Pokazywanie postów oznaczonych etykietą musical. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą musical. Pokaż wszystkie posty

7.08.2014

Z notatnika kinomanki, cz. XXVII

Lato w moim wypadku nie sprzyja ani oglądaniu filmów, ani czytaniu książek. Ładna pogoda zachęca do spędzania większej ilości czasu na wolnym powietrzu. A moje wieczory skradają ostatnio Wikingowie. I w ten sposób w lipcu obejrzałam zaledwie 5 filmów! Wynik tragiczny. Ale jeden z tych seansów przynajmniej odbył się w kinie – dzięki wygranym wejściówkom. Ideałem byłby jeden seans w kinie w miesiącu i jest szansa, że w najbliższym czasie ten plan się uda zrealizować. Kusi nowy Woody Allen, jestem namawiana na Dawcę pamięci, na pewno pójdę na Miasto 44, a w dalszych planach są Służby Specjalne. Niestety, jestem ograniczona do mojego multipleksu, w związku z czym o bardziej ambitnych filmach w kinie mogę zapomnieć. Ale dziś nie o kinie, a o filmach obejrzanych – w lipcu i także w czerwcu (przy czym w czerwcu obejrzałam znacznie więcej).  Na początek kilka starszych pozycji.  


Zawsze trzymałam się z dala od książki i filmu. Zniechęcała mnie poważna tematyka: uprzedzenia rasowe. Ale Zabić drozda to klasyka – w każdym wydaniu. Postanowiłam więc zabrać się za film. I rzeczywiście miałam do czynienia z wielkim kinem, które jednak nie zainteresowało mnie na tyle, by uznać ten film za więcej niż dobry. Pomijając całą wymowę filmu i doskonałe aktorstwo, trzeba przyznać, że jest to film dość nużący. A może po prostu to nie był mój dzień na oglądanie takich filmów. Bo to jest film wymagający skupienia i wyciszenia, a ponadto film, który napawa dość przygnębiającym humorem. Reżyser umiejętnie splata dwie pozornie niezwiązane historie: o Boo – tajemniczym mężczyźnie, którego boją się wszystkie dzieci mieszkające w miasteczku, w którym toczy się akcja, i o czarnoskórym Tomie Robinsonie, niesłusznie oskarżonym o gwałt na białej kobiecie. Wychodzi z tego przejmująca i uniwersalna przypowieść o społecznych uprzedzeniach – nie tylko rasowych. W roli obrońcy Robinsona – Atticusa Finach – znakomity Gregory Peck. Po obejrzeniu tego filmu, za którego zdobył Oscara, tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że Peck to mój ulubiony aktor „starego” kina, a przy tym ten najprzystojniejszy.















Grace Kelly w oscarowej roli. Głównie dla niej warto obejrzeć ten film, będący jednak dobrą, solidną produkcją, która nie nuży. To jednak w dużej mierze zasługa właśnie ekspresyjnego aktorstwa Kelly i Binga Crosby’ego. Zaletą filmu, który porusza takie tematy jak depresja, alkoholizm, strata i wybaczenie, jest niewątpliwie jego ładunek dramatyczny i dobrze skonstruowana fabuła. To także ciekawy portret małżeństwa, a z czasem i trójkąta. Optymistyczne zakończenie jest wyważone – nie jest to typowy happy end, ale finał dający nadzieję i przywracający wiarę w ludzi.


Klasyka musicalu, mówili. Najlepszy musical, mówili. Kłamali ;) West Side Story mocno mnie rozczarowało. Zarzutów mam wiele: infantylna historia, głupiutka główna bohaterka (bohater nie lepszy), groteskowe, mało wiarygodne gangi i ich rozgrywki, a przede wszystkim nudne piosenki nie zapadające w pamięć (może oprócz I Feel Pretty). Plusem natomiast fakt, że jest to interpretacja Romea i Julii Szekspira i fajnie, że ktoś się tym arcydziełem zainspirował. Natomiast ścieżka dźwiękowa naprawdę jest moim zdaniem słaba. Choreografia również nie powala. Poza tym – czepiając się – Natalie Wood ma tyle z Latynoski co ja. Czyli nic. Jest to wszystko znośne, ale nieciekawe. Nie wiem jakim cudem West Side Story zdobyło 10 Oscarów. Myślę jednak, że ówczesna popularność i dzisiejsza legenda tego filmu wiąże się z tym, że to jeden z pierwszych nowoczesnych musicali. Trzy godziny wyjęte z życia, więc przemyślcie dobrze, zanim zabierzecie się za ten film.

Fargo 7+/10

















Dobrze jest czasem dać drugą szansę. Za pierwszym razem mojego oglądania, Fargo nie trafiło na dobry moment. Dzień wcześniej oglądałam bardzo słaby film i kiedy przez pierwsze minuty Fargo wydało mi się bardzo nudne – poddałam się i wyłączyłam (ale trzeba przyznać, że zostałam namówiona). Pisałam już o tym, że moje relacje z braćmi Coen są trudne: jestem wielką fanką To nie jest kraj dla starych ludzi, bardzo podobało mi się Co jest grane, Davis, ale już fenomenu Big Lebowskiego nie jestem w stanie pojąć, podobnie jak nie uważam by Prawdziwe męstwo było ciekawym filmem, a Okrucieństwo nie do przyjęcia - zabawnym. Wielu ich uznanych filmów jeszcze nie widziałam. Fargo plasuje się gdzieś pośrodku mojej skali ocen, ze wskazaniem na „film, który mi się podobał”. Trudno zaprzeczyć, że film ma wyjątkowy klimat: nie dość, że małe miasteczko, to jeszcze mroźna zima – doskonałe tło do opowiedzenia historii kryminalnej. Fabuła, trochę groteskowa, robiąca z tego filmu czarną komedię, świadczy o dużym kunszcie braci jako scenarzystów. Udało się przez nią opowiedzieć o sile przypadku, ludzkiej głupocie, chciwości, bezsensownej brutalności. Fargo trochę przeraża przedstawioną wizją świata i jest doskonałym komentarzem braci do amerykańskiej mentalności. Największą siłą Fargo jest jednak aktorstwo. Znakomita jest Frances McDormand, której ciężarnej bohaterce się po prostu kibicuje, Steve Buscemi i Peter Stormare są bezbłędni w rolach komicznych, ale i brutalnych przestępców, podobnie jak świetny jest William H. Macy. Po czasie okazuje się, że wiele scen z Fargo zapada w pamięć i to w dużej mierze właśnie dzięki aktorom. Muszę przyznać, że sam klimat filmu spodobał mi się na tyle, że rozważam obejrzenie serialu Fargo, który niedawno wyprodukował amerykańska stacja F/X. Może ktoś widział?



















Daniel Radcliffe robi co może, by zerwać z łatką Harry’ego Pottera, ale na razie nie są to próby udane. Choć samemu aktorowi nie można wiele zarzucić, Kill Your Darlings nie jest dobrym filmem. To film po prostu nudny i to jego największa wada, przy której blakną wszelkie zalety. Temat jest dobry: powstawania ruchu bitników, a przy tym morderstwo i wątek homoseksualny. Jednak nie udało się tego przedstawić w ciekawy sposób. Nie służy filmowi jego wielowątkowość i niezdecydowanie reżysera, co ma być głównym jego tematem. Bitnicy przedstawieni są dosyć bezbarwnie – nie wiem czy zgodnie z prawdą, jednak film W drodze naszkicował ich znacznie ciekawsze portrety. Mimo tego między aktorami widać chemię wtedy, kiedy trzeba. W pamięć zapada szczególnie Dane DeHaan jako Lucien Carr, znakomity jest też znany z Zakazanego imperium, Jack Huston. Miło zobaczyć też Michaela C. Halla we wcieleniu innym niż Dexter i uroczą Elizabeth Olsen. Film ogląda się jednak ze znużeniem i nie wynosi z niego wiele. Już chyba lepiej o bitnikach poczytać.


