26.04.2015

Życie Adeli. Rozdział 1 i 2 (reż. A. Kechiche, 2013)


 

Czasu na pisanie mam obecnie niewiele, ale głowę za to pełną pomysłów. Już od dłuższego czasu, odkąd tylko obejrzałam właściwie, mam ochotę napisać o Życiu Adeli. Recenzja z racji braku czasu i energii będzie pewnie dość mizerna, ale być może kogoś uda mi się zachęcić do obejrzenia tego znakomitego filmu.

Choć na początek muszę powiedzieć, że tuż po obejrzeniu filmu, a nawet jeszcze w trakcie oglądania, miałam mieszane uczucia co do niego. Jak zwykle w przypadku głośnych filmów spodziewałam się bowiem nie wiadomo czego. Tymczasem Życie Adeli jest filmem skromnym, subtelnym, wyciszonym. Ale w tym tkwi jego siła, co szybko zrozumiałam. To studium miłości - rozkwitu i zwiędnięcia uczucia. Wymowa filmu jest uniwersalna i chociaż przyjęło się, że to film o lesbijkach (pierwszy „taki” film o lesbijkach) to tak naprawdę dotrze do każdego z nas i każdy z nas – kto był kiedyś kochany i sam kogoś kochał – odnajdzie w nim znajome treści. Z tytułową bohaterką idziemy przez życie, towarzysząc jej dojrzewaniu. Jak wskazuje sam tytuł, obraz podzielony jest na dwie części – w pierwszej widzimy rodzące się uczucie między nią, wówczas 15-letnią, a starszą od niej studentką ASP, Emmą. Uczucie gwałtowne, namiętne, niepowstrzymane. I choć to właśnie w tej części, dosyć szybko, oglądamy na ekranie legendarną już 8-minutową scenę niesymulowanego seksu, nie wywołuje ona odrazy swoją tandetnością. Abdellatif Kechiche, który podobno kazał swoim aktorkom kręcić nieskończoną ilość dubli, jest daleki od pornografii. Seks w jego filmie jest zmysłowy, a kilkuminutowa sekwencja nie jest tylko ocieraniem się jednego ciała o drugie w celu zaspokojenia żądzy – to kwintesencja głębokiego uczucia, jakie narodziło się między Adelą i Emmą. Ale seks nie wystarczy, by to uczucie przetrwało, o czym przekonujemy się w rozdziale drugim. Co ważne, w Życiu Adeli orientacja bohaterek ma znaczenie drugorzędne. To nie jest film o tym, jak żyją i jak są postrzegane lesbijki. To równie dobrze mógłby być film o parze heteroseksualnej i myślę, że miałby podobną siłę oddziaływania. Adela i Emma nie są w stanie być razem, bo są skrajnie inne. Dzieli je pochodzenie, domy, w których wyrosły, wykształcenie, dzielą je ambicje – Emma chce być malarką, ma wyrafinowany gust, Adela nie ma wielkich marzeń, pragnie pracować z dziećmi jako nauczycielka. Nie ma też wiedzy, którą mogłaby zaimponować przed przyjaciółmi swojej dziewczyny. Z czasem coraz bardziej zaczyna czuć, że może do niej nie pasuje. A potem popełnia jeden wielki błąd…Przez cały film Adela jest cały czas niedojrzała. Emma poważnieje, czego symbolem jest rezygnacja z błękitnego koloru włosów, podczas gdy Adela już jako dorosła kobieta wciąż ma na głowie niesforny koczek, symbolizujący jej dziecinne postrzeganie rzeczywistości. A jednocześnie trudno tej nierozsądnej Adeli nie współczuć. Jest ona przykładem na to, jak bardzo miłość może boleć i jak trwale zapisuje się w nas pierwsze, wielkie uczucie. Od eksplozji uczucia przez nadzieję do ogromnego bólu – film prowadzi nas przez wszelkie możliwe etapy związku i zmusza do refleksji. 



Reżyser stawia na naturalizm. Nie tylko jeśli chodzi o pokazanie scen erotycznych, ale także jeśli chodzi o sam sposób filmowania. Twarz głównej bohaterki oglądamy w zbliżeniach, widząc tym samym każdą jej emocję. Towarzyszymy jej w codziennym życiu, w środowisku szkolnym, w jej pokoju, w którym płacze, w klubie, gdzie poznaje Adelę, w pracy – jesteśmy z nią wszędzie, dzięki czemu możemy się z nią w pewien sposób zżyć. Kamera wiele miejsca poświęca też jedzeniu, które ma w filmie symboliczne znaczenie i dodatkowo uwypukla różnice dzielące obydwie bohaterki. Wszystko poszłoby jednak na nic, gdyby nie znakomite aktorki. Grająca Adelę, Adele Exarchopoulos to wielkie odkrycie i razem z Leą Seydoux, która grała już m.in. u Tarantino, jest w ogromnej mierze odpowiedzialna za sukces filmu. Obydwie aktorki są niesamowicie przekonujące w swoich rolach. Exarchopoulos gra dość intuicyjnie, jest naturszczykiem, do postaci Adeli podchodzi emocjonalnie i właśnie dzięki temu jest wiarygodna. Z kolei w grze Seydoux największą istotę ma mimika, spojrzenie, uśmiech, jej ekspresja, co tworzy z Emmy bardzo charyzmatyczną postać, która przyciąga jak magnes. Między nimi dwiema natomiast na ekranie panuje fantastyczna chemia.





Nagrodzone na festiwalu w Cannes Życie Adeli (warto jeszcze dodać, że będące ekranizacją komiksu) to – bez przesady - jeden z najpiękniejszych filmów o miłości, jakie widziałam. Szczery i przejmujący, jest kolejnym dowodem na to, że kameralne historie są w stanie powiedzieć więcej i więcej w nas poruszyć.

