Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia romantyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia romantyczna. Pokaż wszystkie posty

23.08.2015

Z notatnika kinomanki, cz. XXXII

Trochę się filmów uzbierało od ostatniego wpisu z tego cyklu, aczkolwiek nie oglądam dużo. Sporo czasu zajmuje mi bowiem obecnie Homeland, a poza tym oglądam też dużo filmów, które już widziałam. A czasami są dni, że po prostu nic nie oglądam ;) To tylko kilka wybranych filmów, oczywiście nie wszystkie obejrzane w ciągu ostatnich 2-3 miesięcy (tak źle nie jest ;)).





Moim zdaniem ten film Burtonowi bardzo wyszedł. Rzeczywiście, jak można przeczytać w recenzjach, jest nieco może mniej „burtonowski” , trochę bardziej normalny, bo nie opowiada przecież o wampirach, trupach, jakichś dziwnych kreaturach, odmieńcach…, ale to nie oznacza, że jest gorszy, a z takimi opiniami się spotkałam. Klimat do którego nas Burton przyzwyczaił czuć także i tu: jest nieco psychodelicznie, jest pięknie wizualnie, jest też jak zawsze świetna muzyka. Ale zgodzę się też z tym, że jest to Burton nieco odmienny. I dobrze. Reżyser pokazał, że nie jest wtórny, że stać go na coś innego, mniej baśniowego, mniej w klimacie fantasy. Nakręcił film, biografię, opartą jak by nie było na faktach, która jest dobrym, wciągającym dramatem, trzymającym w napięciu i nie pozwalającym na nudę. Historię napisało tu samo życie, tym bardziej zrobiła na mnie wrażenie. Nie spodziewałam się tak dobrego filmu, czułam się nieco zniechęcona krytycznymi recenzjami, jakże więc miło, że tak pozytywnie się rozczarowałam. Jeśli jeszcze nie widzieliście również zachęcam. Warto, także dla świetnych Amy Adams i Christopha Waltza.




Ten film to przede wszystkim popis gry aktorskiej Jake’a Gyllenhalla, który za swoją rolę powinien być nominowany do Oscara. Stworzył wybitną kreację dość upiornego bohatera, któremu oddał się nie tylko duszą, ale i ciałem. Trudno być po jego stronie, a jednak nie sposób nie ulec jego urokowi. Reżyser podjął natomiast bardzo ciekawy temat: jak w dzisiejszych czasach zrobić szybko i skutecznie karierę, ale też pokazał jak wyglądają kulisy mediów. Szkoda, że ten film nie powstał kilka lat temu, ogromnie by mi się przydał do mojej pracy magisterskiej, bowiem doskonale pokazuje jakimi prawami rządzi się telewizja. Sam film natomiast jest odpowiednio wciągający, utrzymany w dobrym tempie i z ciekawą fabułą. Bez tak intrygującego bohatera jak Lou Bloom (i tak zagranego) pewnie mogło by być gorzej, ale na szczęście nie jest. Warto obejrzeć.




Teraz trochę klasyki. Moje doświadczenia z Hitchcockiem są różne: filmy bardzo dobre przeplatam przeciętnymi, a gdy oglądam jakiś jego film ponownie, często nie podoba mi się już tak jak wcześniej. Tym razem padło na M jak morderstwo trochę dlatego, że chciałam nadrobić filmografię Grace Kelly (i wciąż nie do końca rozumiem, czemu się nią tak zachwycano), a trochę dlatego, że widziałam remake tego filmu z Michaelem Douglasem i Gwyneth Paltrow i miałam mgliste wspomnienie, że była to dobra historia. No i rzeczywiście, oryginał Hitchcocka nie jest zły, ale nie lubię, kiedy wiem więcej od bohaterów. Jakoś automatycznie siada u mnie napięcie. M jak morderstwo rozgrywa się niemal wyłącznie w jednym wnętrzu i w gronie 3-4 osób. To nie jest zarzut, ale wpływa to na statyczność filmu. Za mało tu dla mnie emocji, nieprzewidywalności, zaskoczeń. A jednak ogląda się to bez znużenia, może dlatego, że można się ekscytować czym innym – kadrami, obrazem, montażem, aktorstwem. Może przy okazji ktoś jest mi w stanie polecić bardziej ekscytujący film Hitcha? Psychozę i Vertigo niestety już widziałam.




A to już film z zupełnie innej bajki. Właściwie bajką nie jest. Pamiętam dobrze, że jak mieszkałam w Olsztynie, całe miasto żyło tzw. seksaferą w olsztyńskim ratuszu. Prezydent miasta miał molestować pracownice. W referendum mieszkańcy tegoż prezydenta odwołali. Sąd nie wydał wyroku z tego co kojarzę chyba do dziś, a prezydent potem ponownie startował w wyborach. Temat był na tyle nośny, że nawet moja koleżanka napisała o tym pracę magisterską. Natomiast Sławomir Fabicki nakręcił film. Nie wiemy czy dzieje się on w Olsztynie, ale chyba nawet sam reżyser nie zaprzeczał co go zainspirowało. Jednak nie jakakolwiek seksafera jest w tym filmie najważniejsza. To przede wszystkim poruszająca historia związku dwojga ludzi, Tomka i Marii, których spokój zostaje zakłócony przez szefa dziewczyny. Pytanie jednak, czy gwałt nie przyczynił się tylko do tego, że wyciągnął na wierzch wszystko co między nimi już od jakiegoś czasu było nie tak. Miłość opowiada bowiem o mniej więcej tym samym momencie w związku co rewelacyjny Take This Waltz, tak przygnębiający, że boję się go drugi raz obejrzeć. To ten moment kilka lat po ślubie, kiedy w związku pojawia się nuda. Wkrada się do niego przyzwyczajenie, rutyna. Może przydałoby się dziecko, może jakaś inna zmiana. A może to nie ta osoba? Wydaje mi się, że na takim właśnie etapie zastajemy Tomka i Marysię. Sytuacja z szefem Marysi nie jest łatwa dla nich obojga, może jednak dziwić postawa Tomka, który zamiast wspierać żonę, robi jej wyrzuty, że sama tego chciała. Jego zachowanie jest najciekawsze, niełatwe do zrozumienia. Ale i sama Marysia budzi wątpliwości – lubiła szefa, sama poniekąd z nim flirtowała, chodziła na kolacje. Ale gwałtu przecież nie chciała. Miłość to film o traumatycznym doświadczeniu i jego konsekwencjach, znakomicie zagrany przez Marcina Dorocińskiego i Julię Kijowską (aktorka z Olsztyna, swoją drogą) zbudowany na wielu emocjonujących, intymnych scenach. No i to zakończenie!




