Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologiczny. Pokaż wszystkie posty

10.06.2014

The Fall (2013 - , BBC)


Tak sobie myślę, że zrobić dziś dobry serial kryminalny, wyróżniający się na tle innych, jest piekielnie trudno. Tych seriali namnożyło się w ostatnich latach bardzo dużo i w gruncie rzeczy można powiedzieć, że wszystko już było. Nie przez przypadek coś określa się, że na przykład „jest w klimacie The Killing”. Trzeba jednak przyznać, że dobry kryminał to najczęściej kryminał skandynawski albo brytyjski. Ewentualnie amerykański ich remake.

Wydawać by się mogło, że wyprodukowany przez BBC Northern Ireland zaledwie 5-odcinkowy serial The Fall to nic nowego. Policjantka ściga seryjnego mordercę kobiet. Ale po pierwsze – obydwie postaci są bardzo interesujące, a po drugie – historia podana jest nam w ciekawej formie. Otóż od początku wiemy, kto jest mordercą i obserwujemy jego codzienne życie. Podwójne życie. Bo jak się okazuje, Paul to na co dzień mąż i ojciec, a z zawodu terapeuta. Pozornie przeciętny człowiek, a jednak psychopata, który czuje w sobie żądzę zabijania. Dokładnie prześwietla swoje ofiary, dokładnie planuje zbrodnię i perfekcyjnie wykonuje to, co sobie zamierzy. Scenarzyści The Fall dają nam sygnał być może bardziej wyraźniejszy niż to miało miejsce w innych serialach – morderca może żyć tuż obok ciebie. Nigdy nie możesz być pewien, że jesteś bezpieczny.


Stella Gibson, wysoko postawiona inspektor z Londynu, przybywa do Belfastu, by pomóc w schwytaniu mordercy córki znanego polityka. Szybko jednak odkrywa, że to tylko jedno z morderstw seryjnego zabójcy. Gibson to fascynująca kobieta, wobec której mężczyźni nie mogą przejść obojętnie. Jest piekielnie seksowna (choć przecież grająca ją Gillian Anderson nie jest wielką pięknością), zwłaszcza, gdy przez przypadek nie dopina górnego guzika koszuli. Nie ma męża, ani dzieci, woli „słodkie miłostki”, jak sama mówi, czyli romanse na jedną noc. To kobieta niestereotypowa, raczej taki męski odpowiednik wszystkich Lutherów, Wallanderów i innych detektywów popkultury. Chłodna, zdystansowana, opanowana profesjonalistka, ale nie pozbawiona uczuć. Stella na pewno ma swoje traumy, na pewno jej przeszłość kryje jakieś tajemnice i mam szczerą nadzieję, że poznamy je w drugim sezonie. Gibson zdecydowanie ma też to coś, ten instynkt, który mają tylko najlepsi (telewizyjni) policjanci. Zdecydowanie można mówić o wydźwięku feministycznym serialu, bo i sama konstrukcja postaci Stelli za tym przemawia i fakt, że bez niej policja po prostu nie poradziłaby sobie ze zbliżeniem się chociażby do rozszyfrowania tożsamości zabójcy. Ogromnym atutem, jest to, że inspektor Gibson towarzyszymy w wielu intymnych czynnościach, kiedy na ekranie jest tylko Gillian Anderson i cisza. Wytwarza to bliskość między widzem a jej postacią, daje wrażenie, że ją coraz lepiej znamy. Anderson jest w swojej roli znakomita, niesamowicie wiarygodna, tworzy magnetyczną wręcz postać. Ale nie ustępuje jej talentem Jamie Dornan grający Paula. Zastanawiałam się, skąd znam jego nazwisko i okazało się, że to on wcieli się w postać Christiana Greya w ekranizacji bestsellerowej powieści E. L. James. Po tym co pokazał w roli Paula jestem przekonana, że doskonale sprawdzi się w roli perwersyjnego milionera. Kto wie, może ten film nie będzie taki zły? 



The Fall wyróżnia naprawdę znakomity montaż, pokazujący zarówno dwoistość ludzkiej natury, jak i różnorodność zaspokajania swoich popędów. Jedni robią to przez seks, inni przez zabijanie. Twórcy decydują się też na pokazanie życia mordercy – widzimy jak pomaga swoim podopiecznym, opiekuje się dziećmi, a jednocześnie obsesyjnie planuje kolejne morderstwa i przegląda zeszyty z perwersyjnymi rysunkami i zdjęciami. Fakt, że znamy jego tożsamość zupełnie nie odbiera przyjemności z oglądania serialu. Oglądamy dwa równoległe wątki – poczynania sprawcy i śledztwo policji – i każdy z nich jest świetnie poprowadzony. Sceny skupione na Paulu budzą niepokój, sceny skupione na pracy policji są po prostu ciekawe. Jedynym drobiazgiem, który nie pasuje mi do całości serialu jest wątek korupcji w policji, bo mam wrażenie, że autorzy dodali go w obawie, że na samym śledztwie w sprawie Paula fabuły nie da się pociągnąć. A tak bynajmniej nie jest.

Mała rola Archie Panjabi zrobiła mi duży apetyt na Żonę idealną
The Fall to pierwszy serial jaki oglądam z lokacją w Belfaście. Słychać to i widać, choć miasto jest jedynie tłem akcji, a nie staje się też jej bohaterem, co tylko nadmiernie rozbudowałoby go o kolejne wątki. A właśnie to sobie cenię w The Fall, że jest skupiony na niemal jednym tylko wątku i nie „rozmienia” fabuły niepotrzebnie na drobne. Poza tym pięć odcinków to w sam raz, by serial ten obejrzeć w ciągu jednego dnia. Muszę przyznać, że dawno nie czekałam tak bardzo na kolejną serię jakiegoś serialu (no dobra, może na niedawną, siódmą, Mad Men). Może więc dobrze się stało, że obejrzałam go niemal rok po premierze, bo czas oczekiwania się skrócił (nowa seria będzie prawdopodobnie jesienią). Jeśli Wy jeszcze macie w tej kwestii zaległości, namawiam do nadrobienia. The Fall to czarny kryminał, który wnosi do gatunku powiew świeżości.


Moja ocena: 9/10 

5.06.2014

Z notatnika kinomanki, cz. XXV

Ostatnio mam fazę na stare filmy. Stare w moim pojęciu, czyli z przestrzeni lat 30 – 80. Nie chodzi tylko o odkrywanie klasyki, której znajomość jest niezbędna do odczytywania dzisiejszego kina, ale i o to, że w starych filmach, zwłaszcza tych jeszcze czarno-białych, kryje się jakiś trudny do zdefiniowania czar. Choć nie zawsze filmy z lat 30 czy 40 mnie zachwycają scenariuszem, lubię na nie po prostu patrzeć. O kilku ostatnio obejrzanych chciałabym Wam napisać.

