Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komediodramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komediodramat. Pokaż wszystkie posty

26.02.2016

Z notatnika kinomanki, cz. XXXI

Hej! Dzisiaj garść refleksji na temat ostatnio obejrzanych filmów. W większość to filmy nominowane w tym roku do Oscarów. 






Dzikie historie mnie nie uwiodły. Nie poruszyły, nie wywarły wielkiego wrażenia. A szkoda. Z jednej strony rzeczywiście jest to film oryginalny – sześć historii o ludziach, którzy postanowili powiedzieć: dość i się wkurzyć, i tę złość wyładować na innych. No ale jednak Tarantino to to nie jest. U Tarantino od początku do końca wiemy, że to co widzimy nie jest na serio. Jest pewna umowność. Leje się krew, ale ona nas nie wzrusza. Natomiast w Dzikich historiach wszystko jest jednak bardziej na poważnie. Może oprócz pierwszej części, która jest dość absurdalna (ale udana). Ten niejednoznaczny ton Dzikich historii razi i sprawia, że tak naprawdę widz nie wie co ma myśleć. Poza tym, poszczególne części, poza tym, że znacznie się od siebie różnią długością, są też nierówne jakościowo. Niektóre już mi wyleciały z głowy, inne, jak końcowy segment z akcją na weselu na pewno zapamiętam na długo. A zatem, jeśli szukacie czegoś świeżego, warto obejrzeć, ale bez nastawiania się na jakieś szczególne doznania.




Film, o którym głośno było od momentu, kiedy na jaw wyszło, że Eddie Redmayne będzie w nim grał transwestytę (bo chyba tak można określić jego postać). Już wtedy oczywiście zaczęto mówić o Oscarze. Po premierze szum wokół filmu jednak ucichł, a sam obraz nie zdobył dotąd żadnych liczących się nagród (prócz tych dla Alicii Vikander). I to mnie bardzo dziwi, bo Dziewczyna z portretu spośród kilku obejrzanych przeze mnie filmów „okołooscarowych” podobała mi się najbardziej. Nie rozumiem zatem zarzutów, że film jest pusty, że brak w nim emocji, że nie trzyma w napięciu, a jedyne dzięki czemu zapisze się w historii kina to sama tematyka, wciąż rzadka w Hollywood. Ja się zupełnie nie nudziłam, ta historia mnie pochłonęła i oglądałam ją z dużym zaciekawieniem i przyjemnością do samego końca. Rzeczywiście, twórcy uderzają raczej w melodramatyczne tony, ale nie rozumiem jakie mogły być inne oczekiwania wobec tego filmu. To historia małżeństwa dwójki malarzy, z których mąż – Einar z czasem zaczyna przebierać się w kobietę, by ostatecznie zdecydować się na zmianę płci. To tak w skrócie. Być może należałoby zastanowić się nad tym, kto jest tak naprawdę głównym bohaterem tego filmu, bo zdaje mi się, że wcale nie Einar. Dla mnie to przede wszystkim film o jego małżonce Gerdzie, o jej postawie w obliczu sytuacji, gdy jej mąż staje się kimś zupełnie innym, film o jej oddaniu i miłości. Jeśli ten film to czyjś portret to przede wszystkim jej, a jest wiarygodny dzięki wspaniałej Alici Vikander, od której wprost nie można oderwać oczu (jaka szkoda, że prawdopodobnie nie dostanie Oscara). Piękny wizualnie i poruszający emocjonalnie, taki jest film Toma Hoopera. Warto wspomnieć o dobrych rolach drugoplanowych (Matthias Schoenaerts, Ben Whishaw, Sebastian Koch i…Amber Heard), a co do Redmayne’a – momentami jest trochę zbyt teatralny, zbyt ckliwy, trochę za dużo w nim zostało ze Stephena Hawkinga, ale czy oprócz Cilliana Murphy przychodzi Wam do głowy ktoś inny kto tak dobrze sprawdziłby się w tej roli?

Spotlight 6/10



Nie miałam wielkich nadziei względem tego filmu, dlatego też długo się zastanawiałam czy w ogóle oglądać. Ciekawość zwyciężyła. Czy to jest dobry film? Na pewno tak. Porządnie, solidnie zrobiony, jeśli o to chodzi. Czy to jest film na miarę Oscara? Dla mnie nie, ale jeśli wyznacznikiem Oscarów i innych nagród jest ważka tematyka – na pewno tak. Czy to jest film ciekawy, zajmujący? Dla mnie nie. Dziennikarskie śledztwo jest wciągające tylko do pewnego momentu. Film niestety nie trzyma za bardzo w napięciu, nie ma jakichś wyraźnych punktów zwrotnych, jest bardzo monotonny, jak ktoś zauważył na filmwebie – bohaterowie mogliby równie dobrze pisać książkę kucharską i podobnie by to wyglądało. Akcja praktycznie zerowa, dialogi średnie, emocji jak na lekarstwo. I w tym wszystkim tym bardziej dziwi czy może wręcz śmieszy nominacja do Oscara dla Rachel McAdams, która nie pokazała w tym filmie nic. Nie zagrała źle, ale absolutnie nie pokazała nic wybitnego. Nie dla tego, że nie potrafi – po prostu nie miała nic do zagrania. Jej postać jest nudna, nie wyróżnia się niczym, jest po prostu ambitną, dobrą reporterką, ale nie poznajemy jej emocji, nie wchodzimy do życia prywatnego. Trochę więcej do zagrania miał Mark Ruffalo, a może po prostu nadał swojemu bohaterowi bardziej charakterystycznych cech, w każdym razie jego postać była jakaś. Reszta – do zapomnienia. Wychodzi więc na to, że Spotlight zbiera dobre recenzje tylko za swoją tematykę, która niestety przesłania wielu osobom inne elementy filmu.  Film zdecydowanie na jeden raz.

Brooklyn 6+/10



 Kolejny oscarowy film, który rozczarowuje. To film „ładny”, jak ja to mówię, czyli chwytający za serce, taki, który wciąga i który dobrze się ogląda. Ale obiektywnie patrząc nie wnosi on nic nowego do kina ani nie budzi w widzu zachwytu z serii „łał, dawno tak dobrego filmu nie widziałam!”. To raczej film dla „odmóżdżenia” niż dla intelektualnej uczty. Brak mu oryginalności i świeżości, a za dużo w nim taniego sentymentalizmu. To typowy wyciskacz łez, i to jest ok., ale już oceniając go kontekście wielkich nagród trzeba powiedzieć, że pozytywny odbiór Brooklynu jest zaskakujący. Historia jest prosta, schematyczna i nie została opowiedziana w szczególnie nowatorski sposób. Mam wrażenie, że to film, o którym za rok nikt nie będzie pamiętał. No ale tu po raz kolejny kłania się nam ważki temat – czyli irlandzcy emigranci w USA – który zapewne zapunktował u członków Akademii. Choć zdecydowanie bardziej jest to film o miłości niż o emigracji. 

Ale żeby nie było, że tylko krytykuję. Nie można odmówić Saorise Ronan uroku, wiarygodności i talentu – rola Ellis to zdecydowanie jedna z jej najlepszych ról i mam nadzieję, że teraz posypią się kolejne ciekawe propozycje dla tej młodej aktorki. A  Brooklyn to przede wszystkim ciepły film, trochę „bajkowy”, ale ładny wizualnie, klimatyczny ze względu na świetne oddanie ducha lat 50. Warto obejrzeć, zwłaszcza jeśli lubi się stylistykę retro. Przyznam, że ja liczyłam na coś w stylu An education czyli Była sobie dziewczyna (tu i tu scenariusz pisał Nick Hornby). Trochę się zawiodłam, co nie zmienia faktu, że nie żałuje, że ten film obejrzałam.