Takich filmów jak Słowo na M są setki. Rocznie powstają ich dziesiątki. To klasyczne rom – comy, gdzie para ona i on spotykają się, wpadają sobie w oko, ale wiedzą, że mogą być co najwyżej przyjaciółmi, bo jedno z nich/oboje kogoś już mają, co jednak nie zmienia faktu, że ostatecznie lądują w łóżku, a sprawy się komplikują. W tej komedii jest podobnie, aczkolwiek abstrahując od jej przewidywalności, ma ona pewną przewagę nad podobnymi produkcjami w osobie Zoe Kazan i Daniela Radcliffe’a, którzy tworzą na ekranie zadziwiająco zgrany duet. Film nie wnosi nic nowego do swojego gatunku, ale jest całkiem przyjemny, a jeżeli akurat macie podobne miłosne rozterki co główna bohaterka, to możecie się nawet całkiem nieźle bawić. Plusem dla mnie jest plejada młodych gwiazd na ekranie, jeszcze nieopatrzonych – oprócz już wymienionych jeszcze Adam Driver czy Mackenzie Davis.




Dobry film, mówili. Mieli rację. Dziewczyna z szafy jest filmem dziwnym, nie da się ukryć, ale jest to taka dziwność, którą jeszcze toleruję. Dziwność skandynawska chciałoby się powiedzieć. Kto oglądał takie filmy jak Zakochani widzą słonie, Noi albinoi czy Elling wie o czym mówię. W Dziewczynie z szafy nie ma dosłowności. Film opowiada historię młodego mężczyzny opiekującego się autystycznym bratem. Choć opowiedziana na wesoło, ich historia to dramat. Dramat o poświęceniach, wyrzeczeniach, ale i o prawdziwej, braterskiej miłości. A także o chorych, których uznajemy za „głupków”, nie mając pojęcia jakie mogą mieć talenty i wyobraźnię. Film inteligentny, dużo zabawniejszy niż nie jedna polska komedia w stylu Kac Wawy, a przy tym mądry, wzruszający i dający do myślenia. Do tego świetnie zagrany. Czepiać mogę się jedynie postaci Magdy, której motywacje są niejasne i nie do końca zrozumiałe. Ale na to oko przymykam, bo dawno nie widziałam tak świeżego, oryginalnego polskiego filmu. Mam nadzieję, że Bodo Kox jeszcze nakręci coś równie dobrego.

Gość 6/10



O Gościu też słyszałam dużo dobrego. Że zaskoczenie, że fajny klimat, fajna retro stylizacja, ogółem coś świeżego. No i faktycznie, to jest coś innego niż większość filmów jakie oglądam, ale…No właśnie, jest dużo tych ale, bo Gość to patisz czy też może parodia (wiem, wstyd, ale nigdy do końca nie potrafiłam zrozumieć różnicy między tymi dwoma pojęciami), która chyba nie bardzo chce się przyznać do tego, że nią jest. Odnoszę wrażenie, że twórcy chcieli, żeby była to parodia filmów akcji klasy B (może nawet C) a jednocześnie zrobili ten film całkiem na serio. A przecież to się wyklucza. Nie bardzo wiedziałam, czy mam się śmiać podczas seansu czy płakać nad żenującym poziomem scenariusza. Największym problemem jest bowiem to, że Gość jest mega przewidywalny, a tego mu wybaczyć nie mogę. Przewidywalność w dużej dawce oznacza zaś nudę. Oglądałam Gościa znużona, wiedząc niemal dokładnie co się za chwilę wydarzy. Jedynie zakończenie jakoś tam mnie poderwało i sprawiło, że się uśmiechnęłam. Ale trzeba oddać Danowi Stevensowi, że świetnie sobie poradził (i to bardzo szybko) z porzuceniem łatki Matthew z Downton Abbey. Teraz zapewne będzie się już o nim mówić David z Gościa. I dobrze, bo mnie tą rolą przekonał. Z tymi swoimi słodkimi oczami i uśmiechem grzecznego chłopca idealnie pasuje do roli nieprzewidywalnego mordercy. Oczywiście przy okazji Gościa nie wypada nie wspomnieć o muzyce, która na myśl przywodzi soundtrack Drive. Zdecydowanie pomaga budować klimat. Jakiś klimat bowiem tutaj jest, ale uwaga: jest tu też dużo scen brutalnych, ostrzegam wrażliwych. Mówi się, że Gość będzie kiedyś filmem kultowym. Szczerze – wątpię, ale przekonamy się za naście lat.




Filmy Francois Ozona są tak różne…Bywają świetne, bywają średnie. Ten jest średni, choć zapowiadał się na bardzo dobry. Być może komuś spodoba się bardziej, mnie jednak jakoś szczególnie nie oczarował. To historia z cyklu uczeń – nauczyciel, ale trochę inna niż zazwyczaj. Tutaj mamy relację budowaną na ciekawości nauczyciela, który ulega fascynacji opowieściom swojego ucznia, Claude’a, będącym jego wrażeniami z pobytu w domu kolegi. Opowieści te są o tyle skandalizujące, że wyłania się z nich obraz nastolatka pożądającego matki swojego rówieśnika. Kolejne zapiski podsuwane przez chłopaka podsycają wyobraźnię nie tylko nauczyciela, ale i jego żony, która sama zaczyna mieć ciągoty w kierunku chłopaka. Pytanie zasadnicze, które towarzyszy seansowi: czy relacje Claude’a są fikcją czy prawdą? Gdzie leży granica? Rzeczywistość miesza się tu z pewnością z fikcją, ale co do niczego nie ma pewności, co ostatecznie mnie zirytowało. Liczyłam na coś w rodzaju thrillera, coś co wywrze na mnie większe wrażenie. Tymczasem moje odczucia w stosunku do U niej w domu są dosyć letnie. Na pewno film dobrze pokazuje w jaki sposób twórca może wpływać na swoich odbiorców, ten przekaz jest uniwersalny. Film jest też dobrze zagrany, mamy tu m.in. dwie świetne aktorki – Kristin Scott Thomas i Emmanuelle Seigner. Jednak szkoda, że i tym razem Ozonowi nie udało się zbudować atmosfery takiej jak w niedoścignionym Basenie.
  

