Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowy. Pokaż wszystkie posty

3.04.2015

Olive Kitteridge (HBO, 2014)


Olive Kitteridge to 4-odcinkowy miniserial, którego akcja dzieje się w małym amerykańskim miasteczku Crosby. Tytułowa bohaterka jest nauczycielką w średnim wieku, jej mąż prowadzi aptekę, jest farmaceutą. Serial przedstawia nam codzienność tej pary i otaczających ją ludzi. Nuda? Bynajmniej. Wyreżyserowany przez Lisę Cholodenko serial powstał w oparciu o książkę Elizabeth Strout, nagrodzoną Pulitzerem. Strout powołała do życia niezwykle intrygującą, wyrazistą postać Olive (w tej roli znakomita Frances McDormand), która jest cyniczna, bezpośrednia i bezkompromisowa. Chłodna dla rodziny, surowa dla uczniów. Zero w niej życzliwości, dużo złośliwości. Jej małżonek (Richard Jenkins) wprost przeciwnie – pogodny, otwarty, zawsze chętny do pomocy i służący dobrym słowem. Ich wspólne życie - trudne, pełne niewypowiedzianych słów, rozczarowań - to tylko jeden element serialu. Poprzez relacje Kitteridgów z otoczeniem poznajemy też historie innych mieszkańców miasteczka, ich małe i większe dramaty. Zdrady, choroby, tajemnice, nieudane związki…Nie ma tu nic czego byśmy nie znali. Najlepsze więc określenie dla tej produkcji to „życiowa”. Nie ma tu wartkiej akcji, intryg, zagadek. Jest realistycznie i bardzo emocjonalnie. Przedstawione wycinki z życia Olive i jej najbliższych poruszają, bo dotykają kwestii, które są bliskie każdemu z nas. Mogłoby się wydawać, że tak opisywany przeze mnie serial jest zwykłą obyczajówką, utrzymaną w nostalgicznym klimacie. Na szczęście twórcy są dalecy od popadania w przeciętność. Olive Kitteridge potrafi zaskoczyć zmianami tonacji, od humoru do dramatu, a także dostarczyć wrażeń wizualnych i zmysłowych (muzyka). Mocną stroną są dialogi, właściwie powiedziałabym, że są największą – obok aktorstwa – zaletą serialu. Bo w takim serialu jak ten – gdzie nie mamy w sumie szczególnej akcji – dialogi zawsze są najważniejsze. To one mają być ową „akcją”. I tutaj zdecydowanie są, a dzięki odpowiednim zdjęciom i świetnej grze aktorskiej (fenomenalna nie tylko Frances McDormand, ale też Richard Jenkins, Bill Murray i młoda Zoe Kazan) niektóre z nich mogą zostać w pamięci na długo. Niektóre z nich boleśnie szczere, inne zostawiające nas z dającą do myślenia konkluzją, wiele mówiące o życiu i nas samych.



Nie mogę pominąć, że kwestią, która jest jakoby wątkiem przewodnim serialu HBO jest przemijanie. Tak, najkrócej mówiąc, Olive Kitteridge to serial o przemijaniu. 25 lat życia Olive, od momentu gdy jest kobietą w średnim wieku, matką nastolatka, do momentu gdy zostaje wdową, której wydaje się, że nie ma już dla kogo żyć, to opowieść o jej starzeniu się. O starzeniu się i o tym jak sobie z nim radzić. W tym miejscu brawo dla Frances McDormand, która w tym serialu daleka jest od ideałów piękna i pokazuje, że aktorka, żeby być dobrą i dostawać ciekawe propozycje nie musi poprawiać sobie urody, ani nawet nakładać makijażu. Nie znam całej filmografii McDormand, ale zdecydowanie może to być rola jej życia (no, może zaraz po Fargo). Jej Olive pod pancerzem z cynizmu i podłości skrywa dobre serce, bezwzględność, złośliwość to jej sposób na życie, na walkę z jego przeciwnościami, ale to częściowo maska. Gdy Olive zostaje sama, nie musi nic mówić, byśmy wiedzieli, że w głębi duszy czuje coś innego. McDormand pokazuje tu tak naprawdę całą skalę emocji, w pełni eksponując swój talent.



Olive Kitteridge to prostota i subtelność w formie idąca w parze z mocnym przekazem treści. Serial, który oczarowuje klimatem i zachwyca przemyślaną konstrukcją. Takie seriale – pozornie zwykłe, a tak naprawdę wybitne – zdarzają się rzadko. Dlatego Olive Kitteridge warto poznać. A nadchodzące święta i kilka wolnych dni to ku temu doskonała okazja.

Moja ocena: 8+/10


2.10.2014

Z notatnika kinomanki, cz. XXVIII

Adventureland

6/10




Przyjemny film młodzieżowy, który nie wnosi zbyt wiele do gatunku. Plusem jest osadzenie akcji w latach 80., co przekłada się na nostalgiczny klimat filmu. Ogląda się go zresztą tak, jakby faktycznie powstał w roku 1987. Adventureland pokazuje różne odcienie dorastania i robi to w sposób wiarygodny. Niemniej jednak, historia jest przewidywalna, nie skłania do przemyśleń i nie zawiera szczególnie głębokich treści. Ale ogląda się całkiem przyjemnie, co m.in. jest zasługą dobrego castingu (Jesse Eisenberg bardzo trafnie obsadzony).

Very Good Girls

7/10



Dakota Fanning i Elizabeth Olsen – dwie młode nadzieje kina – w jednym filmie. Dla ciekawostki dodam, że reżyserka filmu – Naomi Foner – to matka Jake’a i Maggie Gyllenhallów, do tej pory znana jako scenarzystka (Złoty Glob za Stracone lata). Very Good Girl to podobnie jak Adventureland kolejna historia o dojrzewaniu, jednak trochę bardziej gorzka. Przyjaciółki Gerry i Lilly tego lata mają zamiar stracić dziewictwo. Pech chce, że zadurzają się w tym samym chłopaku, Davidzie. Chłopak flirtuje z obydwiema, jednak romans zaczyna się między nim a Lilly. Kiedy umrze ojciec Gerry, Lilly poprosi Davida by spotkał się z jej przyjaciółką, a sama się z nim rozstanie…Very Good Girls to kameralne kino skłaniające do refleksji. Bohaterki – bardzo różne od siebie, dorastające w skrajnie różnych domach – nie są szalonymi dziewczynami pozbawionymi rozsądku, gotowymi na wszystko, jak to w podobnych produkcjach bywa. Film nie skupia się na ich obsesji na punkcie pierwszego razu – a mogłoby tak przecież być – lecz na wyborach przed jakimi stają i dorosłych decyzjach, jakie muszą podejmować. Filmy o nastolatkach można podzielić na dwa typy: czysto komediowe i rozrywkowe, które ogląda się bezrefleksyjnie oraz ciepłe oraz urocze, które angażują widza. To zdecydowanie film z tej drugiej kategorii. Polecam i ze względu na samą historię (choć zakończenie mogłoby być inne), i ze względu na młode, zdolne aktorki. Co ciekawe, ja po tym filmie miałam bardzo intrygujący sen, a że sny mam (albo pamiętam, jak kto woli) bardzo rzadko, to postrzegam to jako kolejny plus na poczet filmu.  