Na początek po polsku:


Nie da się ukryć, nikt zresztą temu nie zaprzecza, że pierwsza polska komedia romantyczna to film propagandowy. I to do bólu. Trudno więc go obiektywnie ocenić, bo jest to rzemieślnictwo a nie sztuka filmowa. Fabuła, czy może przede wszystkim zachowanie bohaterów, bardzo razi – praca dla wspólnego dobra jest najważniejsza, żyje się po to, żeby wyrabiać 200 % procent – nie wierzę w takie ideały. Ogląda się jednak całkiem sympatycznie, jest trochę momentów do pośmiania się, a największym atutem jest możliwość oglądania starej Warszawy w budowie.


To bardzo miłe zaskoczenie, nigdy bowiem o tym filmie nawet nie słyszałam. Oglądałam go z dużym zaciekawieniem, przede wszystkim dlatego, że był kręcony w bliskim mi Toruniu (na toruńskim Rynku Nowomiejskim możecie znaleźć pomnik upamiętniający powstanie filmu), który „gra” tutaj Ziemie Odzyskane. Brawurową rolę zagrał w Prawie i pięści Gustaw Holoubek. Jego Andrzej Kenig to taki ostatni sprawiedliwy (nie bez powodu nazywa się ten film polskim westernem). Dołącza on do grupy mężczyzn mających zabezpieczyć mienie znajdujące się na Ziemiach Odzyskanych. Szybko okazuje się, że mężczyźni chcą jak najwięcej zagrabić dla siebie, czemu Kenig się sprzeciwia. Pojawiają się też i kobiety – byłe więźniarki obozów koncentracyjnych (jak i sam Kenig). Film ten chyba jak żaden inny przeze mnie do tej pory obejrzany doskonale oddaje klimat powojennej Polski (nie żyłam w niej, ale tak mi się wydaje). Udało się przekazać, jak bardzo ludzie pragnęli wówczas spokoju i normalności, a jednocześnie jak bardzo byli ostrożni nawzajem w stosunku do siebie. Nie da się ukryć, że film ten mówi też o miłości, subtelnie i nie na pierwszym planie, ale wątek ten bardzo dobrze został poprowadzony. Dużym atutem jest klimat filmu, który udało się osiągnąć zarówno poprzez miejsce akcji – zupełnie opuszczone, wymarłe miasto, sprawiające wrażenie, jakby nie było na świecie nikogo oprócz głównych bohaterów, jak i przez sam rytm akcji – która jest bardzo niespieszna. Tym co przede wszystkim zostaje w głowie po seansie jest przepiękna piosenka z tekstem Agnieszki Osieckiej „Nim wstanie świt”, do muzyki Krzysztofa Komedy, a wykonywana przez Edmunda Fettinga, chętnie wykonywana dziś przez współczesnych artystów (m.in. Kasię Nosowską i Strachy Na Lachy). 



Film, który był na moim celowniku od dawna, ale jak to z klasykami bywa, odkładałam go zawsze na później. W końcu jednak stwierdziłam, że do niego dorosłam. I całe szczęście, nie zawiodłam się na Wajdzie, do którego stosunek mam ambiwalentny, choć większość jego filmów które obejrzałam oceniłam zaskakująco wysoko. Człowiek z marmuru, film który wylansował Krystynę Jandę i jest ważnym głosem na temat historii Polski, jawił mi się od zawsze jako film, który trzeba zobaczyć, trzeba znać. Teraz kiedy już go poznałam mogę śmiało polecić innym, bo to naprawdę znakomity, wciągający i mądry obraz. Ale nie żałuję, że go nie obejrzałam wcześniej – cieszę się z takich późnych odkryć. Człowiek z marmuru to historia dawnego bohatera, przodownika pracy, który popadł nagle w zapomnienie. Historia jego wyniesienia na wyżyny i upadku. Historia, która wytyka wady systemowi. Ale tematyka, choć interesująca, sama nie czyni tego filmu jeszcze tak dobrym. To sposób realizacji zasługuje na pochwałę. Wajda, a może raczej scenarzysta Aleksander Ścibor – Rylski, miał świetny pomysł na fabułę. Główną bohaterką jest młoda reżyserka, która w latach 70. robi film o Mateuszu Birkucie jednym z największych bohaterów Polski lat 50. To daje twórcom pretekst do licznych retrospekcji, czy to zapisanych na taśmie Kroniki Filmowej, czy to będących wynikiem wspomnień osób, które znały Birkuta. Co ciekawe, większość Kronik pojawiających się w filmie jest fikcyjnych, a wyglądają jak prawdziwe, co tylko wzbudza jeszcze większe moje uznanie. Świetna jest gra Jerzego Radziwiłowicza, ale film kradnie dla siebie młoda Janda, której postać była podobno wzorowana na Agnieszce Osieckiej. Bohaterka ma zresztą na imię Agnieszka. Jej strój – spodnie dzwony, dżinsowy płaszczyk, wysokie buty - stał się równie kultowy co okulary-muchy noszone przez Małgorzatę Braunek w innym filmie Wajdy. Ale Agnieszka to przede wszystkim osobowość – odpalającą papierosa od papierosa, kobieta ambitna, nieustępliwa, odważna, którą ciągle „nosi” i która swoją osobą zawłaszcza sobie całą przestrzeń, w której się znajduje. Kobieta pociągająca i irytująca zarazem, chodząca nonszalancja. Elementem, który dopełnia dynamicznej, wciągającej akcji pełnej bardzo dobrych dialogów, jest muzyka. Muszę przyznać, że co jak co, ale Wajda ma ucho do muzyki i to po dziś dzień (świetna jest muzyka w Wałęsie). Ogólnie zatem – nie zapominając o zdjęciach i montażu – mamy do czynienia z bardzo dobrym filmem, który jest może lekcją historii, ale za to bardzo pasjonującą. Teraz czas na Człowieka z żelaza, po którym obiecuję sobie jeszcze więcej.

Wstręt 7/10

















Wstręt jako kolejny film, po Piękności dnia, w którym Catherine Deneuve gra osobę chorą psychicznie, ma z tym drugim wiele punktów wspólnych. Przede wszystkim podobna jest atmosfera obu filmów: są to filmy niełatwe, pełne symboliki, niezrozumiałych, nielogicznych scen, które są głównie wytworem wyobraźni bohaterek. Podobnie jak w Piękności dnia, mamy też we Wstręcie esencję lat 60., z modą i wyglądem ludzi na czele. To sprawia, że niejako jest to film hipnotyzujący widza, co oczywiście jest jego dużą zaletą. Najwspanialsza jest oczywiście Catherine Deneuve, która naprawdę doskonale potrafi się wcielać w kobiety na skraju szaleństwa. Jej bohaterkę ponownie trudno polubić, ponownie jest osobą bardzo skrytą i intrygującą, której motywacja pozostaje dla widza niezrozumiała. Udało się też zbudować narastające napięcie, dzięki czemu ten film to naprawdę dobry thriller, choć nie taki klasyczny. Oczywiście, Polański, tak jak lubi po dziś dzień, buduje tu klimat klaustrofobiczny, zamykając samotną bohaterkę w czterech ścianach i zapraszając do nich widza. Nie mniej jednak, choć ten zabieg jest dużą siłą filmu, ma on też słabsze momenty, kiedy wieje nudą i chciałoby się więcej akcji, dynamiki i dialogu. Generalnie jednak film wart jest uwagi, a wręcz polecam go poznać, bo niewątpliwie formalnie to jeden z bardziej oryginalnych filmów Polańskiego (choć nie znam jeszcze wszystkich, ale już zbliżam się do tego ;)).