5.04.2014

Z notatnika kinomanki, cz. XXVI

Zacznijmy od nowości:



Dawno nie oglądałam filmu tak bezpretensjonalnego. Od dawna też nie mogłam nic dobrego powiedzieć o filmach braci Coen. Oprócz To nie jest kraj dla starych ludzi, niestety wszystkie ich dzieła, które widziałam, spotykają się z moim mniejszym lub większym rozczarowaniem. A tu proszę! Co jest grane, Davis? ogromnie mnie urzekł. To taki nie-Coenowy chyba film: ciepły, pozbawiony absurdów, utrzymany w dobrym tempie, a co za tym idzie nie za długi. Dla mnie – film pozbawiony wad. Akcja filmu do niczego nie zmierza, mogłoby się wydawać, że w warstwie fabularnej jest on bezcelowy i nie zmierzający do niczego, a jednak ma bogatszą treść niż to na pierwszy rzut oka widać. Przede wszystkim to film o życiu w zgodzie z samym sobą i spełnianiu swoich marzeń, które okupione jest wieloma niedogodnościami i rozczarowaniami. Charyzmatyczny główny bohater znakomicie zagrany przez Oscara Isaaca jest jak kot chodzący swoimi drogami, kot, który nie bez przyczyn w tym filmie się pojawia i nie bez przyczyny ma na imię Ulisses. Muzykujący Llewlyn Davis to uosobienie samotności i melancholii, a jednocześnie bezkompromisowości. Pozornie nie sposób go lubić, jest pasożytem nie dbającym o innych, a mimo to budzi sympatię, głównie za sprawą swojej konsekwencji w dążeniu do celu. Dopełnieniem obrazu w filmie jest świetna muzyka, a treść piosenek to uzupełnienie dla dialogów. Trudno zaprzeczyć, że Co jest grane jest filmem muzycznym, ale dalece uniwersalnym, jeśli chodzi o treść i przekaz. Refleksyjnym, ciekawym i dobrze zagranym (kolejny dobry występ zalicza Carey Mulligan, a wyrazisty epizod John Goodman).



W filmie Jarmuscha wampiry odzyskują swój honor, który zhańbiony został przez Zmierzch i wszystkie jego kopie. U Jarmuscha wampiry to ponownie koneserzy sztuki, literatury, osoby o wyrafinowanym guście i szerokich horyzontach. Spojrzeć na wampiryzm znów od tej strony to duża przyjemność. Zwłaszcza, jeśli wrażeń dostarcza i forma opowiadania, i gra aktorska. Odczucia, jakimi można opisać film mogłabym zamknąć w kilku słowach: magiczny, hipnotyzujący, zmysłowy, oniryczny. Przy tym wszystkim jest on oczywiście niespieszny, nakręcony jakby właśnie do celebrowania, upajania się obrazem i dźwiękiem jak filmowe wampiry krwią. Można się dzięki temu zachwycać nastrojową muzyką, drobiazgową, wysmakowaną scenografią, bajecznymi zdjęciami, zjawiskową Tildą Swinton, intrygującym Tomem Hiddelstonem, czarującą Mią Wasikowską, chłonąć ten niesamowity klimat, który udało się osiągnąć na ekranie. To film bardzo poetycki – piękny w formie i refleksyjny w przekazie. Wampiry są tutaj uosobieniem tragizmu, a jednocześnie prawdziwej miłości. Zmęczony życiem Adam, który nie chce już żyć widząc, że świat zmierza ku samozagładzie, to najlepsze co przydarzyło się wampirzemu rodowi od czasów Wywiadu z wampirem. Brawa też za to, jak spójnie udało się być Jarmuschowi jednocześnie melancholijnym, ironicznym i zabawnym. Stworzył dzieło niebanalne, wyjątkowe, uwodzicielskie. Trudno opisać słowami, trzeba zobaczyć.


W ramach nadrabianie tego, co widzieć powinnam już dawno temu:

Galerianki  7/10

Galerianki to dziś jeden z najbardziej kontrowersyjnych polskich filmów. Na pewno jednak jest to film w pewnym sensie przełomowy dla polskiego kina. Katarzyna Rosłaniec podjęła bowiem w 2009 roku przykurzony wówczas nieco temat współczesnej młodzieży, który okazał się na tyle nośny, że został w kinie na dłużej, czego pokłosiem takie filmy jak Sala samobójców czy ostatnio Obietnica. A po drodze były jeszcze m.in. Świnki Roberta Glińskiego, czyli  Galerianki w wydaniu męskim. Nie sposób Galeriankom odmówić siły rażenia. Tematyka nastoletniej prostytucji budzi emocje, skłania do refleksji i nie pozostawia obojętnym. Rosłaniec w swoim debiucie nie owija niczego w bawełnę. Surowy naturalizm Galerianek przejawia się w języku, scenografii czy kostiumach, porażając widza brzydotą, której w naszym życiu widzieć nie chcemy. Zarówno bohaterowie, skonstruowani bardzo stereotypowo, jak i samo zjawisko przedstawione w filmie plasują się gdzieś na marginesie życia społecznego. Dlatego trudno momentami uwierzyć w to, co oglądamy. Czy młodzież naprawdę mówi w tak pretensjonalny sposób? Czy jest tak naiwna? Czy naprawdę tylko w patologicznych rodzinach istnieją podobne problemy? Twórczyni filmu postarała się o jak najbardziej wiarygodne podejście do tematu, w rolach głównych obsadzając nastoletnich naturszczyków, którzy sprawiają, że momentami Galerianki ogląda się trochę jak film dokumentalny. Choć może trafniejsze byłoby porównanie do jednego z licznych programów typu reality produkowanych przez MTV. Odnosząc się choćby do nich, trzeba przyznać, że takie dziewczyny jak Milena z Galerianek, dla których liczy się tylko „życie na poziomie”, choćby za cenę własnej godności, naprawdę istnieją. Nieznośna jest manieryczność Mileny, z drugiej strony przerażają jej zdolności do manipulacji. Sam problem prostytucji nastolatek wydaje się być trochę niedopowiedziany, a ważniejsze dla reżyserki wydaje się pokazanie do czego prowadzi dążenie do akceptacji za wszelką cenę. To właśnie wątek Alicji, „nowej” w klasie, nieśmiałej, wyobcowanej dziewczyny, która chcąc zyskać sympatię koleżanek, stara się upodobnić do nich, wysuwa się na pierwszy plan i jest sednem filmu. Toksyczna więź, jaka rodzi się między Alicją i Mileną to nic innego jak motyw zaczerpnięty z Panny Nikt Wajdy. Nie mniej, motyw to zawsze aktualny, szkoda tylko, że u Rosłaniec potraktowany bardzo przewidywalnie. Scenariusz, bardzo prosty, mało zaskakujący, schematyczny, to największa bolączka jej filmu. Lepiej wypadają same dialogi, choć część z nich razi sztucznością. To, co być może udało się najbardziej, to oprawa muzyczna, za którą odpowiedzialny jest sam OSTR. Hip hop doskonale komponuje się z przygnębiającym obrazem, a jako, że muzykę OSTR -a nazwałabym ambitnym rapem, nie brzmi to tandetnie czy kiczowato.

