Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z notatnika kinomanki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z notatnika kinomanki. Pokaż wszystkie posty

26.02.2016

Z notatnika kinomanki, cz. XXXI

Hej! Dzisiaj garść refleksji na temat ostatnio obejrzanych filmów. W większość to filmy nominowane w tym roku do Oscarów. 






Dzikie historie mnie nie uwiodły. Nie poruszyły, nie wywarły wielkiego wrażenia. A szkoda. Z jednej strony rzeczywiście jest to film oryginalny – sześć historii o ludziach, którzy postanowili powiedzieć: dość i się wkurzyć, i tę złość wyładować na innych. No ale jednak Tarantino to to nie jest. U Tarantino od początku do końca wiemy, że to co widzimy nie jest na serio. Jest pewna umowność. Leje się krew, ale ona nas nie wzrusza. Natomiast w Dzikich historiach wszystko jest jednak bardziej na poważnie. Może oprócz pierwszej części, która jest dość absurdalna (ale udana). Ten niejednoznaczny ton Dzikich historii razi i sprawia, że tak naprawdę widz nie wie co ma myśleć. Poza tym, poszczególne części, poza tym, że znacznie się od siebie różnią długością, są też nierówne jakościowo. Niektóre już mi wyleciały z głowy, inne, jak końcowy segment z akcją na weselu na pewno zapamiętam na długo. A zatem, jeśli szukacie czegoś świeżego, warto obejrzeć, ale bez nastawiania się na jakieś szczególne doznania.




Film, o którym głośno było od momentu, kiedy na jaw wyszło, że Eddie Redmayne będzie w nim grał transwestytę (bo chyba tak można określić jego postać). Już wtedy oczywiście zaczęto mówić o Oscarze. Po premierze szum wokół filmu jednak ucichł, a sam obraz nie zdobył dotąd żadnych liczących się nagród (prócz tych dla Alicii Vikander). I to mnie bardzo dziwi, bo Dziewczyna z portretu spośród kilku obejrzanych przeze mnie filmów „okołooscarowych” podobała mi się najbardziej. Nie rozumiem zatem zarzutów, że film jest pusty, że brak w nim emocji, że nie trzyma w napięciu, a jedyne dzięki czemu zapisze się w historii kina to sama tematyka, wciąż rzadka w Hollywood. Ja się zupełnie nie nudziłam, ta historia mnie pochłonęła i oglądałam ją z dużym zaciekawieniem i przyjemnością do samego końca. Rzeczywiście, twórcy uderzają raczej w melodramatyczne tony, ale nie rozumiem jakie mogły być inne oczekiwania wobec tego filmu. To historia małżeństwa dwójki malarzy, z których mąż – Einar z czasem zaczyna przebierać się w kobietę, by ostatecznie zdecydować się na zmianę płci. To tak w skrócie. Być może należałoby zastanowić się nad tym, kto jest tak naprawdę głównym bohaterem tego filmu, bo zdaje mi się, że wcale nie Einar. Dla mnie to przede wszystkim film o jego małżonce Gerdzie, o jej postawie w obliczu sytuacji, gdy jej mąż staje się kimś zupełnie innym, film o jej oddaniu i miłości. Jeśli ten film to czyjś portret to przede wszystkim jej, a jest wiarygodny dzięki wspaniałej Alici Vikander, od której wprost nie można oderwać oczu (jaka szkoda, że prawdopodobnie nie dostanie Oscara). Piękny wizualnie i poruszający emocjonalnie, taki jest film Toma Hoopera. Warto wspomnieć o dobrych rolach drugoplanowych (Matthias Schoenaerts, Ben Whishaw, Sebastian Koch i…Amber Heard), a co do Redmayne’a – momentami jest trochę zbyt teatralny, zbyt ckliwy, trochę za dużo w nim zostało ze Stephena Hawkinga, ale czy oprócz Cilliana Murphy przychodzi Wam do głowy ktoś inny kto tak dobrze sprawdziłby się w tej roli?

Spotlight 6/10



Nie miałam wielkich nadziei względem tego filmu, dlatego też długo się zastanawiałam czy w ogóle oglądać. Ciekawość zwyciężyła. Czy to jest dobry film? Na pewno tak. Porządnie, solidnie zrobiony, jeśli o to chodzi. Czy to jest film na miarę Oscara? Dla mnie nie, ale jeśli wyznacznikiem Oscarów i innych nagród jest ważka tematyka – na pewno tak. Czy to jest film ciekawy, zajmujący? Dla mnie nie. Dziennikarskie śledztwo jest wciągające tylko do pewnego momentu. Film niestety nie trzyma za bardzo w napięciu, nie ma jakichś wyraźnych punktów zwrotnych, jest bardzo monotonny, jak ktoś zauważył na filmwebie – bohaterowie mogliby równie dobrze pisać książkę kucharską i podobnie by to wyglądało. Akcja praktycznie zerowa, dialogi średnie, emocji jak na lekarstwo. I w tym wszystkim tym bardziej dziwi czy może wręcz śmieszy nominacja do Oscara dla Rachel McAdams, która nie pokazała w tym filmie nic. Nie zagrała źle, ale absolutnie nie pokazała nic wybitnego. Nie dla tego, że nie potrafi – po prostu nie miała nic do zagrania. Jej postać jest nudna, nie wyróżnia się niczym, jest po prostu ambitną, dobrą reporterką, ale nie poznajemy jej emocji, nie wchodzimy do życia prywatnego. Trochę więcej do zagrania miał Mark Ruffalo, a może po prostu nadał swojemu bohaterowi bardziej charakterystycznych cech, w każdym razie jego postać była jakaś. Reszta – do zapomnienia. Wychodzi więc na to, że Spotlight zbiera dobre recenzje tylko za swoją tematykę, która niestety przesłania wielu osobom inne elementy filmu.  Film zdecydowanie na jeden raz.

Brooklyn 6+/10



 Kolejny oscarowy film, który rozczarowuje. To film „ładny”, jak ja to mówię, czyli chwytający za serce, taki, który wciąga i który dobrze się ogląda. Ale obiektywnie patrząc nie wnosi on nic nowego do kina ani nie budzi w widzu zachwytu z serii „łał, dawno tak dobrego filmu nie widziałam!”. To raczej film dla „odmóżdżenia” niż dla intelektualnej uczty. Brak mu oryginalności i świeżości, a za dużo w nim taniego sentymentalizmu. To typowy wyciskacz łez, i to jest ok., ale już oceniając go kontekście wielkich nagród trzeba powiedzieć, że pozytywny odbiór Brooklynu jest zaskakujący. Historia jest prosta, schematyczna i nie została opowiedziana w szczególnie nowatorski sposób. Mam wrażenie, że to film, o którym za rok nikt nie będzie pamiętał. No ale tu po raz kolejny kłania się nam ważki temat – czyli irlandzcy emigranci w USA – który zapewne zapunktował u członków Akademii. Choć zdecydowanie bardziej jest to film o miłości niż o emigracji. 

Ale żeby nie było, że tylko krytykuję. Nie można odmówić Saorise Ronan uroku, wiarygodności i talentu – rola Ellis to zdecydowanie jedna z jej najlepszych ról i mam nadzieję, że teraz posypią się kolejne ciekawe propozycje dla tej młodej aktorki. A  Brooklyn to przede wszystkim ciepły film, trochę „bajkowy”, ale ładny wizualnie, klimatyczny ze względu na świetne oddanie ducha lat 50. Warto obejrzeć, zwłaszcza jeśli lubi się stylistykę retro. Przyznam, że ja liczyłam na coś w stylu An education czyli Była sobie dziewczyna (tu i tu scenariusz pisał Nick Hornby). Trochę się zawiodłam, co nie zmienia faktu, że nie żałuje, że ten film obejrzałam.