Przy okazji, chętnie przyjmę rekomendacje ciekawych filmów z Deneuve, zwłaszcza młodszą.


Taniec, taniec i jeszcze raz muzyka ;) Ale wbrew pozorom to nie tylko film o tańcu, muzyce i dobrej zabawie. To wszystko podszyte jest nutką goryczy. Bo przecież to też film o spełnianiu swoich marzeń, o trudnych relacjach rodzinnych, o nieszczęśliwej miłości, dyskryminacji…Film, który stał się swego czasu manifestem nastolatków i dziś również przez młodych ludzi powinien być doceniany, bo to o ich problemach głównie mówi, a te jak się okazuje, nie zmieniają się przez lata. I możemy w osobie Tony’ego Manero odnaleźć współczesnych nastolatków – nie do końca „lotnych”, choć sympatycznych, którzy odskocznię od codzienności znajdują na dyskotekowym parkiecie. Tyle, że czy dziś dla nich liczy się aby na pewno taniec, jak dla Tony’ego?

Jak film muzyczno – taneczny Gorączka sobotniej nocy nie ma sobie równych. Spodoba się nawet tym, którzy za takimi filmami nie przepadają, bo układy taneczne do muzyki Bee Gees są po prostu hipnotyzujące. Ten film się chyba nigdy nie zestarzeje i zawsze z sentymentem będziemy spoglądać na roztańczonego Johna Travoltę. I jednocześnie rwać się do tańca.


Z tym filmem mam lekki problem. Z jednej strony – jest to istny teatr, bo fabuła rozpisana jest na kilku bohaterów i rozgrywa się niemal w jednym miejscu. Jak wiadomo taka forma rządzi się swoimi prawami. A więc: rozmowy, rozmowy, rozmowy. Ale to nie oznacza, że powinno być mało emocji. A tu jednak jest ich mało, ogląda się ten film bardzo na chłodno. Cała akcja toczy się wokół czarnoskórego narzeczonego córki, który wywołuje szok u jej rodziców. Tematyka aktualna jak na lata 60., a i dziś możemy sobie postawić na jego miejscu np. muzułmanina i będzie tak samo aktualna (zresztą w Polsce to nawet i czarnoskórego). Jednego tylko nie mogę przeboleć – para zna się dwa tygodnie i już planuje ślub. Albo ja żyję w innym świecie, albo po prostu nie rozumiem, że tak można. Dla mnie nie można, więc jest to niewiarygodne, a przynajmniej rodzi pewien zgrzyt w odbiorze. Jak brać takich bohaterów na poważnie? Trzpiotowata Joey jest niemiłosiernie irytująca. Film jest lepszy w swojej pierwszej połowie, w której wszystko jest jeszcze nie tak oczywiste. Potem jednak wiadomo już do jakiego zakończenia film zmierza, a oglądanie ciągłych rozmów między różnymi osobami na ten sam temat robi się nudne. Koniec końców, film broni się jednak dobrym aktorstwem, pomysłem i przedstawieniem bardzo ważnego problemu.


























Stało się. Obejrzałam przełomowy film osławionej Nowej Fali. Do utraty tchu rzekomo wprowadziło do kina nową estetykę, zaproponowało nowe treści dla filmów – w tym nowy rodzaj bohaterów i nowe formy np. kręcenie z ręki czy tylko naturalne lokacje, a nie studia filmowe. Z tego powodu na pewno warto poznać debiut Godarda, bo można w nim dopatrzyć się tego, co później pojawia się w wielu innych filmach. Co ciekawe, w Polsce w tym samy czasie Wajda nakręcił Niewinnych czarodziejów, którzy w dużej mierze wpisują się w ten nowy nurt zaproponowany przez Godarda. Do utraty tchu to film skromny, skupiony na bohaterach, a nie dekoracjach, wnętrzach, rozbudowanej akcji. To co może się podobać w obydwu w zasadzie filmach to nonszalancja bohaterów – lekkomyślnych, impulsywnych, złożonych ze sprzeczności. To film, który wyniósł Jeana Paula Belmondo do rangi amanta kina. Partnerująca mu Jean Seberg też jest pełna uroku, urzekła mnie ogromnie. Sama fabuła jest w zasadzie szczątkowa i nieszczególnie porywająca, ale nie ma to większego znaczenia, bo ten film ogląda się dla konkretnych scen i ogólnego wrażenia wizualnego, które jest bardzo pozytywne.


Klasyk musicalu opowiadający o kręceniu jednego z pierwszych filmów dźwiękowych. Film uroczy, w wielu momentach zabawny, ale też banalny w treści i nie zapadający w pamięć. Dziś została po nim ledwie jedna piosenka, którą się pamięta i na różne sposoby wykorzystuje. Przyznacie, że to trochę mało. Oczywiście, było wiele świetnych scen, na które fani musicalu do dziś będą spoglądać z rozrzewnieniem. Ale pod tymi piosenkami i tańcami prawie nic nie ma, poza dużą dawką optymizmu. Dla mnie to jednak za mało. Nawet musical powinien przemycać jakieś wartościowe treści. Być może nie tego oczekiwałam. Jednak obejrzeć dla rozrywki i relaksu – jak najbardziej warto.

Ninoczka 6/10

Mój pierwszy film z Gretą Garbo okazał się być wyjątkiem w jej karierze, bo to podobny pierwszy film, w którym Greta się śmieje. Warto go obejrzeć chyba tylko dla niej, bo oglądany współcześnie może po prostu zanudzić. Wszystko to co widzimy na ekranie już gdzieś było, ale trzeba pamiętać, że to właśnie dzięki takim filmom jak Ninoczka taka lekka konwencja filmów z trywialną fabułą stała się popularna. Znajdziemy tu charakterystyczne dla ówczesnych czasów przerysowanie postaci, które albo się kupuje albo nie. Trzeba przyznać, że sporo jest tu momentów do śmiechu i Ninoczka dość dobrze sprawdza się jako komedia. Wątek romantyczny jest z kolei mało wiarygodny, podobnie jak bardzo szybka przemiana głównej bohaterki. Ale tak jak wspomniałam, warto obejrzeć dla Garbo, która w tym filmie faktycznie pokazuje swój talent w pełni. Jej bohaterka przechodzi metamorfozę: najpierw jest sztywną, surową i chłodną agentką a potem okazuje się, że potrafi być też uczuciową, uwodzicielską kobietą. Nie jest to wiarygodne, ale Garbo w obydwu tych wydaniach jest bardzo przekonująca.


