Jeden z hitów zeszłorocznego festiwalu w Sundance, film, którego mocno wyglądałam. I co? I znowu lekkie rozczarowanie. Główna bohaterka filmu, nastoletnia Minnie, potrafi nieźle zirytować swoim lekkomyślnym, typowo młodzieńczym zachowaniem, którym kierują tylko i wyłącznie hormony. O tym zresztą jest ten film – o okresie dojrzewania, który to jest okresem pierwszych fascynacji i eksperymentów seksualnych. Rozerotyzowanie bohaterki może jednak drażnić, a ono jest głównym motorem napędowym jej działań. Z drugiej strony daleko jej do nimfomanki. Sama historia jest w zasadzie banalna i śmiało można powiedzieć, że w filmie dzieje się naprawdę niewiele. Widać brak jakiegoś głębszego pomysłu na scenariusz. Nie jest jednak nudno, co w dużej mierze jest zasługą ciekawej oprawy wizualnej utrzymanej w estetyce komiksowej, no i grającej Minnie uroczej Bel Powley, która sprawia, że mimo wszystko tę dziewczynę – z którą w prawdziwym życiu na pewno bym się nie zaprzyjaźniła – nawet polubiłam. Dla wielu Wyznania nastolatki (taki jest polski tytuł) to przede wszystkim film, w którym boski Alexander Skarsgard ma wąsy. Przyznam, że jego rola nie powaliła mnie na kolana, ale to raczej dlatego, że wiele do zagrania nie ma. Dużo ciekawiej wypada Kristen Wiig, którą chyba nieco niesłusznie do tej pory uważałam za irytującą aktorkę typowo komediową. Summa summarum, można obejrzeć, ale uczulam co bardziej delikatnych, że może Wam ten film nie podejść.

Marsjanin 7/10



Marsjanin to bardzo ciekawy przypadek – dowcipne, optymistyczne science fiction. I kto by pomyślał, że może je nakręcić Ridley Scott! Pomijając „bajkowość” całej historii Marka Watneya, to naprawdę przyjemne kino, które dobrze się ogląda. Przyjęta przez twórców konwencja odświeżyła dość skostniały gatunek. Zaskakująco dobrze wypadł też w roli głównej Matt Damon, aktor, którego raczej nie ceniłam. Do roli Watneya wydaje się być jednak stworzony. Marsjanin jest jednak filmem trochę nierównym – ma mniej i bardziej ciekawe momenty, końcówka jest niestety nudna i dość przewidywalna. Twórcy nie skupiają się też na psychologii postaci, które są tu jednowymiarowe, konsekwencją czego tak dobrzy aktorzy jak Jessica Chastain czy Sean Bean nie mają wiele do zagrania i wręcz się marnują. Całościowo to jednak dobra rzecz i na pewno film, o którym za kilka czy kilkanaście lat będzie się pamiętać.

Carol 7/10



Hmmm, śmiało można powiedzieć, że ten wpis to lista moich rozczarowań. Film Carol, który wedle recenzji i zapowiedzi miał być romansem wszechczasów, najpiękniejszym filmem o miłości i Bóg wie czym jeszcze okazał się być jedynie poprawny. A przyznaję, że liczyłam na film, który zrobi na mnie kolosalne wrażenie, nie da o sobie zapomnieć i do którego będę chciała jak najszybciej wrócić. Niestety, trochę za mało jest w tym filmie emocji, a wątek miłosny dwóch głównych bohaterek tak naprawdę pokazany jest dosyć powierzchownie, nie angażując zbytnio widza. To nie to, co w Tajemnicy Brokeback Mountain, kiedy cierpimy wraz z nie mogącymi być razem kochankami. Reżyser Carol trzyma tymczasem widzów na dystans. Konstrukcja postaci sprawia, że trudno się do nich emocjonalnie zbliżyć. Bohaterka Cate Blanchett jest chłodna, posągowa. Z kolei Therese, grana przez Rooney Marę, jest dość  nieśmiała, wycofana, to taka typowa szara myszka, która przechodzi przemianę, pod wpływem dojrzałej kobiety, w której się zakochuje, ale tak właściwie nie do końca wiemy co się dzieje w jej psychice. Nie potrafiłam kibicować związkowi tych dwóch bohaterek i być może to sprawiło, że Carol nie wywarła na mnie aż tak wielkiego wrażenia, na jakie liczyłam. Plusem na pewno jest zakończenie, spinające film klamrą i pozostawiające niedosyt, choć wymowne. O stronie wizualnej chyba nie muszę pisać – świetne kostiumy, scenografia, zdjęcia. Gdybym miała oceniać, film lepszy od Brooklynu i to on powinien się znaleźć w gronie nominowanych do Oscara za najlepszy film. Choć statuetki bym mu nie dała.


Zjawa 8/10



A czy Oscar należy się Zjawie? Z odpowiedzią na to pytanie mam problem. Być może w gronie nominowanych to rzeczywiście najlepszy film. Ja nad takie widowiskowe produkcje przedkładam kino kameralne, ale z obejrzanych do tej pory kameralnych oscarowych filmów żaden mnie jednak nie ujął (nie widziałam jeszcze zachwalanego Pokoju). Przyznanie Oscara Zjawie na pewno będzie dobrą decyzją, bo to bardzo dobry, świetnie zrobiony film. Niemniej – czysta rozrywka, a ja bardzo chciałabym widzieć z Oscarami twórców filmów bardziej ambitnych i wymagających. Takich jakie kiedyś kręcił Inarritu (o wiele bardziej od jego nowych propozycji wolę genialne 21 gramów i Babel). O Zjawie wszystko już zostało powiedziane i ja się z tłumu przychylnych recenzentów nie wyłamię. Ten film nie ma złych stron, wszystko w nim zagrało tak jak powinno. Jedyne co budzi moją wątpliwość to wiarygodność przedstawionej historii (mam na myśli zwłaszcza scenę z niedźwiedziem), ale w gąszczu zalet schodzi ona na drugi plan. A zalet jest całe mnóstwo. Przede wszystkim ta historia angażuje widza. Sprzyja na pewno temu temat – motyw zemsty i walki o przetrwanie. Każdy chce żeby głównemu bohaterowi się udało. Ogromnym plusem jest to, że dzięki nieco metafizycznym retrospekcjom możemy poznać bohatera granego przez Leonardo DiCaprio, jego przeszłość, która go ukształtowała. Ten film to zatem nie tylko świetne zdjęcia zjawiskowych plenerów i mocne, zapadające w pamięć sceny. Jest tu też miejsce na uczucia i refleksję. Samotna wędrówka Hugo Glassa, w której widz ma wrażenie, że uczestniczy, jest podszyta niebywałym smutkiem, smutkiem ojca chcącego pomścić syna. Leonardo DiCaprio w roli Glassa jest przekonywujący, ale nie bardziej niż w każdej innej roli. Nie pokazał niczego wielkiego, ma na koncie wiele lepszych ról. Ale rola w Zjawie była najbardziej wymagającą w jego życiu, to widać i za to właśnie dostanie Oscara (musi dostać, inaczej przegram zakład ;)). Za kąpiel w zimnym jeziorze, za czołganie się po ziemi i cierpliwe znoszenie 5-godzinnej charakteryzacji. Oscar za Zjawę to będzie dla DiCaprio jednak bardziej Oscar honorowy, za wszystkie te razy, kiedy go nie dostał. Inne pytanie brzmi czy Leo był najlepszy spośród swoich współnominowanych? Ale nie widziałam ról Michaela Fassbendera i Bryana Cranstona więc się nie wypowiem. Wracając do Zjawy, film kradnie DiCaprio jego przyjaciel, choć nie na ekranie, Tom Hardy. Przyznam, nie doceniałam Brytyjczyka. Każda scena w Zjawie z jego udziałem to perełka. Swoją postać zbudował kompletnie, od a do z, poprzez akcent czy mimikę, stał się swoim bohaterem i zrobił to w taki sposób, że widz od początku życzy mu śmierci.  Mam nadzieję, że on także zgarnie w tym roku najbardziej pożądaną przez aktorów statuetkę.
Podsumowując, Zjawa to uczta dla oka i dobra rozrywka na wysokim poziomie. Tylko tyle albo aż tyle.