Pod Mocnym Aniołem

5/10



Lubię filmy Wojtka Smarzowskiego. Więcej – oglądam każdy jego film, czekam na każdy jego film i uważam, że to jeden z naszych najlepszych reżyserów w średnim wieku. Co prawda, Drogówka nie zrobiła na mnie już takiego wrażenia jak Wesele czy Dom zły, ale nie sądziłam, że Smarzowski zaczyna na dobre obniżać loty. Tymczasem stało się: Pod Mocnym Aniołem mi się nie podobało. Nie podobała mi się forma tego filmu, który złożony jest z luźnych scen, bezsensownie ze sobą wymiksowanych, co przypomina w zasadzie nie film fabularny, a prędzej dokument czy reportaż. Być może nawet gdyby to był reportaż oceniłabym go bardzo wysoko. Ale to miał być film. Niestety, na ten film nie da się patrzeć. Głównie przez taką pociętą byle jak fabułę (wiem że taki był zamysł, ale moim zdaniem nie sprawdził się), ale też przez morze obrzydliwości, które wylewa się z ekranu. Jasne, dzięki takim mocnym obrazom pijackich libacji i ich konsekwencji, film jest przestrogą przed alkoholizmem. Jednak przede wszystkim ten film zniechęca do alkoholików, napawa obrzydzeniem, pozostawia bez współczucia dla nich. A nie wiem, czy tego właśnie chciał reżyser. Oczywiście, bez zarzutu jest aktorstwo i chyba tylko dzięki niemu ten film powszechnie uważany jest za dobry. Nie jestem w stanie wystawić oceny niższej niż 5, bo wiem co Wojtek chciał osiągnąć i doceniam całą jego inwencję. Ale coś jednak poszło nie tak. Mam jednak nadzieję, że kolejnym filmem – o Wołyniu – reżyser wróci na stare tory. Druga Róża nie byłaby zła.

Na zawsze Laurence

6/10


Ten film jest zdecydowanie za długi. O tyle za długi, że część fabuły umyka i po seansie się o niej nie pamięta. Czuję, że to będzie ten film Dolana, który będę lubić najmniej, choć przecież opowiedziana historia i sposób narracji zasługują na docenienie. Oczywiście w tak długim filmie dużo jest tego, co u Dolana najlepsze – pięknych zdjęć, slow motion, efektownych stylizacji i dobrej muzyki. Estetyczna perełka, jak poprzednie dzieła Kanadyjczyka. Niestety to właśnie zapamiętuje się z niej najlepiej. Historię Laurence’a który przebiera się za kobietę, i jego związku z żoną, można by jednak streścić do 2 godzin i nie straciłaby na jakości. Bo przede wszystkim w tej opowieści nie ma potencjału na trzygodzinny film. Mimo wszystko ogląda się ją z zaciekawieniem, bo takich historii jak ta nie ma w kinie wiele. To pean na cześć prawdziwej miłości. Na uwagę zasługują aktorzy: Suzanne Clement, Melvil Poupad i Monia Chokri.

Magia w blasku księżyca

7/10



Woody Allen od pewnego czasu kręci naprzemiennie filmy lepsze i gorsze. Choć słowo gorsze wcale nie oznacza: złe. Jego zeszłoroczna Blue Jasmine to było coś: kino mocne, przenikliwe, doskonale komentujące współczesność, w dodatku była to luźna adaptacja Tramwaju zwanego pożądaniem. Można się więc było spodziewać, że w kolejnym filmie Allen spuści z tonu i podąży w bezpieczne, eksploatowane przez siebie wielokrotnie, rejony. I faktycznie Magia w blasku księżyca to film, w którym Woody się powtarza. Wszystko to, co widzimy na ekranie już było – i Paryż, i magia, i iluzja, i związek z dużą różnicą wieku, i lata 20. W dodatku Colin Firth gra typowo allenowskiego bohatera – zrzędliwego neurotyka, typa, który niczym nie zaskoczy wiernych widzów Allena. Ale właśnie wiernym widzom Allena ten film powinien przypaść do gustu. To wysmakowany wizualnie obraz, z charakterystycznymi dla Allena postaciami i dialogami, zakończony refleksyjną puentą. To film kameralny, z niewielką liczbą bohaterów, którego akcja snuje się dosyć powolnie. Ale jest to zdecydowanie film o czymś – nie tylko się na niego przyjemnie patrzy, ale też coś się z niego wynosi dla siebie. Bo filmy Allena to zawsze takie klasyczne przypowieści. Prawie zawsze, bo nie można tego powiedzieć chociażby o dość nudnych Zakochanych w Rzymie. Formuła nowelowa to coś co ewidentnie nie wychodzi Woody’emu.

Dawca pamięci

7/10



Na co dzień nie oglądam takich filmów. Sama zresztą nie zwróciłabym na niego uwagi. Ale zostałam namówiona i zgodziłam się bez oporów, bo spodobał mi się zwiastun obejrzany dwukrotnie w kinie. Wizja utopii i antyutopii to jeden z tych tematów, które w kinie sci-fi toleruję. Film jest ekranizacją powieści Lois Lowry pod tym samym tytułem i budzi oczywiste kontrowersje wśród jej czytelników. Ponieważ do nich nie należę, naprawdę nie mam się na co oburzać. Na co dzień nie oglądam podobnych filmów – nie znam Igrzysk śmierci, Niezgodnej i innych tego typu tytułów – i być może właśnie dlatego Dawca pamięci mi się podobał. To dobry film, w którym niczego nie brakuje. Jest klimat, jest dobre aktorstwo, jest wciągający scenariusz. Do tego film prezentuje się ciekawie od strony wizualnej. Wiem jednak, że jego tematyka jest wtórna i nie dziwię się słabszym ocenom. To nie jest film pozbawiony wad. Można się czepiać zakończenia, jak również tego, że nie wszystko w filmie zostało wyjaśnione, a scenarzyści okazali się niekonsekwentni. Niemniej jednak, jest to film ciekawy i mądry, robiący wrażenie samą tematyką. Bo kto z nas nie jest ciekawy przyszłości i tego, czy możliwe jest stworzenie świata, w którym każdy będzie szczęśliwy?