Moja ocena: 9/10


19.04.2015

Najlepsze serialowe role kobiece

Analogicznie do „męskiej” listy, przedstawiam Wam dziś najlepsze serialowe role kobiece. Przygotowując ten wpis zostałam zmuszona stwierdzić, że interesujących i wybitnie zagranych postaci kobiecych jest w serialach niewiele. W przypadku aktorów miałam z czego wybierać, tym razem miałam problem z doborem tych kilku pań, które na liście warto umieścić. Nie zrozumcie mnie źle, jest sporo fajnych postaci kobiecych, ale niewiele aktorek zagrało w serialu swoją rolę życia, tak jak ma to miejsce w przypadku Jeremy’ego Ironsa czy Hugh Lauriego. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ale nie oglądam Żony idealnej ani Homeland, więc nie znalazły się tu Julianna Margulies ani Claire Danes, które w swoich serialach są podobno rewelacyjne, tak jak Julia Louis-Dreyfus (Figurantka) czy Jessica Lange (American Horror Story). Nie widziałam też Sophie Grabol w Forbrydelsen (ale w Fortitude nie robi na mnie jakiegoś niesamowitego wrażenia). No dobrze, w każdym razie ja wyróżniłam następujące aktorki:

  1. Robin WrightHouse of Cards (Claire Underwood)


W tej chwili bezsprzecznie numer jeden na tej liście. Robin Wright zdecydowanie w roli życia. Claire Underwood to fascynująca, niejednoznaczna postać, od której nie można oderwać wzroku. Na tę postać składa się wiele – wpisany w jej styl nienaganny wygląd, klasa, elegancja, ale przede wszystkim to, co daje z siebie Wright. Na ekranie jest magnetyczna. Jej nieprzenikniona twarz nie pozwala rozgryźć Claire, która wiele razy zachowuje się bardzo zaskakująco dla widza. Niby wiemy, że jest równie zła, co jej małżonek, ale momentami wychodzi z niej nie wyrachowana pani polityk, lecz po prostu kobieta (zwłaszcza w trzecim sezonie). Naprawdę, aktorka jest w tej roli bardzo wiarygodna.

  1. Sofia Helin Most nad Sundem (Saga Noren)

Być może jeszcze część z was nie widziała tego serialu. To błąd! Jesienią chyba kolejna, trzecia seria, można więc nadrobić. A warto, chociażby właśnie dla Sofii Helin, która w tym szwedzko – duńskim serialu wciela się w panią detektyw z (nieoficjalnie) zespołem Aspergera. Nieprzystosowana społecznie Saga Noren ma problemy w kontaktach towarzyskich i społecznych, co jest o tyle zabawne, co urocze. Saga jest bezwzględnie szczera i bezpośrednia, co wprowadza do tego serialu o ciężkim klimacie nutkę humoru i odrobinę rozluźnienia. Helin świetnie odgrywa swoją postać, nie siląc się na sztuczność i nie szarżując. Wypada bardzo naturalnie, znacznie lepiej od Diane Kruger i Clemence Poesy, które wcielały się w tę postać w remake’ach Mostu... Takiej postaci naprawdę jeszcze w serialu nie widziałam i zdecydowanie zawsze o niej będę pamiętać.

  1. Maggie SmithDownton Abbey (Violet Crawley, hrabina Grantham)



Czy tu trzeba dużo pisać? Wszyscy uwielbiamy hrabinę Grantham. W wykonaniu Maggie Smith jest ona po prostu urocza. Jestem pełna podziwu dla tej 80-letniej aktorki za to, że ma w sobie jeszcze tyle energii, którą widać i czuć oglądając Downton Abbey. Nie wiem czy ktoś jest w stanie dorównać cynicznej babci, jaką tam odgrywa. Wiem za to, że chciałabym taką babcię. Maggie Smith jest za tę rolę rokrocznie nominowana do Emmy, co czyni ją najlepszą wizytówką serialu i jego najmocniejszą stroną. I tak zapewne pozostanie do końca emisji.

  1. Gillian AndersonThe Fall (Stella Gibson)


Być może dla kogoś innego powinna tu być wpisana rola Gillian w X-Files, jednak jak łatwo się domyślać, nie oglądałam tego serialu. Za to w The Fall jestem zachwycona Anderson, która tylko potwierdza, że jest świetną aktorką. Nie jest to bynajmniej zaskoczenie, bo Gillian ma na koncie wiele znakomitych ról w produkcjach brytyjskich. Natomiast jej Stella Gibson z serialu BBC to twarda, pewna siebie kobieta, profesjonalistka w swoim fachu, która emanuje kobiecością i erotyzmem. Anderson wykreowała tę postać na jedną z bardziej feministycznych bohaterek w telewizji.

  1. Lena DunhamDziewczyny (Hannah Horvath)


Długo zastanawiałam się, czy Lena powinna się tutaj znaleźć, jednak nie da się zaprzeczyć, że prawdopodobnie przez długi czas (a może już zawsze ) będziemy ją kojarzyć jako Hannah z Dziewczyn. Choć jest reżyserką, pomysłodawczynią i współscenarzystką serialu HBO, najbardziej kojarzymy to wszystko, co robi przed kamerą. A robi wiele, nie ukrywając i nie wstydząc się niczego. Mamy tu do czynienia z wyjątkową sytuacją, bo postać Hannah jest mocno inspirowana życiem i doświadczeniami samej Leny, być może więc nie powinniśmy tu mówić o grze  aktorskiej. Występując w roli Hannah, Dunham jest w dużej mierze sobą – nieco pulchną neurotyczką z literackimi ambicjami, nie potrafiącą ułożyć swojego życia uczuciowego. Trochę ekscentryczną i bardzo egocentryczną. To świetna postać, skupiająca w sobie rozterki i bolączki wielu młodych dziewczyn. Występując nago w niemal każdym odcinku, biorąc udział w realistycznych scenach seksu, Dunham przekroczyła granice, otwierając telewizję na zupełnie nowy typ bohaterki.

  1. Sarah Jessica ParkerSeks w wielkim mieście (Carrie Bradshaw)


A na koniec ta, która na pewno w jakimś stopniu była inspiracją dla Dunham, czyli Carrie Bradshaw. Czy ktokolwiek z nas jest sobie w stanie wyobrazić w roli faszionistki z Manhattanu kogokolwiek innego? Chyba nie, o czym najlepiej świadczy klapa prequelu Seksu w wielkim mieście, który w poprzednim sezonie emitowała stacja CW. Nastoletnia Carrie nie przypadła do gustu ani młodszym, ani starszym, być może dlatego, że Carrie Bradshaw jest tylko jedna i ma twarz Sarah Jessiki Parker. I moim zdaniem nie jest to twarz brzydka – a jak wiemy, istnieje wielu krytyków urody SJP. Co jednocześnie jest dowodem na to, że Parker przede wszystkim przekonała nas do Carrie swoją grą, a nie wyglądem. Sarah znakomicie czuła się w roli 30-latki uwielbiającej modę, zakupy i szukającej miłości swojego życia i sprawiła, że jej bohaterkę pokochały miliony kobiet na całym świecie. Uczyniła ekstrawagancką i przebojową Carrie romantyczną i wrażliwą, dzięki czemu łatwo się z nią identyfikować każdej z nas, choćby nie było nas stać na buty od Manolo Blahnika.