Jeden z hitów zeszłorocznego festiwalu w Sundance, film, którego mocno wyglądałam. I co? I znowu lekkie rozczarowanie. Główna bohaterka filmu, nastoletnia Minnie, potrafi nieźle zirytować swoim lekkomyślnym, typowo młodzieńczym zachowaniem, którym kierują tylko i wyłącznie hormony. O tym zresztą jest ten film – o okresie dojrzewania, który to jest okresem pierwszych fascynacji i eksperymentów seksualnych. Rozerotyzowanie bohaterki może jednak drażnić, a ono jest głównym motorem napędowym jej działań. Z drugiej strony daleko jej do nimfomanki. Sama historia jest w zasadzie banalna i śmiało można powiedzieć, że w filmie dzieje się naprawdę niewiele. Widać brak jakiegoś głębszego pomysłu na scenariusz. Nie jest jednak nudno, co w dużej mierze jest zasługą ciekawej oprawy wizualnej utrzymanej w estetyce komiksowej, no i grającej Minnie uroczej Bel Powley, która sprawia, że mimo wszystko tę dziewczynę – z którą w prawdziwym życiu na pewno bym się nie zaprzyjaźniła – nawet polubiłam. Dla wielu Wyznania nastolatki (taki jest polski tytuł) to przede wszystkim film, w którym boski Alexander Skarsgard ma wąsy. Przyznam, że jego rola nie powaliła mnie na kolana, ale to raczej dlatego, że wiele do zagrania nie ma. Dużo ciekawiej wypada Kristen Wiig, którą chyba nieco niesłusznie do tej pory uważałam za irytującą aktorkę typowo komediową. Summa summarum, można obejrzeć, ale uczulam co bardziej delikatnych, że może Wam ten film nie podejść.

Marsjanin 7/10



Marsjanin to bardzo ciekawy przypadek – dowcipne, optymistyczne science fiction. I kto by pomyślał, że może je nakręcić Ridley Scott! Pomijając „bajkowość” całej historii Marka Watneya, to naprawdę przyjemne kino, które dobrze się ogląda. Przyjęta przez twórców konwencja odświeżyła dość skostniały gatunek. Zaskakująco dobrze wypadł też w roli głównej Matt Damon, aktor, którego raczej nie ceniłam. Do roli Watneya wydaje się być jednak stworzony. Marsjanin jest jednak filmem trochę nierównym – ma mniej i bardziej ciekawe momenty, końcówka jest niestety nudna i dość przewidywalna. Twórcy nie skupiają się też na psychologii postaci, które są tu jednowymiarowe, konsekwencją czego tak dobrzy aktorzy jak Jessica Chastain czy Sean Bean nie mają wiele do zagrania i wręcz się marnują. Całościowo to jednak dobra rzecz i na pewno film, o którym za kilka czy kilkanaście lat będzie się pamiętać.

Carol 7/10



Hmmm, śmiało można powiedzieć, że ten wpis to lista moich rozczarowań. Film Carol, który wedle recenzji i zapowiedzi miał być romansem wszechczasów, najpiękniejszym filmem o miłości i Bóg wie czym jeszcze okazał się być jedynie poprawny. A przyznaję, że liczyłam na film, który zrobi na mnie kolosalne wrażenie, nie da o sobie zapomnieć i do którego będę chciała jak najszybciej wrócić. Niestety, trochę za mało jest w tym filmie emocji, a wątek miłosny dwóch głównych bohaterek tak naprawdę pokazany jest dosyć powierzchownie, nie angażując zbytnio widza. To nie to, co w Tajemnicy Brokeback Mountain, kiedy cierpimy wraz z nie mogącymi być razem kochankami. Reżyser Carol trzyma tymczasem widzów na dystans. Konstrukcja postaci sprawia, że trudno się do nich emocjonalnie zbliżyć. Bohaterka Cate Blanchett jest chłodna, posągowa. Z kolei Therese, grana przez Rooney Marę, jest dość  nieśmiała, wycofana, to taka typowa szara myszka, która przechodzi przemianę, pod wpływem dojrzałej kobiety, w której się zakochuje, ale tak właściwie nie do końca wiemy co się dzieje w jej psychice. Nie potrafiłam kibicować związkowi tych dwóch bohaterek i być może to sprawiło, że Carol nie wywarła na mnie aż tak wielkiego wrażenia, na jakie liczyłam. Plusem na pewno jest zakończenie, spinające film klamrą i pozostawiające niedosyt, choć wymowne. O stronie wizualnej chyba nie muszę pisać – świetne kostiumy, scenografia, zdjęcia. Gdybym miała oceniać, film lepszy od Brooklynu i to on powinien się znaleźć w gronie nominowanych do Oscara za najlepszy film. Choć statuetki bym mu nie dała.


Zjawa 8/10



A czy Oscar należy się Zjawie? Z odpowiedzią na to pytanie mam problem. Być może w gronie nominowanych to rzeczywiście najlepszy film. Ja nad takie widowiskowe produkcje przedkładam kino kameralne, ale z obejrzanych do tej pory kameralnych oscarowych filmów żaden mnie jednak nie ujął (nie widziałam jeszcze zachwalanego Pokoju). Przyznanie Oscara Zjawie na pewno będzie dobrą decyzją, bo to bardzo dobry, świetnie zrobiony film. Niemniej – czysta rozrywka, a ja bardzo chciałabym widzieć z Oscarami twórców filmów bardziej ambitnych i wymagających. Takich jakie kiedyś kręcił Inarritu (o wiele bardziej od jego nowych propozycji wolę genialne 21 gramów i Babel). O Zjawie wszystko już zostało powiedziane i ja się z tłumu przychylnych recenzentów nie wyłamię. Ten film nie ma złych stron, wszystko w nim zagrało tak jak powinno. Jedyne co budzi moją wątpliwość to wiarygodność przedstawionej historii (mam na myśli zwłaszcza scenę z niedźwiedziem), ale w gąszczu zalet schodzi ona na drugi plan. A zalet jest całe mnóstwo. Przede wszystkim ta historia angażuje widza. Sprzyja na pewno temu temat – motyw zemsty i walki o przetrwanie. Każdy chce żeby głównemu bohaterowi się udało. Ogromnym plusem jest to, że dzięki nieco metafizycznym retrospekcjom możemy poznać bohatera granego przez Leonardo DiCaprio, jego przeszłość, która go ukształtowała. Ten film to zatem nie tylko świetne zdjęcia zjawiskowych plenerów i mocne, zapadające w pamięć sceny. Jest tu też miejsce na uczucia i refleksję. Samotna wędrówka Hugo Glassa, w której widz ma wrażenie, że uczestniczy, jest podszyta niebywałym smutkiem, smutkiem ojca chcącego pomścić syna. Leonardo DiCaprio w roli Glassa jest przekonywujący, ale nie bardziej niż w każdej innej roli. Nie pokazał niczego wielkiego, ma na koncie wiele lepszych ról. Ale rola w Zjawie była najbardziej wymagającą w jego życiu, to widać i za to właśnie dostanie Oscara (musi dostać, inaczej przegram zakład ;)). Za kąpiel w zimnym jeziorze, za czołganie się po ziemi i cierpliwe znoszenie 5-godzinnej charakteryzacji. Oscar za Zjawę to będzie dla DiCaprio jednak bardziej Oscar honorowy, za wszystkie te razy, kiedy go nie dostał. Inne pytanie brzmi czy Leo był najlepszy spośród swoich współnominowanych? Ale nie widziałam ról Michaela Fassbendera i Bryana Cranstona więc się nie wypowiem. Wracając do Zjawy, film kradnie DiCaprio jego przyjaciel, choć nie na ekranie, Tom Hardy. Przyznam, nie doceniałam Brytyjczyka. Każda scena w Zjawie z jego udziałem to perełka. Swoją postać zbudował kompletnie, od a do z, poprzez akcent czy mimikę, stał się swoim bohaterem i zrobił to w taki sposób, że widz od początku życzy mu śmierci.  Mam nadzieję, że on także zgarnie w tym roku najbardziej pożądaną przez aktorów statuetkę.
Podsumowując, Zjawa to uczta dla oka i dobra rozrywka na wysokim poziomie. Tylko tyle albo aż tyle.