Ida 

8/10




Jak to trafnie ujęła Klaudyna, takie filmy jak ten są obciążone myśleniem nad tym, gdzie jest tkwiące w nich arcydzieło. Bo przecież cały świat trąbi że Ida to arcydzieło. Pewniak do Oscara itd. Trudno skupić się na obrazie, jeśli ogląda się go w poszukiwaniu czegoś. To coś może wówczas umknąć. Czy mi umknęło? Nie wiem. Bo choć uważam, że Ida jest filmem bardzo dobrym, a może nawet świetnym, to jednak jest to dla mnie film jeden z wielu. Nic wyjątkowego, nic co od razu dodałabym do ulubionych czy chciała oglądać ponownie. Ale nie oznacza to, że nie kibicuję Idzie na drodze do Oscara. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby choć jedna statuetka trafiła w ręce jej twórców. Nie wiem z jakimi filmami Idzie przyjdzie się zmierzyć, nie wiem czy będą to filmy gorsze czy słabsze, ale wiem, że jest to film skrojony pod nagrody. Choć oczywiście nie zakładam, że taki był zamysł jego twórców. Co mi się w Idzie podobało to przede wszystkim warstwa wizualna, która przełożyła się na specyficzny, kameralny klimat. Czarno-biała taśma ma coś w sobie, coś co uszlachetnia każdy film, jak bardzo banalny by on nie był. Poza tym na uwagę zasługują zdjęcia, piękne wysmakowane kadry. Doskonałym uzupełnieniem klimatu jest jazzowa muzyka. Wszystko to sprawia, że Idę można pomylić z filmem szkoły polskiej lat 50, czy 60. Fascynująca jest również tematyka, dla jednych kontrowersyjna, dla innych po prostu odważna. Paweł Pawlikowski podjął się śliskiego tematu polskiego antysemityzmu, ale do tematu podszedł z subtelnością i dystansem. Nie należy jednak Idy rozpatrywać wyłącznie jako filmu o polskiej historii. Dla mnie to przede wszystkim ciekawa opowieść o dwóch światopoglądowo różnych kobietach, studium kobiecej psychiki, studium psychiki kobiet o trudnych życiorysach. I film o wyborach na drodze do znalezienia własnej tożsamości. Z cudownym otwartym zakończeniem. Tak, Ida podobała mi się bardzo. Ale to taki film, który – być może ze względu na niedostatek dialogów – ogląda się raz, by się nim zachwycić i nigdy więcej nie wrócić. A nie jestem pewna, czy o to chodzi w kręceniu filmów.

Breathe In

7/10



Moje małe rozczarowanie. Drake Doremus wręcz oczarował mnie swoim filmem Like Crazy, więc kiedy tylko usłyszałam o Breathe In, jego kolejnym filmie, również z intrygującą Felicity Jones, nie mogłam się doczekać kiedy go obejrzę. To jednak film znacznie mniej przystępny dla widza, film trudniejszy w odbiorze. Nie chcę powiedzieć: nudny, ale na pewno nie tak porywający, pochłaniający, przejmujący. W dodatku niestety jest to film dość przewidywalny, szablonowy, z banalnym zakończeniem. Tego wszystkiego o Like Crazy nie można było powiedzieć. Nie oznacza to, że film nie wyszedł. To kameralne kino i subtelnie opowiedziana historia o dziewczynie, która zadurzyła się starszym, żonatym mężczyźnie. A może o mężczyźnie, który zapragnął odmienić swoje życie romansem z nastolatką? Bez zbędnych słów, bez zbędnych scen, za to z dużą dawką emocji bijących od bohaterów i piękną muzyką w tle. Sama historia jednak niczym mnie nie ujęła, ale za całokształt daję 7.

Wszystko jest iluminacją

8/10



Film przemyślany od początku do końca. Ani przez chwilę nie nudzi. Nie zawsze aktorzy powinni brać się za kręcenie filmów, ale Liev Schroeiber odniósł na tym polu sukces. Pomogła mu w tym powieść Jonathana Safrana Foera, która opowiada o młodym Amerykaninie żydowskiego pochodzenia, który wyrusza na Ukrainę w poszukiwaniu kobiety, która w czasie wojny ocaliła jego dziadka. To książce zawdzięczamy świetne barwne postaci – Jonathana, głównego bohatera, którego obsesją jest zbieractwo pamiątek związanych z daną chwilą, Alexa – zabawnego Ukraińca zafascynowanego amerykańską kulturą czy jego zgorzkniałego dziadka. Ale Schroeiber zadbał o odpowiednią oprawę, zarówno wizualną (kadr z polem słoneczników jest przepiękny), jak i muzyczną (słychać tu zarówno folk, jak i muzykę typowo żydowską). Jego film uwrażliwia – zarówno na innych ludzi, jak i na inną kulturę, która pokazana jest z dużą subtelnością. Zderzenie amerykańskiego stylu życia z ludowym folklorem robi wrażenie. Do tego dochodzi jeszcze bolesny temat wojny. Zaletą filmu jest to, że płynnie przeradza się on z lekkiej komedii w nostalgiczny dramat, a wszystko to przy zachowaniu dobrego smaku. Niczego nie można zarzucić także obsadzie. Elijah Wood pasuje jak znalazł do roli grzecznego inteligencika, a Eugene Hutz jest wspaniałym Alexem. Wszystko jest iluminacją to zarówno rozrywka, jak i refleksja, film który nie pozostawia niedosytu.

SzczęścieDziękujęProszęWięcej

6/10



Pierwszy z dwóch filmów, które wyreżyserował i napisał Josh Radnor (o Sztukach wyzwolonych pisałam poprzednio). Ponownie aktora HIMYM widzimy również w roli głównej. Wydaje się, że Radnor tak jak Allen stworzył już sobie archetyp swojego bohatera – zawsze jest to dobry, fajny facet, który nie jest zbyt towarzyski, nie za bardzo zna się na podrywie, ale jest oczytany, inteligentny i rozsądny. Trochę ideał. W dodatku optymistycznie patrzy na życie. No właśnie. Optymizm to coś co od razu można wyłapać w filmach Radnora. Wszystko byłoby ok., gdyby nie to, że tym razem reżyser opowiada kilka historii w jednym filmie. Niestety nie łączą się one ze sobą zbyt płynnie i nie wszystkie są równie interesujące. Sztuki wyzwolone skłaniały do refleksji, kazały się zastanowić nad tym, nad czym nie zastanawiamy się na co dzień. Tutaj mamy historie dość mało wiarygodne i mało ciekawe. Bronią tych historii jednak aktorzy: Radnor, Kate Mara, Zoe Kazan czy Malin Akerman. Jest nudno, ale prawdziwie. Ot, zwykłe życie zwykłych ludzi.

Kobieta w ukryciu

6/10



Bardzo sprawnie opowiedziany film (przysłużyła się inwersja czasowa), ale nie budzący większych emocji. Historia romansu Charlesa Dickensa dla większości z nas może być jednak zupełnie obca, dlatego warto ją poznać. Szkoda tylko, że film Ralpha Fiennesa nie jest wzruszającą historią miłosną. A nie jest, bo na przykład między nim – grającym Dickensa, a Felicity Jones, grającą jego młodziutką kochankę Nelly, nie widać chemii. Ponadto, fabuła toczy się tu niespiesznie, więc tylko ci, którzy lubią napawać się obrazem i muzyką, będą tym filmem do końca usatysfakcjonowani. Zadbano o kostiumy, scenografię, piękne widoki, o każdy niemal detal, ale nie wystarczyło to, by zrobić film ciekawy. Niemniej jednak, film daje szerokie pole do refleksji dla widza, który sam może ocenić życie „w ukryciu”. W ten sposób film zyskuje też ponadczasowy wydźwięk, co być może wcale nie było intencją twórców, ale jest dużą zaletą.  