Okno na podwórze to realizacja znakomitego pomysłu Hitchcocka. Posadzić bohatera na wózku inwalidzkim, kazać mu całymi dniami patrzeć na okna mieszkań sąsiadów i sprawić, by dopatrzył się gdzieś zbrodni. Wiadomo, że śledztwo prowadzone przez amatora zawsze ma potencjał fabularny i ten potencjał Hitchcock wykorzystał. Film ten oglądam z niejakim podziwem, ze względu na wybudowaną specjalnie scenografię (całe tytułowe podwórze to dekoracja) i sposób kręcenia. Niczym główny bohater obserwujemy akcję w wybranych mieszkaniach tylko z daleka, cały film jest nakręcony, prócz dwóch scen, z perspektywy mieszkania Jeffa. Jak on jesteśmy podglądaczami i musimy być uważni, bo akcja zawiera się tu przede wszystkim w obrazie a nie w słowach (co było właśnie intencją reżysera). Także muzyka czy inne dźwięki jakie pojawiają się w filmie są naturalne tzn. słyszymy tylko to, co dobiega do uszu bohatera. Jesteśmy dosłownie postawieni w miejscu bohatera. Hitch skutecznie buduje też napięcie, podrzucając kolejne sceny, które mogą świadczyć o popełnionym morderstwie, a jednocześnie mogą oznaczać zupełnie co innego. Bo w dużej mierze Okno na podwórze to film złożony z niedopowiedzeń z których sami budujemy interpretację. Także jeśli chodzi o związek Jeffa i Lisy, w którą wcieliła się Grace Kelly. Przyznam, że obejrzałam ten film po raz drugi, żeby lepiej przyjrzeć się właśnie grze Kelly. I szczerze mówiąc jedyne co mogę o niej powiedzieć to to, że miała klasę. A uwypuklają ją w dodatku suknie specjalnie zaprojektowane dla niej przez Edith Head, czyli bodaj największą, najlepszą kostiumografkę w historii Hollywood. Te bajeczne suknie znajdują jednak uzasadnienie, Lisa jest bowiem modelką. To jednak postać nudna i dość irytująca, trudno jednak stwierdzić, czy to wina pięknej aktorki.

Czy w Oknie na podwórze kryje się coś więcej niż historia kryminalna? Myślę, że tak. To film o naszej skłonności do podglądactwa (istniało na długo przed Big Brotherem), ale i o tym, że dramaty czają się za rogiem, o czym zupełnie możemy nie mieć pojęcia. A to już trochę wzbudza niepokój. Efekt zatem osiągnięty, Hitchcockowi można tylko pogratulować.



Przed obejrzeniem Rebeki Hitchcocka widziałam włoski telewizyjny remake z 2008 roku. Może dlatego nie czułam do końca tego ponurego, niepokojącego klimatu jaki ten film niewątpliwie posiada. Kto jednak totalnie nie zna historii Rebeki, powinien być pod wrażeniem filmu Hitchcocka. Choć oczywiście w tym wypadku nie cały splendor spada na reżysera, bo film jest „tylko” adaptacją powieści Daphne du Maurier.  Powieści, która nosi wszelkie znamiona powieści gotyckiej. Są tu więc: tajemnica, nawiedzony dom, demonicznie wyglądające postaci, dwuznaczne relacje między bohaterami czy narastające poczucie grozy. Generalnie trzeba powiedzieć, że intryga w Rebece nie jest mocno skomplikowana, a wręcz jest banalna (momentami przewidywalna, ale właśnie taka jest istota wymyślonego przez Hitcha suspensu), ale Hitchcock postarał się, by historię poprowadzić w sposób ciekawy dla widza. Warto zwrócić uwagę, że Rebeka to nie tyle film grozy, thriller, co raczej subtelny film psychologiczny. Bezimienna główna bohaterka z którą łatwo się identyfikować, musi sobie poradzić z ciężarem życia w cieniu Rebeki, poprzedniej żony swojego męża, o której na każdym kroku jej się przypomina. Druga sprawa – Rebeka, która się w filmie nawet nie pojawia, tak naprawdę zdominowała go. Jaka była, jaki były jej relacje z mężem czy diaboliczną panią Danvers, czy była zła, czy dobra – tego wszystkiego nie wiemy. Reżyser zostawia miejsce na naszą interpretację podobnie jak we wspomnianym Oknie…I teoretycznie wszystko kończy się dobrze, ale jakiś niepokój w widzu zostaje.

Kabaret  8/10

Nie sądziłam, że ten film może tak wciągnąć. To po części zasługa piosenek i występów, które możemy oglądać w tytułowym kabarecie, ale i samej postaci głównej bohaterki. Liza Minelli wykreowała postać dziewczyny, od której nie można oderwać oczu i która jest bardzo urocza w swojej nonszalancji i lekkim podejściu do życia. Drugim ciekawym bohaterem jest Brian, nieśmiały, dobrze wychowany Anglik (bardzo dobra gra Michaela Yorka), który nie bardzo pasuje do wariackiego świata dziewczyny. Bardzo subtelnie zostało zarysowane tło akcji, czyli dojście do władzy nazistów. Tę zmianę warty w Niemczech widzimy tylko poprzez symbole - kilka scen, kilka słów wypowiedzianych przez przerażającego konferansjera, rosnąca liczba gości ze swastykami na ramieniu w tytułowym kabarecie. Jest tu też miejsce na uczuciowy trójkąt i związek homoseksualny. Kabaret jest filmem odważnym, trochę niepokojącym i nie dającym się łatwo zapomnieć. Na końcu konferansjer pyta, czy zapomnieliśmy podczas oglądania o swoich problemach. Ze zdumieniem musiałam przyznać, że tak, co nie zawsze mi się zdarza. Niech to będzie więc najlepsza rekomendacja.

27.03.2014

Detektyw (HBO, 2014 - )


O Detektywie mówi się, że to jeden z najlepszych seriali ostatnich lat. Szybko zrobiło się o nim głośno, w zasadzie już po pierwszym odcinku wróżono, że serial ten będzie hitem. Poczekałam więc na dostępność wszystkich odcinków i obejrzałam w kilka dni (nie jestem typem osób, które są w stanie obejrzeć cały sezon w dwa dni). Niestety, poczułam się trochę rozczarowana. Znowu oczekiwania spotkały się z rozczarowaniem. Detektyw jest dobrym serialem, ma wiele mocnych stron, wyróżnia się na tle innych produkcji, ale jest nużący, zagmatwany i niekonsekwentny.