Galerianki, choć tendencyjne, są filmem ważnym i wartym uwagi. Nie dla przyjemności, ale dla konfrontacji z trochę innym światem, który gdzieś obok nas istnieje.

Rejs  8/10

Rejs to film o którym każdy chociażby słyszał. A jeśli nie słyszał o Rejsie, to na pewno i tak słyszał teksty z Rejsu. Ja słyszałam wielokrotnie, nie mając tej świadomości, że to cytat z tego filmu. Oglądając go miałam więc dużą frajdę. Mając świadomość jak fascynująca jest historia powstania tego filmu (kręcenie na statku odciętym od lądu, aktorzy w większości wprost z ulicy, improwizujący w niemal każdej scenie itd.), jeszcze bardziej jestem nim zachwycona. To jest jednak film, który albo się kocha albo nienawidzi. Ja może go nie pokochałam, ale od pierwszego obejrzenia (a miało ono miejsce dopiero niedawno) polubiłam. Specyficzny humor, który jest znakiem rozpoznawczym Rejsu, do mnie przemawia. „Film” napisał w 1970 roku, że jest to film dla inteligencji – jakkolwiek to zabrzmi, zgadzam się. To nie jest durna komedyjka oparta na prostych, dosłownych gagach. Ten komizm, który mamy w Rejsie może być powodem zakłopotania części widzów. Bo co myśleć o filmie, w którym właściwie nic się nie dzieje, a żartów – słownych czy sytuacyjnych jest jak na lekarstwo. Z czego tu się śmiać? Odpowiadam: właśnie z tego. Jak mieli powiedzieć urzędnicy mający dopuścić film do wyświetlania w kinach – Rejs to zwykłe rozmowy zwykłych ludzi na wycieczce. A ludzie to prości, choć pozujący na intelektualistów, jak inżynier Mamoń, którego monolog o polskich filmach przeszedł już do historii, a nawet do języka potocznego. Autoironiczny w stosunku do samego Rejsu, tekst ten jest aktualny po dziś dzień w odniesieniu do polskiego kina, choć pytanie czy to źle to już kwestia sporna. Rejs dziś wydaje mi się zresztą nawet bardziej aktualny niż mógł być w latach 70., gdyż wiele tekstów ma odbicie w dzisiejszej rzeczywistości. Natomiast wracając do humoru, ten wyśmiewa jednocześnie absurdy PRL-u – absurd całego rejsu to absurd tego, co działo się wówczas w kraju, a zatem inaczej mówiąc: ów statek płynący sobie po Wiśle to taka Polska w skali mikro. I tak też film był odczytywany przez cenzorów (a może nie podobało się też umieszczenie homoseksualisty w fabule?). Reżyser, Marek Piwowski dokonał jednak autocenzury i z trzygodzinnego filmu powstał film trwający nieco ponad godzinę. Rok przeleżał na półce, a za wstawiennictwem m.in. Wajdy trafił w końcu do kin. Dziś uważany jest za kultowy, ponadczasowy, jeden z najlepszych polskich filmów wszechczasów. Jeśli nie widzieliście, namawiam, żebyście sami zweryfikowali, czy rzeczywiście tak jest.

Ich noce 8/10















Czarujące kino dawnych lat. Prosta, przewidywalna w gruncie rzeczy historyjka ma bardzo duży urok i wdzięk. Ich noce uwodzą aktorstwem – trudno się oprzeć szarmanckiemu Gable’owi i uroczej Claudette Colbert, grającym postaci z cyklu „kto się czubi, ten się lubi”, błyskotliwymi dialogami i po prostu prostotą, która bynajmniej nie jest jednoznaczna z nudą. Ta jedna z pierwszych komedii romantycznych najlepiej oddaje magię starego kina, kiedy scenariusz i aktorstwo były w filmach najważniejsze. Nie było miejsca na bezbarwne postaci czy nie śmieszne, za to żenujące gagi. Dość powiedzieć, że dziś już ze świecą szukać podobnie subtelnego filmu w tym gatunku. Nietrudno też zauważyć, że przez 80 lat kino romantyczne wciąż wykorzystuje schematy znane choćby właśnie z Ich nocy. A do tego trzeba dodać, że Ich noce to dawka pozytywnej energii, optymizmu, pokrzepienie dla ducha i coś więcej niż tylko historyjka miłosna. 

25.02.2014

Z notatnika kinomanki, cz. XXIV: Filmy 2013

W końcu udało mi się obejrzeć, napisać i zebrać opinie na temat kilku filmów jeszcze z roku 2013, o których było głośno, a ja oczywiście obejrzałam je poniewczasie. Wyszły mi teksty zróżnicowane – niektóre mogłyby dostać osobny wpis. Tym samym post ten jest pewnie jednym z najdłuższych, jaki ten blog widział. Ale mam nadzieję, że komuś na coś się te opinie przydadzą i jeśli poświęcicie czas na ich przeczytanie, nie będzie to czas stracony. Enjoy!  

Don Jon 7/10















Reżyserski debiut Josepha Gordona Levitta jest atrakcyjny przede wszystkim w warstwie wizualnej. I nie mam tu na myśli urody występujących w nim aktorów (a przynajmniej nie tylko). Na pewno siłą filmu jest dobry montaż obrazujący rutynową codzienność głównego bohatera. Zresztą jest to film, którego oglądanie nie nuży, a niestety taki minus mogłabym wytknąć nawet najlepszym produkcjom. Choć, oczywiście, od początku wiadomo, jak skończy się ta historia, Don Jon opowiada o miłości, seksie i uzależnieniu w sposób świeży i ciekawy. Warto pogratulować Levittovi już samego pomysłu na film, bo nie wiem jak w waszym wypadku, ale w moim był to pierwszy film o uzależnieniu od pornografii, jaki obejrzałam. Nie sądziłam nawet, że można ją przedkładać nad prawdziwy seks. A jednak Levitt daje nam nawet odpowiedź czemu tak jest. Choć Don Jon jest filmem stricte rozrywkowym, jest przy okazji filmem inteligentnym i mądrym. Połączenie komedii, komedii romantycznej i dramatu jest bardzo zbalansowane i ostatecznie otrzymujemy film nie mieszczący się w normach, trudny do klasyfikacji i jednocześnie nie zorientowany na konkretnego widza, lecz taki, w którym każdy powinien znaleźć coś dla siebie.