Sicario 7/10



Im więcej czasu mija od mojego seansu Sicario, tym lepiej go oceniam. W trakcie oglądania czułam rozczarowanie – Denis Villeneuve w Labiryncie i Wrogu pokazał jak oryginalnym, pomysłowym jest reżyserem i jak dobrze wychodzą mu thrillery. Tymczasem Sicario thrillerem nie jest, w dodatku to film o kartelach narkotykowych, więc tematyka specyficzna i nie dla każdego interesująca. Na przykład dla mnie. Z jednej strony nie ma dla mnie w tym filmie żadnego „łał”, z drugiej – doceniam go jako porządne kino, które ogląda się bezboleśnie. Nie ma w tym filmie nic co zachwyca, nic co byłoby szczególnie wyróżniające się – oprócz fenomenalnej muzyki Johana Johanssona, która znakomicie buduje klimat (nominacja do Oscara!). Scenariusz nie jest wybitny, film momentami nudzi, ale mimo tego jest nieprzewidywalny do samego końca. Nie trzyma mocno w napięciu, ale na pewno utrzymuje w stanie zaciekawienia. Duża w tym zasługa aktorów. Emily Bunt początkowo może się wydawać mdła w swojej roli (zresztą Sicario w ogóle nie ma wyrazistych postaci), ale z perspektywy czasu trzeba powiedzieć, że taka właśnie miała być – milcząca, oniemiała, przerażona i zagubiona w sytuacji, w której się znalazła. Josh Brolin i Benicio del Toro do swoich ról też jak znalazł. Castingowy strzał w dziesiątkę. Plus Sicario ma sporo mocnych scen, które wgniatają w fotel. W sumie to dosyć mroczny i ponury obraz, wcale nie taki lekki. Coś w sobie ma.

23.08.2015

Z notatnika kinomanki, cz. XXXII

Trochę się filmów uzbierało od ostatniego wpisu z tego cyklu, aczkolwiek nie oglądam dużo. Sporo czasu zajmuje mi bowiem obecnie Homeland, a poza tym oglądam też dużo filmów, które już widziałam. A czasami są dni, że po prostu nic nie oglądam ;) To tylko kilka wybranych filmów, oczywiście nie wszystkie obejrzane w ciągu ostatnich 2-3 miesięcy (tak źle nie jest ;)).





Moim zdaniem ten film Burtonowi bardzo wyszedł. Rzeczywiście, jak można przeczytać w recenzjach, jest nieco może mniej „burtonowski” , trochę bardziej normalny, bo nie opowiada przecież o wampirach, trupach, jakichś dziwnych kreaturach, odmieńcach…, ale to nie oznacza, że jest gorszy, a z takimi opiniami się spotkałam. Klimat do którego nas Burton przyzwyczaił czuć także i tu: jest nieco psychodelicznie, jest pięknie wizualnie, jest też jak zawsze świetna muzyka. Ale zgodzę się też z tym, że jest to Burton nieco odmienny. I dobrze. Reżyser pokazał, że nie jest wtórny, że stać go na coś innego, mniej baśniowego, mniej w klimacie fantasy. Nakręcił film, biografię, opartą jak by nie było na faktach, która jest dobrym, wciągającym dramatem, trzymającym w napięciu i nie pozwalającym na nudę. Historię napisało tu samo życie, tym bardziej zrobiła na mnie wrażenie. Nie spodziewałam się tak dobrego filmu, czułam się nieco zniechęcona krytycznymi recenzjami, jakże więc miło, że tak pozytywnie się rozczarowałam. Jeśli jeszcze nie widzieliście również zachęcam. Warto, także dla świetnych Amy Adams i Christopha Waltza.




Ten film to przede wszystkim popis gry aktorskiej Jake’a Gyllenhalla, który za swoją rolę powinien być nominowany do Oscara. Stworzył wybitną kreację dość upiornego bohatera, któremu oddał się nie tylko duszą, ale i ciałem. Trudno być po jego stronie, a jednak nie sposób nie ulec jego urokowi. Reżyser podjął natomiast bardzo ciekawy temat: jak w dzisiejszych czasach zrobić szybko i skutecznie karierę, ale też pokazał jak wyglądają kulisy mediów. Szkoda, że ten film nie powstał kilka lat temu, ogromnie by mi się przydał do mojej pracy magisterskiej, bowiem doskonale pokazuje jakimi prawami rządzi się telewizja. Sam film natomiast jest odpowiednio wciągający, utrzymany w dobrym tempie i z ciekawą fabułą. Bez tak intrygującego bohatera jak Lou Bloom (i tak zagranego) pewnie mogło by być gorzej, ale na szczęście nie jest. Warto obejrzeć.




Teraz trochę klasyki. Moje doświadczenia z Hitchcockiem są różne: filmy bardzo dobre przeplatam przeciętnymi, a gdy oglądam jakiś jego film ponownie, często nie podoba mi się już tak jak wcześniej. Tym razem padło na M jak morderstwo trochę dlatego, że chciałam nadrobić filmografię Grace Kelly (i wciąż nie do końca rozumiem, czemu się nią tak zachwycano), a trochę dlatego, że widziałam remake tego filmu z Michaelem Douglasem i Gwyneth Paltrow i miałam mgliste wspomnienie, że była to dobra historia. No i rzeczywiście, oryginał Hitchcocka nie jest zły, ale nie lubię, kiedy wiem więcej od bohaterów. Jakoś automatycznie siada u mnie napięcie. M jak morderstwo rozgrywa się niemal wyłącznie w jednym wnętrzu i w gronie 3-4 osób. To nie jest zarzut, ale wpływa to na statyczność filmu. Za mało tu dla mnie emocji, nieprzewidywalności, zaskoczeń. A jednak ogląda się to bez znużenia, może dlatego, że można się ekscytować czym innym – kadrami, obrazem, montażem, aktorstwem. Może przy okazji ktoś jest mi w stanie polecić bardziej ekscytujący film Hitcha? Psychozę i Vertigo niestety już widziałam.




A to już film z zupełnie innej bajki. Właściwie bajką nie jest. Pamiętam dobrze, że jak mieszkałam w Olsztynie, całe miasto żyło tzw. seksaferą w olsztyńskim ratuszu. Prezydent miasta miał molestować pracownice. W referendum mieszkańcy tegoż prezydenta odwołali. Sąd nie wydał wyroku z tego co kojarzę chyba do dziś, a prezydent potem ponownie startował w wyborach. Temat był na tyle nośny, że nawet moja koleżanka napisała o tym pracę magisterską. Natomiast Sławomir Fabicki nakręcił film. Nie wiemy czy dzieje się on w Olsztynie, ale chyba nawet sam reżyser nie zaprzeczał co go zainspirowało. Jednak nie jakakolwiek seksafera jest w tym filmie najważniejsza. To przede wszystkim poruszająca historia związku dwojga ludzi, Tomka i Marii, których spokój zostaje zakłócony przez szefa dziewczyny. Pytanie jednak, czy gwałt nie przyczynił się tylko do tego, że wyciągnął na wierzch wszystko co między nimi już od jakiegoś czasu było nie tak. Miłość opowiada bowiem o mniej więcej tym samym momencie w związku co rewelacyjny Take This Waltz, tak przygnębiający, że boję się go drugi raz obejrzeć. To ten moment kilka lat po ślubie, kiedy w związku pojawia się nuda. Wkrada się do niego przyzwyczajenie, rutyna. Może przydałoby się dziecko, może jakaś inna zmiana. A może to nie ta osoba? Wydaje mi się, że na takim właśnie etapie zastajemy Tomka i Marysię. Sytuacja z szefem Marysi nie jest łatwa dla nich obojga, może jednak dziwić postawa Tomka, który zamiast wspierać żonę, robi jej wyrzuty, że sama tego chciała. Jego zachowanie jest najciekawsze, niełatwe do zrozumienia. Ale i sama Marysia budzi wątpliwości – lubiła szefa, sama poniekąd z nim flirtowała, chodziła na kolacje. Ale gwałtu przecież nie chciała. Miłość to film o traumatycznym doświadczeniu i jego konsekwencjach, znakomicie zagrany przez Marcina Dorocińskiego i Julię Kijowską (aktorka z Olsztyna, swoją drogą) zbudowany na wielu emocjonujących, intymnych scenach. No i to zakończenie!