Na początku warto zwrócić uwagę na ciekawe novum: treścią serialu nie tyle jest samo śledztwo, co postaci detektywów je prowadzących. Rust Cohle i Marty Hart po raz pierwszy spotykają się w 1995 roku, kiedy zajmują się sprawą tajemniczego morderstwa młodej dziewczyny. W kontekście tej sprawy szybko pojawia się wątek religijny. Okazuje się, że rytualnych zbrodni było więcej. Sprawy nie udaje się jednak rozwiązać aż do 2012 roku. Aż do szóstego odcinka narracja w serialu toczy się dwutorowa: jesteśmy świadkami przesłuchań w roku 2012, dzięki którym przenosimy się 17 lat wstecz. Retrospekcja podsyca zainteresowanie sprawą, pojawia się pytanie, co się wówczas wydarzyło, jak również pytanie: co poróżniło detektywów. I to ono wydaje się znacznie ważniejsze od pytania: kto zabił (zabijał)? Dzięki sukcesywnemu przenoszeniu się w czasie przyglądamy się przede wszystkim przemianom bohaterów. Powiedziałabym więc, że Detektyw to specyficzny gatunek: niby serial kryminalny, ale w dużej mierze dramat psychologiczny. Postaci Marty’ego i Rusta są pieczołowicie skonstruowane, a grający ich aktorzy robią to tak, że są to bohaterowie niejednoznaczni, trudni do rozgryzienia. Parę detektywów zbudowano na zasadzie kontrastu (jeden z wielu schematów z seriali kryminalnych, jakie tu znajdziemy). Marty jest racjonalny, Rust uduchowiony. Marty to zakłamany dziwkarz, Rust to samotnik uciekający przede wszystkim w alkohol i narkotyki. Marty to ojciec rodziny, Rust opłakuje wciąż śmierć córki i żony. Marty otwarty, życzliwy, Rust zamknięty w sobie, intrygujący. Obaj bohaterowie są ciekawi, ale Rust – w wykonaniu znakomitego Matthew McConaugheya (dla mnie rola lepsza niż w Witaj w klubie, rola życia póki co) – to postać o wiele bardziej skomplikowana, złożona, a jego przemiana na przestrzeni 17 lat, choć głównie fizyczna, robi duże wrażenie. Ale Woody Harrelson też przypomina o sobie w bardzo dobry sposób, tworząc z Matthew fantastycznie uzupełniający się duet.

No to mamy drugiego kandydata po Jaredzie Leto do zagrania Jezusa

Obok aktorstwa, Detektyw wyróżnia się też klimatem, który być może porównać można nawet z Miasteczkiem Twin Peaks, choć z pewnością mniej psychodelicznym. Miejscem akcji serialu jest bagnista Luizjana, którą mogliśmy poznać już choćby w Czystej krwi. Miejsce to urzeka swoim posępnym, mrocznym wyglądem, który uchwycony został w kontemplacyjnych, nierzadko budzących dreszcze niepokoju, zdjęciach. Do tego dodać należy filozoficzną głębię, którą zapewniają monologi Rusta. I w tym (obok tego, że liczą się bardziej detektywi niż śledztwo) należy właśnie upatrywać wyjątkowości serialu Nica Pizzolatto (scenarzysty The Killing). Rust jest nie tylko obsesyjnie poświęcony swojej pracy, ale ma też jasno określone poglądy na religię, życie, śmierć, a wywody które snuje na ten temat są fascynujące. Kwintesencją serialu wydają się więc rozważania na temat walki dobra ze złem. Rozczarowywać może zakończenie, które w kontekście całego serialu wydaje się dość proste i banalne, jednak właśnie ten ostatni odcinek dał nam  najlepsze podsumowanie tego, co chcieli przekazać scenarzyści – jak praca wpływa na detektywów, jak bardzo są oni jej poddani, wyniszczeni przez nią, jak wiele dla niej poświęcają, jakimi stratami jest okupiona - a także spojrzenie na samą naturę zła i zbrodni. Symboliczna ostatnia scena to bardzo dobre zamknięcie tej serii.

Ale co z tego? Zbudowano duszną, tajemniczą atmosferę, rzucano nam tropy, które kazały przypuszczać, że nawet sami detektywi mogą być zamieszani w sprawy morderstw, by w zakończeniu powiedzieć nam, że to wszystko było celową zmyłką. Moim zdaniem więc, nie można określać geniuszem, tego, kto to wymyślił. Serial pozostawia po sobie wiele pytań bez odpowiedzi i niedosyt.

Inną wadą Detektywa jest dla mnie to, że bardzo trudno było mi przez cały odcinek skupić swoją uwagę w całości na ekranie - jednym słowem, bardzo powolna akcja (którą jedni nazwą „wylewaniem się klimatu z ekranu”), nieco mnie nudziła. Uznaję jednocześnie odcinki 6-8 za znacznie lepsze od pierwszych pięciu, w przeciwieństwie do większości widzów, więc chyba świadczy to o tym, że mam inne wymagania co do seriali. Kolejny minus to bardzo chaotyczny sposób przedstawienia śledztwa, w którym można się po prostu pogubić. Perełki? Też są. Fantastyczny openinig – intro, które chce się oglądać za każdym razem, choć pewnie to w dużej mierze zasługa muzyki, oraz Michelle Monaghan, która na ekranie zdominowanym przez mężczyzn, bardzo wyraziście zaznaczyło swoją obecność jako żona Marty’ego i zaciekawiła mnie sobą jako aktorką.



Czy polecam Detektywa? Uważam, że to serial przereklamowany, ale jednocześnie doceniam pewną innowacyjność. Jeśli macie ochotę obejrzeć coś świeżego, różniącego się od większość seriali, nawet tych kryminalnych, z których Detektyw czerpie garściami, to polecam. Sama jednak nie wiem, czy zdecyduję się na oglądanie drugiej serii.

Moja ocena: 7/10

8.03.2014

Nie tylko komedie romantyczne, czyli Dzień Kobiet na filmowo

Dwa lata temu w Dniu Kobiet przedstawiłam moje filmowe propozycje na ten dzień. Filmy o kobietach, z kobietami w rolach głównych. Ale nie stereotypowe komedie romantyczne, do jakich się nas zachęca (zwłaszcza w tym dniu) twierdząc, że takie kino jest absolutnie w guście kobiet, lecz filmy, w których chodzi o coś więcej niż usidlenie faceta. Jestem przekonana, że jest wiele kobiet, które wręcz nie znoszą komedii romantycznych. Sama wcale do nich nie należę, ale jestem bardzo wymagająca co do tego gatunku. Znam natomiast kobiety, które w życiu nie wybrałyby się do kina na komedię romantyczną. Ale to taka dygresja. Zatem oto kilka moich propozycji, chyba dość nieoczywistych, ale naprawdę wartych uwagi.

Trylogia: Przed wschodem słońca, Przed zachodem słońca, Przed północą

Celine, czyli główna postać kobieca tej znakomitej trylogii, to kobieta, którą można kochać albo nienawidzić. Diabelnie inteligentna, błyskotliwa, uszczypliwa, kiedy trzeba i gadająca jak najęta. A przy tym piękna, dzięki temu, że wciela się w nią - chyba wiecznie młoda - Julie Delpy. Nikt inny na miejscu tej aktorki chyba nie poradziłby sobie zresztą tak doskonale z neurotyczną indywidualistką jaką jest Celine. W dużej mierze jednak Celine jest postacią reprezentatywną dla wszystkich kobiet - odzwierciedla ich pragnienia, lęki i żale, co widać szczególnie w ostatniej części cyklu. O filmach pisałam tu  i tu .