Lato to okres posuchy dla kogoś, kto nie lubi blockbusterów ani filmów animowanych, ani głupawych komedii z Cameron Diaz. Czyli dla mnie. W związku z tym, gdy wygrałam darmowe wejściówki do kina do zrealizowania do końca lipca, nie bardzo wiedziałam na co je wykorzystać. Pozwoliłam więc wybrać film mojemu ukochanemu, a on – z bardzo okrojonego repertuaru – bez wahania wybrał horror, wiedząc, że, delikatnie mówiąc, nie jestem fanką gatunku. O tym jakim Zbaw nas ode złego jest horrorem najlepiej świadczy moje zachowanie po seansie (wieczornym). Po Lśnieniu czy Psychozie długo nie mogłam zasnąć. O Zbaw nas ode złego po kilku godzinach nie pamiętałam. Nie brakuje co prawda momentów, w których można się przerazić, czy takich, które od osób o słabszych nerwach wymagają zasłonięcia oczu, jednak nie jest to horror, który może się spodobać osobom, które horrory oglądają na co dzień. To dość przeciętna, choć sprawnie zrealizowana i dobrze zagrana produkcja. Do pewnego momentu nawet nieprzewidywalna. Jednak z czasem dość jasne wydaje się zarówno rozwiązanie zagadki, jak i kolejne poczynania bohaterów. Irytować może brak wyjaśnienia do końca jednego z wątków, który doklejono na siłę, chyba tylko po to, by mieć kilka okazji, by przestraszyć widza. Plusem natomiast niech będzie muzyka The Doors, choć i jej obecność w takim kształcie, w jakim ona się w filmie pojawia, nie została dostatecznie wyjaśniona.  Nie będę zaprzeczać, że takie filmy to dla mnie strata czasu, ale jeśli akurat nie będziecie mieć nic ciekawszego do roboty – możecie obejrzeć. Nie jest nudno, coś się dzieje, a od strony technicznej i aktorskiej jest przyzwoicie.


To miał być pierwszy otwarcie, odważnie mówiący o gejach polski film. Tymczasem wyszło jak zwykle. Płynące wieżowce to typowa wydmuszka – reżyser ma zmysł wizualny (bardzo dobre zdjęcia), ma też nosa do aktorów (świetni są Mateusz Banasiuk, Marta Nieradkiewicz i Katarzyna Herman), ale jego film nie wnosi nic nowego do dyskusji o homoseksualizmie, wciąż uważanym jeszcze u nas za zboczenie. Jeśli reżyser, Tomasz Wasilewski, chciał, żeby po tym filmie zmniejszył się poziom homofobii, a zwiększył empatii do gejów, to zdecydowanie tego założenia nie spełnił. Jego bohaterowie przedstawieni są tak stereotypowo jak to możliwe: jeden piękny, zniewieściały, drugi – znacznie bardziej męski. Tak bardzo, że nawet ma dziewczynę. Tu mamy kolejną kliszę – heteroseksualny dotąd chłopak odkrywa, że pociągają go mężczyźni. Jego matka uważa, że to jej wina. Dziewczyna nie jest w stanie tego zaakceptować i walczy o niego. Postać Sylwii to jedyna postać, z którą można się zidentyfikować. Jedyna, której emocje wydają się prawdziwe i są zrozumiałe. Michał i Kuba lgną do siebie na zasadzie typowej fizycznej fascynacji, która po raz kolejny utrwala pokutujące w społeczeństwie przekonanie (mylne, jak sądzę), że dla gejów liczy się tylko seks. Seks gwałtowny, pokątny, odarty z romantyzmu. A przecież z zagranicznych produkcji wiemy, że tak wcale być nie musi. Można gejowskie uczucie pokazać inaczej. Płynące wieżowce nie są niczym, czego byśmy do tej pory gdzieś już nie widzieli. Niestety. I nawet chyba moja ocena jest za wysoka, jednak bardzo podobał mi się wątek Sylwii i aktorstwo Marty Nieradkiewicz. Niedostatecznie natomiast został przedstawiony wewnętrzny dylemat Kuby, szukającego własnej tożsamości. I choć Wasilewski chciał, by jego film odbierać jako uniwersalny obraz o zagubieniu i wewnętrznym rozdarciu, ten uniwersalizm jest raczej trudno dostrzegalny.
  

Z całej tej listy to film, który zrobił na mnie najbardziej pozytywne wrażenie. Bałam się, że będzie trudny albo nudny i się zawiodę tak jak na Wielkim pięknie tego samego reżysera. Tymczasem od początku do końca trwałam w zachwycie nad filmem Paolo Sorrentino. To jeden z tych filmów, które zostawiają szerokie pole do interpretacji, długo nie pozwalają o sobie zapomnieć, skłaniają do stawiania pytań i szukania odpowiedzi. A przy tym jest to film mądry, opowiadający o najważniejszych w życiu wartościach. Zachwycający są bohaterowie, oczywiście na czele z tytułowym Cheyennem, który chyba nie tylko mi kojarzy się z Robertem Smithem z The Cure. Fascynujące jest odkrycie, że pod tą maską ostrego rockmana kryje się wrażliwy, smutny, zagubiony człowiek nie potrafiący pogodzić się z przeszłością. Sean Penn jest w swojej roli uroczy i zachwycający i bardzo się dziwię brakowi choćby nominacji do Oscara dla niego. Frances McDormand też znakomita. Na uwagę zasługuje oczywiście muzyka, świetne są zdjęcia,  a dialogi obfitują w sentencje, które aż proszą się, żeby je zapamiętać i cytować. Film wzruszający, oryginalny, świeży. Ambitny. Dla wymagających, ale przystępny.

Elling 8/10

Elling to jeden z tych skandynawskich filmów, które opowiadają historię w gruncie rzeczy smutną, lecz niosącą dużą dawkę optymizmu. Spodoba się tym, którzy wysoko ocenili francuskich Nietykalnych – tematyka jest tu lekko podobna. Dwóch dość różnych, a przy tym nieprzystosowanych społecznie mężczyzn musi zamieszkać pod jednym dachem i jakoś razem funkcjonować. To trudne, jeśli przez 40 lat mieszkało się z matką i prawie nie wychodziło z domu, jak Elling. Choć i Elling i Kjell nie są już pierwszej młodości, wszystko jest dla nich nowe: wyjście do restauracji, rozmowa przez telefon, podrywanie kobiety. Nie muszę chyba dodawać, że wszystkie te wyzwania w ich wykonaniu niosą ze sobą dużo humoru. Nie jest to co prawda komedia, przy oglądaniu której człowiek zanosi się salwami śmiechu, ale to chyba właśnie jej zaleta. To raczej pozytywny (świetnie zagrany i napisany) film, który budzi uśmiech na twarzy, przywraca wiarę w świat i ludzi i na chwilę (a dokładnie na 1,5 h) czyni ten świat znośniejszym.


To podobno klasyk, jeśli chodzi o filmy erotyczne. Będąc dzieckiem zdawałam sobie sprawę, że to film zakazany. Duże pokładałam w tym filmie nadzieje, zwłaszcza, kiedy już zobaczyłam, jak pociągająco wyglądał w nim Mickey Rourke. I gdy poznałam pewne analogie między nim a 50 twarzami Greya. Muszę jednak przyznać, że 9 i ½ tygodnia zawiodło mnie na całej linii. Bo seksu jest tu jak na lekarstwo. Pierwsza lepsza wysokobudżetowa amerykańska produkcja pokazuje więcej odważnych scen. Nie zrozumcie mnie źle, ale to jednak film erotyczny, więc oczekiwałam, że będzie tu sporo działających na zmysły scen. Tymczasem otrzymujemy scenę karmienia z zamkniętymi oczami (w tym obowiązkowe picie mleka z oblewaniem, bo to przecież dwuznacznie wygląda), scenę z kostkami lodu (chyba najlepsza), striptizu (Kim Basinger jest w niej mało seksowna) i seksu w rynsztoku z ulewnym deszczem nad głowami. Nagości – niemal zero. A więc erotyk z tego filmu moim zdaniem żaden. Ale przeżyłabym tę błędną kwalifikację gatunkową, gdyby chociaż bohaterowie byli ciekawi. Tymczasem o Johnie nie wiemy prawie nic, poza tym, że jest bogaty i lubi poczucie władzy w łóżku, a o Elizabeth tyle, że jest łatwa i głupiutka. Jedna z najbardziej irytujących bohaterek filmowych wszechczasów. Jednym z nielicznych plusów jest wątek artysty, który uosabia życie, za którym tęskni Elizabeth. Atutem jest też dobrze dobrana muzyka. Natomiast największą wadą filmu jest po prostu bezbrzeżna nuda. Wydawać by się mogło, że w filmie erotycznym najważniejsze są sceny miłosne, sceny seksu i to one mają za zadanie budować napięcie. Tymczasem większość z nich ogląda się ze znudzeniem, licząc, że to co najlepsze jeszcze przed nami. No niestety, nie będzie lepiej. Do tego okropnie nudne są sceny w pracy Elizabeth, a między nią a Johnem nie widać chemii, podobnie jak nic nie zachwyca w ich dialogach. Jak dla mnie nie warte zastanawiania są też kwestie, dlaczego Elizabeth odeszła, czy John ją kochał itd., bo zbyt mało wiemy o bohaterach, żeby odpowiadać na te pytania. Niedomówienia są dobre, ale tylko wtedy gdy są zamierzone. A w tym wypadku wygląda na to, że twórcom po prostu nie chciało się trochę bardziej wysilić. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż jeszcze film ten jest uznawany za kultowy i wyjątkowy w swoim gatunku. Niezasłużenie, bo lepszy od niego jest na przykład niedoceniany Kochanek, którego bardzo polecam wam w zamian.