Takich filmów jak Słowo na M są setki. Rocznie powstają ich dziesiątki. To klasyczne rom – comy, gdzie para ona i on spotykają się, wpadają sobie w oko, ale wiedzą, że mogą być co najwyżej przyjaciółmi, bo jedno z nich/oboje kogoś już mają, co jednak nie zmienia faktu, że ostatecznie lądują w łóżku, a sprawy się komplikują. W tej komedii jest podobnie, aczkolwiek abstrahując od jej przewidywalności, ma ona pewną przewagę nad podobnymi produkcjami w osobie Zoe Kazan i Daniela Radcliffe’a, którzy tworzą na ekranie zadziwiająco zgrany duet. Film nie wnosi nic nowego do swojego gatunku, ale jest całkiem przyjemny, a jeżeli akurat macie podobne miłosne rozterki co główna bohaterka, to możecie się nawet całkiem nieźle bawić. Plusem dla mnie jest plejada młodych gwiazd na ekranie, jeszcze nieopatrzonych – oprócz już wymienionych jeszcze Adam Driver czy Mackenzie Davis.




Dobry film, mówili. Mieli rację. Dziewczyna z szafy jest filmem dziwnym, nie da się ukryć, ale jest to taka dziwność, którą jeszcze toleruję. Dziwność skandynawska chciałoby się powiedzieć. Kto oglądał takie filmy jak Zakochani widzą słonie, Noi albinoi czy Elling wie o czym mówię. W Dziewczynie z szafy nie ma dosłowności. Film opowiada historię młodego mężczyzny opiekującego się autystycznym bratem. Choć opowiedziana na wesoło, ich historia to dramat. Dramat o poświęceniach, wyrzeczeniach, ale i o prawdziwej, braterskiej miłości. A także o chorych, których uznajemy za „głupków”, nie mając pojęcia jakie mogą mieć talenty i wyobraźnię. Film inteligentny, dużo zabawniejszy niż nie jedna polska komedia w stylu Kac Wawy, a przy tym mądry, wzruszający i dający do myślenia. Do tego świetnie zagrany. Czepiać mogę się jedynie postaci Magdy, której motywacje są niejasne i nie do końca zrozumiałe. Ale na to oko przymykam, bo dawno nie widziałam tak świeżego, oryginalnego polskiego filmu. Mam nadzieję, że Bodo Kox jeszcze nakręci coś równie dobrego.

Gość 6/10



O Gościu też słyszałam dużo dobrego. Że zaskoczenie, że fajny klimat, fajna retro stylizacja, ogółem coś świeżego. No i faktycznie, to jest coś innego niż większość filmów jakie oglądam, ale…No właśnie, jest dużo tych ale, bo Gość to patisz czy też może parodia (wiem, wstyd, ale nigdy do końca nie potrafiłam zrozumieć różnicy między tymi dwoma pojęciami), która chyba nie bardzo chce się przyznać do tego, że nią jest. Odnoszę wrażenie, że twórcy chcieli, żeby była to parodia filmów akcji klasy B (może nawet C) a jednocześnie zrobili ten film całkiem na serio. A przecież to się wyklucza. Nie bardzo wiedziałam, czy mam się śmiać podczas seansu czy płakać nad żenującym poziomem scenariusza. Największym problemem jest bowiem to, że Gość jest mega przewidywalny, a tego mu wybaczyć nie mogę. Przewidywalność w dużej dawce oznacza zaś nudę. Oglądałam Gościa znużona, wiedząc niemal dokładnie co się za chwilę wydarzy. Jedynie zakończenie jakoś tam mnie poderwało i sprawiło, że się uśmiechnęłam. Ale trzeba oddać Danowi Stevensowi, że świetnie sobie poradził (i to bardzo szybko) z porzuceniem łatki Matthew z Downton Abbey. Teraz zapewne będzie się już o nim mówić David z Gościa. I dobrze, bo mnie tą rolą przekonał. Z tymi swoimi słodkimi oczami i uśmiechem grzecznego chłopca idealnie pasuje do roli nieprzewidywalnego mordercy. Oczywiście przy okazji Gościa nie wypada nie wspomnieć o muzyce, która na myśl przywodzi soundtrack Drive. Zdecydowanie pomaga budować klimat. Jakiś klimat bowiem tutaj jest, ale uwaga: jest tu też dużo scen brutalnych, ostrzegam wrażliwych. Mówi się, że Gość będzie kiedyś filmem kultowym. Szczerze – wątpię, ale przekonamy się za naście lat.




Filmy Francois Ozona są tak różne…Bywają świetne, bywają średnie. Ten jest średni, choć zapowiadał się na bardzo dobry. Być może komuś spodoba się bardziej, mnie jednak jakoś szczególnie nie oczarował. To historia z cyklu uczeń – nauczyciel, ale trochę inna niż zazwyczaj. Tutaj mamy relację budowaną na ciekawości nauczyciela, który ulega fascynacji opowieściom swojego ucznia, Claude’a, będącym jego wrażeniami z pobytu w domu kolegi. Opowieści te są o tyle skandalizujące, że wyłania się z nich obraz nastolatka pożądającego matki swojego rówieśnika. Kolejne zapiski podsuwane przez chłopaka podsycają wyobraźnię nie tylko nauczyciela, ale i jego żony, która sama zaczyna mieć ciągoty w kierunku chłopaka. Pytanie zasadnicze, które towarzyszy seansowi: czy relacje Claude’a są fikcją czy prawdą? Gdzie leży granica? Rzeczywistość miesza się tu z pewnością z fikcją, ale co do niczego nie ma pewności, co ostatecznie mnie zirytowało. Liczyłam na coś w rodzaju thrillera, coś co wywrze na mnie większe wrażenie. Tymczasem moje odczucia w stosunku do U niej w domu są dosyć letnie. Na pewno film dobrze pokazuje w jaki sposób twórca może wpływać na swoich odbiorców, ten przekaz jest uniwersalny. Film jest też dobrze zagrany, mamy tu m.in. dwie świetne aktorki – Kristin Scott Thomas i Emmanuelle Seigner. Jednak szkoda, że i tym razem Ozonowi nie udało się zbudować atmosfery takiej jak w niedoścignionym Basenie.
  

19.02.2015

Z notatnika kinomanki, cz. XXX

Birdman (reż. A. Inarritu, 2014) 6/10

Nie rozumiem zachwytów nad Birdmanem. W porównaniu z najlepszymi dziełami Inarritu czyli 21 gramów i BabelBirdman utrzymany jest w zupełnie innej estetyce i tematyce, co mocno mnie rozczarowało. Doceniam oczywiście formę i technikę - takie prowadzenie kamery, z jakim mamy tu do czynienia, to prawdziwa innowacja, a ogląda się to wybornie- niczym podglądanie  prób do spektaklu. Emanuel Lubezki po raz kolejny zachwyca, zasługując na Oscara. Lecz jeśli chodzi o samą fabułę: dla mnie kiepściutko, a przy tym dosyć nudno. Treść filmu mnie nie porywa, nie dotyka, nie interesuje. Sfrustrowany aktor który kiedyś wcielał się w rolę superbohatera grany jest przez Michaela Keatona, który zasłynął z roli Batmana (być może nawet był najlepszym Batmanem). Ale co z tego? Z tego powodu mam się zachwycać tym filmem – krytyką Hollywood? Mam już dość filmów krytykujących Hollywood. I nie zgadzam się z twierdzeniem, że w Birdmanie jak w soczewce skupiają się nasze życiowe problemy, rozczarowania itd. We mnie Birdman emocji nie wzbudził. A aktorzy? Aktorzy się spisali, ale żeby Emmę Stone od razu nominować do Oscara? Lubię ją bardzo i uważam, że jest bardzo utalentowana, ale w tym filmie mnie do siebie nie przekonała. Za to Edward Norton był genialny, więc ubolewam, że nagrody mimo tego nie dostanie. Z irytujących rzeczy muszę wspomnieć jeszcze o nie dającej wytchnienia perkusji, która ciągle pobrzmiewa w tle Birdmana. Kolejny zabieg techniczny mający wyróżnić film na tle innych. Niestety, dla mnie film musi być dobry nie tylko pod względem technicznym. Żeby jednak nie było tak przygnębiająco, pochwalę Inaritu za fajne, tragikomiczne i nieprzewidywalne zakończenie.