Kogo brakuje? Wyróżnić na pewno należałoby kobiecą obsadę Mad Men. Zwłaszcza Christina Hendricks i Elizabeth Moss wykreowały niesamowicie ciekawe bohaterki, jednak mam wrażenie, że nie tak bardzo wybijające się na tle tych wyżej wymienionych. Mam też ogromną sympatię do postaci Cristiny Yang, w którą w Chirurgach wcielała się Sandra Oh. Aktorka zdecydowanie była najlepszą aktorką z całej obsady tego serialu (nie tylko spośród kobiet). Warto też wspomnieć o Ruth Wilson i jej roli w Lutherze – jako Alice Morgan jest naprawdę fascynująca.

10.04.2015

Najlepsze serialowe role męskie

Gra w serialach to już od ponad dekady, a może nawet od dłuższego czasu, prestiż dla aktora. Seriale stoją na coraz wyższym poziomie, w związku z czym nie brakuje chętnych do grania w nich. Początkowo byli to aktorzy mniej znani, których dany serial dopiero wypromował. Ale od pewnego czasu obserwujemy trend zatrudniania w serialach aktorów z najwyższej półki, zdobywców Oscarów i innych cennych nagród. Zarówno jedni, jak i drudzy tworzą kreacje, które przechodzą potem do historii telewizji. Ja wybrałam kilka moim zdaniem najciekawszych serialowych ról męskich. Takich, które na zawsze będą się z danym aktorem kojarzyć. Ról po prostu wielkich, znakomitych, charakterystycznych. Oczywiście, opierałam się na serialach, które sama oglądałam, w związku z czym może Wam brakować Breaking Bad (Bryan Cranston) , Rodziny Soprano (James Gandolfini), Miasteczka Twin Peaks (Kyle MacLachlan) czy Hannibala (Mads Mikkelsen) albo Dextera (Michael C. Hall).

  1. Jeremy IronsRodzina Borgów (Rodrigo Borgia, papież Aleksander VI)


Moje najnowsze odkrycie. Nigdy nie byłam szczególną fanką Ironsa, a co więcej – chyba nie widziałam z nim wielu filmów. Jego rolą w Rodzinie Borgiów jestem natomiast zachwycona. Skandalem jest, że nie dostał za nią żadnej liczącej się nagrody. Bo stworzył on postać ekstremalnie wyrazistą i niejednoznaczną. Jego papież to postać zła, zakłamana, ale jednocześnie mająca w sobie nutkę człowieczeństwa – względem własnej rodziny – i dlatego przez to nie potrafię tej postaci nie lubić. Jeremy Irons swoją grą dosłownie uwodzi - kocham jego niektóre gesty i miny, którymi naprawdę potrafi przekazać wiele. To naprawdę wielka przyjemność oglądać go w tym serialu (o samym serialu napiszę wkrótce, bo zbliżam się do finału ostatniego sezonu). 

  1. Jon Hamm – Mad Men (Don Draper)


Pamiętam czasy, kiedy nie oglądałam Mad Men, a serial ten zdobywał wszystkie możliwe nagrody, co mnie denerwowało, bo miałam innych faworytów. Ale po kilku odcinkach Mad Men już wiedziałam, skąd to uznanie i coroczna nominacja do Globów i Emmy dla Jona Hamma. To jeden z tych aktorów, dla których rola w serialu okazała się przełomowa. Don Draper, w którego wciela się Hamm, to postać złożona, dekadencka, niełatwa. A Hamm znakomicie poradził sobie z oddaniem bardzo zróżnicowanych emocji, jakie przemawiają przez Dona. Sprawił, że go uwielbiamy, choć jest przecież łajdakiem, alkoholikiem zdradzającym żonę, tyranem dla swoich podwładnych. Dzięki Hammowi widzimy w nim bowiem także człowieka nieszczęśliwego, złamanego, zmęczonego życiem.  Wielka rola bez dwóch zdań.

  1. Bendeict CumberbatchSherlock (Sherlock Holmes)

Choć przed Sherlockiem Benedict pojawiał się w filmach, przyznajcie sami, że nie zwracaliście na niego wówczas uwagi. Jako Sherlock, podbił jednak serca widowni, zwłaszcza damskiej jej części. Co mnie zaskakuje, bo nie powiedziałabym o nim, że jest przystojny. Ale nie to jest ważne w roli słynnego detektywa. Cumberbatch urodził się, by zagrać tę postać. Widząc go później na ekranie w innych rolach, zawsze mam nieodparte wrażenie, że oglądam Sherlocka. Cumberbatch zbudował tę postać na nowo i zrobił to genialnie. Zestaw gestów, min, sposób wypowiedzi – wszystko to decyduje o charakterystyczności jego bohatera. Oczywiście, scenarzyści świetnie tę postać napisali, ale Benedict tchnął w nią ducha.

  1. Hugh LaurieDr House (Gregory House)

Choć od emisji ostatniego odcinka House’a mijają w tym roku ledwie 3 lata, wydaje się jakby była to cała wieczność. Od tego czasu pojawiło się przecież tyle nowych seriali i tylu nowych bohaterów, dla których straciliśmy głowę. Ale na początku był on. Doktor House. I to dla niego straciły głowę miliony widzów. Ja od niego, można powiedzieć, zaczynałam swoją przygodę z serialami. Rola Hugh Lauriego, który niestety, ale chyba już na zawsze będzie zaszufladkowany jako Gregory House, to dla mnie rola wybitna. Przypomnijmy, że zaczynał w sumie od ról komediowych. W serialu stacji FOX musiał się zmierzyć z postacią dramatyczną, ale obdarzoną ciętym, czarnym humorem. Jego bohater nie jest miłym, troskliwym lekarzem na wzór postaci z Chirurgów. Szukając dla niego epitetów można wykorzystać wszystkie najgorzej się kojarzące: samolub, drań, egocentryk, seksista, rasista, tyran. A także nałogowiec, zrzęda i człowiek pozornie pozbawiony uczuć. Ale pokochały go miliony. Jak to się stało? Może to talent Laurie’go, może jego smutna twarz, smutne spojrzenie, może głos…Najpewniej wszystko. Hugh Laurie jako House potrafił nas przekonać, że tego złośliwca warto polubić. Że to tak naprawdę smutny samotnik, którego w ten sposób ukształtowało życie. Postać House’a dzięki niemu stała się kultowa – chyba możemy tak uznać. Każdy następny taki bohater (patrz np. Thackery z The Knick) będzie już tylko jego klonem.