5.06.2014

Z notatnika kinomanki, cz. XXV

Ostatnio mam fazę na stare filmy. Stare w moim pojęciu, czyli z przestrzeni lat 30 – 80. Nie chodzi tylko o odkrywanie klasyki, której znajomość jest niezbędna do odczytywania dzisiejszego kina, ale i o to, że w starych filmach, zwłaszcza tych jeszcze czarno-białych, kryje się jakiś trudny do zdefiniowania czar. Choć nie zawsze filmy z lat 30 czy 40 mnie zachwycają scenariuszem, lubię na nie po prostu patrzeć. O kilku ostatnio obejrzanych chciałabym Wam napisać.

Na początek po polsku:


Nie da się ukryć, nikt zresztą temu nie zaprzecza, że pierwsza polska komedia romantyczna to film propagandowy. I to do bólu. Trudno więc go obiektywnie ocenić, bo jest to rzemieślnictwo a nie sztuka filmowa. Fabuła, czy może przede wszystkim zachowanie bohaterów, bardzo razi – praca dla wspólnego dobra jest najważniejsza, żyje się po to, żeby wyrabiać 200 % procent – nie wierzę w takie ideały. Ogląda się jednak całkiem sympatycznie, jest trochę momentów do pośmiania się, a największym atutem jest możliwość oglądania starej Warszawy w budowie.


To bardzo miłe zaskoczenie, nigdy bowiem o tym filmie nawet nie słyszałam. Oglądałam go z dużym zaciekawieniem, przede wszystkim dlatego, że był kręcony w bliskim mi Toruniu (na toruńskim Rynku Nowomiejskim możecie znaleźć pomnik upamiętniający powstanie filmu), który „gra” tutaj Ziemie Odzyskane. Brawurową rolę zagrał w Prawie i pięści Gustaw Holoubek. Jego Andrzej Kenig to taki ostatni sprawiedliwy (nie bez powodu nazywa się ten film polskim westernem). Dołącza on do grupy mężczyzn mających zabezpieczyć mienie znajdujące się na Ziemiach Odzyskanych. Szybko okazuje się, że mężczyźni chcą jak najwięcej zagrabić dla siebie, czemu Kenig się sprzeciwia. Pojawiają się też i kobiety – byłe więźniarki obozów koncentracyjnych (jak i sam Kenig). Film ten chyba jak żaden inny przeze mnie do tej pory obejrzany doskonale oddaje klimat powojennej Polski (nie żyłam w niej, ale tak mi się wydaje). Udało się przekazać, jak bardzo ludzie pragnęli wówczas spokoju i normalności, a jednocześnie jak bardzo byli ostrożni nawzajem w stosunku do siebie. Nie da się ukryć, że film ten mówi też o miłości, subtelnie i nie na pierwszym planie, ale wątek ten bardzo dobrze został poprowadzony. Dużym atutem jest klimat filmu, który udało się osiągnąć zarówno poprzez miejsce akcji – zupełnie opuszczone, wymarłe miasto, sprawiające wrażenie, jakby nie było na świecie nikogo oprócz głównych bohaterów, jak i przez sam rytm akcji – która jest bardzo niespieszna. Tym co przede wszystkim zostaje w głowie po seansie jest przepiękna piosenka z tekstem Agnieszki Osieckiej „Nim wstanie świt”, do muzyki Krzysztofa Komedy, a wykonywana przez Edmunda Fettinga, chętnie wykonywana dziś przez współczesnych artystów (m.in. Kasię Nosowską i Strachy Na Lachy). 



Film, który był na moim celowniku od dawna, ale jak to z klasykami bywa, odkładałam go zawsze na później. W końcu jednak stwierdziłam, że do niego dorosłam. I całe szczęście, nie zawiodłam się na Wajdzie, do którego stosunek mam ambiwalentny, choć większość jego filmów które obejrzałam oceniłam zaskakująco wysoko. Człowiek z marmuru, film który wylansował Krystynę Jandę i jest ważnym głosem na temat historii Polski, jawił mi się od zawsze jako film, który trzeba zobaczyć, trzeba znać. Teraz kiedy już go poznałam mogę śmiało polecić innym, bo to naprawdę znakomity, wciągający i mądry obraz. Ale nie żałuję, że go nie obejrzałam wcześniej – cieszę się z takich późnych odkryć. Człowiek z marmuru to historia dawnego bohatera, przodownika pracy, który popadł nagle w zapomnienie. Historia jego wyniesienia na wyżyny i upadku. Historia, która wytyka wady systemowi. Ale tematyka, choć interesująca, sama nie czyni tego filmu jeszcze tak dobrym. To sposób realizacji zasługuje na pochwałę. Wajda, a może raczej scenarzysta Aleksander Ścibor – Rylski, miał świetny pomysł na fabułę. Główną bohaterką jest młoda reżyserka, która w latach 70. robi film o Mateuszu Birkucie jednym z największych bohaterów Polski lat 50. To daje twórcom pretekst do licznych retrospekcji, czy to zapisanych na taśmie Kroniki Filmowej, czy to będących wynikiem wspomnień osób, które znały Birkuta. Co ciekawe, większość Kronik pojawiających się w filmie jest fikcyjnych, a wyglądają jak prawdziwe, co tylko wzbudza jeszcze większe moje uznanie. Świetna jest gra Jerzego Radziwiłowicza, ale film kradnie dla siebie młoda Janda, której postać była podobno wzorowana na Agnieszce Osieckiej. Bohaterka ma zresztą na imię Agnieszka. Jej strój – spodnie dzwony, dżinsowy płaszczyk, wysokie buty - stał się równie kultowy co okulary-muchy noszone przez Małgorzatę Braunek w innym filmie Wajdy. Ale Agnieszka to przede wszystkim osobowość – odpalającą papierosa od papierosa, kobieta ambitna, nieustępliwa, odważna, którą ciągle „nosi” i która swoją osobą zawłaszcza sobie całą przestrzeń, w której się znajduje. Kobieta pociągająca i irytująca zarazem, chodząca nonszalancja. Elementem, który dopełnia dynamicznej, wciągającej akcji pełnej bardzo dobrych dialogów, jest muzyka. Muszę przyznać, że co jak co, ale Wajda ma ucho do muzyki i to po dziś dzień (świetna jest muzyka w Wałęsie). Ogólnie zatem – nie zapominając o zdjęciach i montażu – mamy do czynienia z bardzo dobrym filmem, który jest może lekcją historii, ale za to bardzo pasjonującą. Teraz czas na Człowieka z żelaza, po którym obiecuję sobie jeszcze więcej.