Sicario 7/10



Im więcej czasu mija od mojego seansu Sicario, tym lepiej go oceniam. W trakcie oglądania czułam rozczarowanie – Denis Villeneuve w Labiryncie i Wrogu pokazał jak oryginalnym, pomysłowym jest reżyserem i jak dobrze wychodzą mu thrillery. Tymczasem Sicario thrillerem nie jest, w dodatku to film o kartelach narkotykowych, więc tematyka specyficzna i nie dla każdego interesująca. Na przykład dla mnie. Z jednej strony nie ma dla mnie w tym filmie żadnego „łał”, z drugiej – doceniam go jako porządne kino, które ogląda się bezboleśnie. Nie ma w tym filmie nic co zachwyca, nic co byłoby szczególnie wyróżniające się – oprócz fenomenalnej muzyki Johana Johanssona, która znakomicie buduje klimat (nominacja do Oscara!). Scenariusz nie jest wybitny, film momentami nudzi, ale mimo tego jest nieprzewidywalny do samego końca. Nie trzyma mocno w napięciu, ale na pewno utrzymuje w stanie zaciekawienia. Duża w tym zasługa aktorów. Emily Bunt początkowo może się wydawać mdła w swojej roli (zresztą Sicario w ogóle nie ma wyrazistych postaci), ale z perspektywy czasu trzeba powiedzieć, że taka właśnie miała być – milcząca, oniemiała, przerażona i zagubiona w sytuacji, w której się znalazła. Josh Brolin i Benicio del Toro do swoich ról też jak znalazł. Castingowy strzał w dziesiątkę. Plus Sicario ma sporo mocnych scen, które wgniatają w fotel. W sumie to dosyć mroczny i ponury obraz, wcale nie taki lekki. Coś w sobie ma.

23.01.2015

Z notatnika kinomanki, cz. XXIX

Ostatni przegląd obejrzanych filmów był na początku października. Brakuje weny, motywacji i chęci do pisania, przyznaję. Próbuję jednak to zmienić. W ostatnim czasie – czyli od rzeczonego października – wcale nie obejrzałam jednak jakieś gigantycznej liczny filmów. Poniżej krótko o tych, o których warto wspomnieć. Tym razem pogrupowałam moje oceny w trzy kategorie, dzięki czemu łatwiej będzie Wam ocenić, czy polecam dany film.

Trzeba obejrzeć

Broken (reż. R. Norris, 2012)  8/10 
















Przez pierwszych kilkadziesiąt minut zastanawiałam się dokąd zmierza ta pozornie zwykła, obyczajowa opowieść o życiu na przeciętnym angielskim przedmieściu. Im bliżej jednak do finału, tym bardziej wzrastało napięcie i tym bardziej reżyser mnie zaskakiwał. Czym? Tym, że okazało się, że jego film mówi okrucieństwie, złu i brutalności i że nie waha się przed najbardziej szokującymi rozwiązaniami. Z upływem czasu coraz więcej w filmie dramaturgicznych zwrotów akcji, coraz bardziej nas on pochłania, czy nawet przytłacza ciężarem opowieści. Ogromnie wiele robi dla filmu odtwórczyni głównej roli, młodziutka Eloise Laurence, której oczami oglądamy cały przedstawiony w nim świat. Świetne role stworzyli też jak zwykle Tim Roth i Cillian Murphy. Niełatwo jest zapomnieć o tym filmie tuż po seansie – Broken głęboko porusza i skłania do refleksji. Bardzo niepozorny, mały, ale wielki film.

Jak być kochaną (reż. W. Has, 1962) 8/10 

Rola Barbary Krafftówny w tym filmie uznawana jest za jedną z najlepszych kobiecych ról w polskim kinie. To faktycznie da się zauważyć. Dzięki temu, że poznajemy wewnętrzne monologi granej przez nią Felicji, możemy mówić w przypadku Jak być kochaną o filmie psychologicznym. Samej Krafftównie dało to natomiast możliwość zbudowania doskonale pełnego wizerunku Felicji, która przy tym cały czas pozostaje dla mnie postacią niejednoznaczną. Film Hasa jest przede wszystkim portretem tej kobiety, ciężko doświadczonej, naznaczonej stratą, rozdartej emocjonalnie. Poza tym jest to także piękny film o niespełnionej miłości i życiowych rozczarowaniach. Nie bez znaczenia jest wojna w tle całej tej historii, bo to ona w dużej mierze wpływa tu na losy bohaterów. W tym miejscu koniecznie wspomnieć trzeba Zbyszka Cybulskiego. Z każdym kolejnym filmem aktor ten nie przestaje mnie pozytywnie zaskakiwać swoją ekspresyjną, do głębi zaangażowaną grą. Choć tu musi ustąpić palmy pierwszeństwa Krafttównie, tworzy znów świetną, poruszającą kreację. Jak być kochaną zachwyca także w warstwie kompozycji z uwagi na retrospekcje i czasowe przeskoki, a epizod Wiesława Gołasa to majstersztyk. Cóż dodać, musicie obejrzeć.

Labirynt fauna (reż. G. del Toro, 2006) 8/10 

O kurczę! Kto by pomyślał, że ten film mi się spodoba. Reklamowano go jako horror (serio!), więc od razu wykluczyłam go z listy filmów, które kiedyś obejrzę. Na szczęście związek dwojga osób opierać się musi o kompromisy: kiedy zaproponowałam Ukochanemu, że obejrzymy Coco Chanel, musiałam się jednocześnie zgodzić na obejrzenie Labiryntu fauna. To była dobra transakcja, zwłaszcza, że z tej dwójki Labirynt… bije Coco…na głowę. Ale na pewno mówiłabym zupełnie inaczej, gdyby ta baśniowa przypowieść w całości opierała się na świecie równoległym i fantazji głównej bohaterki. Jednak Labirynt fauna jest czymś więcej niż baśnią. Bo Guillermo del Toro jednocześnie opowiada bardzo prawdziwą historię dziejącą się w rzeczywistym świecie, jak i przedstawia alternatywny świat, do którego zostaje wpuszczona mała Ofelia. Okrucieństwo wojny zostaje zderzone ze światem czarów i niesamowitości. Świat ten, a konkretnie tytułowy labirynt fauna, staje się dla dziewczynki odskocznią od smutnej, krwawej codzienności, w której musi zmagać się z surowym ojczymem. Pytanie, czy labirynt był tylko wymysłem jej wyobraźni, ratunkiem, który dla siebie wymyśliła, pewnie na zawsze zostanie otwarte. Dzięki temu jednak film zyskuje i zostaje z nami na długo. Przy czym nie jest to baśń z oczywistym happy endem. Najbardziej porusza właśnie pokazanie zła – w osobie kapitana – bez jakiegokolwiek oszczędzania widza. Jednocześnie nie byłoby takiego efektu gdyby nie środki, którymi posługują się twórcy, a więc przede wszystkim zdjęcia (nagrodzone Oscarem) i efekty specjalne. Całość jest naprawdę wyjątkowa. A więc kto jeszcze nie widział, ten powinien nadrobić zaległości.