Drugie oblicze, jeśli chodzi o ocenę być może powinnam docenić bardziej, bo im więcej o nim myślałam po seansie, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że ma bardzo dobry scenariusz. A jednak scenariusz to nie wszystko. Przyznam, że mam zarzuty do tempa, w jakim rozgrywa się opowieść w tym filmie. Akcja rozgrywa się początkowo powoli i wydaje się, że prowadzi donikąd, co może działać na widza zniechęcająco. Film jest jednak podzielony na trzy części, z których każda jest lepsza od poprzedniej i które doskonale się uzupełniają, składając na obraz ojcostwa i synowskiej miłości. Sposób zapętlenia historii synów i ojców godny pochwały. Naprawdę ciekawy scenariusz. Nieco gorzej z wykonaniem, bo historia niestety jest opowiedziana w zbyt nużący sposób. Aktorsko może nie powala, mimo iż Gosling i Cooper w obsadzie. Ich role nie są jednak jakoś szczególnie wymagające czy złożone, a aktorzy po prostu robią to, co do nich należy. Trzeba jednak przyznać, że Eva Mendes faktycznie może zacząć być brana teraz na poważnie jako aktorka (choć nie uważam też, że wypadła tu jakoś fenomenalnie). Absolutnie jednak Drugie oblicze potwierdza klasę Dereka Cianfrance jako reżysera, który ma przede wszystkim coś do powiedzenia, a nie kręci filmów ot tak sobie. Już nie mogę się doczekać następnego.

Grawitacja 7/10















Z Grawitacją mam nie lada problem. Nie podzielam głosów większości widzów czy krytyków na temat wyjątkowości tego filmu, a w szczególności pozytywnych opinii na temat gry Sandry Bullock. Na pewno grała poprawnie i przekonująco, jednak nie jest to rola oscarowa. Co do reszty. Doskonale zdaję sobie sprawę, że oglądana w kinie, oczywiście w 3D, Grawitacja robi znacznie większe wrażenie niż w domowym zaciszu na małym ekranie. I żałuję, że nie wybrałam się na nią, gdy była grana, bo potrafię sobie wyobrazić tę magię. Już oglądając film w domu czułam się trochę jakbym orbitowała z bohaterami w kosmosie, co dopiero więc musieli czuć widzowie w kinach. Zgadzam się więc, że dla takich filmów jak Grawitacja wymyślono w ogóle tę technologię. Ale wydaje mi się, że to Avatar był przełomem i Grawitacja nic nowego tutaj nie wniosła. Jeśli jest inaczej, poprawcie mnie. Zgadzam się, że Grawitacja ma piękna oprawę muzyczną. Bardzo też doceniam zabieg z dźwiękiem, mający jeszcze bardziej przekonać nas, że towarzyszymy Sandrze i George’owi. Kolejna sprawa to zdjęcia. Tu również nie mam zarzutów, choć efekt wow odnotowałam tylko kilka razy. Za to scenariusz i sama fabuła…Tutaj właśnie mam zastrzeżenia. Kolejny raz potwierdza się moja opinia, że filmy 3D chcą kupić widza tylko efektami. Sandra Bullock jako matka, która opłakuje wciąż stratę córki nie wystarczy, żeby skoncentrować wokół niej fabułę. To taki tani chwyt, który ma wzbudzić w widzu współczucie. I ten chwyt nie pasuje do tak dobrze zrealizowanego na każdej innej płaszczyźnie filmu (nie wiem jak jest z wiernością zasadom fizyki itd.). Ckliwe, tandetne, ociekające wręcz kiczem zakończenie pozostawiło mnie z dużym niedosytem. I mam szczerą nadzieję, że Grawitacja nie zgarnie najważniejszych Oscarów.


















Tu, niestety, mogę mówić o lekkim niedosycie, choć film Richarda Curtisa to nadal czołówka komedii romantycznych/filmów o miłości. Usłyszałam od kogoś, że ten film nastawi mnie bardzo pozytywnie do życia, pozostawi z uśmiechem na ustach i będę miała ochotę wkrótce obejrzeć go ponownie, żeby ten stan powtórzyć. No cóż, tak się nie stało, ale może dlatego, że mnie łatwiej wzruszyć, zdołować niż nastroić pozytywnie i pokrzepić. Historia mężczyzny, który może cofać się w czasie przed seansem kojarzyła mi się z książką Żona podróżnika w czasie (filmu Zaklęci w czasie nie widziałam). Jednak nie do końca jest to podobna historia, bowiem bohater filmu Curtisa, Tim,, może się przemieszczać w czasie zawsze wtedy, gdy tego potrzebuje, a ponadto może się cofać tylko do wydarzeń, które już kiedyś przeżył, książkowy Henry natomiast nie mógł tego kontrolować. Tim wykorzystuje swoją zdolność m.in. do uwiedzenia swojej przyszłej żony. To co pozytywnie zaskakuje to fakt, że mniej więcej w połowie film z lekkiej komedii staje się całkiem poważnym dramatem, a główny bohater swoje nadprzyrodzone moce wykorzystuje z coraz bardziej poważnych powodów. Podoba mi się także wymowa filmu: bierz życie takim jakie jest, odnajduj szczęście w codzienności, nie zastanawiaj się „co by było gdyby”. Przy takim przesłaniu może się wydawać, że Czas na miłość to kolejny przesłodzony twór nie mający wiele wspólnego z życiem. a jednak nie. Jest to typowy film brytyjski, gdzie smutek miesza się z radością, nic nie jest stereotypowe, a humor jest dość oryginalny. Za humor odpowiada zresztą w dużej mierze Bill Nighy. Jedyne, co musze zarzucić Curtisowi to fakt, że jego film jest długi i mimo wszystko trochę nużący. Te dwie godziny seansu jednak się odczuwa.


Jedyny polski film w tym gronie, co nie świadczy o mnie za dobrze, ale też podyktowane jest dostępnością. Film Ryszarda Bugajskiego to pozytywne zaskoczenie, nie liczyłam bowiem na to, że spodoba mi się polityczny thriller. Ale Układ zamknięty nie tylko opowiada interesującą, przerażającą wręcz historię (przerażającą tym bardziej, że opartą na faktach), ale robi to w sposób bardzo dotykający emocjonalności widzów. Film od początku wciąga, trzyma w napięciu do końca – tego się oczekuje od thrillera. Do tego jest przyzwoicie zagrany, plejada uznanych aktorów robi swoje, a i ci młodsi są bez zarzutu. Siłą filmu jest szokujący scenariusz, który napisało samo życie (co jest trochę smutne). Moje zarzuty to jednak duża liczba niejasności i pozostawienie wielu kwestii w sferze domysłów.  