30.06.2014

Z notatnika kinomanki, cz. XXVI: Powiew świeżości

Lubię oglądać nowe filmy, takie które przemknęły niezauważenie, nie były wyświetlane w kinach, miały kulawą promocję na DVD albo zaistniały w Polsce jedynie dzięki płatnym kanałom filmowym. Takie filmy, niejednokrotnie małe, niezależne, bez wielkiego budżetu, często autorskie, dają mi wielką przyjemność oglądania. Nie muszę się niczego spodziewać, jestem pozbawiona oczekiwań, daję się zaskoczyć. To zupełnie coś innego niż w przypadku, gdy za filmem stoi głośne nazwisko reżysera i pokaźny budżet. Nie trudno wtedy o rozczarowanie. W przypadku tych filmów, o których napiszę dzisiaj, może być mowa co najwyżej o tym, że czegoś w nich zabrakło. Ale na ogół są to bardzo pozytywne zaskoczenia. Jak w poniższych przypadkach.

Pitch Perfect  7+/10

Do Pitch Perfect podchodziłam z niechęcią i sceptycyzmem. Czy spodoba mi się film o grupie wokalnej założonej na jednym z amerykańskich uniwersytetów? Czy warto oglądać coś tak przewidywalnego? Kolejną historię o przyjaźni i miłości z rywalizacją w tle? Patrząc na grupkę dziewczyn z plakatu przypomniały mi się Wredne dziewczyny i wszelkie tego typu produkcje niskich lotów. Ale pozytywne recenzje na innych blogach sprawiły, że dałam filmowi szansę. W końcu co miałam do stracenia poza niespełna dwoma godzinami życia?

Pitch Perfect okazał się wspaniałym filmem na poprawę humoru. Filmem, przy którym zapomniałam o codzienności. Po prostu przeniosłam się do studenckiego campusu i żyłam perypetiami bohaterów, zostawiając wszystkie troski za sobą. A nie trudno wsiąknąć w tę historię, która jest atrakcyjnie zmontowana i ubarwiona świetną muzyką. Znane utwory w nowych interpretacjach brzmią niezwykle świeżo i każdy miłośnik musicali czy filmów muzycznych powinien to docenić. Oczywiście, film może nie spodobać się tym, którzy współczesnej muzyki popowej – bo taka tu się głównie pojawia – nie trawią, ale zakładam, że im nawet przez myśl nie przyszłoby sięgnięcie po niego. Pozostali powinni rozkoszować się reinterpretacjami Titanium czy piosenek Bruno Marsa. Co ważne, aktorzy w Pitch Perfect naprawdę umieją śpiewać i naprawdę śpiewają sami (niedowiarków odsyłam do filmiku z przygotowań do kręcenia filmów na YT ).

Obok muzyki, druga istotna sprawa w Pitch Perfect to główna bohaterka, której nie sposób nie polubić. Beca, czyli Anna Kendrick, jest początkowo niechętna swojej obecności na uniwersytecie, która odciąga ją od jej pasji, czyli tworzenia muzyki. Jest zbuntowana i niezależna, co przejawia się i w jej wyglądzie i podejściu do ludzi. Choć trudno uwierzyć, że taka osoba przyłączyłaby się do nudnego zespoliku śpiewającego smętne ballady, tak się właśnie staje i wnosi ona do niego powiew świeżości, który z czasem zamienia się w prawdziwą rewolucję. Najlepsze w Pitch Perfect są te sceny, w których Beca odważa się na sprzeciw i zaproponowanie własnego zdania. I te, w których Anna Kendrick śpiewa solo, bo jak się okazuje, ma świetny głos. Scena, w której acapella wykonuje tzw. „cup song” jest tego najlepszym dowodem.



Można zarzucać, że Pitch Perfect to mniej udana wersja Glee, jak twierdzą fani tego serialu. Być może produkcja o licealnym chórze była inspiracją dla twórców filmu, ale przecież to nie zbrodnia. Glee nie oglądałam, jednak sądzę, że z Pitch Perfect łączy go tylko aspekt muzyczny. Nie będę Was oszukiwać, że pod płaszczykiem filmu muzycznego, Pitch Perfect kryje w sobie jakieś życiowe mądrości. W ładny sposób mówi jednak o tolerancji (grupa Barden Bellas to grupa wyrzutków), jedności i wytrwałości w dążeniu do celu. Historia miłosna, bo oczywiście jest miejsce i na taką, jest niegłupia i nie cukierkowa, a w jej tle pojawia się kultowy Klub winowajców.  Jednym słowem, Pitch Perfect to bardzo przyjemny film, który z pewnością nie uwłaczy Waszej godności wyrafinowanych kinomanów. Czasem nie warto być snobem ;)


Cudowne tu i teraz to, oględnie mówiąc, film twórców 500 dni miłości, co stanowić ma jego najlepszą rekomendację. W istocie, ten właśnie slogan na plakacie skłonił mnie od zapoznania się z tym filmem. Ale scenarzyści filmu Marka Webba tym razem się nie postarali, bo Cudowne tu i teraz zdecydowanie nie ma tej świeżości, co 500 dni..., nie jest tak urokliwe i nieprzewidywalne. Bliżej mu do kolejnej stereotypowej historii miłosnej, którą przecież film Webba nie był. Tu, co prawda, też ma mamy w pewnym momencie łamanie konwencji, ale całość jest jednak mocno przewidywalna i nawet zakończenie – dla jednych otwarte - według mnie jest zwyczajnym happy endem. Bohaterami filmu są nastolatki: chłopak – dusza towarzystwa, który nie może zapomnieć o swojej byłej dziewczynie, i dziewczyna w typie outsiderski, pasjonująca się literaturą science – fiction. Pozornie reprezentują dwa różne światy: on towarzyski i rozrywkowy, ona cicha i grzeczna. Twórcy filmu bardzo ściśle trzymają się schematu i szybko zbliżają parę do siebie. Problemem jest chłopak, który mimo wszystko wciąż chciałby odzyskać byłą i wcale nie jest pewien, czy chce być z Aimee. To jego postawa, jego decyzje są w centrum fabuły i one decydują o jej dalszych losach. Nie ma tu jednak nic zaskakującego, nic czego byśmy już nie widzieli w podobnych produkcjach. A co za tym idzie, film w pewnym momencie staje się po prostu nudny, bo i tak wiadomo, do czego to wszystko zmierza. Ale plusem są role Shailene Woodley i Milesa Telllera, którzy z grupy aktorów młodego pokolenia są jeszcze jednymi z mniej opatrzonych, a przez to bardzo wiarygodnych. Podsumowując, film całkiem przyjemny, ale mało oryginalny.