Ziarno prawdy (reż. B. Lankosz, 2014) 8/10

Uff, jak to dobrze, że ten film nie zawiódł. Nie czytałam książki Miłoszewskiego, więc może dlatego nie widzę w filmie Lankosza prawie żadnych wad. Już od znakomitych napisów początkowych (wzbudziły zachwyt bo w polskich filmach takie czołówki to przecież rzadkość) wiedziałam, że będzie dobrze. I jest. Jest świetnie zagrane – w większości, bo Aleksandra Hamkało średnio mnie przekonała. Natomiast Więckiewicz jako komisarz Szacki – choć jak wspomniałam nie znam literackiego pierwowzoru – to strzał w dziesiątkę. Ale na drugim planie to dopiero się dzieje: Jerzy Trela – wiadomo, ale i Krzysztof Pieczyński genialny (nie sądziłam że potrafi być tak dobry), i Magda Walach jakaś taka mniej irytująca niż zwykle, i Andrzej Zieliński zaskoczył, i epizod Jakubika bezcenny (choć niektórzy mówią że zbędny – ja tego zdania nie podzielam, bo wprowadza cenny element humoru. Do tego muzyka Abla Korzeniowskiego przywodząca na myśl ścieżki dźwiękowe duetu Reznor/Ross. Cudo! Od strony fabuły też jest więcej niż dobrze. Ziarno prawdy to rasowy kryminał z wyrazistym głównym bohaterem, wciągającym śledztwem i dialogami, które ma się w pamięci długo po seansie. Dobre dialogi to zawsze połowa sukcesu, a to jest film z naprawdę dobrymi dialogami, których scenarzyści nie muszą się wstydzić, a wręcz przeciwnie. No a aktorzy sprawiają, że te dialogi żyją. Trzeba docenić też, że zachowana jest równowaga między przedstawieniem życia osobistego Szackiego a śledztwem, które słusznie jest na pierwszym planie. Koniec końców, film ma świetny klimat – jest niepokojący i nieprzewidywalny. Warto się wybrać do kina, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, bo to z pewnością jeden z tych polskich filmów, które wraz z końcem roku będą najlepiej i najczęściej wspominane.

Noe (reż. D. Aronofsky, 2014) – brak oceny

O filmie Aronofsky’ego niewiele mogę powiedzieć. Będę szczera – to wyznanie zresztą często pada na tym blogu: zasnęłam na tym filmie. Czy wobec tego Noe to taka straszna nuda? Zmęczenie zmęczeniem – ale na dobrym, wciągającym filmie nie zasnę. Ale oczywiście nie przespałam filmu całego i nadrobiłam mniej więcej to czego nie widziałam. To na pewno nie jest film, który daje dobrą rozrywkę czy wielkie emocje i duchowe przeżycia. Do fabuły i treści można mieć zastrzeżenia. To dziwny film, dość mocno odrealniony – tu brawa za scenografię i efekty specjalne. Rozmach godny Hobbita czy innego fantasy. Zdecydowanie posiada kilka mocnych scen, które ogląda się w napięciu. To na pewno w pewnym stopniu film wizjonerski, własna interpretacja Biblii przez reżysera. I choć początkowo miałam wątpliwości, dlaczego zabrał się on za taką historię, jego Noe wpisuje się w poczet innych stworzonych przez niego bohaterów – ze swoim fanatyzmem, zaślepieniem, obsesją czy wręcz problemami psychicznymi. Noe to jednak wielkie widowisko i chyba to właśnie – nastawienie na efektowność – przeszkadza mi w nim najbardziej. Nastawiony nie na emocje, a na efekty, film nie wciągnął mnie, a bohaterowie do siebie nie przekonali. Pozostałam obojętna wobec tej historii. Z racji tego, ze oglądałam na raty, nie wystawiam oceny.

Tom (reż. X. Dolan, 2013) 7/10

Jeśli chodzi o filmy Xaviera Dolana, zawsze jestem o jeden do tyłu. W zeszłym roku na ekranach kin gościła Mama, ja dopiero nadrobiłam jego poprzedni obraz, Tom. W sumie daje to takie poczucie bezpieczeństwa: zawsze jeszcze jest jakiś kolejny film Dolana do obejrzenia. Choć Dolan wciąż nie potrafi nakręcić czegoś tak fantastycznego jak Wyśnione miłości, którym pewnie nigdy nic nie dorówna. A ja na drugie Wyśnione miłości wciąż czekam, zamiast po prostu zaserwować sobie ich kolejny seans. Jednak Tom jest przynajmniej lepszy od Na zawsze Laurence. Bo i krótszy, i utrzymany w innej, bardziej wciągającej konwencji. Tom to dramat psychologiczny z elementami thrillera, jednak wciąż obracający się wokół ulubionych tematów Dolana – czyli miłości, homoseksualizmu, seksualności. Tomem Dolan udowadnia, że nie jest tylko jednorazowym zjawiskiem, ale zdolnym reżyserem. Tom nie jest tak przesączony stylistyką, którą Dolan sobie ukochał – nie ma tu prawie wcale slow motion, bardziej oszczędna i surowa jest też kolorystyka, reżyser zrezygnowała z teledyskowych wręcz ujęć. Dolan sięgnął za to po nowe środki wyrazu, a przede wszystkim zbudował klaustrofobiczny klimat, osadzając akcję na odludnej farmie. Między jego bohaterami pełno jest niedopowiedzeń, a widz co chwila zmuszany jest do własnej interpretacji zdarzeń. Tom to w rezultacie film intrygujący, ale jednak nie powalający na kolana. Tytułowy bohater irytuje, a całość jest trochę naciągana i mało wiarygodna. Fajnie jednak, że Dolan próbuje nowych rzeczy. Niezmiennie cenię go też za to, że jako reżyser, jest w swoich filmach jednocześnie aktorem, i to aktorem świetnym i te dwie funkcje łączy z bardzo udanym efektem końcowym.

Gra tajemnic (reż. M. Tyldum, 2014) 7/10

Gra tajemnic znajduje się w stawce filmów walczących o Oscary. Czemu? To trudno mi zrozumieć, ale co roku mam podobny problem. To film przeciętny, choć wyróżniający się: rolami Benedicta Cumberbatcha (który jednak bardzo jest już skażony w swojej grze Sherlockiem) i Keiry Knightley. W tym drugim wypadku nominacja do Oscara jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Zastanawiam się czy Keira – naprawdę zdolna aktorka, którą bardzo lubię  – nie miała jednak w przeszłości lepszych ról za które by ją można wyróżniać. Jednak faktycznie, w Grze tajemnic zwraca na siebie bardzo uwagę i jest bardzo przekonująca, więc w sumie nie mam nic przeciwko tej nominacji, choć kto wie, czy nie zabrała jej sprzed nosa aktorce, która by bardziej na to zasługiwała. Co do samej fabuły – pomijając, że w historii o łamaniu Enigmy brakuje Polaków – jest to historia bardzo sprawnie, ciekawie opowiedziana, pozbawiona dłużyzn i niepotrzebnych dodatkowych wątków. Nie da się jednak ukryć, że to hipnotyzujący Cumberbatch sprawia, że na losy szyfrantów patrzy się z zaciekawieniem. Pojawia się wątek homoseksualizmu Alana Turinga i lekkiego nieprzystosowania społecznego (zespół Aspergera?), a to zawsze dodatkowy bodziec dla naszych emocji – bo pewnie sama opowieść o łamaniu kodów szybko by nas znudziła. Warto więc Grę tajemnic obejrzeć przede wszystkim dla aktorów (na drugim planie jeszcze Mark Strong i Matthew Goode). Seans umili też z pewnością muzyka Alexandra Desplata, który po raz kolejny serwuje nam swoje firmowe dźwięki, które trudno pomylić z innym kompozytorem. Nie zawsze muzyka Desplata mi odpowiada, ale tym razem słuchałam jej z przyjemnością. Niewątpliwie niesie też z sobą Gra tajemnic kilka wartościowych refleksji, nie jest więc tylko do bólu przewidywalną biografią. Można obejrzeć bez obaw.