Frances jest nierandkowalna. To ostatnie słowo wejdzie dzięki filmowi Noela Baumbacha do powszechnego obiegu. Mi się bardzo podoba. Ale co ono tak naprawdę znaczy? Frances jest dziewczyną, która nie wie czego chce, ot co. I nierandkowalność nie ma tu nic do rzeczy. Oczywistym jest, że w przypadku Frances nasuwają się skojarzenia z Dziewczynami, dla których Lena Dunham pisze jeszcze mniej optymistyczne scenariusze. Frances, tak jak bohaterki serialu, jest w takim momencie życia, kiedy wypadałoby się jakoś ustatkować. Mieć dobrą pracę, taką która spełnia w jakiś sposób jeśli nie nasze marzenia, to przynajmniej oczekiwania, własne miejsce i kogoś u boku. W dzisiejszych czasach to niestety piekielnie trudne do wykonania – mieć to wszystko naraz. Nie pomaga jeszcze takie usposobienie jak ma Frances – neurotyczka pełna sprzeczności, mająca sto pomysłów na minutę, idąca codziennie w zaparte z głową podniesioną do góry. Będzie kłamać, udawać, robić dobrą minę do złej gry, żeby tylko wyglądało, że wszystko jest ok. Że jej życie jest takie super, a porażki – porażkami się nie przejmuje. I powie ktoś, że to taki hipsterski film – że noszący dziwne ubrania i słuchający nieznanej nikomu innemu muzyki ludzie odbiorą go jako film o nich. Może i tak, ale co w tym złego. Dla mnie Frances Ha to nie jest film hipsterski, ale film o ludziach głęboko nieszczęśliwych, czego zupełnie się po nim nie spodziewałam. Znowu kłania się kłamliwa promocja – zapewniano mnie z materiałów promocyjnych, że to lekka historia, a sama Frances swoją postawą nastroi mnie optymistycznie, doda wiary w siebie itd. itp. No nie. Frances jest zagubiona, niespełniona, nieszczęśliwa, co widać doskonale na każdym kroku. Ale może ja nie o fabule, tylko o realizacji się wypowiem. Czarno – biała taśma moim zdaniem robi swoje. Czyli dodaje filmowi +100 % do – przepraszam - zajebistości i ambitności. Jestem święcie przekonana, że gdyby film był w kolorze to po pierwsze nie byłoby tych wszystkich porównań do francuskiej Nowej Fali, a po drugie oglądałoby się Frances Ha jako jedną z wielu podobnych do siebie historii o młodych ludziach stojących u progu dorosłości. Tych filmów czy seriali może nie było za wiele, ale czy Baumbach mówi coś nowego? Moim zdaniem nie. Lepiej od Dunham tego nie zrobi. Zresztą do tego, co mówi Dunham co tydzień w Dziewczynach trudno jeszcze coś dodać. A propos Dziewczyn, trudno uwierzyć, że grający w nich Adam Driver znalazł się w obsadzie Frances Ha tak zupełnie przez przypadek. Co warto natomiast docenić, to fakt, że reżysera nie obchodzą zbytnio perypetie miłosne Frances. Miłość, ani żaden konkretny facet nie jest dla niej najważniejszy, dziewczyna nie biadoli, że musi sobie kogoś znaleźć. To na pewno na plus. A sama Greta Gerwig jako Frances? Cóż, tu mam wrażenie, że niestety Greta jest sobą. Ok., powiecie, że Lena Dunham w Dziewczynach też jest sobą. Tylko że to nie jest serial wyłącznie o niej. A Frances Ha jest w całości o Frances Ha. A może jednak o Grecie Gie? Przecież Gerwig napisała scenariusz i wzbogaciła go o elementy z własnego życia, rodziców Frances grają ponadto jej prawdziwi rodzice. Film ten bardziej niż do refleksji o własnym życiu skłania mnie do refleksji nad tym, gdzie zmierza kino. Bo po filmach chociażby Julie Delpy, Leny Dunham, Sarah Polley (choć w jej przypadku powstał dokument) czy tymże właśnie, można zauważyć bardzo ciekawy trend, jakim jest ekshibicjonizm reżyserów czy scenarzystów, którzy coraz chętnie ujmują w fabułę swoje prawdziwe życie, z uwzględnieniem pokazania na ekranie swoich faktycznych bliskich. Pytanie, czy w tym wszystkim pozostanie miejsce na myśl o widzu.
















Na zamknięcie trylogii Linklatera czekałam bardzo niecierpliwie i z żalem, że to już koniec. Ale kto wie, może za jakiś czas doczekamy się kontynuacji. Przed północą początkowo mi się nie spodobało. Bohaterowie (a także, co trzeba podkreślić, współscenarzyści, czyli Ethan Hawke i Julie Delpy) dorośli, ustatkowali się, młodzieńcza łapczywość życia gdzieś z nich uciekła. Ale film pokazuje dokładnie, co ich zmieniło. Proza życia, nie mająca wiele wspólnego z romantycznymi spacerami po Wiedniu i Paryżu. Przez kolejne lata wspólnego życia, na drodze Celine i Jesse’a pojawiły się zakręty, wyszły na jaw różnice charakterów, nie obywało się bez kłótni. W filmie spotykamy ich w trakcie wakacji w Grecji, gdzie w końcu dają upust swoim emocjom, oskarżają się i wytykają wzajemne błędy. Obserwujemy ich kryzys. Choć obraz przestaje być na chwilę sielankowy, film niczym nie różni się od części poprzednich. Może jedynie liczbą osób występujących na ekranie. To ponownie jednak inteligentne kino oparte na dialogu i wymagające zaangażowania i skupienia ze strony widza. Wzajemne przekomarzania i zacięte dyskusje brzmią w ustach Delpy i Hawke’a jak zwykle bardzo wiarygodnie, tak wiarygodnie, że odnieść można wrażenie, że to ich prywatne rozmowy. Ale w końcu przecież to oni sami pisali te dialogi, z których bije taka prawda. Nadal film Linklatera chce się określić mianem uroczego. To zasługa chemii, którą mimo sprzeczek nadal widać w bohaterach, i ich wzajemnego do siebie stosunku, który wciąż podyktowany jest młodzieńczym zakochaniem. To właśnie miłość, chciałoby się powiedzieć. A fantastyczne w filmie Linklatera jest też budowanie napięcia. Nigdy nie wiesz, jak zakończy się jedna z długaśnych scen kręconych nierzadko w jednym ujęciu. Niby to nie gatunek na takie zagrywki, a jednak już od pierwszej sceny, a na ostatniej kończąc, twórcy zwodzą widza i trzymają w niepewności. Osobiście mam nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie z Celine i Jesse’m. A swoją drogą, w porównaniu do części drugiej, myślę, że śmiało można Przed północą obejrzeć nie znając poprzednich części trylogii.
  