Take This Waltz 

Margot ma problem z zaakceptowaniem w rutyny, która wkradła się w jej małżeństwo, a co za tym idzie w całe jej życie. To bardzo ciekawa bohaterka, która łaknie wciąż emocji i zainteresowania, niczym mała dziewczynka, którą zresztą udaje w na co dzień w kontaktach z mężem. Infantylność jest dla niej sposobem na poradzenie sobie z życiem. Ciekawa jest też druga postać kobieca – Geraldine, siostra Margot, która z kolei nie potrafi sobie poradzić z odpowiedzialnością, jaka wiąże się z posiadaniem dzieci. Obie bohaterki są niezwykle prawdziwe, wiarygodne i prowokują do refleksji. To nie jest optymistyczny film. Wręcz odwrotnie – to jeden z najbardziej dołujących filmów, jakie widziałam. Ale polecam go, zresztą już po raz kolejny, bo uważam, że portrety kobiet są tu znakomite. Cała recenzja tutaj.

Gdzie jest Nancy?

Gdzie jest Nancy?

Gdzie jest Nancy to moje niedawne odkrycie. Film przygnębiający, trudny, biorąc pod uwagę jak niewiele w nim akcji, i niełatwy do zapomnienia. Tytułowa Nancy również, jak Margot, nie jest szczęśliwa w małżeństwie, w którym czuje się przede wszystkim samotna. Nawiązuje internetową znajomość i ucieka z domu. Po co, dlaczego, gdzie jest, co chce zrobić…Na ekranie oglądamy sceny rozsypane jak elementy układanki, którą musimy sami złożyć w całość. Rodzi się z nich obraz niestabilnej emocjonalnie kobiety w głębokiej depresji, ogromnie cierpiącej i o skłonnościach sadomasochistycznych. Maria Bello jest w roli Nancy znakomita, gra niemalże na granicy obłędu, a wydobyć go z niej pomagają też zdjęcia Christophera Doyle’a oparte na zbliżeniach na jej twarz. Niewesoły obraz kobiety, ale wart obejrzenia.
  
Druga Ziemia

Drugą Ziemię już kiedyś polecałam i to również ze względu na główną bohaterkę. Rhoda powoduje wypadek w wyniku którego ginie kobieta z dzieckiem. Wszystko przez zasłyszaną w radiu informację o odkryciu drugiej Ziemi. Po wyjściu z więzienia dziewczyna postanawia odkupić swoje winy, odnaleźć męża kobiety, który również ucierpiał w wypadku, i w jakiś sposób zrekompensować mu to, co zrobiła. W tle tej sytuacji mamy możliwość wyjazdu na drugą Ziemię, gdzie można zostawić wszystko za sobą i żyć, jakby nic złego nigdy się nie wydarzyło. Rhoda to intrygująca bohaterka, a grająca ją Brit Marling świetnie buduje jej postać na subtelnościach i oszczędnej mimice. Znakomity jest też sam film – ubrany w kostium s-f, jednak s-f nie będący. Więcej o filmie pisałam tu.

Druga Ziemia

Martha Marcy May Marlene

Wbrew pozorom nie jest to opowieść o czterech kobietach, a o jednej, uwolnionej ze szponów sekty, w której posługiwała się wszystkimi tymi imionami. Ciekawy obraz kobiety, którą pokonały jej własne słabości, obraz manipulacji, jaka dokonuje się w sekcie i rozczarowania, kiedy okazuje się, że nie jest w niej tak pięknie, jak miało być. Oparty o retrospekcje film pozostawia wiele niedomówień, ale postać Marthy je rekompensuje. Elizabeth Olsen w roli kobiety, która przeszła pranie mózgu wzbudza wielką wiarygodność i współczucie. Więcej o filmie pisałam tu.
  
Fish Tank

Fish Tank to z kolei film smutny, ale jednak napawający odrobiną nadziei. Bohaterką jest tu nastolatka z nizin społecznych, a właściwie ze slumsów, marząca o zostaniu tancerką hip – hopową. Marzenia są dla niej odskocznią od mało zachęcającej rzeczywistości – chaotycznego domu i nie dbającej o nią (i właściwie o nic) matki, która woli się zajmować kolejnymi kochankami. W roli Mii czyli głównej bohaterki świetnie poradziła sobie amatorka Katie Jarvis. Mia to buntowniczka, dziewczyna z charakterem, ale wrażliwa i bardzo pogubiona. Ma 15 lat i chce żeby ktoś się nią zainteresował, wskazał drogę, którą ma iść, by nie skończyć jak jej matka. Jednak ta dziewczyna ma siłę i sama może być dla nas wzorem.


Fish Tank 
Ki

Jako alternatywę dla polskich komedii romantycznych i na dowód, że my też jesteśmy w stanie napisać ciekawą postać kobiecą, w wydaniu bardzo współczesnym, polecam Ki. Ki czyli Kinga (Roma Gąsiorowska) ma artystyczną duszę, jest głośna, rozgadana i baaardzo otwarta. Zostawić dziecko w ramionach sympatycznego nieznajomego to dla niej nie problem. No właśnie. Ki prezentuje bardzo nowoczesne podejście do macierzyństwa. Nie pozwala by dziecko ją ograniczało, więc umieszcza je ciągle w ramionach znajomych lub przyjaciół. Nie oznacza to jednak, że jest fatalną matką. Ki to nie Bejbi blues. Ki jest głosem współczesnych kobiet (choć za kamerą stoi mężczyzna), które mają inną wizję macierzyństwa niż stereotypowa prezentowana w mediach. A przy tym jest opowieścią o kolorowej bohaterce, której rzeczywistość podcina skrzydła. Czyli życie, samo życie. więcej o filmie tutaj.


To na dziś wystarczy, ale filmów z ciekawymi bohaterkami znalazłabym znacznie więcej. Odsyłam do mojego wpisu sprzed dwóch lat, który znajdziecie tu i zachęcam do dzielenia się tytułami. A wszystkim dziewczynom życzę wszystkiego najlepszego przez cały rok :)

19.12.2012

Z notatnika kinomanki, cz. XV


Dzisiaj starocie.

Memento [brak oceny]

Nie wiem czy to niedyspozycja dnia, ale pogubiłam się w fabule tego filmu, choć z reguły lubię takie niestandardowo opowiedziane historie i nie mam z nimi problemu. Wiem, że Memento jest rozkładane na części pierwsze przez fanów Christophera Nolana i widzą oni w nim prawdziwy majstersztyk. Ja muszę chyba spróbować drugiego podejścia. Ale sam fakt, że jestem na nie gotowa, świadczy o tym, że film jest interesujący. Doceniam fantazję i precyzję Nolana – scenariusz jest misternie skonstruowany, pisany był zresztą z tego co kojarzę przez lata. Ten film to zagadka, układanka, puzzle. Jeśli ktoś lubi takie kino, to polecam.