  1. Kevin SpaceyHouse of Cards (Francis Underwood)



House of Cards to serial wyjątkowy z wielu powodów, ale na pewno do jego sukcesu przyczyniło się obsadzenie Kevina Spacey w głównej roli. Dawno już nikt nie stworzył tak wybitnej roli w serialu jak jego rola Francisa Underwooda. Ten serial warto oglądać choćby dla niego, by rozkoszować się jego kunsztem aktorskim. Na ekranie Spacey jest władczy i magnetyzujący, a na jego wypowiedzi w stronę widza czeka się z niecierpliwością. I choć Francisa Underwooda nie da się lubić (a przynajmniej nie powinno), to ogląda się go z przyjemnością. Niewątpliwie wielka rola Spaceya, chyba lepsza nawet od American Beauty.


  1. William H. MacyShameless (Frank Gallagher)



Shameless to serial nietuzinkowy, bo mówiący o nizinach społecznych, ludziach klepiących biedę i żyjących wiecznie w konflikcie z prawem. Lekko zwariowana produkcja ma wiele atutów, a mimo to wydaje mi się być niedoceniana. Tymczasem mamy tu do czynienia z genialną rolą Williama H. Macy, który gra w zasadzie degenerata, człowieka, który nie zna moralności, nawet względem własnych dzieci, a liczy się dla niego tylko alkohol. Jego Frank Gallagher jest niesamowicie wiarygodny. Nie ma się w żadnym momencie wrażenia, że jest to postać przerysowana, o co byłoby nietrudno. Macy potrafi w dodatku jeszcze czasem nabrać widza, że Frank się zmieni, że może jednak ma jakieś ludzkie uczucia i odruchy. Wygląda jak menel, mówi jak menel i nie waha się przed zagraniem niczego. W niewymuszony sposób jest zabawny, ale jednocześnie nie jest to postać, którą można polubić.

      7. Steve BuscemiZakazane Imperium (Enoch "Nucky" Thompson)


Jeszcze jeden aktor, którego największym osiągnięciem stała się rola łotra. Nucky Thompson to zdecydowanie jeden z najbardziej wyróżniających się serialowych męskich bohaterów. Bohater nie do zapomnienia, bo o tak charakterystycznej twarzy jak twarz Steve’a Buscemiego. Aktor zwrócił na siebie uwagę grając przez całe życie na drugim planie i w końcu doczekał się swojej roli życia. Buscemi udowadnia, że i brzydal może dostać główną rolę, ale to oczywiście nie wszystko. Rola gangstera jest szyta pod niego, choć sama postać nie jest tak złożona i interesująca jak niektóre spośród wyżej wymienionych. Buscemi buduje swojego bohatera w oparciu o powściągliwość i to też jest jakaś metoda. Jego Nucky to gangster z klasą, ale jednocześnie też taki, którego należy się bać.

A jakie są Wasze typy? 

3.04.2015

Olive Kitteridge (HBO, 2014)


Olive Kitteridge to 4-odcinkowy miniserial, którego akcja dzieje się w małym amerykańskim miasteczku Crosby. Tytułowa bohaterka jest nauczycielką w średnim wieku, jej mąż prowadzi aptekę, jest farmaceutą. Serial przedstawia nam codzienność tej pary i otaczających ją ludzi. Nuda? Bynajmniej. Wyreżyserowany przez Lisę Cholodenko serial powstał w oparciu o książkę Elizabeth Strout, nagrodzoną Pulitzerem. Strout powołała do życia niezwykle intrygującą, wyrazistą postać Olive (w tej roli znakomita Frances McDormand), która jest cyniczna, bezpośrednia i bezkompromisowa. Chłodna dla rodziny, surowa dla uczniów. Zero w niej życzliwości, dużo złośliwości. Jej małżonek (Richard Jenkins) wprost przeciwnie – pogodny, otwarty, zawsze chętny do pomocy i służący dobrym słowem. Ich wspólne życie - trudne, pełne niewypowiedzianych słów, rozczarowań - to tylko jeden element serialu. Poprzez relacje Kitteridgów z otoczeniem poznajemy też historie innych mieszkańców miasteczka, ich małe i większe dramaty. Zdrady, choroby, tajemnice, nieudane związki…Nie ma tu nic czego byśmy nie znali. Najlepsze więc określenie dla tej produkcji to „życiowa”. Nie ma tu wartkiej akcji, intryg, zagadek. Jest realistycznie i bardzo emocjonalnie. Przedstawione wycinki z życia Olive i jej najbliższych poruszają, bo dotykają kwestii, które są bliskie każdemu z nas. Mogłoby się wydawać, że tak opisywany przeze mnie serial jest zwykłą obyczajówką, utrzymaną w nostalgicznym klimacie. Na szczęście twórcy są dalecy od popadania w przeciętność. Olive Kitteridge potrafi zaskoczyć zmianami tonacji, od humoru do dramatu, a także dostarczyć wrażeń wizualnych i zmysłowych (muzyka). Mocną stroną są dialogi, właściwie powiedziałabym, że są największą – obok aktorstwa – zaletą serialu. Bo w takim serialu jak ten – gdzie nie mamy w sumie szczególnej akcji – dialogi zawsze są najważniejsze. To one mają być ową „akcją”. I tutaj zdecydowanie są, a dzięki odpowiednim zdjęciom i świetnej grze aktorskiej (fenomenalna nie tylko Frances McDormand, ale też Richard Jenkins, Bill Murray i młoda Zoe Kazan) niektóre z nich mogą zostać w pamięci na długo. Niektóre z nich boleśnie szczere, inne zostawiające nas z dającą do myślenia konkluzją, wiele mówiące o życiu i nas samych.



Nie mogę pominąć, że kwestią, która jest jakoby wątkiem przewodnim serialu HBO jest przemijanie. Tak, najkrócej mówiąc, Olive Kitteridge to serial o przemijaniu. 25 lat życia Olive, od momentu gdy jest kobietą w średnim wieku, matką nastolatka, do momentu gdy zostaje wdową, której wydaje się, że nie ma już dla kogo żyć, to opowieść o jej starzeniu się. O starzeniu się i o tym jak sobie z nim radzić. W tym miejscu brawo dla Frances McDormand, która w tym serialu daleka jest od ideałów piękna i pokazuje, że aktorka, żeby być dobrą i dostawać ciekawe propozycje nie musi poprawiać sobie urody, ani nawet nakładać makijażu. Nie znam całej filmografii McDormand, ale zdecydowanie może to być rola jej życia (no, może zaraz po Fargo). Jej Olive pod pancerzem z cynizmu i podłości skrywa dobre serce, bezwzględność, złośliwość to jej sposób na życie, na walkę z jego przeciwnościami, ale to częściowo maska. Gdy Olive zostaje sama, nie musi nic mówić, byśmy wiedzieli, że w głębi duszy czuje coś innego. McDormand pokazuje tu tak naprawdę całą skalę emocji, w pełni eksponując swój talent.