Warto obejrzeć

Obywatel (reż. J. Stuhr, 2014) 8/10 












Obywatel to nie jest typowa komedia i trzeba o tym pamiętać zabierając się za jego oglądanie. To podróż sentymentalna do przeszłości, dosyć przewrotna, przez co przyjemnie się w niej bierze udział, a także refleksja nad nami, Polakami, biorąca pod lupę nasze wady, wszelkie przywary i stereotypy. Film fajnie obsadzony i interesująco zmontowany.

Adwokat diabła (reż. T. Hackford, 1997) 8/10 

Zdecydowanie za późno obejrzany, głównie z powodu braku sympatii dla Keanu Reevesa. Tu jednak jego drętwota aktorska bardzo pasuje i w gruncie rzeczy nie denerwował mnie w tym filmie. To może być jednak zasługa dobrego scenariusza, który po prostu trzyma widza w napięciu. Ciekawie pod tym względem wypadają na przykład sceny na sali sądowej. Oczywiście, muszę zauważyć, że pod koniec twórcy brną już za bardzo w dosłowność i zakończenie wypada dość kiczowato. Ale całość jest interesująca, to na pewno thriller wart uwagi, jeśli lubimy ten gatunek, a przy okazji ciekawy komentarz do zawodu adwokata. Na plus także Charlize Theron, która zagrała tu chyba jedną ze swoich najlepszych ról. To aktorka wciąż przeze mnie niedoceniana, nabrałam więc apetytu na więcej filmów z jej udziałem.

Pani z przedszkola (reż. M. Krzyształowicz, 2014) 7/10

Choć wszystko, co najlepsze, zostało pokazane w zwiastunie, ubawiłam się na tym filmie. Interesujący scenariusz, w gruncie rzeczy odważna historia – w końcu mamy tu na pierwszym planie związek lesbijski – no i przede wszystkim absolutna czołówka polskich aktorów sprawiają, że warto film Krzyształowicza obejrzeć. Do tego plus za klimat PRL-u.

Hardkor Disko (reż. K. Skonieczny, 2014) 6/10 












Co jest najlepsze w debiucie fabularnym Krzysztofa Skoniecznego, znanego i cenionego młodego reżysera teledysków? Warstwa audiowizualna, co nie jest zaskoczeniem. Zdjęcia są tu fenomenalne, choć pewnie niektórych irytują. Niektóre kadry, a nawet konkretne sceny wciąż mam jeszcze przed oczami, a film widziałam już kilka tygodni temu. To zupełnie nowa jakość w polskim kinie i żeby zrozumieć o czym mówię, musicie po prostu Hardkor Disko obejrzeć. Niestety, film nie pozbawiony jest wad. Główną są niedopowiedzenia. Zazwyczaj w filmach je sobie cenię, ale nie wtedy kiedy oglądam na ekranie szokujące sceny, które widzę bez przyczyny, bez uzasadnienia. Główny bohater, Marcin, pojawia się i zamierza wymordować pewną nowobogacką rodzinę. Dlaczego? Nie wiemy nic o nim ani jego motywacji. Możemy się tylko domyślać i domysły są, co widać po filmowych forach, ale czy to domysły idące we właściwym kierunku? Mam jeszcze jedno zastrzeżenie – tradycyjne: nie wierzę, że tak wygląda świat nastolatków, jak przedstawia go Skonieczny (i jak przedstawiają niemal wszyscy polscy reżyserzy). Na plus natomiast działa jeszcze obsada, zarówno Marcin Kowalczyk, jak i Janusz Chabior i Agnieszka Wosińska, która jest według mnie bardzo niedoceniana. Widać w filmie inspiracje reżyserami choćby takimi filmami jak Funny Games czy Only God Forgives, a i jeszcze więcej by się tego znalazło. I fajnie, że reżyser szuka, próbuje, eksperymentuje. Może następnym razem wyjdzie mu film jeszcze lepszy. Ale czas z Hardkor Disko i tak nie będzie stracony. Mimo wszystko polecam.

Still Alice (reż. R. Glazer, W. Westermoreland, 2014) 6/10 

Still Alice, czyli ekranizacja bestsellerowej powieści Lisy Genovy, Motyl, to prawdę mówiąc film przeciętny. W żadnym wypadku taki film nie mógłby być wymieniany jednym tchem z tegorocznymi kandydatami do Oscarów, gdyby nie rola Julianne Moore. To ona nadaje temu filmowi największą wartość. Największą, ale nie jedyną, bo obok niej sama tematyka też jest niezwykle ciekawa i w tym względzie Still Alice mi się podobało, zwracając moją uwagę na problem, o którym tak naprawdę nie miałam wielkiego pojęcia. Bo kto by pomyślał, że kobieta w wieku 50 lat może już cierpieć na zaawansowanego Alzhaimera. Jak wygląda przebieg tej choroby tego dowiadujemy się z filmu w moim przekonaniu dostatecznie. Natomiast jak radzi sobie rodzina chorej, w tym względzie film kuleje. Zabrakło emocji i wiarygodności w zachowaniu dzieci i męża Alice. Ale czego zabrakło mi najbardziej to chyba większej ilości epizodów z życia Alice, kiedy Alzhaimera daje znać o sobie i jak w takiej sytuacji reaguje rodzina. Co do samej Alice – Julianne Moore odwaliła kawał świetnej roboty, grając przejmująco i przekonywująco, nie mniej jednak nie jestem pewna czy właśnie za ten film dałabym jej Oscara (w końcu ma na koncie tak genialne role jak w Godzinach czy Samotnym mężczyźnie, gdzie nie wystarczyły cechy osoby chorej, by zbudować interesującą postać). Co do reszty obsady to ja zawsze jestem przychylna dla Kirsten Stewart i tu również zrobiła na mnie dobre wrażenie, a wręcz doskonale pasowała do swojej roli, gdyż sama też jest chyba osobą buntowniczą i przekorną. Zaskoczyła mnie za to pozytywnie Kate Bosworth, której nie uważałam za dobrą aktorkę, tymczasem tutaj, choć wiele do zagrania nie ma, robi bardzo pozytywne wrażenie. Z rolami męskimi w filmie nieco gorzej. Najwięcej zastrzeżeń oczywiście mają ci, którzy czytali książkę. Ja nie czytałam i pewnie tego nie zrobię i mimo że film jest przeciętny uważam, że warto go obejrzeć.

Jeziorak (reż. M. Otłowski, 2014) 7/10 

Inspiracje skandynawskimi kryminałami czuć tu na kilometr. Ale to tylko pozornie minus, bo przecież na naszym gruncie kryminałów nie robi się niemal wcale, więc Jeziorak jest takim światełkiem w tunelu, że jak się chce, to można. A wzorce wybrano najlepsze. Udało się osiągnąć na ekranie ten charakterystyczny skandynawski klimat – jest deszczowo, mrocznie, ponuro. A akcja pędzi, tyle że już tych kolejnych zwrotów akcji można się czepiać i będzie to uzasadnione. Jest w Jezioraku tak wiele zbiegów okoliczności, że czynią one z tej historii opowieść wielce niewiarygodną. Ale jeśli by zapomnieć o kryterium wiarygodności, otrzymujemy naprawdę wciągający, bardzo dobrze zagrany (brawo Jowita Budnik) film.