Brytyjski film Now is good w polskiej wersji doczekał się bardzo dziwnego tłumaczenia Niech będzie teraz, którego nie mam zamiaru używać. Czy Teraz jest dobrze byłoby gorszym tytułem? Być może dystrybutor na takie tłumaczenie nie wpadł. Ale to tylko uwaga na marginesie. Ten film chce Wam bardzo polecić, bo jest to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów o umieraniu, jakie oglądałam. O takich filmach pisze się trudno, trudno się je też ocenia. Bo przecież choroba, nadchodząca śmierć to są zawsze tematy, które działają na emocje i często takie filmy ocenia się bardziej sercem niż rozumem. Ale myślę, że w tym wypadku udało mi się tego ustrzec, bo doceniam przede wszystkim sposób, w jaki ten film został zrealizowany. Zaznaczam od razu, że nie czytałam książki Zanim umrę, na podstawie której powstał, więc nie oceniam go jako ekranizacji.

Bohaterką filmu jest 17-letnia Tessa, która od kilku lat zmaga się z białaczką. Ponieważ kolejne leki i terapie nie skutkują, a jej stan po nich wręcz się pogarsza, dziewczyna postanawia przerwać leczenie, by przeżyć ostatnie tygodnie swojego życia we względnie dobrym stanie. Takim, który pozwoli jej na realizację listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Co jest na liście? Pierwszy seks, samodzielna jazda samochodem, spróbowanie narkotyków, drobna kradzież, sława…Dziewczyna krok po kroku realizuje kolejne punkty z listy. Do swojej choroby podchodzi niezwykle dojrzale. To właśnie postawa Tessy decyduje o wyjątkowości tej historii. Dziewczyna mimo nieuchronnego wyroku zachowuje zimną krew i stara się cieszyć życiem, które jej zostało, wykorzystywać każdą chwilę. Grająca ją Dakota Fanning najlepsza jest w momentach, gdy Tessę jednak opuszcza dobry humor, a przychodzi złość i żal na bezradność i niemoc. Ciekawe są relacje dziewczyny z rodzicami. Paddy Considine gra wychowującego ją ojca, który nie do końca potrafi do Tessy dotrzeć i nie potrafi zaakceptować, że córka umiera. Z kolei nie mieszkająca z nimi matka (Olivia Williams) już dawno się poddała i w obliczu choroby córki jest kompletnie bezradna, co świetnie widać w scenie, w której Tessa dostaje krwotoku. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze chłopak. Można oczywiście krytykować i zastanawiać się, na ile prawdopodobne jest pojawienie się wielkiej miłości na kilka tygodni przed śmiercią, ale ten wątek również jest potrzebny. Adam uosabia przyszłość, której Tessa nie ma – rodzinę, której nie założy, dzieci, których nie będzie miała, miejsca, których z nimi nie odwiedzi, przygody, których nie przeżyje. Now is good jest filmem smutnym, zwłaszcza w ostatnich kilkunastu minutach, ale paradoksalnie nastrajającym pozytywnie. Historia Tessy została przedstawiona w taki sposób, aby zachęcić widza do czerpania radości z samego faktu istnienia, skłonić do korzystania z życia, póki jest na to czas. Co ważne, to nie jest melodramat w rodzaju Szkoły uczuć czy klasyka – Love Story. To film, który nie wyciska łez manipulując widzem. Film nakręcony w bardzo brytyjski sposób – a więc bez użalania się i oczywistych rozwiązań. Naprawdę warto obejrzeć.

Kumple od kufla to właściwie film czterech aktorów, autorski pomysł Joe Swanberga, który teoretycznie napisał do niego scenariusz, jednak sceny są w nim improwizowane. I może właśnie dlatego ogląda się go tak dobrze, choć pozornie powinien nudzić, bo nie dzieje się w nim wiele. Nie ma w nim jednak sztuczności, jest za to prawda o międzyludzkich relacjach, są emocje, które wydają się prawdziwe i przemawiają do widza, który autentycznie przejmuje się historią bohaterów. A są nimi Kate i Luke, którzy pracują wspólnie w browarze, marząc o tym, że kiedyś założą wspólnie pub. A więc kumple od kufla i to nie tylko w przenośni – piwo leje się na ekranie strumieniami (a raczej przewijają się przez niego kolejne kubki, kufle i butelki wypełnione tym płynem). Kate i Luke świetnie się razem dogadują. Na oko znacznie lepiej niż Kate ze swoim chłopakiem, a Luke ze swoją narzeczoną. Co widać doskonale, gdy pary wyjeżdżają na weekend za miasto, gdzie Kate większość czasu spędza z kumplem z pracy, a jej chłopak, Chris, z Jill, dziewczyną Luke'a. Nikt niczego jednak nie podejrzewa, nikt o nikogo nie jest zazdrosny – teoretycznie wszystko gra. Ale Chris nagle zrywa z Kate. Tymczasem narzeczona Luke'a wyjeżdża służbowo. Przyjaciele zostają więc sami. Ale jeśli myślicie, że od razu wpadną sobie w ramiona – jesteście w błędzie. Swanberg w swoim filmie opowiada o bardzo ciekawym przypadku, o bardzo ciekawej relacji, budując między bohaterami seksualne napięcie, ale bez jednoznacznego określenia, czy faktycznie mają się oni ku sobie. Będzie zdrada czy jej nie będzie? Tego nie zdradzę, bo film wart jest tego, byście sami go obejrzeli. Zachęca do tego także obsada – Olivia Wilde, Jake Johnson (bardzo się cieszę, że New Girl otworzyło mu drzwi do kariery), Anna Kendrick i Ron Livingstone.

