kontrowersyjnych polskich filmów. Na pewno jednak jest to film w pewnym sensie przełomowy dla polskiego kina. Katarzyna Rosłaniec podjęła bowiem w 2009 roku przykurzony wówczas nieco temat współczesnej młodzieży, który okazał się na tyle nośny, że został w kinie na dłużej, czego pokłosiem takie filmy jak Sala samobójców czy ostatnio Obietnica. A po drodze były jeszcze m.in. Świnki Roberta Glińskiego, czyli  Galerianki w wydaniu męskim. Nie sposób Galeriankom odmówić siły rażenia. Tematyka nastoletniej prostytucji budzi emocje, skłania do refleksji i nie pozostawia obojętnym. Rosłaniec w swoim debiucie nie owija niczego w bawełnę. Surowy naturalizm Galerianek przejawia się w języku, scenografii czy kostiumach, porażając widza brzydotą, której w naszym życiu widzieć nie chcemy. Zarówno bohaterowie, skonstruowani bardzo stereotypowo, jak i samo zjawisko przedstawione w filmie plasują się gdzieś na marginesie życia społecznego. Dlatego trudno momentami uwierzyć w to, co oglądamy. Czy młodzież naprawdę mówi w tak pretensjonalny sposób? Czy jest tak naiwna? Czy naprawdę tylko w patologicznych rodzinach istnieją podobne problemy? Twórczyni filmu postarała się o jak najbardziej wiarygodne podejście do tematu, w rolach głównych obsadzając nastoletnich naturszczyków, którzy sprawiają, że momentami Galerianki ogląda się trochę jak film dokumentalny. Choć może trafniejsze byłoby porównanie do jednego z licznych programów typu reality produkowanych przez MTV. Odnosząc się choćby do nich, trzeba przyznać, że takie dziewczyny jak Milena z Galerianek, dla których liczy się tylko „życie na poziomie”, choćby za cenę własnej godności, naprawdę istnieją. Nieznośna jest manieryczność Mileny, z drugiej strony przerażają jej zdolności do manipulacji. Sam problem prostytucji nastolatek wydaje się być trochę niedopowiedziany, a ważniejsze dla reżyserki wydaje się pokazanie do czego prowadzi dążenie do akceptacji za wszelką cenę. To właśnie wątek Alicji, „nowej” w klasie, nieśmiałej, wyobcowanej dziewczyny, która chcąc zyskać sympatię koleżanek, stara się upodobnić do nich, wysuwa się na pierwszy plan i jest sednem filmu. Toksyczna więź, jaka rodzi się między Alicją i Mileną to nic innego jak motyw zaczerpnięty z Panny Nikt Wajdy. Nie mniej, motyw to zawsze aktualny, szkoda tylko, że u Rosłaniec potraktowany bardzo przewidywalnie. Scenariusz, bardzo prosty, mało zaskakujący, schematyczny, to największa bolączka jej filmu. Lepiej wypadają same dialogi, choć część z nich razi sztucznością. To, co być może udało się najbardziej, to oprawa muzyczna, za którą odpowiedzialny jest sam OSTR. Hip hop doskonale komponuje się z przygnębiającym obrazem, a jako, że muzykę OSTR -a nazwałabym ambitnym rapem, nie brzmi to tandetnie czy kiczowato.

Galerianki, choć tendencyjne, są filmem ważnym i wartym uwagi. Nie dla przyjemności, ale dla konfrontacji z trochę innym światem, który gdzieś obok nas istnieje.