Wstręt 7/10

















Wstręt jako kolejny film, po Piękności dnia, w którym Catherine Deneuve gra osobę chorą psychicznie, ma z tym drugim wiele punktów wspólnych. Przede wszystkim podobna jest atmosfera obu filmów: są to filmy niełatwe, pełne symboliki, niezrozumiałych, nielogicznych scen, które są głównie wytworem wyobraźni bohaterek. Podobnie jak w Piękności dnia, mamy też we Wstręcie esencję lat 60., z modą i wyglądem ludzi na czele. To sprawia, że niejako jest to film hipnotyzujący widza, co oczywiście jest jego dużą zaletą. Najwspanialsza jest oczywiście Catherine Deneuve, która naprawdę doskonale potrafi się wcielać w kobiety na skraju szaleństwa. Jej bohaterkę ponownie trudno polubić, ponownie jest osobą bardzo skrytą i intrygującą, której motywacja pozostaje dla widza niezrozumiała. Udało się też zbudować narastające napięcie, dzięki czemu ten film to naprawdę dobry thriller, choć nie taki klasyczny. Oczywiście, Polański, tak jak lubi po dziś dzień, buduje tu klimat klaustrofobiczny, zamykając samotną bohaterkę w czterech ścianach i zapraszając do nich widza. Nie mniej jednak, choć ten zabieg jest dużą siłą filmu, ma on też słabsze momenty, kiedy wieje nudą i chciałoby się więcej akcji, dynamiki i dialogu. Generalnie jednak film wart jest uwagi, a wręcz polecam go poznać, bo niewątpliwie formalnie to jeden z bardziej oryginalnych filmów Polańskiego (choć nie znam jeszcze wszystkich, ale już zbliżam się do tego ;)).

Przy okazji, chętnie przyjmę rekomendacje ciekawych filmów z Deneuve, zwłaszcza młodszą.


Taniec, taniec i jeszcze raz muzyka ;) Ale wbrew pozorom to nie tylko film o tańcu, muzyce i dobrej zabawie. To wszystko podszyte jest nutką goryczy. Bo przecież to też film o spełnianiu swoich marzeń, o trudnych relacjach rodzinnych, o nieszczęśliwej miłości, dyskryminacji…Film, który stał się swego czasu manifestem nastolatków i dziś również przez młodych ludzi powinien być doceniany, bo to o ich problemach głównie mówi, a te jak się okazuje, nie zmieniają się przez lata. I możemy w osobie Tony’ego Manero odnaleźć współczesnych nastolatków – nie do końca „lotnych”, choć sympatycznych, którzy odskocznię od codzienności znajdują na dyskotekowym parkiecie. Tyle, że czy dziś dla nich liczy się aby na pewno taniec, jak dla Tony’ego?

Jak film muzyczno – taneczny Gorączka sobotniej nocy nie ma sobie równych. Spodoba się nawet tym, którzy za takimi filmami nie przepadają, bo układy taneczne do muzyki Bee Gees są po prostu hipnotyzujące. Ten film się chyba nigdy nie zestarzeje i zawsze z sentymentem będziemy spoglądać na roztańczonego Johna Travoltę. I jednocześnie rwać się do tańca.


Z tym filmem mam lekki problem. Z jednej strony – jest to istny teatr, bo fabuła rozpisana jest na kilku bohaterów i rozgrywa się niemal w jednym miejscu. Jak wiadomo taka forma rządzi się swoimi prawami. A więc: rozmowy, rozmowy, rozmowy. Ale to nie oznacza, że powinno być mało emocji. A tu jednak jest ich mało, ogląda się ten film bardzo na chłodno. Cała akcja toczy się wokół czarnoskórego narzeczonego córki, który wywołuje szok u jej rodziców. Tematyka aktualna jak na lata 60., a i dziś możemy sobie postawić na jego miejscu np. muzułmanina i będzie tak samo aktualna (zresztą w Polsce to nawet i czarnoskórego). Jednego tylko nie mogę przeboleć – para zna się dwa tygodnie i już planuje ślub. Albo ja żyję w innym świecie, albo po prostu nie rozumiem, że tak można. Dla mnie nie można, więc jest to niewiarygodne, a przynajmniej rodzi pewien zgrzyt w odbiorze. Jak brać takich bohaterów na poważnie? Trzpiotowata Joey jest niemiłosiernie irytująca. Film jest lepszy w swojej pierwszej połowie, w której wszystko jest jeszcze nie tak oczywiste. Potem jednak wiadomo już do jakiego zakończenia film zmierza, a oglądanie ciągłych rozmów między różnymi osobami na ten sam temat robi się nudne. Koniec końców, film broni się jednak dobrym aktorstwem, pomysłem i przedstawieniem bardzo ważnego problemu.


























Stało się. Obejrzałam przełomowy film osławionej Nowej Fali. Do utraty tchu rzekomo wprowadziło do kina nową estetykę, zaproponowało nowe treści dla filmów – w tym nowy rodzaj bohaterów i nowe formy np. kręcenie z ręki czy tylko naturalne lokacje, a nie studia filmowe. Z tego powodu na pewno warto poznać debiut Godarda, bo można w nim dopatrzyć się tego, co później pojawia się w wielu innych filmach. Co ciekawe, w Polsce w tym samy czasie Wajda nakręcił Niewinnych czarodziejów, którzy w dużej mierze wpisują się w ten nowy nurt zaproponowany przez Godarda. Do utraty tchu to film skromny, skupiony na bohaterach, a nie dekoracjach, wnętrzach, rozbudowanej akcji. To co może się podobać w obydwu w zasadzie filmach to nonszalancja bohaterów – lekkomyślnych, impulsywnych, złożonych ze sprzeczności. To film, który wyniósł Jeana Paula Belmondo do rangi amanta kina. Partnerująca mu Jean Seberg też jest pełna uroku, urzekła mnie ogromnie. Sama fabuła jest w zasadzie szczątkowa i nieszczególnie porywająca, ale nie ma to większego znaczenia, bo ten film ogląda się dla konkretnych scen i ogólnego wrażenia wizualnego, które jest bardzo pozytywne.


Klasyk musicalu opowiadający o kręceniu jednego z pierwszych filmów dźwiękowych. Film uroczy, w wielu momentach zabawny, ale też banalny w treści i nie zapadający w pamięć. Dziś została po nim ledwie jedna piosenka, którą się pamięta i na różne sposoby wykorzystuje. Przyznacie, że to trochę mało. Oczywiście, było wiele świetnych scen, na które fani musicalu do dziś będą spoglądać z rozrzewnieniem. Ale pod tymi piosenkami i tańcami prawie nic nie ma, poza dużą dawką optymizmu. Dla mnie to jednak za mało. Nawet musical powinien przemycać jakieś wartościowe treści. Być może nie tego oczekiwałam. Jednak obejrzeć dla rozrywki i relaksu – jak najbardziej warto.

Ninoczka 6/10

Mój pierwszy film z Gretą Garbo okazał się być wyjątkiem w jej karierze, bo to podobny pierwszy film, w którym Greta się śmieje. Warto go obejrzeć chyba tylko dla niej, bo oglądany współcześnie może po prostu zanudzić. Wszystko to co widzimy na ekranie już gdzieś było, ale trzeba pamiętać, że to właśnie dzięki takim filmom jak Ninoczka taka lekka konwencja filmów z trywialną fabułą stała się popularna. Znajdziemy tu charakterystyczne dla ówczesnych czasów przerysowanie postaci, które albo się kupuje albo nie. Trzeba przyznać, że sporo jest tu momentów do śmiechu i Ninoczka dość dobrze sprawdza się jako komedia. Wątek romantyczny jest z kolei mało wiarygodny, podobnie jak bardzo szybka przemiana głównej bohaterki. Ale tak jak wspomniałam, warto obejrzeć dla Garbo, która w tym filmie faktycznie pokazuje swój talent w pełni. Jej bohaterka przechodzi metamorfozę: najpierw jest sztywną, surową i chłodną agentką a potem okazuje się, że potrafi być też uczuciową, uwodzicielską kobietą. Nie jest to wiarygodne, ale Garbo w obydwu tych wydaniach jest bardzo przekonująca.


