Całkiem zabawna historia 6/10

Całkiem zabawna historia to jeden z tych pokrzepiających (przynajmniej z założenia) filmów, które niewiele mają w sobie prawdopodobieństwa. Historia chłopaka, który sam zgłasza się do szpitala psychiatrycznego, gdyż myśli o popełnieniu samobójstwa, a w szpitalu odkrywa oczywiście, że życie może być piękne i dlatego warto żyć. To tak w dużym skrócie. Pobyt w szpitalu uświadamia Craigowi przede wszystkim, że ludzie zmagają się z większymi problemami niż on. Poznaje sympatycznego, choć zrzędliwego 40-latka i piękną nastolatkę, która z miejsca się w nim zakochuje. Na oddziale panuje przyjazna atmosfera i aż żal wyjeżdżać…Ogląda się to jednak nieźle, bo twórcy postawili przede wszystkim na atrakcyjną formę. Kierując swój film do nastolatków pamiętali o tym, że młodzież ceni dziś sobie nowoczesne rozwiązania – teledyskowy montaż, slow motion czy stopklatki. Dzięki takim zabiegom rzeczywiście film nie jest tak nudny, jak mógłby być. Bo w gruncie rzeczy jest to film dość monotonny, bez wyraźnych punktów zwrotnych. Dużym atutem jest jednak aktorstwo. Gdyby nie Zach Galifianakis film na pewno by wiele stracił. A aktor, znany przecież z komediowych (żeby nie powiedzieć kretyńskich) ról, pokazał się w nim od strony dramatycznej, choć talent do rozśmieszania również mu się przydał, i zrobił to bardzo przekonująco. Młody Keir Gilchrist również dobrze się spisał i udźwignął ciężar grania roli głównej. A na Emmę Roberts po prostu miło się patrzy. Co jednak przede wszystkim mnie ujęło, to podjęcie dość przemilczanego tematu. Mianowicie nasz bohater, Craig, myśli o samobójstwie i popada w depresję nie dlatego, że jest nie lubiany czy nie ma dziewczyny albo właśnie go któraś rzuciła. Na jego samopoczucie wpływa presja, pod jaką znajduje się, chodząc do dobrej, a nawet, można powiedzieć elitarnej, szkoły. Wmawia mu się, że musi coś osiągnąć, iść na dobre studia, by być w życiu kimś, a żeby tak się stało musi ciężko się uczyć, kosztem innych przyjemności. Takie oczekiwania ma wobec niego także ojciec. Chłopaka jednak w pewnym momencie ambicje, do jakich się go nakłania, zaczynają przerastać. Odbierają radość z życia. Wydaje mi się, że ta właśnie kwestia to problem aktualny – tak na Zachodzie, jak i u nas – i faktycznie może prowadzić do jakichś zaburzeń. Okazuje się przecież, że w otoczeniu Craiga więcej osób ma podobne problemy. Film pokazuje, że nie należy się ich wstydzić i do depresji należy się przyznać, bo nie jest to nic nienormalnego. Chory na depresję to nie wariat, o czym Craig przekonuje się na własnej skórze. Jednak takie przesłanie nie wystarczy, by uznać Całkiem zabawną historię za coś więcej niż film poprawny. Gdyby nie tło – a więc szpital psychiatryczny – jest to historia jakich wiele, przedstawiona w bardzo typowy i przewidywalny sposób.



Sztuki wyzwolone to autorskie dzieło Josha Radnora, który powszechnie znany jest jako Ted z Jak poznałem waszą matkę (o czym nie miałam pojęcia oglądając film). Okazuje się jednak, że serialowy aktor jest też scenarzystą i reżyserem, a Sztuki wyzwolone to nie pierwszy film, którego jest twórcą. Jeśli każdy film Radnora to taka prosta, urzekająca historia, mam ochotę obejrzeć je wszystkie. Sztuki wyzwolone opowiadają o facecie po 30-tce, skrytym romantyku, marzycielu uciekającym w świat książek, który powraca do campusu swojej uczelni w niewielkim miasteczku w Ohio, gdzie zostaje zaproszony przez ulubionego profesora odchodzącego na emeryturę. Ma wygłosić przemowę na kolacji na jego cześć. W kampusie Jesse poznaje Zibby, 19-letnią studentkę pełną młodzieńczych ideałów. W osobie tej trójki bohaterów: profesora, Jesse’a i Zibby Radnor skupia przemyślenia na temat młodości, międzypokoleniowych różnic, dojrzałości i zderzania się ideałów z rzeczywistością. To w pewnym sensie film o tym, jak bardzo czas wszystko zmienia, jak bardzo wpływa na nasze decyzje i pojmowanie świata. Ciekawa jest postać Jesse’a, który wydaje się być mężczyzną na wymarciu – szukając swojego miejsca w życiu nie bierze tego, co ma w zasięgu ręki, nie zadowala się półśrodkami, które są wbrew jego przekonaniom. Nie znajdziemy tu zresztą przewidywalnych rozwiązań. Tam gdzie większość twórców postąpiłaby schematycznie, tam Radnor zaskakuje. Jego film snuje się powoli, pozbawiony jest fajerwerków, ale ma za to inne atuty: u Radnora pisze się listy, czyta się książki i celebruje dość staroświeckie podejście do życia. Aktorsko na uwagę z pewnością zasługuje oprócz Radnora Elisabeth Olsen, która udowadnia po raz kolejny, że ze swoimi sławnymi starszymi siostrami niewiele ma wspólnego – począwszy od urody, przez talent, a na wyborze ról skończywszy. O Allison Janney i Richardzie Jenkinsie wspominać nie muszę, bo to uznani aktorzy. Szkoda jedynie, że więcej do zagrania nie dostała Elizabeth Reaser.  

Sztuki wyzwolone ogląda się bardzo przyjemnie, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to film słodko-gorzki. Cała historia podszyta jest melancholią i nostalgią, choć ostatnia scena przepełniona jest optymizmem i sprawia, że całościowy wydźwięk filmu jest bardzo pozytywny. Ale wiarygodność tej historii lepiej przemilczeć.  

24.10.2013

Masters of Sex (Showtime, 2013 - )



Choć wyemitowano dopiero cztery odcinki Masters of Sex, tegoroczna premiera stacji Showtime już przez wielu widzów i krytyków została okrzyknięta nowością sezonu. Nic dziwnego, bo produkcja ma wszystko to, co przesądza o uwielbieniu widzów: doskonałe aktorstwo, znakomitą scenografię i interesujący scenariusz. A przy tym porusza najbardziej kontrowersyjny z tematów: seks.

Serial powstał na podstawie opartej na faktach książki na temat dr Williama Mastersa i Virginii Johnson, pary naukowców, którzy w latach 50 i 60 przeprowadzali rewolucyjne jak się potem okazało badania nad ludzką seksualnością dzięki którym dziś śmiało możemy mówić o takiej nauce jak seksuologia. W serialu poznajemy ich w momencie, gdy Masters, wybitny ginekolog, szuka nowej asystentki do gabinetu, a jednocześnie postanawia rozpocząć swoje wielkie doświadczenie – zbadać seks empirycznie. Jednym słowem, podłączyć ludzi do kabelków i przeróżnych urządzeń i mierzyć – tętno, aktywność mózgu czy bicie serca podczas stosunku czy masturbacji. Na ekranie oglądamy bardzo realistycznie odwzorowane badań, co skutkuje dużą ilością golizny. Jest miłość gejowska, są prostytutki. Nagość i seks są tu jednak bardziej niż uzasadnione. Mimo to, należy pogratulować odwagi producentom, którzy postanowili wziąć na warsztat ten właśnie temat. Prawdopodobnie wielu widzów o projekcie Mastersa i Johnson słyszy po raz pierwszy. Możliwość zobaczenia na własne oczy, czego dotyczył i jak przebiegał, jest naprawdę fascynująca. W końcu seksualność to kwestia, która dotyczy każdego z nas..