Labirynt 9/10

Thriller to gatunek trudny. Trudny do napisania, bo sztuką jest takie budowanie napięcia, by widz nie był lepszym detektywem niż bohaterowie. W Labiryncie to się udaje. Niczego nie wiemy praktycznie do samego końca. Zakończenie zostawia nas nadal z wieloma wątpliwościami, co z jednej strony jest trudne do zaakceptowania (scenariuszowe dziury?), z drugiej jest właśnie mistrzowskim posunięciem, które sprawia, że o filmie myślimy jeszcze długo po napisach końcowych. Pamiętam, że w okresie nominacji do Złotych Globów, a potem Oscarów, na blogach i w komentarzach pojawiało się wiele głosów podkreślających, że wśród wyróżnionych brakuje Labiryntu. Dziś jestem już w stanie to zrozumieć, wtedy nie rozumiałam. Bo film w mediach przeszedł raczej bez echa. A tymczasem jest to z pewnością jeden z najlepszych tytułów minionego roku. Ma wszystko, co powinien mieć dobry thriller: wciągającą fabułę, duszny od emocji klimat, wyrazistych bohaterów. A przede wszystkim tajemnicę. Opowiedziana w Labiryncie historia nie jest prosta, nie jest oczywista, wymaga od widza skupienia. Wiele wątków, aluzji, pozornie nic nie znaczących detali, które mają albo nie mają znaczenia dla fabuły. Zaskakujące, że prawie 2,5 godziny seansu mijają w mgnieniu oka, choć akcja posuwa się do przodu stosunkowo powoli. W Labiryncie nie ma dłużyzn, żadna scena nie jest zbędna. Reżyser potrafi zaskoczyć i złapać widza za gardło. Obojętnym nie można być już wobec samego głównego bohatera – rodzica, który sam postanawia wymierzyć karę domniemanemu porywaczowi swojej córki i jej koleżanki. Hugh Jackman w tej roli naprawdę zapada w pamięć. Z drugiej strony mamy bardzo opanowanego, skupionego detektywa Loki (znakomity Jake Gyllenhaal i jego tiki), mierzącego się z pierwszą do tej pory sprawą, której być może nie uda mu się rozwiązać. Nad wszystkimi bohaterami wisi poczucie bezradności. Potęguje je ponura kolorystyka kadrów portretująca zmęczone twarze bohaterów i powtarzający się wątek muzyczny. Naprawdę dobre kino, którego nie powstydziłby się sam David Fincher. Wkrótce na naszych ekranach kolejny film reżysera Denise Villeneuve z cudownym plakatem i z Jakiem Gyllenhaalem ponownie w głównej roli. Enemy zapowiada się wyjątkowo ciekawie (zwiastun).

Stoker 6/10



Takie filmy jak Stoker nazywa się wydmuszkami. I nie zmieni tego mówieni, że ten reżyser tak ma. Przyznaję, to mój pierwszy film Chan-wook Parka. Być może za słabą fabułę należałoby obwinić Wentwortha Millera, który wystąpił tym razem w roli scenarzysty. W Stokerze piękne, wysmakowane obrazy, owszem, budują napięcie, ale co z tego, skoro widz bardzo łatwo może się domyśleć, kto jest kim i co zamierza zrobić. Jest kilka zaskoczeń, ale raczej drobnych niż spektakularnych i dotyczą one głównej bohaterki, granej przez Mię Wasikowską (granej zresztą całkiem solidnie). Aktorsko blado wypada Nicole Kidman – ma niewiele do grania, ale może to dobrze, bo patrzy się na nią coraz gorzej (i pomyśleć, że była to kiedyś moja ulubiona aktorka). Matthew Goode z kolei jako „creepy” wujek sprawdził się doskonale. Film należy na pewno pochwalić za klimat – ni to horror, ni to thriller, niepokój wisi w powietrzu i budowany jest w dużej mierze przez wspomniane zdjęcia. A to też sztuka.















Może wykażę się dużym niezrozumieniem czy też ignorancją, a może po prostu brakiem inteligencji, ale Tylko Bóg wybacza w ogóle do mnie nie trafia i zupełnie mnie nie przekonuje. Bo świetnym, klimatycznym Drive postawiłam Refnowi poprzeczkę bardzo wysoko. Niestety, każdy jego kolejny (choć nie chronologicznie) film zawodzi mnie. Już teraz wiem, dlaczego Tylko Bóg wybacza podzielił krytyków i widzów w Cannes. O ile zresztą krytyk „przełknie” jeszcze takie kino, o tyle tylko najbardziej wytrwali i wyrafinowani koneserzy kina znajdą w nim coś dla siebie. Cały ten film – jego fabuła, bohaterowie, stylistyka - wydaje mi się oderwany od rzeczywistości. Niektórzy nazywają to, co widzimy na ekranie poetyką koszmaru sennego. Być może to dobre określenie, bo ja określiłabym go również mianem onirycznego. Następujące po sobie obrazy zostały wypełnione w większości po brzegi ciszą, która nie ułatwia zrozumienia symbolicznego przesłania konkretnych scen. A symboli jest tu z pewnością mnóstwo. Do tego dochodzi jeszcze przemoc, która wręcz wylewa się z ekranu. Nie wydaje mi się, że jest to głębokie kino, nie sądzę, że jest w nim jakieś przesłanie, którego nie rozumiem. Zastanawiam się zatem, jaki jest sens robić filmy, które zrozumiałe są tylko dla samego reżysera? Filmy, które nudzą swoją ospałością i skomplikowaniem, zamiast wciągać i ciekawić? Ale żeby nie było, że zupełnie nic mi się nie podobało. Podobał mi się Ryan Gosling, to chyba oczywiste. Ale aktorsko bije go na głowę Kristin Scott-Thomas, która tworzy tu jedną z najciekawszych ról w swojej karierze (choć Kristin nie ma słabych momentów w CV). Stworzyła postać, która ożywia ten film, postać, dla której można jakoś dociągnąć do jego końca. U Refna podobają mi się zawsze też zdjęcia – ich kadrowanie i kolorystyka. Film jest wizualnie ładny, ale niestety dla mnie pusty w środku.