Okno na podwórze to realizacja znakomitego pomysłu Hitchcocka. Posadzić bohatera na wózku inwalidzkim, kazać mu całymi dniami patrzeć na okna mieszkań sąsiadów i sprawić, by dopatrzył się gdzieś zbrodni. Wiadomo, że śledztwo prowadzone przez amatora zawsze ma potencjał fabularny i ten potencjał Hitchcock wykorzystał. Film ten oglądam z niejakim podziwem, ze względu na wybudowaną specjalnie scenografię (całe tytułowe podwórze to dekoracja) i sposób kręcenia. Niczym główny bohater obserwujemy akcję w wybranych mieszkaniach tylko z daleka, cały film jest nakręcony, prócz dwóch scen, z perspektywy mieszkania Jeffa. Jak on jesteśmy podglądaczami i musimy być uważni, bo akcja zawiera się tu przede wszystkim w obrazie a nie w słowach (co było właśnie intencją reżysera). Także muzyka czy inne dźwięki jakie pojawiają się w filmie są naturalne tzn. słyszymy tylko to, co dobiega do uszu bohatera. Jesteśmy dosłownie postawieni w miejscu bohatera. Hitch skutecznie buduje też napięcie, podrzucając kolejne sceny, które mogą świadczyć o popełnionym morderstwie, a jednocześnie mogą oznaczać zupełnie co innego. Bo w dużej mierze Okno na podwórze to film złożony z niedopowiedzeń z których sami budujemy interpretację. Także jeśli chodzi o związek Jeffa i Lisy, w którą wcieliła się Grace Kelly. Przyznam, że obejrzałam ten film po raz drugi, żeby lepiej przyjrzeć się właśnie grze Kelly. I szczerze mówiąc jedyne co mogę o niej powiedzieć to to, że miała klasę. A uwypuklają ją w dodatku suknie specjalnie zaprojektowane dla niej przez Edith Head, czyli bodaj największą, najlepszą kostiumografkę w historii Hollywood. Te bajeczne suknie znajdują jednak uzasadnienie, Lisa jest bowiem modelką. To jednak postać nudna i dość irytująca, trudno jednak stwierdzić, czy to wina pięknej aktorki.

Czy w Oknie na podwórze kryje się coś więcej niż historia kryminalna? Myślę, że tak. To film o naszej skłonności do podglądactwa (istniało na długo przed Big Brotherem), ale i o tym, że dramaty czają się za rogiem, o czym zupełnie możemy nie mieć pojęcia. A to już trochę wzbudza niepokój. Efekt zatem osiągnięty, Hitchcockowi można tylko pogratulować.



Przed obejrzeniem Rebeki Hitchcocka widziałam włoski telewizyjny remake z 2008 roku. Może dlatego nie czułam do końca tego ponurego, niepokojącego klimatu jaki ten film niewątpliwie posiada. Kto jednak totalnie nie zna historii Rebeki, powinien być pod wrażeniem filmu Hitchcocka. Choć oczywiście w tym wypadku nie cały splendor spada na reżysera, bo film jest „tylko” adaptacją powieści Daphne du Maurier.  Powieści, która nosi wszelkie znamiona powieści gotyckiej. Są tu więc: tajemnica, nawiedzony dom, demonicznie wyglądające postaci, dwuznaczne relacje między bohaterami czy narastające poczucie grozy. Generalnie trzeba powiedzieć, że intryga w Rebece nie jest mocno skomplikowana, a wręcz jest banalna (momentami przewidywalna, ale właśnie taka jest istota wymyślonego przez Hitcha suspensu), ale Hitchcock postarał się, by historię poprowadzić w sposób ciekawy dla widza. Warto zwrócić uwagę, że Rebeka to nie tyle film grozy, thriller, co raczej subtelny film psychologiczny. Bezimienna główna bohaterka z którą łatwo się identyfikować, musi sobie poradzić z ciężarem życia w cieniu Rebeki, poprzedniej żony swojego męża, o której na każdym kroku jej się przypomina. Druga sprawa – Rebeka, która się w filmie nawet nie pojawia, tak naprawdę zdominowała go. Jaka była, jaki były jej relacje z mężem czy diaboliczną panią Danvers, czy była zła, czy dobra – tego wszystkiego nie wiemy. Reżyser zostawia miejsce na naszą interpretację podobnie jak we wspomnianym Oknie…I teoretycznie wszystko kończy się dobrze, ale jakiś niepokój w widzu zostaje.

Kabaret  8/10

Nie sądziłam, że ten film może tak wciągnąć. To po części zasługa piosenek i występów, które możemy oglądać w tytułowym kabarecie, ale i samej postaci głównej bohaterki. Liza Minelli wykreowała postać dziewczyny, od której nie można oderwać oczu i która jest bardzo urocza w swojej nonszalancji i lekkim podejściu do życia. Drugim ciekawym bohaterem jest Brian, nieśmiały, dobrze wychowany Anglik (bardzo dobra gra Michaela Yorka), który nie bardzo pasuje do wariackiego świata dziewczyny. Bardzo subtelnie zostało zarysowane tło akcji, czyli dojście do władzy nazistów. Tę zmianę warty w Niemczech widzimy tylko poprzez symbole - kilka scen, kilka słów wypowiedzianych przez przerażającego konferansjera, rosnąca liczba gości ze swastykami na ramieniu w tytułowym kabarecie. Jest tu też miejsce na uczuciowy trójkąt i związek homoseksualny. Kabaret jest filmem odważnym, trochę niepokojącym i nie dającym się łatwo zapomnieć. Na końcu konferansjer pyta, czy zapomnieliśmy podczas oglądania o swoich problemach. Ze zdumieniem musiałam przyznać, że tak, co nie zawsze mi się zdarza. Niech to będzie więc najlepsza rekomendacja.

22.02.2013

Nędznicy (reż. T. Hooper, 2012)



Nędznicy dopiero co obejrzani, więc refleksje spisane naprawdę na gorąco. Przed obejrzeniem filmu przeczytałam książkę, do której przymierzałam się już od dawna, a teraz miałam słuszny pretekst, bo filmowi Nędznicy reklamowani byli jako wielkie wydarzenie. Czy nim są? Czy to nie jest wiele hałasu o nic? Cóż, najogólniej mówiąc – jako ekranizacja książki film wypada słabo, ale jako samodzielny twór – całkiem dobrze.

Nie zapominajmy jednak – co trzeba podkreślić dla ścisłości -  że film jest w rzeczywistości ekranizacją musicalu wystawianego na West Endzie i Broadwayu, a którego początki sięgają roku 1980. A więc narzekanie, że film traktuje powieść Victora Hugo bardzo wybiórczo, jest trochę nie na miejscu. Jednak tak właśnie jest – musical bardzo spłyca bohaterów, ich losy pokazuje szczątkowo, wiele pomija i wielokrotnie idzie na skróty (np. w przypadku wątku Cosette i Mariusza, których pierwsze spotkanie w książce poprzedzone było długą wzajemną „obserwacją”, a w filmie widzimy ich kiedy po pierwszym ujrzeniu się nawzajem czują już do siebie miłość). Nie wiem jak wygląda odbiór tego filmu z perspektywy osoby, która nie czytała książki, jednak sądzę że podobne uproszczenia mogą być jeszcze bardziej irytujące. Bo kto książkę czytał, ten sobie sam wszystko dopowie. Z drugiej strony, nie ma się co dziwić takiemu potraktowaniu literackiego pierwowzoru, wszak powieść ma ponad 700 stron. Czy zatem wyłuskano z książki najważniejsze wątki? Tutaj mam właśnie wątpliwości. Książka jest powieścią prawdziwie epicką, wielowątkową, napisaną z rozmachem. Nie wiem czy tak jest odbierana przez Francuzów, ale to swego rodzaju epopeja narodowa. Hugo najpierw wspomina o jakimś bohaterze, niby mimochodem, potem, za kilkadziesiąt stron jego rola urasta do rangi jednego z ważniejszych bohaterów. Porzuca ich, by potem po kilku rozdziałach do nich wrócić. Psychikę każdego bohatera, jego punkt widzenia, jego motywację, poznaje czytelnik bardzo dokładnie. Siłą powieści jest umiejętne łączenie wątków oraz swego rodzaju suspens. Otóż czytelnik wielokrotnie jest stawiany w sytuacji, kiedy dalece bardziej wie co czeka bohatera, niż on sam. I radość czytania polega tu na trwaniu w stałym napięciu. Tematycznie Nędznicy są powieścią o społecznych nierównościach, losie najniższych warstw społecznych, zbrodni i karze, odkupieniu win, napiętnowaniu społecznym…Także o miłości, ale nie jest to wątek najważniejszy. Tymczasem musical od ok. połowy filmu obiera sobie właśnie wątek romantyczny jako wątek przewodni. Moim zdaniem zbyt dużo miejsca  poświęcono uczuciu Cosette i Mariusza. Rozbudowany został też wątek miłości Eponiny do Mariusza (co akurat ma swoją dobrą stronę, bo aktorka ją grająca ma świetny głos). Nie mówię, że wątek miłosny jest tu niepotrzebny, ale mam wrażenie, że za bardzo wybija się na pierwszy plan i sens całej powieści zostaje wypaczony. Wygląda, jakby twórcy chcieli pokazać po trochu z każdego wątku: trochę o Janie Valjeanie, trochę o Javertcie, trochę o rewolucji francuskiej, trochę o miłości, a o niczym nie opowiedzieli satysfakcjonująco. I w gruncie rzeczy film się trochę też przez to dłuży. Ale jak mówię, jest to wina twórców musicalu teatralnego, a nie filmu.