Można sobie darować

Mapy gwiazd (reż. D. Cronenberg, 2014) 6/10 

Jednym słowem opisałabym go jako intrygujący. Fanką Cronenberga nie jestem, ale Mapy gwiazd postanowiłam obejrzeć dla obsady. Julianne Moore zagrała tam jedną ze swoich najlepszych ról, Mia Wasikowska po raz kolejny udowodniła, że ma zadatki na świetną aktorkę, a Robert Pattinson – że w ogóle potrafi grać. Sama tematyka bardzo na czasie, a podejście do niej odważne i prowokujące. Czemu więc taka niska ocena? Bo męczyłam się oglądając ten film. Nie znalazłam sympatii dla bohaterów (ale z założenia są oni antypatyczni) i znudziła mnie prosta fabuła, opowieść, w której tak naprawdę nie chodzi o nic. Doceniam jednak satyryczne zacięcie.

Zacznijmy od nowa (reż. J. Carney, 2013) 5/10  















Szczerze mówiąc, ten film, po którym spodziewałam się bardzo wiele, zdążył mi już wywietrzeć z głowy. Właściwie nic oprócz dobrego, bo niebanalnego, zakończenia nie zostało mi po nim w pamięci. Nuda, choć z dobrą rolą Keiry Knightley, przyjemną muzyką i ciepłą atmosferą.

Czarownica (reż. R. Stromberg, 2014) 4/10 

Wielkie rozczarowanie. Familijne filmy fantasy to nigdy nie jest dla mnie dobry pomysł na seans, jednak ten chciałam zobaczyć ze względu na Angelinę Jolie. Choć ta wypadła w swojej bodajże ostatniej roli bardzo dobrze, nie uratowała koszmarnie nudnego i przewidywalnego filmu, w którym aż roi się od irytujących postaci (wróżki wygrywają wszystko w tej kategorii). Jedynym jak dla mnie plusem filmu – obok Jolie, która jednak była za stara na rolę, którą grała – jest olśniewająca strona wizualna, w tym świetna scenografia i charakteryzacja. O tym filmie naprawdę można powiedzieć że jest bajkowy – ale tylko w wyglądzie, bo bajki są na ogół dużo ciekawsze.

Ekspres polarny (reż. R. Zemeckis, 2004) 7/10

Jeden z bardziej popularnych animowanych filmów świątecznych. Ja za animacjami nie przepadam w ogóle, więc obejrzałam go dopiero teraz, mimo licznych emisji w TV w ciągu ostatnich lat. Skusiła mnie w końcu rekomendacja koleżanki, która na Ekspresie…zawsze się wzrusza. Cóż, mnie to nie spotkało. Chyba jednak za stara i zbyt poważna jestem. Przygody małych bohaterów zwyczajnie mnie nudziły. Jednak Ekspres polarny robi ogromne wrażenie techniką, w jakiej jest wykonany. W roku 2004 było to zdecydowanie nowatorskie podejście i wydaje mi się, że więcej filmów animowanych powinno wykorzystywać technologię wychwytywania ruchu. Magia filmu to jednak także jego przesłanie, może nie odkrywcze, ale ważne, gdy film oglądają dzieci. A Ekspres polarny jak najbardziej powinien podobać się najmłodszym.

Coco Chanel (reż. A. Fontanie, 2009) 5/10 

























Podoba mi się oryginalny tytuł tego filmu: Coco avant Chanel czyli Coco staje się Chanel. I rzeczywiście, film opowiada o początkach najsłynniejszej projektantki mody, o okresie gdy dopiero odkrywała kim chce zostać i co chce robić w życiu, a przede wszystkim o jej pierwszych wielkich miłościach. A więc pierwsza wada filmu – zbyt wiele o miłości, za mało o modzie. Wada druga – nie poznajemy Coco, nic a nic. Zostaje dla nas nieprzeniknioną tajemnicą, nie dowiadujemy się o niej niemal niczego. Kto choć trochę zna jej biografię i czytał o niej co nie co, ten wie, że była osobą wręcz okrutną, znamy jej raczej inny wizerunek niż ten, który wyłania się z tego niedopowiedzianego obrazu. Oczywiście, taki był najwidoczniej zamysł, żeby dojść tylko do pewnego momentu jej biografii, ale nie wyszło z tego nic więcej ponad przeciętne romansidło. Choć trzeba docenić bardzo dobrą obsadę – Audrey Tautou partnerują utalentowani Alessandro Nivola i Benoit Poelvoorde, a moją największą uwagę skupiła Emmanuelle Devos.


Grand Budapest Hotel (reż. W. Anderson, 2014) 6/10

To zdecydowanie nie są moje klimaty. Po raz kolejny dałam szansę Andersonowi i po raz kolejny stwierdzam, że niestety nie polubię się z nim. To znaczy jego filmy robią na mnie wrażenie warstwą wizualną, ale ponieważ ja cenię sobie głównie filmy, jak ja to mówię „życiowe”, bajki, które wymyśla Anderson kompletnie do mnie nie trafiają. Być może Genialny klan jest najbardziej przyziemny, bo z obejrzanej do tej pory czwórki, ten jego film oceniam najwyżej. Być może też Rushmore miałoby u mnie jakąś szansę. W zasadzie w powyższych zdaniach mieści się uzasadnienie, czemu tak świetnie oceniany film Andersona ma u mnie tylko marne 6/10. Ja się na jego filmach nudzę, nie potrafię dać się wciągnąć ani zżyć z bohaterami. To może o tym co mi się podobało: zawsze podoba mi się u Andersona dobór obsady, a dalej oczywiście scenografia, charakteryzacja i kostiumy. Fabuła jednak nie i tak jest i w tym wypadku. I to w zasadzie tyle co mogę o Grand Budapest Hotel powiedzieć. Mam nadzieję, że najlepszym filmem na Oscarach nie zostanie, bo według mnie po prostu nim nie jest.



15.10.2014

Orange Is The New Black, sezon 1 i 2 (Netflix, 2013 - )


Trudno jest pisać o Orange is the New Black, bo pisać można mnóstwo, a mam wrażenie, że i tak nie wyczerpie się tematu. Ja dość długo zabierałam się do tego serialu, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się jednak dobrą decyzją – nie musiałam czekać na drugi sezon, tylko obejrzałam dwa hurtem, no i czekanie na kolejny sezon też się skróciło. A muszę przyznać, że bardzo mi już brakuje OITNB, bo w trakcie oglądania choć jeden odcinek dziennie to była norma. Ten serial ma wszystko, czego oczekuję od serialu – wciągającą fabułę, wyraziste postaci i to takie, z którymi można się zżyć, jest zabawny, ale i smutny jednocześnie, a przy tym świetnie zmontowany i zagrany. Szczerze mówiąc nie sądziłam, że w książce Dziewczyny z Danbury Piper Kerman tkwi taki potencjał. Książkę czytałam, a nawet recenzowałam i podobała mi się, owszem, ale nie sądziłam, że można z tego nakręcić tak dobry serial. Ale oczywiście trzeba przyznać, że produkcja Netflixu jest tylko na motywach powieści, sporo zmienia i dodaje. Jednak nie ma to absolutnie znaczenia. Serial jest po prostu lepszy od książki, co rzadko się zdarza.

Dla porządku na wstępie powinnam może napisać, że twórczynią serialu jest Jenji Kohan, która stoi też za Trawką, której co prawda nie oglądałam, ale która cieszyła się dużą popularnością i sympatią krytyków. Widać doskonale, że Kohan są po prostu bliskie tematy związane z kobietami, zatem warto przyglądać się jej twórczości dalej. Orange… to serial silnie sfeminizowany, jednak nie brakuje w nim mężczyzn, a wymowa wcale nie jest szczególnie feministyczna. Chodzi tylko o to, że jest to serial, który doskonale opisuje kobiety. Jest to możliwe, bo na ekranie przewija się cała gama postaci ogromnie różnorodnych, są kobiety młode, starsze i w średnim wieku, reprezentujące różne światopoglądy, różne religie, mające różne kolory skóry. Są mniejszości etniczne, jest zakonnica czy też transseksualista. W tym swoistym tyglu ścierają się więc charaktery, dochodzi do konfliktów, iskrzy. Taka różnorodność bohaterek daje scenarzystom ogromne możliwości jeśli chodzi o prowadzenie fabuły.