Teoria wszystkiego (reż. J. Marsh) 6/10

Z Teorią wszystkiego jest w zasadzie podobnie jak z Grą tajemnic. Obydwa te filmy są „letnie” – poprawne, znośne, sympatyczne, ale nie porywają. Obydwa mają też świetnych odtwórców głównych ról. Mam szczerą nadzieję, że Eddie Redmayne wydrze Oscara z ręki Michaela Keatona, bo za trud włożony w przygotowania do roli Stephena Hawkinga mu się ta statuetka bardziej należy. Eddie jest naprawdę niesamowity w tym wcieleniu – bardzo wiarygodny w każdym geście i ruchu. Z przykrością jednak muszę stwierdzić, że film Jamesa Marsha nie przybliżył mi sylwetki naukowca, o którym wiedziałam przed seansem niewiele. Teoria wszystkiego mniej bowiem skupia się na jego osiągnięciach naukowych i karierze, a bardziej na życiu prywatnym, zwłaszcza relacji z żoną oraz trudzie walki z chorobą. Przy czym problemy te właściwie tylko muska, przedstawia raczej powierzchownie. Nie dowiadujemy się co Hawking czuł do żony, ani dlaczego ona przestała go kochać, niewiele miejsca poświęcone jest jego relacji z dziećmi, brakuje też wzmianki o kolejnym związku naukowca. Teoria wszystkiego w rezultacie jest filmem obyczajowym, skrojonym pod przeciętny gust i nakręconym według utartych schematów. Chyba nie pomylę się jeśli napiszę, że jednak większość widzów wolałaby dowiedzieć się, czemu Hawking jest tak ważną postacią w świecie nauki i jak wielkie są jego odkrycia. No ale cóż, taki był wybór reżysera. Może ów film, w którym Hawkinga gra Cumberbatch, jest pod tym względem lepszy. Na korzyść filmu Marsha na pewno wypada muzyka Johannsona, nienachalna, subtelna, ale wpadająca w ucho. Druga sprawa to kostiumy – sukienki Felicity Jones bardzo miłe dla oka. Jeśli o nią samą chodzi – to bardzo dobra aktorka, co zauważyłam już w jej wcześniejszych filmach, jednak czy rola żony Hawkinga naprawdę w tym sezonie była jedną z pięciu najlepszych kobiecych ról w kinie? Nie jestem pewna, choć z drugiej strony, to pierwsza tak „poważna” rola tej aktorki, tak duża. Ale czy wymagająca i trudna? Mam podobny dylemat jak w przypadku Keiry Knightley. Podsumowując, film średni, nie obowiązkowy, ale z uwagi na Redmayne’a warto mu poświęcić kiedyś swój czas. 

 OSCAROWI FAWORYCI AD 2015 

Na koniec kilka słów o moich przewidywaniach oscarowych. Nie widziałam wszystkich nominowanych filmów, więc siłą rzeczy będę bardzo nieobiektywna. Nie zamierzam zresztą się wymądrzać i typować zwycięzców wszystkich kategorii. Raczej powiem Wam za kim jest moje serce, a co podpowiada rozum. Na pewno spośród obejrzanych filmów: Boyhood, Gry tajemnic, Teorii wszystkiego, Whiplash i Birdmana stawiam na Boyhood. Takie kino lubię i dlatego podobał mi się ten film najbardziej. Mam więc nadzieję, że wygra w najważniejszej kategorii. Zdaję sobie jednak sprawę że ma poważną konkurencję w postaci Birdmana, którego ja akurat nie „kupiłam”. Chciałabym żeby Richard Linklater dostał statuetkę za reżyserię Boyhood, a także żeby film wygrał w kategorii montaż. Najlepszy aktor to dla mnie póki co Eddie Redmayne i chyba ma spore szanse, żeby faktycznie dostać statuetkę. Zdziwiłabym się, gdyby w kategorii najlepsza aktorka nie wygrała Julianne Moore i życzę jej tego Oscara, choć miewała lepsze role na swoim koncie. Kategorie drugoplanowe chyba są pozamiatane tzn. laureatami będą J.K. Simmons i Patricia Arquette i według mnie będą to słuszne wybory. Choć Edward Norton w Birdmanie zrobił na mnie takie wrażenie, jak jeszcze nigdy. Birdmana, a właściwie Emanuela Lubezkiego,  chętnie uhonoruję też za zdjęcia. Nie mam za to swoich faworytów w kategoriach scenariuszowych, ani muzycznych. Co do polskich akcentów, sądzę że Ida dostanie tego upragnionego Oscara, bo Akademia lubi filmy czarno – białe i filmy o Holocauście, a tu mamy dwa w jednym. Plus nominacja za zdjęcia też o czymś świadczy. Nie wiem czy to film najlepszy to z całej stawki, bo reszty nie widziałam, ale na pewno dobry. Jeśli chodzi o Joannę i Naszą klątwę – szansa na Oscara jest tu ogromna. Wydaje mi się, że większą ma Joanna, bo to jednak film o umieraniu. Jak będzie, zobaczymy. Już za kilka dni będzie wszystko jasne. Zazdroszczę tym, którzy będą oglądać transmisję z ceremonii. Może kiedyś mi się to uda, to znowu nie jest jednak jeszcze ten czas ;)

Zdjęcia do tekstu pojawią się – dodawanie w toku ;)

23.01.2015

Z notatnika kinomanki, cz. XXIX

Ostatni przegląd obejrzanych filmów był na początku października. Brakuje weny, motywacji i chęci do pisania, przyznaję. Próbuję jednak to zmienić. W ostatnim czasie – czyli od rzeczonego października – wcale nie obejrzałam jednak jakieś gigantycznej liczny filmów. Poniżej krótko o tych, o których warto wspomnieć. Tym razem pogrupowałam moje oceny w trzy kategorie, dzięki czemu łatwiej będzie Wam ocenić, czy polecam dany film.

Trzeba obejrzeć

Broken (reż. R. Norris, 2012)  8/10 
















Przez pierwszych kilkadziesiąt minut zastanawiałam się dokąd zmierza ta pozornie zwykła, obyczajowa opowieść o życiu na przeciętnym angielskim przedmieściu. Im bliżej jednak do finału, tym bardziej wzrastało napięcie i tym bardziej reżyser mnie zaskakiwał. Czym? Tym, że okazało się, że jego film mówi okrucieństwie, złu i brutalności i że nie waha się przed najbardziej szokującymi rozwiązaniami. Z upływem czasu coraz więcej w filmie dramaturgicznych zwrotów akcji, coraz bardziej nas on pochłania, czy nawet przytłacza ciężarem opowieści. Ogromnie wiele robi dla filmu odtwórczyni głównej roli, młodziutka Eloise Laurence, której oczami oglądamy cały przedstawiony w nim świat. Świetne role stworzyli też jak zwykle Tim Roth i Cillian Murphy. Niełatwo jest zapomnieć o tym filmie tuż po seansie – Broken głęboko porusza i skłania do refleksji. Bardzo niepozorny, mały, ale wielki film.