Sin City 5/10

Film piękny wizualnie. I na tym kończą się jego plusy. Ok., wiem, że jestem zbyt surowa. Tak naprawdę, doceniam jego wielkość, ale raczej z wrodzonej uczciwości. Sin City, żeby było śmiesznie, oglądałam już kilka lat temu (3? 4?) i zasnęłam na końcówce, choć właściwie przez cały film zamykały mi się oczy i chyba nie wiele z niego wyniosłam. Tłumaczyłam sobie to sennością, ale dziś, po drugim obejrzeniu powiem inaczej – „ten film jest nudny i głupi”. Tak powiedziałam mojemu chłopakowi jeszcze w trakcie oglądania. Oczywiście, to był taki skrót myślowy. Ale jest w nim jednak pewna esencja tego, co myślę o Sin City. Nudny jest, z tego się nie wycofam. O ile pierwsza część (a film składa się z trzech opowieści, które łączą wspólni bohaterowie, którzy w zależności od historii są na pierwszym lub drugim planie) jest jeszcze całkiem interesująca, o tyle następne strasznie wieją nudą. Tu oczywiście można mieć wyrzuty tylko w kierunku twórcy komiksu, którego adaptacją jest film. Film jest bardzo brutalny, ale mam do tej brutalności stosunek podobny jak do filmów Tarantino (który zresztą maczał w Sin City swoje palce) – nie biorę jej na serio, ponieważ występuje ona w rzeczywistości, która jest zupełnie odrealniona, a więc nie jest prawdziwa. I właśnie to zbyt duże odrealnienie (jednak u Quentina nie jest ono aż tak ogromne) powoduje, że nie potrafiłam się zaangażować w opowiadane historie. Co jeszcze mi się naprawdę nie podoba? Chyba zbyt wolne tempo, zbyt mało interesujących zwrotów akcji i brak możliwości nawiązania jakiejś nici porozumienia z bohaterami. Dialogi niczym się nie wyróżniają, żadna z postaci nie posiada szczególnej charyzmy. Fabuła jest dla mnie płaska i przewidywalna. Nie mogę jednak nie docenić, że udało się stworzyć mroczny klimat czarnego kryminału noir. Największą zaletą jest jednak rysunkowa kreska nadająca filmowi stylistykę komiksu. Świetnym zabiegiem jest wyeksponowanie kolorem jedynie pojedynczych elementów na tle czarno-białej tonacji. Scena otwierająca, z kobietą w czerwonej sukience jest zapowiedzią naprawdę niezłego filmu. Duże wrażenie robi też głębia błękitnego spojrzenia Alexis Bladel. Od strony aktorskiej film prezentuje się całkiem nieźle. Mickey Rourke ma najwięcej do zagrania i robi to świetnie. A w sumie jest trudny do rozpoznania. Znakomity jest też Benicio del Toro. Ja osobiście cieszę się, że film ten ma w obsadzie wspomnianą Alexis Bladel, którą polubiłam za rolę w serialu Kochane kłopoty. Niestety, nie wykorzystała ona szansy danej jej przez tak wybitnych twórców, bo nie zagrała jak dotąd w niczym równie głośnym. Natomiast zainteresowała mnie Jaimie King i jej filmowe poczynania mam zamiar śledzić z nadzieją, że rozwinie skrzydła, bo potencjał ma.
W moim przekonaniu Sin City to przerost formy nad treścią. Można obejrzeć, patrząc na niego jako na eksperyment, ale oglądać go dla rozrywki to dla mnie niemożliwe.


Naprawdę nie wiem, co to miało być. Po co Polańskiemu taki film? W jego dorobku znajduje same dzieła wybitne (przynajmniej te, które oglądałam), mniej lub bardziej, ale jednak na wysokim poziomie. A Dziewiąte wrota to chyba była jego fanaberia zekranizowania książki, która mu się spodobała. Film jest adaptacją (ekranizacją?) Klubu Dumas Perez – Reverte’a. Zagadka kryminalna w środowisku antykwariuszy i bibliofilów – to sedno i książki, i filmu. O ile w lekturze może to się sprawdzić, o tyle na ekranie nie wciąga przeglądanie pierwodruków, porównywanie egzemplarzy, tropienie różnic. Ale to nie wszystko. Motywem przewodnim jest tu szatan. Bohater grany przez Johnny’ego Deppa, Corso, dostaje od swojego zleceniodawcy za zadanie sprawdzenie czy Księga Lucyfera, którą posiada, jest oryginałem. Aby to zrobić, Depp musi znaleźć pozostałych dwóch posiadaczy Ksiąg – księgi są trzy, a oryginał może być tylko jeden. Podczas swojej podróży, Corso staje się uczestnikiem wydarzeń, które znajdują swoje odbicie na rycinach w Księdze. Do tego jego cieniem staje się blondwłosa, anielsko piękna dziewczyna…
Myślę, że dużym błędem Polańskiego było pozbawienie filmu istotnych wątków z książki. Nie pojawia się np. w ogóle tytułowy Klub Dumas. Myślę, że bez znajomości książki trudno ten film zrozumieć. Nie wiemy przede wszystkim jakie są relacje i jaki jest stosunek Corso do diabła. Nie wiemy, jak interpretować zakończenie. Potrzeba też odrobiny wyrozumiałości, by zaakceptować kilka kuriozalnych scen, jakie wymyślił sobie reżyser.
Cóż, oglądałam ten film w Halloween licząc na to, że będzie umiarkowaną dawką grozy. Okazał się w ogóle nie być straszny, a raczej śmieszny. Dla mnie to może i lepiej, bo nie lubię się bać, ale raz w roku na Halloween jestem skłonna obejrzeć horror. No, ale tak widocznie miało być, bo ja już swoje Halloween w tym roku miałam – pod koniec lata, oglądając Lśnienie.


Dojmująco smutny film. Chyba nikt z nas nie chciałby być takim Gilbertem. Większość z Was pewnie go zna (film, nie Gilberta). To prosta historia dziejąca się na prowincji, której bohaterami są bardzo przeciętni, a jednak wyjątkowi ludzie. Ta prostota właśnie jest w filmie Lasse Hallstroma najbardziej ujmująca. Bazując na powieści Petera Hedgesa, reżyser zabiera nas w opowieść o kilku dniach z życia Gilberta, młodego chłopaka, który wiedzie sobie nudne życie w małej miejscowości o nazwie Endora. Na jego barkach leży odpowiedzialność za cały dom a przede wszystkim – grubą matkę, której waga uniemożliwia wychodzenie z domu i nastoletniego upośledzonego brata, Arniego. Życie Gilberta powinno wyglądać zupełnie inaczej, tymczasem chłopak pracuje w sklepie spożywczym, wikła się w nie do końca mu odpowiadający romans ze starszą kobietą, a zamiast spędzać beztrosko wolny czas, pomaga siostrom w prowadzeniu domu. Gilbert na pewno chciałby uciec, ale nawet gdyby miał dokąd, poczucie obowiązku by mu na to nie pozwoliło. Film za pomocą prostych obrazów i dialogów uzmysławia po pierwsze, jak wygląda wciąż jeszcze na pewno życie ludzi w zapyziałych miasteczkach, podobnych do Endory, a po drugie jest hołdem dla elementarnych wartości takich jak miłość, przyjaźń i rodzina. Dużym sukcesem jest scenariusz. W filmie niewiele się dzieje, ale nie mamy wrażenia, że film się ciągnie. Powiedziałabym nawet, że umiejętnie jest w nim stopniowane pewne napięcie. Niemniej, jest to kameralne, ciepłe kino nie dla każdego. Miłośnicy bardziej dynamicznych historii mogą być zawiedzeni, ale osoby ceniące sobie senne klimaty powinny sobie zaserwować Gilberta w jakiś jesienno-zimowy wieczór, bo to opowieść właśnie na taki czas, kiedy nasze serca są wyziębione. Dodatkowo film daje niepowtarzalną szansę powrotu do przeszłości i spojrzenia z perspektywy ich dzisiejszych karier na pierwsze aktorskie kroki, jakie stawiali Johnny Depp, Leonardo DiCaprio i Juliette Lewis.