Główną bohaterką serialu jest trzydziestokilkuletnia Piper – biała przedstawicielka klasy średniej, zadbana, przyzwyczajona do wygód, prowadząca własny biznes, mająca narzeczonego. Do więzienia na kilkumiesięczny pobyt trafia ze względu na przestępstwo, którego dopuściła się 7 lat wcześniej – niefortunny przemyt narkotyków. Piper jest początkowo wystraszona, zupełnie nie wie, jak się odnaleźć w nowych warunkach, ale szybko zaczyna przyswajać więzienne reguły. OITNB świetnie pokazuje właśnie te początki w więzieniu, ale trzeba po pierwsze przyznać, że nie wszędzie znalazłyby się tak miłe więźniarki, które powitają cię całym niezbędnym wyposażeniem, a po drugie – Piper trafia do więzienia o łagodnym rygorze.

Niemal każdy odcinek serialu zawiera retrospekcje, dzięki którym dowiadujemy się w jaki sposób kolejne bohaterki trafiły do zakładu. Początkowo wydaje się, że produkcja skupi się na kilku głównych postaciach, jednak szybko poznajemy losy także postaci drugoplanowych. Można powiedzieć, że jest tu wiele bohaterek pierwszoplanowych i wiele drugoplanowych. O żadnej się nie zapomina, do każdej się wraca. Oprócz ich więziennej codzienności, śledzimy też losy narzeczonego głównej bohaterki, Larry'ego. Do wątku Piper przypisana jest też jej przyjaciółka, potem pojawi się też brat. No i jest Alex – dziewczyna, za sprawą której wymiar sprawiedliwości upomniał się o Piper. Jako byłe partnerki, Alex i Piper wciąż coś do siebie czują. Ich relacja stanie się z czasem jednym z ważniejszych wątków serialu. Z czasem kamera coraz bardziej zaczyna się interesować także więziennymi strażnikami i naczelnikami, co jest bardzo ciekawym, udanym pomysłem urozmaicającym fabułę.

Pokuszę się o krótki przegląd najciekawszych według mnie bohaterek serialu. Z pewnością będą to:

Piper (Taylor Schilling)




Tak, Piper na początku bardzo irytuje, ale to się zmienia. Z odcinka na odcinek poznajemy ją od innej strony, okazuje się być egoistką, ale nie szkodzącą innym. Wręcz przeciwnie. Na jej przykładzie możemy obserwować, jak więzienie zmienia ludzi. Nie wie czego chce, jest zagubiona, ale mimowolnie się jej współczuje.

Alex (Laura Prepon) 



Zabawna, inteligentna, seksowna. No i ten głos. Ma ciekawą historię, jest intrygującą postacią – choć pewnie nie chcielibyśmy się z nią przyjaźnić, a jej wypowiedzi są zawsze mega błyskotliwe.

Taystee (Daniele Brooks) 




Urocza Murzynka z dużym poczuciem humoru. W ogóle trzeba zauważyć, że serial w bardzo ciekawy sposób opisuje, klasyfikuje czy też może stereotypizuje czarnoskórych i Latynosów. Czarnoskóre więźniarki są żywiołowe, mają trochę głupie żarty i posługują się charakterystycznymi gestami. Latynoski są trochę bardziej spokojne i zrzędliwe, ale również mają charakterek i trudno je przegadać. A sama Taystee jest trochę jak duże dziecko – zawsze pozytywnie nastwiona, dostrzegająca dobre strony, ale przy tym wcale nie głupia.

Nicky (Natasha Lyonne) 




Dobry człowiek ze słabościami (do narkotyków, niestety). Nicky to jedna z najbardziej barwnych postaci. Na razie raczej mało eksploatowana – w dużej mierze jej obecność to rozmowy z innymi, niekoniecznie o niej samej. Ma zabawne teksty, cięte riposty, jest dość szalona, a przy tym dobra dla innych.

Sophia (Laverne Cox) 




Czarnoskóra transseksualistka. Ma fajną historię i pozwala nam przyjrzeć się z bliska ludziom takim jak ona – którzy sami wybrali sobie płeć. Jako fryzjerka jest powierniczką zmartwień i doradczynią, która wie, że nowa fryzura może zdziałać dla samopoczucia kobiety cuda.

Oczywiście, mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, bo OITNB to same ciekawe postaci. Także męskie. Mężczyźni głownie przedstawieni są jednak jako słabi i popełniający mnóstwo drobnych i większych grzeszków. Trudno z nimi sympatyzować, ale nie są to postaci skrajnie negatywne. Raczej pokazane dość stereotypowo. Podobnie zresztą jest z bohaterkami – wiadomo: jak czarna, to złodziejka pochodząca z ghetta; jak imigrantka to bawiąca się w przemyt itd. Mi to jednak nie przeszkadza, bo przecież nie ma się co oszukiwać – te stereotypy są stereotypami nie bez powodu i faktycznie w większości przypadków tak to jest, że konkretne środowisko kształtuje konkretne postawy.



Więcej kreatywności jest w twórcach serialu jeśli chodzi o poszczególne wątki więzienne i zakończenia sezonów. Te są naprawdę emocjonujące. Wszystko to jednak poszłoby na nic, gdyby nie obsada – nagrodzona zbiorowo w tym roku nagrodą Emmy. Nie zagłębiałam się w to, ile z aktorek to debiutantki, jednak wygląda to tak, jakby część z nich była naturszczykami – zwłaszcza Murzynki i Latynoski, które są mega wiarygodne w swoich rolach. Poziom aktorski serialu jest naprawdę równy, co niezwykle rzadko się zdarza.

Cóż, nic dodać, nic ująć – Orange Is The New Black po prostu trzeba obejrzeć. Uwierzcie mi, że nie pożałujecie. Nie wyobrażam sobie, żeby komuś ten serial nie przypadł do gustu.

Moja ocena: 9/10


2.10.2014

Z notatnika kinomanki, cz. XXVIII

Adventureland

6/10




Przyjemny film młodzieżowy, który nie wnosi zbyt wiele do gatunku. Plusem jest osadzenie akcji w latach 80., co przekłada się na nostalgiczny klimat filmu. Ogląda się go zresztą tak, jakby faktycznie powstał w roku 1987. Adventureland pokazuje różne odcienie dorastania i robi to w sposób wiarygodny. Niemniej jednak, historia jest przewidywalna, nie skłania do przemyśleń i nie zawiera szczególnie głębokich treści. Ale ogląda się całkiem przyjemnie, co m.in. jest zasługą dobrego castingu (Jesse Eisenberg bardzo trafnie obsadzony).