Jak być kochaną (reż. W. Has, 1962) 8/10 

Rola Barbary Krafftówny w tym filmie uznawana jest za jedną z najlepszych kobiecych ról w polskim kinie. To faktycznie da się zauważyć. Dzięki temu, że poznajemy wewnętrzne monologi granej przez nią Felicji, możemy mówić w przypadku Jak być kochaną o filmie psychologicznym. Samej Krafftównie dało to natomiast możliwość zbudowania doskonale pełnego wizerunku Felicji, która przy tym cały czas pozostaje dla mnie postacią niejednoznaczną. Film Hasa jest przede wszystkim portretem tej kobiety, ciężko doświadczonej, naznaczonej stratą, rozdartej emocjonalnie. Poza tym jest to także piękny film o niespełnionej miłości i życiowych rozczarowaniach. Nie bez znaczenia jest wojna w tle całej tej historii, bo to ona w dużej mierze wpływa tu na losy bohaterów. W tym miejscu koniecznie wspomnieć trzeba Zbyszka Cybulskiego. Z każdym kolejnym filmem aktor ten nie przestaje mnie pozytywnie zaskakiwać swoją ekspresyjną, do głębi zaangażowaną grą. Choć tu musi ustąpić palmy pierwszeństwa Krafttównie, tworzy znów świetną, poruszającą kreację. Jak być kochaną zachwyca także w warstwie kompozycji z uwagi na retrospekcje i czasowe przeskoki, a epizod Wiesława Gołasa to majstersztyk. Cóż dodać, musicie obejrzeć.

Labirynt fauna (reż. G. del Toro, 2006) 8/10 

O kurczę! Kto by pomyślał, że ten film mi się spodoba. Reklamowano go jako horror (serio!), więc od razu wykluczyłam go z listy filmów, które kiedyś obejrzę. Na szczęście związek dwojga osób opierać się musi o kompromisy: kiedy zaproponowałam Ukochanemu, że obejrzymy Coco Chanel, musiałam się jednocześnie zgodzić na obejrzenie Labiryntu fauna. To była dobra transakcja, zwłaszcza, że z tej dwójki Labirynt… bije Coco…na głowę. Ale na pewno mówiłabym zupełnie inaczej, gdyby ta baśniowa przypowieść w całości opierała się na świecie równoległym i fantazji głównej bohaterki. Jednak Labirynt fauna jest czymś więcej niż baśnią. Bo Guillermo del Toro jednocześnie opowiada bardzo prawdziwą historię dziejącą się w rzeczywistym świecie, jak i przedstawia alternatywny świat, do którego zostaje wpuszczona mała Ofelia. Okrucieństwo wojny zostaje zderzone ze światem czarów i niesamowitości. Świat ten, a konkretnie tytułowy labirynt fauna, staje się dla dziewczynki odskocznią od smutnej, krwawej codzienności, w której musi zmagać się z surowym ojczymem. Pytanie, czy labirynt był tylko wymysłem jej wyobraźni, ratunkiem, który dla siebie wymyśliła, pewnie na zawsze zostanie otwarte. Dzięki temu jednak film zyskuje i zostaje z nami na długo. Przy czym nie jest to baśń z oczywistym happy endem. Najbardziej porusza właśnie pokazanie zła – w osobie kapitana – bez jakiegokolwiek oszczędzania widza. Jednocześnie nie byłoby takiego efektu gdyby nie środki, którymi posługują się twórcy, a więc przede wszystkim zdjęcia (nagrodzone Oscarem) i efekty specjalne. Całość jest naprawdę wyjątkowa. A więc kto jeszcze nie widział, ten powinien nadrobić zaległości.


Warto obejrzeć

Obywatel (reż. J. Stuhr, 2014) 8/10 












Obywatel to nie jest typowa komedia i trzeba o tym pamiętać zabierając się za jego oglądanie. To podróż sentymentalna do przeszłości, dosyć przewrotna, przez co przyjemnie się w niej bierze udział, a także refleksja nad nami, Polakami, biorąca pod lupę nasze wady, wszelkie przywary i stereotypy. Film fajnie obsadzony i interesująco zmontowany.

Adwokat diabła (reż. T. Hackford, 1997) 8/10 

Zdecydowanie za późno obejrzany, głównie z powodu braku sympatii dla Keanu Reevesa. Tu jednak jego drętwota aktorska bardzo pasuje i w gruncie rzeczy nie denerwował mnie w tym filmie. To może być jednak zasługa dobrego scenariusza, który po prostu trzyma widza w napięciu. Ciekawie pod tym względem wypadają na przykład sceny na sali sądowej. Oczywiście, muszę zauważyć, że pod koniec twórcy brną już za bardzo w dosłowność i zakończenie wypada dość kiczowato. Ale całość jest interesująca, to na pewno thriller wart uwagi, jeśli lubimy ten gatunek, a przy okazji ciekawy komentarz do zawodu adwokata. Na plus także Charlize Theron, która zagrała tu chyba jedną ze swoich najlepszych ról. To aktorka wciąż przeze mnie niedoceniana, nabrałam więc apetytu na więcej filmów z jej udziałem.

Pani z przedszkola (reż. M. Krzyształowicz, 2014) 7/10

Choć wszystko, co najlepsze, zostało pokazane w zwiastunie, ubawiłam się na tym filmie. Interesujący scenariusz, w gruncie rzeczy odważna historia – w końcu mamy tu na pierwszym planie związek lesbijski – no i przede wszystkim absolutna czołówka polskich aktorów sprawiają, że warto film Krzyształowicza obejrzeć. Do tego plus za klimat PRL-u.

Hardkor Disko (reż. K. Skonieczny, 2014) 6/10 












Co jest najlepsze w debiucie fabularnym Krzysztofa Skoniecznego, znanego i cenionego młodego reżysera teledysków? Warstwa audiowizualna, co nie jest zaskoczeniem. Zdjęcia są tu fenomenalne, choć pewnie niektórych irytują. Niektóre kadry, a nawet konkretne sceny wciąż mam jeszcze przed oczami, a film widziałam już kilka tygodni temu. To zupełnie nowa jakość w polskim kinie i żeby zrozumieć o czym mówię, musicie po prostu Hardkor Disko obejrzeć. Niestety, film nie pozbawiony jest wad. Główną są niedopowiedzenia. Zazwyczaj w filmach je sobie cenię, ale nie wtedy kiedy oglądam na ekranie szokujące sceny, które widzę bez przyczyny, bez uzasadnienia. Główny bohater, Marcin, pojawia się i zamierza wymordować pewną nowobogacką rodzinę. Dlaczego? Nie wiemy nic o nim ani jego motywacji. Możemy się tylko domyślać i domysły są, co widać po filmowych forach, ale czy to domysły idące we właściwym kierunku? Mam jeszcze jedno zastrzeżenie – tradycyjne: nie wierzę, że tak wygląda świat nastolatków, jak przedstawia go Skonieczny (i jak przedstawiają niemal wszyscy polscy reżyserzy). Na plus natomiast działa jeszcze obsada, zarówno Marcin Kowalczyk, jak i Janusz Chabior i Agnieszka Wosińska, która jest według mnie bardzo niedoceniana. Widać w filmie inspiracje reżyserami choćby takimi filmami jak Funny Games czy Only God Forgives, a i jeszcze więcej by się tego znalazło. I fajnie, że reżyser szuka, próbuje, eksperymentuje. Może następnym razem wyjdzie mu film jeszcze lepszy. Ale czas z Hardkor Disko i tak nie będzie stracony. Mimo wszystko polecam.