Olive Kitteridge to prostota i subtelność w formie idąca w parze z mocnym przekazem treści. Serial, który oczarowuje klimatem i zachwyca przemyślaną konstrukcją. Takie seriale – pozornie zwykłe, a tak naprawdę wybitne – zdarzają się rzadko. Dlatego Olive Kitteridge warto poznać. A nadchodzące święta i kilka wolnych dni to ku temu doskonała okazja.

Moja ocena: 8+/10


27.03.2015

Sils Maria (reż. O. Assayas, 2014)


Sils Maria to film, którego wyczekiwałam z dwóch powodów. Czytałam pozytywne recenzje osób, które widziały go przedpremierowo na różnych festiwalach i oczywiście byłam ciekawa, czy rzeczywiście Kristen Stewart poradziła sobie w nim tak dobrze, jak się mówi. Aktorkę bardzo lubię, widzę w niej talent i nie zgadzam się z jej powszechną krytyką. Sama tematyka filmu, fakt, że głównymi bohaterkami są aktorka i jej asystentka, też wydał mi się interesujący. Do tego jest to kino europejskie, a jak wiadomo często kino europejskie = kino ambitne. Moje wszystkie nadzieje związane z filmem zostały spełnione. Sils Maria to niesamowicie hipnotyzujący obraz, który poleciłabym przede wszystkim osobom, które szukają w kinie odrobiny teatralności.

Sils Maria ma z teatrem sporo wspólnego, bo podstawą przekazu jest tutaj dialog. Dialog między dwiema głównymi bohaterkami napędza akcję filmu, w czym pomaga nie tylko fakt, że owe dialogi są świetnie napisane, ale też to, że między Juliette Binoche i Kristen Stewart jest na ekranie niesamowita chemia. Ale zacznijmy od początku. Sils Maria to miejscowość w Alpach, gdzie uznana aktorka Maria Enders (Binoche) przyjeżdża wraz ze swoją asystentką Valerie (Stewart) na uroczystość mającą uczcić reżysera Wilhelma Melchiora, który przed laty uczynił Marię sławną obsadzając ją w filmie na podstawie własnej sztuki „Majola Snake”. W drodze dowiadują się, że reżyser zmarł. Aktorka i jej asystentka zostają jednak w Sils Maria na dłużej. Młody niemiecki reżyser proponuje bowiem Marii, by wystąpiła w nowej scenicznej wersji „Majola Snake”. Maria niegdyś wcielała się tam w rolę młodej dziewczyny, Sigrid, uwodzącej swoją pracodawczynię Helenę. Tym razem miałaby zagrać „ofiarę”. Kobieta długo waha się, by ostatecznie propozycję przyjąć.



Sils Maria jest opowieścią wielopłaszczyznową, w której przenikają się kino i rzeczywistość, a relacje opisane w sztuce, w której ma zagrać Maria, odbijają jej relacje z Val. Film wypełniony jest scenami przygotowań Marii do filmu, podczas których kwestie Sigrid czyta Valerie. Fragmenty czytanej przez nich sztuki aż proszą się o to, by interpretować je jako opis występujących między nimi relacji. Valerie jest najbliższą Marii osobą, jej przyjaciółką, nieodłączną towarzyszką, a nie tylko kimś w rodzaju managerki. To ona mówi Marii co jest dla niej korzystne, gdzie powinna się pojawić, jaką rolę przyjąć – dominuje nad Marią niczym Sigrid nad Heleną. Dla Marii rola Heleny jest podwójnie trudna i wiąże się z akceptacją własnego przemijania. Minęło 20 lat odkąd grała młódkę, dziś jest w wieku, kiedy może zagrać tylko starszą z bohaterek sztuki. Jednocześnie musi ustąpić miejsca pokoleniu młodych aktorek, które reprezentuje skandalizująca Jo-Ann Mills (Chloe Grace Moretz), mająca jej partnerować na scenie. Sils Maria jest więc także autotematyczną opowieścią o kinie i aktorstwie. Val i Maria prowadzą rozliczne dyskusje na ten temat, spierając się zwłaszcza o współczesne kino rozrywkowe, w którym Maria nie widzi żadnej wartości. Tymczasem Val udowadnia jej, że i ono może być sztuką zawierającą treść.

Wyraźnie wyeksponowana została warstwa psychologiczna filmu. W dialogach między Stewart a Binoche wyczuwa się elektryzujące napięcie. Reżyser, Oliver Assayas, buduje bardzo intymną atmosferę, a liczne niedopowiedzenia i sugestie wzajemnej fascynacji między kobietami zostawiają miejsce na własną interpretację. Klimat filmu potęgują zdjęcia plenerów. Tytułowe chmury (oryginalny tytuł to Clouds of Sils Maria) płynące nad górskim jeziorem Sils w pewien sposób ilustrują płynność życia, której doświadcza w filmie Maria i z którą tak trudno jej się pogodzić.


Co warte podkreślenia, w tym wyjątkowym filmie, każda z aktorek – Juliette Binoche, Kristen Stewart, Chloe Grace Moretz gra poniekąd samą siebie. Binoche wielką gwiazdę, utytułowaną aktorkę. Moretz – aktorkę, która karierę zaczyna od kina rozrywkowego i już na samym jej początku jest u szczytu sławy. Nie da się ukryć, że pierwsze skrzypce w Sils Maria gra jednak Stewart. Która w dodatku wygląda tu jak ona sama – podobny styl ubierania – trampki, jeansy, okulary, ulubiona fryzura. Spośród bohaterek jest tą najbardziej reprezentującą normalny świat – czyli tak jak w życiu: dziewczyna z sąsiedztwa. Najważniejsze jednak jest to, że tworzy postać dużo ciekawszą od postaci granej przez Binoche i – mam wrażenie – daje z siebie po prostu więcej. A także udowadnia, że z jej mimiką twarzy jest wszystko w porządku.

Sils Maria to piękny, kameralny film o kobietach, sztuce, życiu. Kino specyficzne, powolne, wymagające. Magnetyczny obraz.