Very Good Girls

7/10



Dakota Fanning i Elizabeth Olsen – dwie młode nadzieje kina – w jednym filmie. Dla ciekawostki dodam, że reżyserka filmu – Naomi Foner – to matka Jake’a i Maggie Gyllenhallów, do tej pory znana jako scenarzystka (Złoty Glob za Stracone lata). Very Good Girl to podobnie jak Adventureland kolejna historia o dojrzewaniu, jednak trochę bardziej gorzka. Przyjaciółki Gerry i Lilly tego lata mają zamiar stracić dziewictwo. Pech chce, że zadurzają się w tym samym chłopaku, Davidzie. Chłopak flirtuje z obydwiema, jednak romans zaczyna się między nim a Lilly. Kiedy umrze ojciec Gerry, Lilly poprosi Davida by spotkał się z jej przyjaciółką, a sama się z nim rozstanie…Very Good Girls to kameralne kino skłaniające do refleksji. Bohaterki – bardzo różne od siebie, dorastające w skrajnie różnych domach – nie są szalonymi dziewczynami pozbawionymi rozsądku, gotowymi na wszystko, jak to w podobnych produkcjach bywa. Film nie skupia się na ich obsesji na punkcie pierwszego razu – a mogłoby tak przecież być – lecz na wyborach przed jakimi stają i dorosłych decyzjach, jakie muszą podejmować. Filmy o nastolatkach można podzielić na dwa typy: czysto komediowe i rozrywkowe, które ogląda się bezrefleksyjnie oraz ciepłe oraz urocze, które angażują widza. To zdecydowanie film z tej drugiej kategorii. Polecam i ze względu na samą historię (choć zakończenie mogłoby być inne), i ze względu na młode, zdolne aktorki. Co ciekawe, ja po tym filmie miałam bardzo intrygujący sen, a że sny mam (albo pamiętam, jak kto woli) bardzo rzadko, to postrzegam to jako kolejny plus na poczet filmu.  

Pod Mocnym Aniołem

5/10



Lubię filmy Wojtka Smarzowskiego. Więcej – oglądam każdy jego film, czekam na każdy jego film i uważam, że to jeden z naszych najlepszych reżyserów w średnim wieku. Co prawda, Drogówka nie zrobiła na mnie już takiego wrażenia jak Wesele czy Dom zły, ale nie sądziłam, że Smarzowski zaczyna na dobre obniżać loty. Tymczasem stało się: Pod Mocnym Aniołem mi się nie podobało. Nie podobała mi się forma tego filmu, który złożony jest z luźnych scen, bezsensownie ze sobą wymiksowanych, co przypomina w zasadzie nie film fabularny, a prędzej dokument czy reportaż. Być może nawet gdyby to był reportaż oceniłabym go bardzo wysoko. Ale to miał być film. Niestety, na ten film nie da się patrzeć. Głównie przez taką pociętą byle jak fabułę (wiem że taki był zamysł, ale moim zdaniem nie sprawdził się), ale też przez morze obrzydliwości, które wylewa się z ekranu. Jasne, dzięki takim mocnym obrazom pijackich libacji i ich konsekwencji, film jest przestrogą przed alkoholizmem. Jednak przede wszystkim ten film zniechęca do alkoholików, napawa obrzydzeniem, pozostawia bez współczucia dla nich. A nie wiem, czy tego właśnie chciał reżyser. Oczywiście, bez zarzutu jest aktorstwo i chyba tylko dzięki niemu ten film powszechnie uważany jest za dobry. Nie jestem w stanie wystawić oceny niższej niż 5, bo wiem co Wojtek chciał osiągnąć i doceniam całą jego inwencję. Ale coś jednak poszło nie tak. Mam jednak nadzieję, że kolejnym filmem – o Wołyniu – reżyser wróci na stare tory. Druga Róża nie byłaby zła.

Na zawsze Laurence

6/10


Ten film jest zdecydowanie za długi. O tyle za długi, że część fabuły umyka i po seansie się o niej nie pamięta. Czuję, że to będzie ten film Dolana, który będę lubić najmniej, choć przecież opowiedziana historia i sposób narracji zasługują na docenienie. Oczywiście w tak długim filmie dużo jest tego, co u Dolana najlepsze – pięknych zdjęć, slow motion, efektownych stylizacji i dobrej muzyki. Estetyczna perełka, jak poprzednie dzieła Kanadyjczyka. Niestety to właśnie zapamiętuje się z niej najlepiej. Historię Laurence’a który przebiera się za kobietę, i jego związku z żoną, można by jednak streścić do 2 godzin i nie straciłaby na jakości. Bo przede wszystkim w tej opowieści nie ma potencjału na trzygodzinny film. Mimo wszystko ogląda się ją z zaciekawieniem, bo takich historii jak ta nie ma w kinie wiele. To pean na cześć prawdziwej miłości. Na uwagę zasługują aktorzy: Suzanne Clement, Melvil Poupad i Monia Chokri.

Magia w blasku księżyca

7/10



Woody Allen od pewnego czasu kręci naprzemiennie filmy lepsze i gorsze. Choć słowo gorsze wcale nie oznacza: złe. Jego zeszłoroczna Blue Jasmine to było coś: kino mocne, przenikliwe, doskonale komentujące współczesność, w dodatku była to luźna adaptacja Tramwaju zwanego pożądaniem. Można się więc było spodziewać, że w kolejnym filmie Allen spuści z tonu i podąży w bezpieczne, eksploatowane przez siebie wielokrotnie, rejony. I faktycznie Magia w blasku księżyca to film, w którym Woody się powtarza. Wszystko to, co widzimy na ekranie już było – i Paryż, i magia, i iluzja, i związek z dużą różnicą wieku, i lata 20. W dodatku Colin Firth gra typowo allenowskiego bohatera – zrzędliwego neurotyka, typa, który niczym nie zaskoczy wiernych widzów Allena. Ale właśnie wiernym widzom Allena ten film powinien przypaść do gustu. To wysmakowany wizualnie obraz, z charakterystycznymi dla Allena postaciami i dialogami, zakończony refleksyjną puentą. To film kameralny, z niewielką liczbą bohaterów, którego akcja snuje się dosyć powolnie. Ale jest to zdecydowanie film o czymś – nie tylko się na niego przyjemnie patrzy, ale też coś się z niego wynosi dla siebie. Bo filmy Allena to zawsze takie klasyczne przypowieści. Prawie zawsze, bo nie można tego powiedzieć chociażby o dość nudnych Zakochanych w Rzymie. Formuła nowelowa to coś co ewidentnie nie wychodzi Woody’emu.

Dawca pamięci

7/10



Na co dzień nie oglądam takich filmów. Sama zresztą nie zwróciłabym na niego uwagi. Ale zostałam namówiona i zgodziłam się bez oporów, bo spodobał mi się zwiastun obejrzany dwukrotnie w kinie. Wizja utopii i antyutopii to jeden z tych tematów, które w kinie sci-fi toleruję. Film jest ekranizacją powieści Lois Lowry pod tym samym tytułem i budzi oczywiste kontrowersje wśród jej czytelników. Ponieważ do nich nie należę, naprawdę nie mam się na co oburzać. Na co dzień nie oglądam podobnych filmów – nie znam Igrzysk śmierci, Niezgodnej i innych tego typu tytułów – i być może właśnie dlatego Dawca pamięci mi się podobał. To dobry film, w którym niczego nie brakuje. Jest klimat, jest dobre aktorstwo, jest wciągający scenariusz. Do tego film prezentuje się ciekawie od strony wizualnej. Wiem jednak, że jego tematyka jest wtórna i nie dziwię się słabszym ocenom. To nie jest film pozbawiony wad. Można się czepiać zakończenia, jak również tego, że nie wszystko w filmie zostało wyjaśnione, a scenarzyści okazali się niekonsekwentni. Niemniej jednak, jest to film ciekawy i mądry, robiący wrażenie samą tematyką. Bo kto z nas nie jest ciekawy przyszłości i tego, czy możliwe jest stworzenie świata, w którym każdy będzie szczęśliwy?