Być może jednak ta historia nie byłaby tak wciągająca, gdyby nie duet badaczy, a zarazem głównych bohaterów serialu. Zwłaszcza jeśli ktoś nie wie, jak potoczyły się ich losy w wyniku współpracy, może spodziewać się w serialu zaskoczeń. To para skrajnie różna: on jest służbistą, poważnym i szanowanym lekarzem, którego trudno rozbawić, ona pełną życia, bezpośrednią kobietą, rozwódką z dwójką dzieci. On do ich projektu wnosi podbudowę naukową, niewykształcona Johnson ma za zadanie jedynie zachęcać ludzi do poddawania się eksperymentom i zapisywać wyniki. Ale oczywiście tylko początkowo.



W role Mastersa i Johnson w serialu Showtime wcielają się Michael Sheen i Lizzy Caplan. Oboje wydają się stworzeni do swoich ról. Ona – naturalna, bezpretensjonalna, on zniuansowany, grający dużo mimiką. Ich bohaterowie nie są czarno – biali, pole do zaprezentowania swoich umiejętności mają więc duże. Serial nie skupia się tylko na projekcie badawczym pary, ale także na ich życiu prywatnym. A to jest mocno skomplikowane w obydwu wypadkach. Poza tym, w serialu na uwagę zasługuje też drugi plan, na którym wybijają się żona Mastersa czy młody doktor Ethan Haas.

Masters of Sex (swoją drogą, świetna gra słów) oprócz tego, że przedstawia kawałek historii, jest też świadectwem obyczajowości lat 50. Myślę, że każdy kto zachwycił się Mad Men właśnie z tego powodu – pokazania obyczajów, specyfiki czasów, a także i mody sprzed kilkudziesięciu lat, nie będzie się nudził oglądając Masters of Sex. Serial nie jest pozbawiony refleksji, podejmuje też wiele uniwersalnych tematów, a jednocześnie okraszony jest odrobiną humoru.


Odpowiednie rozłożenie akcentów, profesjonalizm aktorów i dbałość o detale sprawiają, że naprawdę ogląda się Masters of Sex z przyjemnością. Osobiście wróżę serialowi duży sukces (stacja Showtime zresztą chyba w niego wierzy, bo zamówiła już kolejny sezon) i zachęcam Was do dania mu szansy. Ja z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki. 

11.08.2013

Z notatnika kinomanki, cz. XXI

Uff, skończyły się upały, więc mogę powrócić do pisania. Gdy słupki rtęci pokazują 35 stopni, szczerze mówiąc, obcowanie z laptopem to ostatnia rzecz, na którą mam ochotę. Z racji zajęć zarobkowych i innych zobowiązań jest to nie do uniknięcia, ale gdy nie muszę, to staram się trzymać wówczas od parzącego wręcz komputera z daleka. Teraz, gdy upały odeszły, postaram się nadrobić blogowe zaległości. Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię wpisy typu misz-masz, w których można przeczytać krótkie opinie na temat obejrzanych filmów czy przeczytanych książek, których właściwie nic nie łączy. Nie ukrywajmy też, że dla piszącego jest to bardzo wygodna formuła, bo nie trzeba się angażować w pisanie bóg wie jak długiej i ambitnej recenzji i wymyślać oryginalnego tematu dla wpisu. A kilka zdań chyba w zupełności wystarczy - ja zazwyczaj czuję się po nich odpowiednio zachęcona lub zniechęcona do danego filmu. A więc przed Wami kilka moich krótkich refleksji na temat ostatnio obejrzanych filmów. Piszę tylko o filmach, które widziałam po raz pierwszy, bo oglądam też sporo filmów po raz drugi czy trzeci, pokazując je swojej drugiej połówce [właściwie one dominują, ale jakże się cieszę, gdy na przykład po obejrzeniu Wyśnionych miłości, słyszę: „Będziemy oglądać wszystkie filmy tego reżysera” ;)]. Trzeba przyznać, że do „nowości” mam średnie szczęście, bo część z tych produkcji jest bardzo przeciętna. Ale po kolei:
  




















Mieliśmy ochotę na film z Audrey Hepburn, bo oboje ją lubimy. Dodatkowo szukałam filmu, który byłby trochę mniej banalny i trzymał w napięciu. Padło na Doczekać zmroku, za który Audrey dostała nominacje do Oscara i Złotego Globu. To jednak była pomyłka, choć sama Audrey nas nie zawiodła. Niespełna 40-letnia już wówczas aktorka wciela się tutaj w rolę niewidomej kobiety, która wzrok straciła stosunkowo niedawno i jeszcze nie do końca radzi sobie z tą sytuacją. Jej mąż, który jest fotografem podczas powrotu z służbowego wyjazdu otrzymał od nieznajomej lalkę. Okazuje się, że w lalce ukryta jest heroina. Przestępcy chcą ją odzyskać. Niewidoma kobieta sama w domu wydaje się być łatwym celem. Taka sytuacja wydaje się też być dobrym punktem wyjścia do naprawdę dobrego thrillera. Niestety, choć film może i trzyma początkowo w napięciu, to jednak razi wieloma nielogicznościami, a przede wszystkim konstrukcją postaci Susy czyli głównej bohaterki. Susy jest wręcz dziecinnie naiwna – kto wpuściłby do domu obcego faceta, którego nie widziało się na oczy, podającego się za przyjaciela męża? Wydaje mi się, że osoby niewidome są raczej bardziej nieufne. Kolejna sprawa to przewidywalność filmu – od pewnego momentu właściwie można się domyślać każdej kolejnej sceny. Jedynym plusem filmu, oprócz roli Hepburn (i możliwości zobaczenia młodego Alana Arkina), jest jego teatralność. Akcja dzieje się niemal wyłącznie w jednym pomieszczeniu, co potęguje lekko „hitchcockowski” klimat. Jednak do Hitchcocka reżyserowi Terence’owi Young’owi daleko. Polecam tylko fanom Audrey Hepburn.

Gilda  9/10

Mam wrażenie, że o sile Gildy stanowi całkowicie Rita Hayworth. Myślę, że gdyby na jej miejscu znalazła się inna aktorka, o innym temperamencie i innej urodzie, film zostałby uznany za przewidywalny i nudny. Jednak Gilda w wykonaniu Rity wręcz hipnotyzuje. To taka kobieta, której inne zazdroszczą wyglądu i nonszalancji, a mężczyźni nie mogą oderwać wzroku. A że Gilda znajduje się w centrum akcji filmu, to ogląda się go bez jakiegokolwiek znużenia czy rozczarowania. Wręcz odwrotnie – ja oglądałam ten film w zachwycie. Nie tylko nad emanującym erotyzmem wyglądem i grą (co ważne – Rita Hayworth świetnie zagrała) aktorki, ale też realizacją (świetna praca operatora, klimatyczne zdjęcia), a przede wszystkim dialogami charakterystycznymi dla starego kina. Dziś się już tak nie pisze. W Gildzie dialogi budują napięcie, są tak błyskotliwe, że niemal uśmiechamy się, słysząc je, z radości, że natrafiliśmy na tak dobry film. Do tego jeszcze piosenki wykonywane przez Gildę – bardzo wpadają w ucho. Nic dodać, nic ująć. Choć zakończenie jest banalne, przyjemność z oglądania filmu płynie wielka.