Moja ocena: 8+/10

**********************************************************************************************************************************
Ponieważ jest  to mój wpis numer 200 na blogu jest to dobra okazja na kilka słów prywaty. Po pierwsze, uważam, że jak na ponad 4 lata prowadzenia bloga, 200 wpisów to mało. Ale z drugiej strony, podziwiam siebie, że nadal go prowadzę. Jak może zauważyliście, ostatnio pojawia się sporo wpisów i to regularnie - jak na mnie. To zasługa sporej ilości wolnego czasu, jakim dysponowałam ostatnio. Niestety, ta "laba" już się kończy, ale przybyło mi przez ten czas zarówno szkiców notek, jak i pomysłów na nie, z czego bardzo się cieszę. Uświadomiłam sobie ostatnio, w jaką stronę powinnam podążać z blogiem, żeby być w pełni z niego zadowolona. To znaczy, w pełni pewnie nigdy nie będę, ale wiem, jak chciałabym, żeby on wyglądał. Wiem już, że nie muszę umieszczać opinii o każdym obejrzanym filmie, jeśli pisanie takiej opinii nie sprawia mi przyjemności (Wam też to polecam). Wiem, że czasem warto się wysilić i napisać o filmie coś więcej niż kilka zdań, by stworzyć dla niego osobną notkę - w ten sposób liczba notek na blogu rośnie, co cieszy oko. No i wiem, że chciałabym pisać o filmach, które niekoniecznie są premierami - recenzji takich filmów na blogach jest wysyp. Stąd też pomysł, żeby na blogu znalazło się więcej różnego rodzaju zestawień, rankingów i wpisów nie będących recenzjami. Sama lubię takie posty czytać, a chyba właśnie taki powinien być prowadzony przez nas blog - zawierać takie treści, które sami chcielibyśmy przeczytać. Ok, koniec mojego wymądrzania się. Mam nadzieję, że uda mi się spełnić moje plany. I że co najmniej 200 notek jeszcze w życiu napiszę. 

P.S. Miałam jeszcze napisać o minimalizmie (bynajmniej nie mam zamiaru zostać jego zwolenniczką, ale doszłam do wniosku, że lepiej mieć mniej rzeczy dobrej jakości, niż dużo słabej), ale co za dużo to nie zdrowo ;) Miłego weekendu :)

P.S.2 Fanpejdż bloga - co o tym myślicie? Zaglądałby tam ktoś? 


23.03.2015

Kącik polskiego filmu: Body/Ciało (reż. M. Szumowska, 2015)



Body/Ciało weszło do naszych kin już jako zwycięzca Srebrnego Niedźwiedzia na Festiwalu w Berlinie. Na pewno ta nagroda pomogła filmowi w przyciągnięciu widzów do kin, jednak dla mnie każdy kolejny film Małgorzaty Szumowskiej to po prostu pozycja obowiązkowa.

Body/Ciało, jak sam tytuł wskazuje mówi o ciele, cielesności. Ciało jest tu ciągle obecne: główny bohater, prokurator Janusz, na co dzień ma do czynienia z ludzkimi zwłokami, na które chyba w pewnym sensie jest już zobojętniony. Jego córka, Olga, ma obsesję na punkcie swojej wagi – co doprowadza ją do bulimii. Anna, terapeutka ze szpitala, do którego trafia Olga, kompletnie nie przejmuje się swoim ciałem, swoim wyglądem. Ważniejsza dla niej jest sfera duchowa. Jest medium, kontaktuje się ze zmarłymi. Ciałem jest także zmarła żona prokuratora. Tylko ciałem. Ale według Anny, choć nie ma już jej ciała, jej dusza wciąż czuwa przy najbliższych. Tytuł filmu wskazuje na dualizm w postrzeganiu ciała, pragmatyzm zderzony z wiarą w coś więcej. Ach, zapomniałabym o jeszcze jednym – scenie, w której Ewa Dałkowska, nie młoda już kobieta, z fałdkami na brzuchu i obwisłym biustem, tańczy topless w rytm Śmierci w bikini Republiki. Scena ta może szokować, śmieszyć, a u nie jednego pewnie wzbudzi zniesmaczenie. Ale w tej całej poważnej bądź co bądź tematyce, ta właśnie scena przypomina, że ciało to także coś radosnego, danego nam dla przyjemności, coś zwyczajnie przyziemnego.  


Podobnie jak ciało, w filmie obecne jest też na każdym kroku jedzenie, któremu kamera Michała Englerta przygląda się z dużą uwagą. Prokurator lubi jeść i wszystko „pieprzy”, bo wtedy wszystko jest bardziej strawne, jego córka obżera się chlebem i słodyczami, by potem wszystko zwrócić w toalecie, a terapeutka dziewczyn z zaburzeniami odżywiania przyrządza sobie na kolację warzywa i ryż i zagryza to dietetycznym chrupkim pieczywem, jakby sama była wiecznie na diecie. Znacie powiedzenie „coś dla ciała, coś dla ducha”? Jedzenie to coś dla ciała, a co za tym idzie, stosunek bohaterów do jedzenia odzwierciedla też ich stosunek do ciała właśnie.

Każdy z trójki bohaterów filmu jest postacią interesującą i niejednoznaczną, niedopowiedzianą. Między aktorami występuje świetna chemia, a debiutantka Justyna Suwała – ponoć znaleziona na facebooku – swoim naturszczykostwem (jest takie słowo?) dodaje tej historii autentyzmu. Janusz Gajos to oczywiście klasa sama w sobie i w roli prokuratora jest taki jaki powinien być – zmęczony, oschły i topiący smutki w alkoholu. Natomiast najlepiej skonstruowana jest postać terapeutki Anny, która po śmierci synka odkryła w sobie zdolność do kontaktowania się z zaświatami. Pytanie, czy naprawdę jest medium, czy tylko tak uważa? Jest coś intrygującego w jej życzliwości, w jej wierze i zaniedbanym wyglądzie. Jej postać skonstruowana jest ze sprzeczności, dopuszcza się rzeczy, których robić nie powinna, ale wiemy przecież, że ukształtowało ją tak bolesne doświadczenie z przeszłości. I ostatecznie pomaga prokuratorowi i jego córce. Maja Ostaszewska wcielając się w postać Anny zagrała prawdopodobnie swoją najlepszą rolę. Zbudowała postać niezwykle ciekawą, a jednocześnie oddała jej też – to nie przypadek – swoje ciało, zmieniając wygląd wręcz nie do poznania.

Jak zawsze w swoich filmach Szumowska porusza – tym razem w tle – tematykę społeczną. Body/Ciało dzieje się we współczesnej Polsce, autorka filmu co rusz robi aluzje nie pozostawiające co do tego wątpliwości. Dotyka głośnych spraw kryminalnych, które znamy z mediów, muska tematyką sporów światopoglądowych tak żywych w naszym kraju. Bardzo polski wydaje się być też czarny humor, którego jest tu naprawdę dużo. Tak dużo, że w niektórych krajach, w których dystrybuowany jest film, reklamuje się go jako czarną komedię. Komedią nie jest, ale począwszy od otwierającej go sceny, Szumowska znakomicie równoważy powagę i dowcip, dzięki czemu film nie jest nadmiernie patetyczny i pretensjonalny.