Jeśli chodzi o samą realizację filmu, wrażenia mam znacznie bardziej pozytywne. Przede wszystkim, formuła posługiwania się wyłącznie śpiewem, praktycznie bez dialogów, całkiem się sprawdziła. Początkowo może irytować, że nawet najkrótsze, najbardziej błahe kwestie są odśpiewane, ale to kwestia przyzwyczajenia. Choć osobiście wolę musicale, gdzie piosenki są jedynie uzupełnieniem dialogów. A jak poradzili sobie aktorzy w nietypowych, śpiewających rolach?  To duża sztuka śpiewać i jednocześnie wyrażać ekspresję, jak podczas normalnego grania. Trzeba przyznać, że z tym obsada nie miała problemu. Jedyne zastrzeżenia mam do Hugh Jackmana, który moim zdaniem śpiewać nie umie (skąd zatem oscarowa nominacja dla najlepszego aktora i za piosenkę?). Znacznie lepiej wypadł Russel Crowe. Rola w musicalu kompletnie mi do niego nie pasuje, ale ze śpiewaniem poradził sobie chyba najlepiej z całej męskiej obsady. Choć ceną za wokal była dość słaba interpretacja granej przez niego postaci, inspektora Javerta. Nie podobał mi się również Eddie Redmayne, za to bardzo pozytywnie zaskoczył mały Daniel Huttlestone, grający Gavroche’a. Z kolei Samantha Barks grająca Eponinę, może chyba poszczycić się najlepszym głosem spośród obsady żeńskiej. Śpiewać umie także Amanda Seyfried, która jednak znalazła się w tym filmie chyba tylko dlatego, że jej talent wokalny znamy z Mamma Mia. Do zagrania dziewczyna nie miała tu bowiem wiele. Moje wątpliwości budzi Anne Hathaway. Jej I Dreamed A Dream poruszył mnie najbardziej, podczas tych kilku minut aktorka przekonała mnie, że jej Fantyna naprawdę cierpi z powodu życia, jakie wiedzie. Hathaway jest jednak na ekranie mało i jak dla mnie chyba za mało, żebym mogła powiedzieć, że za tę role chciałabym jej dać wszystkie najważniejsze aktorskie nagrody. Jej występu faktycznie się nie zapomni, ale chyba wyłącznie ze względu na wspomnianą piosenkę. Dla mnie największymi aktorskimi perełkami Nędzników są Helena Bonham – Carter i Sasha Baron Cohen (którego nie byłam pewna, myśląc sobie że to niemożliwe, żeby ten etatowy skandalista dostał rolę w takim poważnym filmie). Co najważniejsze, para została świetnie dobrana. Tworzą na ekranie zgrany duet, który się doskonale uzupełnia. Swoje komiczne, ale i nieco odpychające w założeniu role budują z drobnych gestów, wyrazistej mimiki, podszeptów, kuksańców i śpiewu naprawdę pełnego ekspresji. Ich obecność w filmie jest oddechem od poważnej tematyki, dobrym i potrzebnym kontrastem z patosem, jakim przesiąknięty jest cały film. Generalnie, oceniając film od strony muzycznej, trzeba przyznać, że nie ma w nim właściwie utworów słabych. Kompozycje są w większości naprawdę piękne i poruszające, a słowa dobrze je uzupełniają. Świetne jest rytmiczne Look Down, otwierające film, Master Of The House śpiewane przez Baron – Cohena, wspomniane I Dreamed A Dream, Castle On A Cloud małej Isabelle Allen czy On My Own w wykonaniu Samanthy Barks. Soundtrack godny polecenia, choć jak dla mnie bez wizji to już nie to samo.

                                                      I Dreamed A Dream w wersji audio

Zdecydowanie tym elementem Nędzników, do którego nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń, jest scenografia. Nie kostiumy, nie charakteryzacja, ale właśnie scenografia i zdjęcia robią największe wrażenie wizualne. Tak właśnie wyobrażałam sobie XIX – wieczny Paryż, zwłaszcza we wnętrzach. Oczywiście widać, że niektóre miejsca są wytworem speców od grafiki komputerowej, ale to dziś przecież norma. Uwagę zwraca także kadrowanie, w tym częste ustawianie aktora w jednym rogu kadru, na samym jego skraju. Nie wiem czemu to ma służyć, ale bardzo to lubię.

Nędznicy budzą we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony – ładne widowisko, z drugiej – film ubogi w treść. Scenariusz ustępuje muzyce, scenografii i zdjęciom. Trudno nie docenić tych oczywistych atutów filmu, jednak dlaczego mielibyśmy zadowalać się tylko nimi? Filmowi brakuje tego czegoś, co sprawiałoby, że po 2,5 godzinach chcemy jeszcze więcej, albo przynajmniej czujemy satysfakcję. Tymczasem po seansie przychodzi jedynie ulga, a po niej pojawia się nutka rozczarowania.

Moja ocena: 6/10

22.07.2012

Z notatnika kinomanki, cz. XII



Filmy niezależne to coś na co ostatnio mocno sobie ostrzę zęby. A jeśli do tego są brytyjskie, to mam na nie jeszcze większy apetyt. Na Albatrossa pewnie nigdy bym nie wypadła gdyby nie chęć zobaczenia kolejnego filmu z Felicity Jones. Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że w tym towarzyszy jej znana z Downton Abbey Jessica Brown – Findlay czyli trochę zbuntowana Lady Sybil (ach, niech już wróci ten serial!). W Albatrossie jej bohaterka jest jeszcze bardziej zbuntowana i niegrzeczna. To 17-letnia Emelia, która chlubi się powinowactwem z sir Arthurem Conan – Doylem, autorem Sherlocka Holmesa. Wychowywana przez dziadków, wygadana Emelia nie dba o naukę, na swoje utrzymania zarabia sama, ubiera się dość odważnie i pragnie zostać pisarką jak jej słynny przodek. Dostaje pracę w nadmorskim pensjonacie prowadzonym przez znanego pisarza i jego żonę. Pogrążona w kryzysie para ma też dwie córki – kilkuletnią Posy, na którą matka przelewa swoje niespełnione ambicje artystyczne i nastoletnią Beth, matkę, której świat ogranicza się do książek i która właśnie przygotowuje się do egzaminów na Oxford. W rodzinie nie układa się najlepiej, a przybycie Emelii jeszcze bardziej namiesza. Sfrustrowany nie tylko seksualnie pan domu będzie jej dawać lekcje „kreatywnego pisania”, które przerodzą się w nie do końca poważny romans. Emelia zaprzyjaźni się też z Beth i odkryje przed nią uroki młodości, do tej pory niedostępne dla dziewczyny ze względu na pruderyjną i surową matkę.