Rejs  8/10

Rejs to film o którym każdy chociażby słyszał. A jeśli nie słyszał o Rejsie, to na pewno i tak słyszał teksty z Rejsu. Ja słyszałam wielokrotnie, nie mając tej świadomości, że to cytat z tego filmu. Oglądając go miałam więc dużą frajdę. Mając świadomość jak fascynująca jest historia powstania tego filmu (kręcenie na statku odciętym od lądu, aktorzy w większości wprost z ulicy, improwizujący w niemal każdej scenie itd.), jeszcze bardziej jestem nim zachwycona. To jest jednak film, który albo się kocha albo nienawidzi. Ja może go nie pokochałam, ale od pierwszego obejrzenia (a miało ono miejsce dopiero niedawno) polubiłam. Specyficzny humor, który jest znakiem rozpoznawczym Rejsu, do mnie przemawia. „Film” napisał w 1970 roku, że jest to film dla inteligencji – jakkolwiek to zabrzmi, zgadzam się. To nie jest durna komedyjka oparta na prostych, dosłownych gagach. Ten komizm, który mamy w Rejsie może być powodem zakłopotania części widzów. Bo co myśleć o filmie, w którym właściwie nic się nie dzieje, a żartów – słownych czy sytuacyjnych jest jak na lekarstwo. Z czego tu się śmiać? Odpowiadam: właśnie z tego. Jak mieli powiedzieć urzędnicy mający dopuścić film do wyświetlania w kinach – Rejs to zwykłe rozmowy zwykłych ludzi na wycieczce. A ludzie to prości, choć pozujący na intelektualistów, jak inżynier Mamoń, którego monolog o polskich filmach przeszedł już do historii, a nawet do języka potocznego. Autoironiczny w stosunku do samego Rejsu, tekst ten jest aktualny po dziś dzień w odniesieniu do polskiego kina, choć pytanie czy to źle to już kwestia sporna. Rejs dziś wydaje mi się zresztą nawet bardziej aktualny niż mógł być w latach 70., gdyż wiele tekstów ma odbicie w dzisiejszej rzeczywistości. Natomiast wracając do humoru, ten wyśmiewa jednocześnie absurdy PRL-u – absurd całego rejsu to absurd tego, co działo się wówczas w kraju, a zatem inaczej mówiąc: ów statek płynący sobie po Wiśle to taka Polska w skali mikro. I tak też film był odczytywany przez cenzorów (a może nie podobało się też umieszczenie homoseksualisty w fabule?). Reżyser, Marek Piwowski dokonał jednak autocenzury i z trzygodzinnego filmu powstał film trwający nieco ponad godzinę. Rok przeleżał na półce, a za wstawiennictwem m.in. Wajdy trafił w końcu do kin. Dziś uważany jest za kultowy, ponadczasowy, jeden z najlepszych polskich filmów wszechczasów. Jeśli nie widzieliście, namawiam, żebyście sami zweryfikowali, czy rzeczywiście tak jest.

Ich noce 8/10















Czarujące kino dawnych lat. Prosta, przewidywalna w gruncie rzeczy historyjka ma bardzo duży urok i wdzięk. Ich noce uwodzą aktorstwem – trudno się oprzeć szarmanckiemu Gable’owi i uroczej Claudette Colbert, grającym postaci z cyklu „kto się czubi, ten się lubi”, błyskotliwymi dialogami i po prostu prostotą, która bynajmniej nie jest jednoznaczna z nudą. Ta jedna z pierwszych komedii romantycznych najlepiej oddaje magię starego kina, kiedy scenariusz i aktorstwo były w filmach najważniejsze. Nie było miejsca na bezbarwne postaci czy nie śmieszne, za to żenujące gagi. Dość powiedzieć, że dziś już ze świecą szukać podobnie subtelnego filmu w tym gatunku. Nietrudno też zauważyć, że przez 80 lat kino romantyczne wciąż wykorzystuje schematy znane choćby właśnie z Ich nocy. A do tego trzeba dodać, że Ich noce to dawka pozytywnej energii, optymizmu, pokrzepienie dla ducha i coś więcej niż tylko historyjka miłosna. 

7 komentarzy:

  1. Właśnie wczoraj oglądałam "Tylko kochankowie przeżyją". Świetnie zagrany, bardzo klimatyczny, hipnotyzujący. Takie kino lubię!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oglądałam tylko "Galerianki", a dwa pierwsze filmy intrygują mnie, więc pewnie kiedyś obejrzę. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bezpretensjonalny, świetne słowo :) Dla mnie 7,5, chociaż moim zdaniem jest właśnie baardzo coenowy (u siebie opisałam go wręcz jako połączenie "Bracie, gdzie jesteś" i "Poważnego człowieka" w folkowych rytmach). A widziałaś "Poważnego człowieka"? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie widziałam. Być może jest szansa, że mi się spodoba, tak z opisu ;)

      Usuń
  4. "Ich noce" uwielbiam! Jeden z moich ulubionych filmów z Clarkiem Gablem. Dialogi są świetnie :) No i przymierzam się do "Tylko kochankowie przeżyją" - zapowiada się naprawdę dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Ich noce" to oczywiście klasyk, który powinien obejrzeć każdy szanujący się kinomaniak;) "Co jest grane, Davis?" powtórzę za Pocahontas - jest bardzo coenowski:) Widziałam wszystkie filmy braci, aczkolwiek najbardziej lubię "Człowiek, którego nie było" (chyba ich najpoważniejsze dzieło) i debiutanckie "Śmiertelnie proste". Nie do końca zgodziłabym się z oceną Mulligan - w moim odczuciu wypadła najsłabiej spośród całej obsady. "Tylko kochankowie przeżyją" pokazuje, że Jarmusch jest jak zawsze w świetnej formie. Wyborne dzieło. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. No i chyba na tych kochanków właśnie się skuszę - ta dziewiątka jak najbardziej do mnie przemawia :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że zostawiasz po sobie ślad, bo to daje mi motywację do pisania. Fajnie jest mieć świadomość, że moje słowa nie trafiają w próżnię. Każdy komentarz czytam z uwagą, choć nie na każdy odpisuję. Nie widzę sensu w odpisywaniu dla samej zasady, kiedy nie mam nic do dodania. Mam nadzieję, że to rozumiesz.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...