Ida 

8/10




Jak to trafnie ujęła Klaudyna, takie filmy jak ten są obciążone myśleniem nad tym, gdzie jest tkwiące w nich arcydzieło. Bo przecież cały świat trąbi że Ida to arcydzieło. Pewniak do Oscara itd. Trudno skupić się na obrazie, jeśli ogląda się go w poszukiwaniu czegoś. To coś może wówczas umknąć. Czy mi umknęło? Nie wiem. Bo choć uważam, że Ida jest filmem bardzo dobrym, a może nawet świetnym, to jednak jest to dla mnie film jeden z wielu. Nic wyjątkowego, nic co od razu dodałabym do ulubionych czy chciała oglądać ponownie. Ale nie oznacza to, że nie kibicuję Idzie na drodze do Oscara. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby choć jedna statuetka trafiła w ręce jej twórców. Nie wiem z jakimi filmami Idzie przyjdzie się zmierzyć, nie wiem czy będą to filmy gorsze czy słabsze, ale wiem, że jest to film skrojony pod nagrody. Choć oczywiście nie zakładam, że taki był zamysł jego twórców. Co mi się w Idzie podobało to przede wszystkim warstwa wizualna, która przełożyła się na specyficzny, kameralny klimat. Czarno-biała taśma ma coś w sobie, coś co uszlachetnia każdy film, jak bardzo banalny by on nie był. Poza tym na uwagę zasługują zdjęcia, piękne wysmakowane kadry. Doskonałym uzupełnieniem klimatu jest jazzowa muzyka. Wszystko to sprawia, że Idę można pomylić z filmem szkoły polskiej lat 50, czy 60. Fascynująca jest również tematyka, dla jednych kontrowersyjna, dla innych po prostu odważna. Paweł Pawlikowski podjął się śliskiego tematu polskiego antysemityzmu, ale do tematu podszedł z subtelnością i dystansem. Nie należy jednak Idy rozpatrywać wyłącznie jako filmu o polskiej historii. Dla mnie to przede wszystkim ciekawa opowieść o dwóch światopoglądowo różnych kobietach, studium kobiecej psychiki, studium psychiki kobiet o trudnych życiorysach. I film o wyborach na drodze do znalezienia własnej tożsamości. Z cudownym otwartym zakończeniem. Tak, Ida podobała mi się bardzo. Ale to taki film, który – być może ze względu na niedostatek dialogów – ogląda się raz, by się nim zachwycić i nigdy więcej nie wrócić. A nie jestem pewna, czy o to chodzi w kręceniu filmów.

Breathe In

7/10



Moje małe rozczarowanie. Drake Doremus wręcz oczarował mnie swoim filmem Like Crazy, więc kiedy tylko usłyszałam o Breathe In, jego kolejnym filmie, również z intrygującą Felicity Jones, nie mogłam się doczekać kiedy go obejrzę. To jednak film znacznie mniej przystępny dla widza, film trudniejszy w odbiorze. Nie chcę powiedzieć: nudny, ale na pewno nie tak porywający, pochłaniający, przejmujący. W dodatku niestety jest to film dość przewidywalny, szablonowy, z banalnym zakończeniem. Tego wszystkiego o Like Crazy nie można było powiedzieć. Nie oznacza to, że film nie wyszedł. To kameralne kino i subtelnie opowiedziana historia o dziewczynie, która zadurzyła się starszym, żonatym mężczyźnie. A może o mężczyźnie, który zapragnął odmienić swoje życie romansem z nastolatką? Bez zbędnych słów, bez zbędnych scen, za to z dużą dawką emocji bijących od bohaterów i piękną muzyką w tle. Sama historia jednak niczym mnie nie ujęła, ale za całokształt daję 7.

Wszystko jest iluminacją

8/10



Film przemyślany od początku do końca. Ani przez chwilę nie nudzi. Nie zawsze aktorzy powinni brać się za kręcenie filmów, ale Liev Schroeiber odniósł na tym polu sukces. Pomogła mu w tym powieść Jonathana Safrana Foera, która opowiada o młodym Amerykaninie żydowskiego pochodzenia, który wyrusza na Ukrainę w poszukiwaniu kobiety, która w czasie wojny ocaliła jego dziadka. To książce zawdzięczamy świetne barwne postaci – Jonathana, głównego bohatera, którego obsesją jest zbieractwo pamiątek związanych z daną chwilą, Alexa – zabawnego Ukraińca zafascynowanego amerykańską kulturą czy jego zgorzkniałego dziadka. Ale Schroeiber zadbał o odpowiednią oprawę, zarówno wizualną (kadr z polem słoneczników jest przepiękny), jak i muzyczną (słychać tu zarówno folk, jak i muzykę typowo żydowską). Jego film uwrażliwia – zarówno na innych ludzi, jak i na inną kulturę, która pokazana jest z dużą subtelnością. Zderzenie amerykańskiego stylu życia z ludowym folklorem robi wrażenie. Do tego dochodzi jeszcze bolesny temat wojny. Zaletą filmu jest to, że płynnie przeradza się on z lekkiej komedii w nostalgiczny dramat, a wszystko to przy zachowaniu dobrego smaku. Niczego nie można zarzucić także obsadzie. Elijah Wood pasuje jak znalazł do roli grzecznego inteligencika, a Eugene Hutz jest wspaniałym Alexem. Wszystko jest iluminacją to zarówno rozrywka, jak i refleksja, film który nie pozostawia niedosytu.

SzczęścieDziękujęProszęWięcej

6/10



Pierwszy z dwóch filmów, które wyreżyserował i napisał Josh Radnor (o Sztukach wyzwolonych pisałam poprzednio). Ponownie aktora HIMYM widzimy również w roli głównej. Wydaje się, że Radnor tak jak Allen stworzył już sobie archetyp swojego bohatera – zawsze jest to dobry, fajny facet, który nie jest zbyt towarzyski, nie za bardzo zna się na podrywie, ale jest oczytany, inteligentny i rozsądny. Trochę ideał. W dodatku optymistycznie patrzy na życie. No właśnie. Optymizm to coś co od razu można wyłapać w filmach Radnora. Wszystko byłoby ok., gdyby nie to, że tym razem reżyser opowiada kilka historii w jednym filmie. Niestety nie łączą się one ze sobą zbyt płynnie i nie wszystkie są równie interesujące. Sztuki wyzwolone skłaniały do refleksji, kazały się zastanowić nad tym, nad czym nie zastanawiamy się na co dzień. Tutaj mamy historie dość mało wiarygodne i mało ciekawe. Bronią tych historii jednak aktorzy: Radnor, Kate Mara, Zoe Kazan czy Malin Akerman. Jest nudno, ale prawdziwie. Ot, zwykłe życie zwykłych ludzi.

Kobieta w ukryciu

6/10



Bardzo sprawnie opowiedziany film (przysłużyła się inwersja czasowa), ale nie budzący większych emocji. Historia romansu Charlesa Dickensa dla większości z nas może być jednak zupełnie obca, dlatego warto ją poznać. Szkoda tylko, że film Ralpha Fiennesa nie jest wzruszającą historią miłosną. A nie jest, bo na przykład między nim – grającym Dickensa, a Felicity Jones, grającą jego młodziutką kochankę Nelly, nie widać chemii. Ponadto, fabuła toczy się tu niespiesznie, więc tylko ci, którzy lubią napawać się obrazem i muzyką, będą tym filmem do końca usatysfakcjonowani. Zadbano o kostiumy, scenografię, piękne widoki, o każdy niemal detal, ale nie wystarczyło to, by zrobić film ciekawy. Niemniej jednak, film daje szerokie pole do refleksji dla widza, który sam może ocenić życie „w ukryciu”. W ten sposób film zyskuje też ponadczasowy wydźwięk, co być może wcale nie było intencją twórców, ale jest dużą zaletą.  


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...