O czym w gruncie rzeczy jest Albatross? Najkrócej mówiąc, to film o wchodzeniu w dorosłość. O towarzyszących mu lękach, rozczarowaniach i o zderzeniu marzeń z rzeczywistością. Jak również o tym, że w życiu musimy mieć coś, jakieś podstawy, cele, ideały, których będziemy się trzymać i które będą nas pchać do przodu, sprawiać, że jeszcze będzie się nam chciało cokolwiek. To także przykład romansu dojrzałego faceta z nastolatką, w którym to związku nie on, lecz ona pierwsza uświadamia sobie, że to, co robią jest złe. I ma mu za złe, że może robić coś takiego nie tyle swojej żonie, co córce. Bohaterka grana przez Jessicę Brown – Findlay jest naprawdę interesującą, złożoną postacią, którą poznajemy tak naprawdę przez cały film. To ona, a nie Beth jest najważniejszą bohaterką tego filmu. To dla niej warto ten film obejrzeć. Beth jest tymczasem postacią najbardziej skrzywdzoną, ofiarą swojego otoczenia, na której odbija się postępowanie matki, ojca i Emelii. Beth jest nam zwyczajnie żal. Choć trzeba przyznać, że w tym rodzinnym dramacie wszyscy są pokrzywdzeni, to tylko ona jedna jest bez winy. Z drugiej zaś strony, Emelia za swoją „zbrodnię” poniesie „karę”, która może dać jej palmę pierwszeństwa w wyścigu o nasze współczucie.

Jak widzicie, Albatross nie jest filmem wcale takim zwykłym. Może nie porywa i nie porusza do głębi, ale trudno nie dać mu się ponieść. Wsiąka w niego. To taki film, jaki tylko Brytyjczycy kręcić potrafią. Niby niewiele się w nim dzieje, ale naładowany jest emocjami. W dodatku brytyjscy reżyserzy mają jakąś taką smykałkę do obsadzania filmów bardzo zróżnicowanymi aktorami – obok debiutującej na dużym ekranie Findlay i już nieco bardziej, acz wciąż świeżej Jones, mamy dobrze znaną Julię Ormond w roli matki i niemieckiego aktora, który gdzieś Wam mógł już przemknąć, Sebastiana Kocha w roli ojca. A wisienką na torcie jest dziewczynka wcielająca się w rolę Posy, której rola przypomina mi nieco Abigail Breslin w Małej Miss.
Zachęcam do obejrzenia, choć może to nie być łatwe ze względu na brak polskiej wersji językowej w Internecie.



Przed seansem sądziłam, że ten film mi się spodoba. Czytałam, że to niesłusznie niedoceniony, bardzo dobry, lekki film plasujący się gdzieś pomiędzy komedią a obyczajówką. Nie bez znaczenia było dla mnie, że brytyjski – to plus sto do prestiżu ;) W dodatku piękna Gemma Artreton w roli głównej – wiadomo, jak bohaterka jest ładna, to jakoś tak łatwiej ją polubić. No nie tym razem. Bohaterka grana przez Gemmę jest nie do polubienia. Wraca w rodzinne strony, prosto z Londynu, z nowym nosem i ogólnie „wylaszczona”, jakbyśmy powiedzieli, i zadzierająca tego nosa jak nie ta sama Tamara, którą znali mieszkańcy owej małej wioski, do której powraca. To znaczy Tamara nie była lubiana nigdy, ale teraz to już szczególnie. Ale takie wyzwolone, ponętne, pewne siebie kobiety podobają się mężczyznom, więc zaraz zjawia się trzech adoratorów: pierwszy chłopak - Andy, starzejący się kobieciarz - Nicholas i idol nastolatków, perkusista rockowego zespołu – Ben (z twarzy wypisz wymaluj jeden z braci Leto, ten mniej znany). Dużo w życiu uczuciowym Tamary namiesza też nastoletnia Jody, zakochana, oczywiście czysto platonicznie, w Benie. Podszywa się ona pod Tamarę i snuje intrygi z nią w roli głównej, co jest jednym z ciekawszych wątków w filmie. Sama Tamara wydaje się być postacią wręcz drugoplanową – jej obecność na ekranie wcale nie jest tak duża. Ani tym bardziej wyrazista. Bohaterka zostaje przedstawiona jako ładna kobieta, która kiedyś ładną nie była, ale zdobycie tej „ładności” podniosło jej samoocenę i teraz wydaje jej się, że każdy facet może być jej. Do tego ogranicza się charakterystyka Tamary. O wiele ciekawsze od jej perypetii miłosnych są wątki poboczne filmu. Jego akcja dzieje się, jak wspomniałam, na angielskiej prowincji, gdzie małżeństwo w średnim wieku (ów Nicholas, popularny pisarz i jego żona, Beth) prowadzi pensjonat dla pisarzy szukających weny. Pomysł bardzo ciekawy, bo zmagania z brakiem weny okazują się być zabawne. Wśród pisarzy w kryzysie, znajduje się Glen – nieudacznik tworzący w bólach biografię Thomasa Hardy’ego, klasyka angielskiej literatury. I tutaj pojawia się smaczek – Tamara Drewe jest nawiązaniem i to bardzo wyraźnym do jego powieści „Z dala od zgiełku”. Mimo tak wyraźnej inspiracji, twórcy filmu co i rusz naigrywają się z Hardy’ego, co nawet jeśli się go nie czytało, ma swój urok. W ogóle trzeba przyznać, że jako satyra na ludzkie słabości Tamara… sprawdza się dobrze, ale jako komedia niekoniecznie. Z kilku dialogów czy sytuacji można się pośmiać, ale raczej pod nosem niż głośno. Za bardzo naciągane jest też zakończenie.

Film może nie jest jakąś wielką stratą czasu, ale płynie dość leniwie i w gruncie rzeczy może znudzić. Szczególnej przyjemności z jego oglądania się nie wynosi, także nie widzę powodu, by go jakoś szczególnie polecać. Jeżeli chodzi o jego brytyjskość, to tak, jest ona zauważalna, ale to coś tak nieuchwytnego, że nie jestem w stanie zdefiniować, czym się ona tu objawia. Na pewno jednak nie humorem – typowego, brytyjskiego poczucia humoru właśnie mi w tym filmie trochę zabrakło.



Film na podstawie sztuki  Shawa, Pigmalion, obsypany swego czasu gradem Oscarów z jedną z bardziej znanych ról Audrey Hepburn. Czy warty uwagi? Dla roli Audrey z pewnością, bo pokazuje tam ona swój kunszt autorski wcielając się tak właściwie w dwa typy osobowościowe: najpierw jej Eliza jest krnąbrną dziewuchą, z okropnym akcentem, którą łatwo spłoszyć, potem przeistacza się w damę, choć trudno jej się pozbyć wszystkich swoich nawyków i w głębi pozostaje nadal sobą. Film jest na poły musicalem, choć nie takim klasycznym, gdzie większość kwestii zostaje wyśpiewanych i to bym zaliczyła na minus. Piosenki wiele nie wnoszą, a niepotrzebnie wydłużają film do rozmiaru trzech godzin. Przy filmie, w którym i tak akcja nie jest zbyt wartka, to sporo. Oczywiście, nie można mieć zastrzeżeń do wykonania (choć za Audrey podkładała wokal profesjonalna śpiewaczka). Cały film jest zresztą bardzo dobry jeśli chodzi o stronę wizualną czy techniczną. Sam pomysł na fabułę, która koncentruje się wokół starań podstarzałego profesora Higginsa, by uczynić z prostej dziewczyny dystyngowaną damę, jest również interesujący, bo przynosi wiele sytuacji lekkich i zabawnych. I tak właśnie się ogląda ten film – lekko i na luzie, bo nie trzeba się szczególnie skupiać, gdyż zwrotów akcji w nim brak. Z drugiej strony – może to trochę nudzić. Miejscami film jest jednak naprawdę uroczy – nie ukrywając, za sprawą Audrey, która w niektórych scenach wręcz błyszczy. Dialogi i sceny na balu czy na wyścigach konnych zaliczyć należałoby do najciekawszych. Irytować może trochę zakończenie (zmienione względem sztuki), bo przez te 3 godziny nic nie wskazuje, że będzie ono tak wyglądać, ale można też je przy odrobinie dobrej woli potraktować jako dodatkowy smaczek, bo jest rzeczywiście niesztampowe – dziś z pewnością byłoby bardziej przewidywalne i pewnie też byśmy narzekali. Czy polecam? Obejrzeć nie zaszkodzi, choć na wieczór dla dwojga proponowałabym raczej coś innego, bo moim zdaniem to taki film, który docenić są w stanie głównie kobiety.