Ten film w całości należy do Cate Blanchett. Ta aktorka nigdy jeszcze nie zrobiła na mnie tak wielkiego wrażenia i jeśli ma za swoją rolę dostać Oscara ja nie mam nic przeciwko. Mówi się, że Blue Jasmine to swego rodzaju adaptacja Tramwaju zwanego pożądaniem. I rzeczywiście można go tak odczytywać. W tym kontekście wydaje się też, że nie przypadkiem w główną rolę wciela się właśnie Blanchett – aktorka przed kilkoma laty brawurowo wcieliła się w Blanche z Tramwaju… na deskach teatralnych. W Blue Jasmine prezentuje całe spektrum swojego talentu aktorskiego – w jednej chwili jest spokojna, w drugiej wybucha.  Nerwowość, rozedrganie emocjonalne, bezradność swojej bohaterki oddała z dużą wiarygodnością. Allen natomiast pięknie piętnuje nasze wady – z jednej strony próżność, kult posiadania, bycia kimś, z drugiej strony naiwność, brak oczekiwań i życie złudzeniami. Czyli przedstawia dwie siostry: Jasmine i Ginger (bardzo wiarygodna Sally Hawkins). Historia jest zgrabnie opowiedziana, plany czasowe płynnie się przeplatają. W Blue Jasmine Allen przestał kombinować – nie ma tu wielu wątków, wielu bohaterów, nie ma symboliki i metafor. Tematem jest samo życie, a bohaterami ludzie z krwi i kości. Allen powrócił do korzeni i jest w formie.















Najlepsze na koniec. A nie liczyłam na wiele. Raczej na to, że będzie to jeden z wielu filmów nieanglojęzycznych o których wiele się mówi, które się chwali, a dla mnie są one albo nudne, albo przeintelektualizowane albo trudne. W kręgu miłości jest filmem nie tyle trudnym, co bolesnym. I to bardzo emocjonalne oddziaływanie na widza ogromnie sobie w nim cenię. Film Feliksa van Groeningera jest filmem wzruszającym, ale nie tendencyjnym. Ten film to o wiele więcej niż wyciskacz łez. To po prostu znakomicie opowiedziana historia wielkiej miłości. Każdy element jest tu dla mnie perfekcyjny.

Elise i Didiera poznajemy w momencie kiedy ich kilkuletnia córka zapada na poważną chorobę. Oboje są zdruzgotani, co odzwierciedlają ich zmęczone, nieświeże twarze. Jednak wbrew pozorom film nie opowiada o zmaganiu z chorobą córki, ale o tym, co się dzieje po jej stracie. Opowiada też historię związku pary bohaterów. Perfekcyjny montaż zabiera nas co chwilę z teraźniejszości do przeszłości, gdzie przyglądamy się kolejnym etapom związku Didiera i Elise. Oboje są „alternatywni” – on wolny duch, żyjący niczym kowboj, ona seksowna, śmiała tatuażystka wpisująca się wyglądem w styl rockabilly. Poznają się, zakochują, zaczynają razem mieszkać i występować w zespole grającym muzykę bluegrass, krewną country. Żyją beztrosko, ich miłość kwitnie, pojawia się dziecko – Maybelle.

W kręgu miłości (który powstał na podstawie sztuki Johana Heldenbergha, grającego, co ciekawe, w filmie główną rolę męską) to film o ogromnym dramacie, jakim jest strata dziecka, ale też o wielkiej miłości i namiętności. Śmierć dziecka oddala Elise i Didiera od siebie. Powoduje wzajemne obwinianie się i odmienne próby pogodzenia się z losem. Do pary dociera jak odmienne mają światopoglądy. Zderzenie wiary i niewiary staje się nie do zniesienia. Racjonalny Didier, bluźniący przeciwko Bogu (emocjonalny wybuch podczas koncertu to zdecydowanie jedna z najlepszych scen) i Elise wierząca, że jej córka żyje gdzieś jeszcze w innym wcieleniu, nie są dłużej w stanie być razem. Co nie oznacza, że ich miłość wygasła.

Trudno pisać o filmie, nie zdradzając dalszej fabuły, ale nie chcę tego robić, byście mogli sami przeżyć te emocje na własnej skórze. Powiedzieć, że miłość, która kończy się tak jak ta ukazana w tym filmie jest moim marzeniem, byłoby z mojej strony wręcz grzechem. Na pewno nie takiego finału dla siebie pragnę. Ale jednocześnie taki obraz właśnie do mnie najsilniej przemawia – wierzę, że to jest właśnie miłość przez duże M, że ludzie którzy przechodzą takie dramaty, najsilniej jej doświadczyli, poznali jej istotę. Piękno i siła miłości zostało dla mnie uchwycone w tym filmie perfekcyjnie. I perfekcyjnie pokazane, nie tylko za sprawą montażu, ale przede wszystkim dwójki aktorów. Ten film mógłby się tak nie udać, gdyby była amerykański, a w role Didiera i Elise wcielały się hollywoodzkie gwiazdy.  Belgijscy aktorzy – dla nas nieznani - są w swoich rolach przejmujący i wiarygodni. Zatracają się w nich bez reszty. Grają odważnie, nie boją się nagości, ani obnażania najgłębszych emocji. Prawdy do ich historii dodaje nawet ich wygląd – nie są ani piękni, ani brzydcy, są zwyczajnymi ludźmi, z którymi możemy się identyfikować.

Co jednak może przesądzać o sukcesie W kręgu miłości to muzyka.  Piosenki wykonywane na scenie przez zespół Didiera i Elise są najlepszym komentarzem do tego, co oglądamy na ekranie, a jednocześnie dają chwilę oddechu po emocjonalnych scenach. Muzyka po prostu dopełnia całości i jest nie dodatkiem, lecz integralną, równie ważną częścią filmu.

W kręgu miłości stawia wiele pytań. Pytań o wiarę – czy w czymś nam ona pomaga, czy ma sens, pytań o to, czy miłość jest w stanie wszystko przetrwać i o to, czy różnice między nami są do pogodzenia, gdy się bardzo kochamy. Z powodu tych pytań film zostaje w nas, siedzi w człowieku długo po seansie. Jeśli tak jak ja tego oczekujecie od kina, gorąco Wam polecam.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...