Przy okazji akcji „Filmy w moim wieku” przypomniałam sobie o istnieniu tego nakręconego 26 lat temu filmu, który uznawany jest za jeden z najlepszych obrazów wojny w Wietnamie. Jakoś tak niezauważenie i mimochodem, filmy o tej tematyce mocno polubiłam. Nie kręci mnie jednak sama akcja zbrojna, działania wojenne itp. Liczy się dramat jednostek – to w odzwierciedleniu umysłów bohaterów leży siła tego typu filmów. Po genialnym Czasie Apokalipsy, stawiałam Full Metal… wysoką poprzeczkę. Filmowi Kubricka udało się ją przeskoczyć (tym samym pomału odkrywam też sam geniusz Kubricka). Film skupia się na tym, co wojna robi z ludźmi. A dokładniej – w jaki sposób za pomocą musztry młodym chłopakom robi się pranie mózgu, bo tak to trzeba nazwać. Poniżanie, prześladowanie, pozbawienie własności, niezależności, wprowadzenie terroru strachu. To oglądamy w pierwszej części filmu i ta część jest doskonała. Wiele scen ogląda się w napięciu, film dostarcza szeregu różnorodnych emocji, na czele ze współczuciem i niezgodą na takie traktowanie ludzi, robienie z nich bezwzględnych maszyn do zabijania. Druga część filmu, która dzieje się już na froncie, odbiega od innych filmów wojennych. Nie uświadczymy tu strzelanin (oprócz sceny końcowej), lecz raczej oglądamy inne zajęcia żołnierzy, a główny bohater zostaje przydzielony do pracy korespondenta wojennego. Ta część już tak nie wciąga, choć nadal jest dobra i być może jeszcze dobitniej ukazuje bezsens wojny. Trzeba przyznać, że ze względu na tą oszczędność w pokazywaniu scen zbrojnych i skupienie na dramacie ludzi,  film Kubricka bardziej niż inne o podobnej tematyce ma wydźwięk uniwersalny i jest pewnie aktualny po dziś dzień.

Kropka nad i  3/10
















Przed Kropką nad i chcę was ostrzec. To film, na który nie warto marnować swojego czasu. Nie znajduję w nim żadnych zalet, czegoś, co mogłoby sprawić, że jednak nie żałuję, że tego 1,5 godziny nie spędziłam inaczej. Kropka opowiada o temperamentnej Hiszpance, która ma wyjść za nudnego anglika. Na swoim wieczorze panieńskim dziewczyna poznaje jednak przystojnego (o ile podoba się wam Gael Garcia Bernal) młodego Brazylijiczyka. Jeden pocałunek i oczywiście już żyć bez siebie nie mogą, a dziewczyna powoli oddala się od Anglika. Typowe przewidywalne romansidło, a do tego w końcówce reżyser mnoży absurdy, aż śmiać się chce. Choć z drugiej strony, być może taka fabularna wolta była potrzebna reżyserowi i scenarzyście w jednej osobie, kiedy zdał sobie sprawę jaki gniot napisał. I może nawet ona troszeczkę ratuje ten film, w którym słabe jest prawie wszystko: scenariusz – nielogiczny i w dużej mierze przewidywalny, montaż – mający sprawiać wrażenie ambitnego, a tak naprawdę chaotyczny i zły, a także nieprzekonujące aktorstwo. Nie polecam, chyba że lubicie kino absurdu.


Filmy, do których scenariusz napisał Richard Curtis na ogół mnie nie zawodzą. Tym razem jednak mistrz brytyjskiej komedii romantycznej poległ. Dziewczyna z kawiarni jest filmem monotonnym, męczącym i nudnym. Historia romansu pracownika Ministerstwa Finansów z młodą kelnerką o wyrazistych poglądach politycznych, która wplątuje go w nie lada tarapaty, właściwie nie ma w sobie rysu komediowego. To film bardzo na serio, ze względu na poruszoną tutaj problematykę – długu Afryki i biedy w afrykańskich krajach. Może i temat ważny, ale sięgając po ten film sądziłam, że obejrzę sympatyczną komedię romantyczną w dobrej obsadzie (występują Kelly MacDonald i Bill Nighy). To mi obiecano, tymczasem dostałam w sumie poważny i smutny dramat, którego oglądanie choćby ze względu na ów afrykański motyw przewodni nie należało do przyjemności. Zdarzyła mi się raz taka historia: Pewnego dnia byłam na koncercie pewnego znanego polskiego zespołu. Wokalistka zaczęła koncert od słów, że w tej chwili w Afryce umiera właśnie ileś dzieci. Natychmiast wyszłam z tego koncertu, bo takich rzeczy się moim zdaniem nie robi. Czegoś co ma z zasady mieć formułę rozrywkową nie łączy się tematyką poważną i nie emanuje się patosem. To nie wychodzi. I w tym filmie też nie wyszło.

Schronienie  5/10

Kiedy przeczytałam opis tego filmu Francoisa Ozona, wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Historie o narkomanach należą do moich ulubionych tematów filmów, może dlatego, że wywołują bardzo skrajne emocje, a takie lubię. W Schronieniu punktem wyjścia jest śmierć Louisa. Chłopak przedawkował. Cudem udało się uniknąć śmierci jego dziewczynie, Mousse, która jak się okaże, była już w tym momencie w ciąży. Co ciekawe – Louis i Mousse nie egzystowali na skraju nędzy, jak często jest to pokazywane w filmowych obrazach narkomanów. Oni byli parą narkomanów zamożnych, bo utrzymywanych przez bogatą matkę chłopaka. I tu film otrzymuje ode mnie jeden z niewielu plusów – za pokazanie, że nałóg dotknąć może każdego, a nie tylko ludzi z nizin społecznych. Mousse mimo wahań decyduje się urodzić dziecko. Przeprowadza się na wieś, z dala od Paryża. To będzie jej schronienie na najbliższych dziewięć miesięcy. Spokój przerwie jej wizyta Paula, brata zmarłego. Zagubiona dziewczyna uwikła się z nim w trudną relację. Rozedrganie emocjonalne dziewczyny, rozterki związane z narodzinami dziecka, problem z odpuszczeniem narkotyków i alkoholu – zostało świetnie odegrane przez Isabelle Carre. Jej bohaterka jest jednak antypatyczna i to w dużej mierze może zaważyć na naszym odbiorze filmu, być może niesłusznie, a jednak nie do uniknięcia. Co mi się nie podobało w Schronieniu, to chyba fakt, że brakuje w nim przyczynowości, brakuje sensu w pokazaniu tych rozterek bohaterki. To do niczego nie prowadzi. Film płynie bardzo leniwie a oprócz początkowych emocji podczas sceny, w której bohaterowie zażywają heroinę, nie wywołuje ich prawie wcale (no chyba że zaskoczenie, że zdeklarowany gej bez zmrużenia okiem spędza noc z kobietą). Tym razem sposób opowiadania Ozona nie przypadł mi do gustu.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...