Z tym filmem to jest bardzo dziwna sprawa. Jest go trudno zdefiniować i przypisać do jakiegoś gatunku. Ani to film historyczny, ani biograficzny. Bardzo podoba mi się jak sobie z rolami poradzili aktorzy czyli Mortensen (nie do poznania!) jako Freud, Fassbender jako Jung i Keira Knightley w roli Sabiny Spielrein, początkowo pacjentki Junga, potem także jego kochanki. Co do dwójki aktorów nie miałam wątpliwości, że dobrze wypadną. Ale Keira, przyznaje, totalnie mnie zaskoczyła. Wiem, że wielu zirytowała jej gra, ale moim zdaniem jej mimika, gesty, gra całym ciałem, w ogóle nie były drewniane, lecz właśnie pełne ekspresji, ale nie przerysowane. Trudno jest zagrać osobę chorą psychicznie, chyba każdy aktor wypracowuje sobie na to jakąś swoją własną, nomen omen, metodę i ona postawiła na grymasy twarzy, zaciskanie zębów (grę szczęką właściwie) i wyginanie całego ciała, co dla mnie świadczy o tym, że mocno wczuła się w rolę (która była dla niej też innego rodzaju wyzwaniem, bo po raz pierwszy wystąpiła tak roznegliżowana). Irytować może jej bohaterka, ale sama Keira mnie akurat nie denerwowała. Denerwowało mnie za to, że film jest przeintelektualizowany. Lubię filmy przegadane (inaczej nie byłabym fanką Allena), ale kiedy non stop dwóch facetów siedzi i gada o psychoanalizie, może to po jakimś czasie znudzić. Dlatego sceny z Keirą były tak dobre, bo wnosiły do tej pogadanki trochę iskry. Sądzę nawet, że gdyby film całkowicie zbudować wokół jej postaci, byłby o niebo ciekawszy. Ja rozumiem, że to był film na temat nauki, teorii psychiatrycznych itd., jednak sądzę, że reżyser mógł je przybliżyć inaczej niż tylko poprzez dialogi dwóch dżentelmenów i odczytywanie ich wzajemnej do siebie korespondencji. Można się jednak z niego co nie co dowiedzieć, nabyć jakiejś podstawowej wiedzy o psychoanalizie co może ewentualnie stanowić punkt wyjścia do dalszych naszych poszukiwań.

Na ogromny plus oceniam oddanie realiów epoki czyli początków XX wieku – scenografia, kostiumy, atmosfera czasów wiedeńskiej secesji, zostały dopracowane w najmniejszych detalach. Trzeba też wspomnieć o młodej, kanadyjskiej aktorce Sarze Gadon, która bardzo interesująco wypadła w roli Emmy, żony Junga, nie dając się bardziej doświadczonym kolegom zepchnąć w cień.

A zainteresowanych tematem Niebezpiecznej metody, a zwłaszcza postacią Sabiny odsyłam do bardzo dobrego artykułu z „Wysokich Obcasów” , który powstał jeszcze przed nakręceniem filmu.



Polskie kino nie rozpieszcza nas kryminałami, a więc jako że bardzo lubię ten gatunek, premiera Uwikłania, na motywach powieści Zygmunta Miłoszowskiego, okrzykniętej najlepszym polskim kryminałem od lat, była dla mnie wydarzeniem. Oczywiście, jak to jednak bywa, nie udało mi się obejrzeć filmu w kinie, potem też jakoś zszedł na dalszy plan, ale w końcu sobie o nim przypomniałam i dzięki temu spędziłam naprawdę udany wieczór (właściwie noc) w towarzystwie znakomitych aktorów (m.in. Seweryn, Łukaszewicz, Stenka, Globisz, Pieczyński, Adamczyk no i przede wszystkim Maja Ostaszewska) i dając się wciągnąć w ciekawą zagadkę kryminalną. A film wciąga i intryguje od pierwszych scen. Nakręcony jest naprawdę wg najlepszych amerykańskich standardów, co oznacza, że trzyma w napięciu jak trzeba. Początkowe sceny – znakomite. Zupełnie nie wiadomo jak będą się mieć do reszty filmy, nie wiadomo o co w nich chodzi, ale tym właśnie od razu wprowadzają pożądane zainteresowanie ze strony widza. Co ważne, w kręgu podejrzanych w sprawie o zabójstwo nie ma jednej postaci, która byłaby wyraźnie bardziej podejrzana od innych, a więc nie oglądamy z góry znając (domyślając się) zakończenie, co sprawia że to zainteresowanie z biegiem czasu (a film trwa dwie godziny) ani na chwilę nie słabnie. Jednak największa w tym zasługa Mai Ostaszewskiej, która jest fenomenalna w roli śmiałej, nieco krnąbrnej, stanowczej pani prokurator Agaty Szackiej. Ma napisane naprawdę dobre teksty, a i w ogóle reszta dialogów stoi na poziomie, zwłaszcza, że nie są one ugrzecznione czyli ocenzurowane. Plus także za świetny monolog Seweryna na temat polskiej młodzieży. Całkiem dobrze wypadł Marek Bukowski, aktor, którego nie znam, choć jego twarz kojarzę z TV, ale nie potrafiłabym podać konkretnego tytułu, do którego bym go przypisała. W każdym razie jego bohater jest tutaj taki jak trzeba – jak to komisarz z kryminału, trochę z problemami, trochę niegrzeczny i niepokorny.

Trzeba przyznać, że Uwikłanie jest dość nachalną reklamą Krakowa - nakręcono go przy dofinansowaniu władz miasta. Nie można zaprzeczyć, że miasto pięknie sfilmowano, sporo jest zdjęć z wysokości, z lotu ptaka, można się w nim naprawdę zakochać, jednak wplatanie takich obrazków co chwilę, nie wygląda zbyt naturalnie. Do tego mało subtelne product placement (np. piwa Lech) i można się trochę zniesmaczyć. Albo pochylić głowę w zamyśleniu nad tym, jak w tym kraju ciężko o pieniądze na film.

Film kręcono wiosną bądź latem, dzięki czemu ekran rozpromienia blask słońca, co stanowi ciekawy kontrast dla mrocznych skandynawskich bądź brytyjskich kryminałów spowitych w szarościach. Nasz kryminał może nie jest mroczny, ale popełnione w nim morderstwo ma oczywiście drugie dno, a nawet korzenie polityczne, a finał filmu jest zagadkowy i otwarty na nasze interpretacje. Choć nie wiadomo, jak go rozumieć i czy w ogóle był on ze strony reżysera przemyślane, finał ten jest mocnym akcentem tego dobrego filmu. Sztampowym zakończeniem dobre wrażenie jakie pozostawia po sobie Uwikłanie łatwo można by było zatrzeć, na szczęście udało się tego uniknąć. Jedyne co mnie razi dość mocno, to tak charakterystyczne dla polskich twórców odwoływanie się do PRL-u. To takie polskie…Czy trzeba ten PRL wciskać na siłę do naprawdę każdego filmu? Jeśli nie jako czas akcji, to jako czas, w którym coś ważnego dla akcji się wydarzyło? Myślę, że nie tylko mnie to zaczyna już bardzo irytować. Mimo tego można filmowi wystawić ocenę 7/10, w nadziei, że po przeczytaniu ksiązki nie zmieni się ona diametralnie na jego niekorzyść. A film, co warto jeszcze raz zaznaczyć, powstał jedynie na jej motywach – z tego co mi wiadomo zmiany względem niej są duże – od płci głównego bohatera począwszy (inaczej przecież nie byłoby wątku romansowego), na zakończeniu kończąc (reżyser chciał nam zapaść w pamięć). Tym bardziej chyba warto przeczytać. A po film warto sięgnąć, jeśli szuka się dobrej rozrywki w polskim wykonaniu. Nie dramatu, nie komedii, nie historii miłosnej. Kiedy się nie ma ochoty na nic poważnego, smutnego czy wymagającego. Uwikłanie będzie jak znalazł.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...