P.S. Czy tylko ja i mój chłopak uważamy, że Juliette Lewis jest raczej brzydka i nazywanie jej w tym filmie pięknością to duża przesada?

24.11.2012

Piękność dnia (reż. L. Bunuel, 1967)



Piękność dnia to film obok którego trudno przejść obojętnym. Jedno z najważniejszych dzieł Luisa Bunuela, które, mam wrażenie, stanowi dobrą reprezentację tego, czego można się spodziewać po całej jego twórczości. Ale nie mamy tu bynajmniej do czynienia z surrealizmem w najczystszej formie, jak to  ma miejsce w sztandarowym i przełomowym Psie andaluzyjskim z 1929 roku. Niemniej, fantazja i prowokacja bardzo mocno dają o sobie znać w Piękności dnia.

Osią fabuły, będącej adaptacją powieści znanego francuskiego pisarza Josepha Kessela, jest postać młodej kobiety, Severine. Jest ona świeżo (rok czy dwa po ślubie) upieczoną mężatką, żoną wziętego lekarza. Dziewczyna ma wszystko – dom, pieniądze, eleganckie stroje (kostiumy do filmu zaprojektował sam Yves Saint Laurent), a ze strony męża nie może narzekać na brak czułości czy zainteresowania. Severine ma jednak problem natury seksualnej – nie potrafi oddać się fizycznie swojemu mężowi. Co nie oznacza, że seks jej nie interesuje. Bohaterkę nawiedzają surrealistyczne sny, w których czerpie ona rozkosz z sadomasochistycznych zbliżeń, niekoniecznie z mężem w roli głównej. Oprócz nich pojawiają się też podobne w wymowie fantazje o byciu poniżaną. Severine nie waha się przed ich spełnieniem. Zaczyna wieść podwójne życie, zatrudniając się w domu publicznym pod pseudonimem "piękność dnia".


Kluczem do interpretacji postaci Severine zdają się być zaledwie kilkusekundowe, ale wymowne wspomnienia z dzieciństwa, które niczym przekaz podprogowy pojawiają się dwukrotnie na ekranie, mącąc nam oglądaną scenę. Czy doświadczona traumą z dzieciństwa Severine, odbiera seks jako coś złego, ale jednocześnie kuszącego niczym zakazany owoc i marzy o poddaniu się mężczyźnie, bo do tego została przyzwyczajona w  dzieciństwie, czy też jest przykładem prawdziwej kobiety lekkich obyczajów, która odkrywa, że seks jest fantastyczną rozrywką, a przykładnego, kochającego męża ma za nic, bo traktuje ją zbyt…normalnie. W roli Severine wystąpiła Catherine Deneuve, będąca wówczas u progu swojej wielkiej kariery. Po Wstręcie (jeszcze przede mną), w którym (ponoć) brawurowo wcieliła się w postać niezrównoważonej psychicznie dziewczyny, musiała się wydawać idealną kandydatką do zagrania bohaterki zagubionej między fantazją a rzeczywistością. Jej gra mnie jednak nie do końca przekonała, ale to być może dlatego, że jej bohaterka nie wzbudza sympatii. Jeśli Severine miała być postacią mdłą, ciągle jakby nieobecną, nieprzekonywującą i - z lekka – głupiutką, to efekt został osiągnięty. Ale mam jednocześnie wrażenie, że aktorka nie dała tu wszystkiego z siebie. Na jej twarzy goszczą wciąż te same emocje, te same niewzruszone miny, które owszem, czynią z niej posągową piękność, ale też dostarczają trochę niedosytu.

O filmie Bunuela pisze się jako o studium kobiecej psychiki, ale nie nadużywałabym takiego generalizowania. Choć z punktu widzenia seksuologów czy psychologów, a nawet z punktu widzenia mojego jako kobiety, jest tu pewnie sporo prawdy (w końcu popularność 50 twarzy Greya daje do myślenia), to odbieranie Piękności dnia wyłącznie jako filmu o skrywanych erotycznych pragnieniach, jest zbyt dużym uproszczeniem.

Piękność dnia to w dużej mierze drwina z mieszczańskiego stylu życiu, którą umieszczał Bunuel także w swych innych dziełach. Tutaj krytyka ujawnia się np. w przedstawieniu mężczyzn, którzy przychodzą do domu publicznego, by realizować swoje cudaczne zachcianki, jak i w samej postaci Severine, którą można by określić mianem znudzonej pani domu, która ma wszystko, ale nie potrafi tego docenić.


Film ogląda się bardzo dobrze, mimo jego oniryczności. Dla jednych może być to oczywiście forma nie do zaakceptowania, takie igranie z rzeczywistością, balansowanie pomiędzy jawą a snem, ale nie ma generalnie większych problemów w odróżnieniu na jakiej płaszczyźnie rozgrywa się dana scena. Znajdziemy tu jednak pewne obrazy, które mogą wydawać się zbyt mocne, niezrozumiałe czy perwersyjne, ale służą one wpłynięciu na świadomość widza. To właśnie dzięki jego sugestywności nie zapomnimy szybko o tym filmie. Wyjątkowości dodaje mu także intrygujące zakończenie, które spina obraz klamrą, nie dającą się jednoznacznie zinterpretować. Co jeszcze ważne, zwłaszcza dlatego, że to właśnie w tym kontekście usłyszałam o tym filmie, to jego wizualne piękno. Piękność dnia to przykład niezwykle udanego i jednego z najbardziej znanych mariaży mody i kina. Jak już wspomniałam, kostiumy zaprojektował tu Yves Saint Laurent, genialny francuski kreator mody. Wygląd Catherine Deneuve w tym filmie jest kwintesencją mody lat 60. – trapezowe sukienki, proste płaszczyki z dużymi guzikami, toczki na głowie, duże okulary…Garderoba Severine jest oszałamiająca, a na eterycznej Deneuve robi szczególne wrażenie. Nic dziwnego, że została ona muzą projektanta na długie lata.

Konkludując, film polecam. Sama chętnie do niego wrócę, by móc ponownie rozkoszować się jego wizualnym pięknem i poddać mój umysł ponownej intelektualnej wędrówce po świecie marzeń i fantazji. 

Moja ocena to 8/10.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...