Still Alice (reż. R. Glazer, W. Westermoreland, 2014) 6/10 

Still Alice, czyli ekranizacja bestsellerowej powieści Lisy Genovy, Motyl, to prawdę mówiąc film przeciętny. W żadnym wypadku taki film nie mógłby być wymieniany jednym tchem z tegorocznymi kandydatami do Oscarów, gdyby nie rola Julianne Moore. To ona nadaje temu filmowi największą wartość. Największą, ale nie jedyną, bo obok niej sama tematyka też jest niezwykle ciekawa i w tym względzie Still Alice mi się podobało, zwracając moją uwagę na problem, o którym tak naprawdę nie miałam wielkiego pojęcia. Bo kto by pomyślał, że kobieta w wieku 50 lat może już cierpieć na zaawansowanego Alzhaimera. Jak wygląda przebieg tej choroby tego dowiadujemy się z filmu w moim przekonaniu dostatecznie. Natomiast jak radzi sobie rodzina chorej, w tym względzie film kuleje. Zabrakło emocji i wiarygodności w zachowaniu dzieci i męża Alice. Ale czego zabrakło mi najbardziej to chyba większej ilości epizodów z życia Alice, kiedy Alzhaimera daje znać o sobie i jak w takiej sytuacji reaguje rodzina. Co do samej Alice – Julianne Moore odwaliła kawał świetnej roboty, grając przejmująco i przekonywująco, nie mniej jednak nie jestem pewna czy właśnie za ten film dałabym jej Oscara (w końcu ma na koncie tak genialne role jak w Godzinach czy Samotnym mężczyźnie, gdzie nie wystarczyły cechy osoby chorej, by zbudować interesującą postać). Co do reszty obsady to ja zawsze jestem przychylna dla Kirsten Stewart i tu również zrobiła na mnie dobre wrażenie, a wręcz doskonale pasowała do swojej roli, gdyż sama też jest chyba osobą buntowniczą i przekorną. Zaskoczyła mnie za to pozytywnie Kate Bosworth, której nie uważałam za dobrą aktorkę, tymczasem tutaj, choć wiele do zagrania nie ma, robi bardzo pozytywne wrażenie. Z rolami męskimi w filmie nieco gorzej. Najwięcej zastrzeżeń oczywiście mają ci, którzy czytali książkę. Ja nie czytałam i pewnie tego nie zrobię i mimo że film jest przeciętny uważam, że warto go obejrzeć.

Jeziorak (reż. M. Otłowski, 2014) 7/10 

Inspiracje skandynawskimi kryminałami czuć tu na kilometr. Ale to tylko pozornie minus, bo przecież na naszym gruncie kryminałów nie robi się niemal wcale, więc Jeziorak jest takim światełkiem w tunelu, że jak się chce, to można. A wzorce wybrano najlepsze. Udało się osiągnąć na ekranie ten charakterystyczny skandynawski klimat – jest deszczowo, mrocznie, ponuro. A akcja pędzi, tyle że już tych kolejnych zwrotów akcji można się czepiać i będzie to uzasadnione. Jest w Jezioraku tak wiele zbiegów okoliczności, że czynią one z tej historii opowieść wielce niewiarygodną. Ale jeśli by zapomnieć o kryterium wiarygodności, otrzymujemy naprawdę wciągający, bardzo dobrze zagrany (brawo Jowita Budnik) film.


Można sobie darować

Mapy gwiazd (reż. D. Cronenberg, 2014) 6/10 

Jednym słowem opisałabym go jako intrygujący. Fanką Cronenberga nie jestem, ale Mapy gwiazd postanowiłam obejrzeć dla obsady. Julianne Moore zagrała tam jedną ze swoich najlepszych ról, Mia Wasikowska po raz kolejny udowodniła, że ma zadatki na świetną aktorkę, a Robert Pattinson – że w ogóle potrafi grać. Sama tematyka bardzo na czasie, a podejście do niej odważne i prowokujące. Czemu więc taka niska ocena? Bo męczyłam się oglądając ten film. Nie znalazłam sympatii dla bohaterów (ale z założenia są oni antypatyczni) i znudziła mnie prosta fabuła, opowieść, w której tak naprawdę nie chodzi o nic. Doceniam jednak satyryczne zacięcie.

Zacznijmy od nowa (reż. J. Carney, 2013) 5/10  















Szczerze mówiąc, ten film, po którym spodziewałam się bardzo wiele, zdążył mi już wywietrzeć z głowy. Właściwie nic oprócz dobrego, bo niebanalnego, zakończenia nie zostało mi po nim w pamięci. Nuda, choć z dobrą rolą Keiry Knightley, przyjemną muzyką i ciepłą atmosferą.

Czarownica (reż. R. Stromberg, 2014) 4/10 

Wielkie rozczarowanie. Familijne filmy fantasy to nigdy nie jest dla mnie dobry pomysł na seans, jednak ten chciałam zobaczyć ze względu na Angelinę Jolie. Choć ta wypadła w swojej bodajże ostatniej roli bardzo dobrze, nie uratowała koszmarnie nudnego i przewidywalnego filmu, w którym aż roi się od irytujących postaci (wróżki wygrywają wszystko w tej kategorii). Jedynym jak dla mnie plusem filmu – obok Jolie, która jednak była za stara na rolę, którą grała – jest olśniewająca strona wizualna, w tym świetna scenografia i charakteryzacja. O tym filmie naprawdę można powiedzieć że jest bajkowy – ale tylko w wyglądzie, bo bajki są na ogół dużo ciekawsze.

Ekspres polarny (reż. R. Zemeckis, 2004) 7/10

Jeden z bardziej popularnych animowanych filmów świątecznych. Ja za animacjami nie przepadam w ogóle, więc obejrzałam go dopiero teraz, mimo licznych emisji w TV w ciągu ostatnich lat. Skusiła mnie w końcu rekomendacja koleżanki, która na Ekspresie…zawsze się wzrusza. Cóż, mnie to nie spotkało. Chyba jednak za stara i zbyt poważna jestem. Przygody małych bohaterów zwyczajnie mnie nudziły. Jednak Ekspres polarny robi ogromne wrażenie techniką, w jakiej jest wykonany. W roku 2004 było to zdecydowanie nowatorskie podejście i wydaje mi się, że więcej filmów animowanych powinno wykorzystywać technologię wychwytywania ruchu. Magia filmu to jednak także jego przesłanie, może nie odkrywcze, ale ważne, gdy film oglądają dzieci. A Ekspres polarny jak najbardziej powinien podobać się najmłodszym.

Coco Chanel (reż. A. Fontanie, 2009) 5/10 

























Podoba mi się oryginalny tytuł tego filmu: Coco avant Chanel czyli Coco staje się Chanel. I rzeczywiście, film opowiada o początkach najsłynniejszej projektantki mody, o okresie gdy dopiero odkrywała kim chce zostać i co chce robić w życiu, a przede wszystkim o jej pierwszych wielkich miłościach. A więc pierwsza wada filmu – zbyt wiele o miłości, za mało o modzie. Wada druga – nie poznajemy Coco, nic a nic. Zostaje dla nas nieprzeniknioną tajemnicą, nie dowiadujemy się o niej niemal niczego. Kto choć trochę zna jej biografię i czytał o niej co nie co, ten wie, że była osobą wręcz okrutną, znamy jej raczej inny wizerunek niż ten, który wyłania się z tego niedopowiedzianego obrazu. Oczywiście, taki był najwidoczniej zamysł, żeby dojść tylko do pewnego momentu jej biografii, ale nie wyszło z tego nic więcej ponad przeciętne romansidło. Choć trzeba docenić bardzo dobrą obsadę – Audrey Tautou partnerują utalentowani Alessandro Nivola i Benoit Poelvoorde, a moją największą uwagę skupiła Emmanuelle Devos.


Grand Budapest Hotel (reż. W. Anderson, 2014) 6/10

To zdecydowanie nie są moje klimaty. Po raz kolejny dałam szansę Andersonowi i po raz kolejny stwierdzam, że niestety nie polubię się z nim. To znaczy jego filmy robią na mnie wrażenie warstwą wizualną, ale ponieważ ja cenię sobie głównie filmy, jak ja to mówię „życiowe”, bajki, które wymyśla Anderson kompletnie do mnie nie trafiają. Być może Genialny klan jest najbardziej przyziemny, bo z obejrzanej do tej pory czwórki, ten jego film oceniam najwyżej. Być może też Rushmore miałoby u mnie jakąś szansę. W zasadzie w powyższych zdaniach mieści się uzasadnienie, czemu tak świetnie oceniany film Andersona ma u mnie tylko marne 6/10. Ja się na jego filmach nudzę, nie potrafię dać się wciągnąć ani zżyć z bohaterami. To może o tym co mi się podobało: zawsze podoba mi się u Andersona dobór obsady, a dalej oczywiście scenografia, charakteryzacja i kostiumy. Fabuła jednak nie i tak jest i w tym wypadku. I to w zasadzie tyle co mogę o Grand Budapest Hotel powiedzieć. Mam nadzieję, że najlepszym filmem na Oscarach nie zostanie, bo według mnie po prostu nim nie jest.



LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...