Zasadnicze pytanie w kontekście filmu, zadane na plakacie i w zwiastunie, brzmi: Czy jest coś więcej? Subtelne, niespodziewane zakończenie filmu na szczęście nie daje na nie odpowiedzi. Film pozostawia miejsce na domysły, w żadnym momencie nie daje gotowych twierdzeń np. że z ciałem po śmierci na pewno coś się dalej dzieje. Szumowska dystansuje się od stawiania jednoznacznych diagnoz, jest tym razem tylko obserwatorem. Powtórzę to za autorem jakiejś recenzji – tak jak W imię miało dosyć nachalne i niepotrzebne zakończenie, tak Body/Ciało zostawia drzwi uchylone dla naszej własnej interpretacji, co może tylko i wyłącznie świadczyć o tym, że Szumowska jako reżyserka pokornieje i uczy się na swoich błędach.

Reżyserka kolejny raz udowodniła, że potrafi dotykać aktualnej tematyki i poruszać widza sposobem opowiadania o otaczającej nas rzeczywistości. Wielu mówi, że Body/Ciało to najdojrzalszy, najlepszy film Szumowskiej. Osobiście największe wrażenie zrobiły na mnie znacznie bardziej emocjonalne 33 sceny z życia (które swoją drogą chętnie sobie odświeżę), jednak faktycznie – jej najnowszy film jest idealnie wyważony (także jeśli chodzi o długość - już dawno czas w kinie nie zleciał mi tak szybko). Nie jest to co prawda film, który dotknąłby doszczętnie moich emocji, ale zostawi po sobie na pewno bardzo pozytywne wrażenia. 

Moja ocena: 8/10

19.03.2015

Najgorszy człowiek na świecie (Małgorzata Halber, Znak, 2015)


Chciałam być taka jak ona. Przyznaję. Będąc nastolatką, kiedy jeszcze marzyłam, żeby mieć swój własny program muzyczny w telewizji, a potem także program filmowy, marzyłam, żeby żyć jej życiem. Ładna, mądra i pracuje w telewizji. Na pewno ma mnóstwo przyjaciół, chodzi na świetne imprezy, ludzie się z nią liczą, nie może się opędzić od chłopaków. Jak ja ją lubiłam! Gdybym tylko wiedziała, co przechodziła Małgorzata Halber, kiedy tak szczerze jej zazdrościłam fantastycznego, jak mi się wydawało, życia! Kiedy teraz o tych jej przeżyciach czytałam, było to naprawdę dziwne doświadczenie. Odkryć, że ten wizerunek znany mi z telewizji nie miał wiele wspólnego z jej prawdziwym życiem. Ale zacznijmy od początku. O Małgorzacie Halber ponownie chyba wszyscy – to znaczy raczej ci bywający na facebooku -  usłyszeliśmy za sprawą jej profilu na instagramie, na którym zamieszcza swoje zdjęcia w ubraniach z lumpeksu, a dokładnie z bazaru Banacha – ubraniach za kilka złotych. Ponownie, bo odkąd Halber odeszła z Vivy, to mimo, iż wciąż można było gdzieś ją przeczytać/zobaczyć, dla przeciętnego widza – zniknęła. A tu nagle, chyba dzięki temu, że ktoś inny znany zalinkował jej instagram, o Małgorzacie znowu zrobiło się głośno. Zaczęłam zatem obserwować jej profil na facebooku i dowiedziałam się, że napisała książkę, która czeka na wydanie. Dowiedziałam się też, że jest autorką Bohatera – którego nie znałam, ale z miejsca pokochałam, za to, że dosłownie czyta mi w myślach. Aż w końcu pojawiły się pierwsze szczegóły dotyczące książki – że jest o alkoholiczce, terapii, wychodzeniu z uzależnienia. No ok., myślałam, ciekawy temat, ale to chyba nie oznacza, że Halber sama miała takie doświadczenia? A jednak. Pojawiły się statusy na facebooku, a potem wywiady, które jednoznacznie potwierdzały to, co – nie wiedzieć czemu – wydawało mi się tak nieprawdopodobne. No i już wiedziałam, że muszę tę książkę przeczytać. Bo Halber była kiedyś poniekąd moją idolką, a jej stany emocjonalne – o których z facebooka można się dowiedzieć naprawdę sporo  - były i są mi szalenie bliskie.

fot. tygodnikpowszechny.pl
Dlaczego Małgorzata Halber napisała tę książkę? Odpowiedź znajdziemy w środku i brzmi ona: żeby oswoić słowo „alkoholik”. Słowo, które jest wciąż stygmatem i oznacza 

„Gorszość. Bezdomność. Smród. Przegrane życie”. 

A przecież przykład autorki (czy nawet Ilony Felicjańskiej) świadczy o tym, że nie, nie tylko tak wygląda alkoholizm. Alkoholizm może mieć też twarz ładnej, wykształconej dziewczyny z dobrą pracą, chłopakiem i mieszkaniem. Ale co ważniejsze, Halber wskazuje, co jest przyczyną tego, że ktoś zaczyna pić, sięga po narkotyki czy popada w jakieś inne uzależnienie. I robi to niezwykle dobitnie, a dla czytelnika wręcz boleśnie. Bo według niej alkoholizm bierze się z braku: 

„Bo kiedy nie dzieje się nic, to poprzez zmianę świadomości możesz się oszukać, że coś się jednak dzieje. Rozpacz bezruchu i nudy przestaje istnieć”. 

Książka Halber uświadamia te pozorne oczywistości, o których zapewne nikt z nas nie myśli sięgając po kolejne piwo. Podczas lektury zaczęłam się jednak nad tym zastanawiać – dlaczego lubię sobie wypić piwo oglądając mecz, sączyć wino oglądając serial i czemu w kawiarni wybieram czekoladę z rumem, a nie bez. Czy naprawdę po to, żeby coś sobie ułatwić? Czy naprawdę nie jest możliwe, że ktoś pije dla smaku? Czy to oznacza, że jestem na prostej drodze do uzależnienia? Na te pytania po lekturze Najgorszego człowieka na świecie jeszcze nie znam odpowiedzi. Ale wiem już teraz, że jednak nie chciałabym być na miejscu autorki. Bo uzależnienie odbiera trzeźwość, a co za tym idzie rozum, godność, radość z życia. Chodzi tylko o to żeby przetrwać z dnia na dzień, od niedzieli do piątku. A w trakcie terapii trzeba stawać na głowie, by nie zwariować, gdy dopada głód. A powroty się zdarzają. Halber uzależniła się nie tylko od alkoholu, ale i od marihuany, której nie waha się nazywać tak jak powinno się to robić – czyli narkotykiem. Niestety, powszechnie panuje przekonanie, że marihuana prawdziwym narkotykiem nie jest. Po tym, co tu przeczytacie, stwierdzicie, że raczej na pewno jest. Halber pisze o swoich doświadczeniach – co do tego nie ma wątpliwości. Choć bohaterka jej książki ma na imię Krystyna, wydaje się, że tylko to ją różni od autorki, bo życiorys mają identyczny. Zastanawiające jest więc, po co to kreacja, sprawiająca, że nie bardzo wiadomo, czy mamy do czynienia z biografią czy powieścią. Sama autorka nie lubi pytań o to, czy Krystyna to ona, ale przecież świadomie się na nie naraziła. I skoro szczerze mówi w wywiadach o swoim uzależnieniu i swojej terapii, której odbiciem jest książka, nie powinna się tym pytaniom dziwić. Nie mniej, początkowo książkę miała zamiar wydać pod pseudonimem, co niejako uzasadniałoby postać Krystyny – o której mówi, że jest hołdem dla linii kobiecej w jej rodzinie. Wróćmy jednak do sedna. Gdybym chciała zacytować Wam jeszcze jakieś fragmenty książki, musiałabym zacytować Wam ją od pierwszej do ostatniej strony. Bo od pierwszej do ostatniej strony to są objawienia, szczera, bolesna prawda. Zero owijania w bawełnę, w czym przede wszystkim pomaga język. Wiarygodność tej i tak niezwykle prawdziwej historii podnosi styl, jakim posługuje się autorka. Może powinnam zacząć od tego, że Najgorszy człowiek na świecie przypomina coś na kształt pamiętnika – nietrudno o skojarzenia, że mógłby to być przedruk prawdziwego pamiętnika autorki. Pamiętnik jak to pamiętnik – pisany jest w pierwszej osobie, językiem potocznym i bezpośrednim. Książka Halber też taka jest. Autorka posługuje się językiem, jakim mówimy na co dzień, językiem żywym, nie pozbawionym przekleństw, z elementami slangu. Potok jej myśli jest wartki, czego efektem długie zdania z masą przecinków, zdania które uwielbiam, bo najpełniej oddają emocje, uczucia i obserwacje, którymi Halber się z nami dzieli. A trzeba przyznać, że obserwatorką jest uważną i bardzo spostrzegawczą. Bo jej książka tak naprawdę wykracza daleko poza problem alkoholizmu. To, że Najgorszy człowiek na świecie spotkał się z tak pozytywnym odbiorem czytelników – a że tak jest, to już wiemy choćby po komentarzach na Facebooku – to zasługa tego, że to w dużej mierze po prostu książka o nieradzeniu sobie w życiu. O poczuciu beznadziejności, które ma w sobie wielu z nas (może każdy?). O tym, że często czujemy, że robimy za mało, marnujemy czas, zamiast się rozwijać, mamy w sobie niemoc, przekonanie że musimy się bardziej starać, stawiać sobie poprzeczki, dążyć do czegoś…I wstydzimy się. 

„KAŻDY SIĘ WSTYDZI TRZECH RZECZY. ŻE NIE JEST ŁADNY. ŻE ZA MAŁO WIE. I ŻE NIEWYSTARCZAJĄCO DOBRZE RADZI SOBIE W ŻYCIU. KAŻDY”. 

Jest tego strasznie dużo i to jest w nas – a Małgorzata Halber ma odwagę powiedzieć: to jest ok. 

„Ponieważ tak jest właśnie. Ponieważ oprócz chwil idealnych i doskonałych, których jest naprawdę mało, życie składa się z wtorków, czwartków i godziny trzynastej”.

źródło: https://www.facebook.com/bohater

Ta książka była potrzebna. Mnie, chociaż nie jestem alkoholiczką ani narkomanką, i setkom, a może tysiącom innych uzależnionych czy też nie, ludzi, którzy nie czują się ze sobą i swoim życiem okej. To było potrzebne, żeby ktoś powiedział, że to żaden wstyd. Że nie tylko ty i ja tak mamy. Zrobiła to pani z telewizji (wiem, że Małgorzata Halber nie lubi tego określenia, więc z góry przepraszam), która wie o czym pisze, a nie pani psycholog, która może tylko teoretyzować. Fajne w tej książce jest to, że ona do niczego nie aspiruje, nie jest poradnikiem, nie ma motywować. Ale to robi. Bo jest najprawdziwszym zwierzeniem i pokazuje wszystko, dosłownie wszystkie odcienie alkoholizmu i terapii. Jednocześnie jest to książka, od której nie można się oderwać. Małgorzata Halber otwarcie mówi o tym, że chce zostać pisarką i że w tej dziedzinie chciałaby się spełniać. Pisze już zresztą drugą książkę. Po lekturze Najgorszego człowieka na świecie niestety dość trudno jest mi stwierdzić, czy Halber jest dobrą pisarką. Z jednej strony jest, bo nawet najciekawsze przeżycia i refleksje trzeba umieć ubrać w słowa i umiejętnie przekazać, tak żebyśmy czytając nie mogli się oderwać. To się udało. Z drugiej strony, jest tu trochę zbędnych powtórzeń, a narracja jest czasem chaotyczna, można stracić momentami orientację w czasie, gdyż autorce zdarza się skakać po chronologii wydarzeń. Ale w gruncie rzeczy to tylko niuanse, drobnostki, które nie zmieniają faktu, że jest to jedna z najbardziej wartościowych książek jakie przeczytałam w ostatnich LATACH. Tak, nie tygodniach, nie miesiącach, ale latach. Debiut bardzo udany, debiut który mnie nie zawiódł. Plus także za to, że Halber konsekwentnie promuje swoją książkę tylko w wybranych mediach. Nie zobaczycie jej w telewizji śniadaniowej, nie przeczytanie wywiadu w Gali. Halber nie stanie się nagle kolejną celebrytką, która będzie wyskakiwać nam z lodówki. Jestem o to spokojna. I czekam na kolejną jej książkę, mając nadzieję, że z czystą fikcją poradzi sobie równie dobrze.   

Moja ocena: poza oceną

P.S. Wyszperałam taki oto ciekawy felieton Halber, "felieton bezalkoholowy", w którym otwarcie przyznaje się ona do swojej kilkuletniej abstynencji i uderzyło mnie, że wówczas na nikim nie zrobiło to wrażenia. Potrzebna była do tego ta książka. 

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...