19.02.2015

Z notatnika kinomanki, cz. XXX

Birdman (reż. A. Inarritu, 2014) 6/10

Nie rozumiem zachwytów nad Birdmanem. W porównaniu z najlepszymi dziełami Inarritu czyli 21 gramów i BabelBirdman utrzymany jest w zupełnie innej estetyce i tematyce, co mocno mnie rozczarowało. Doceniam oczywiście formę i technikę - takie prowadzenie kamery, z jakim mamy tu do czynienia, to prawdziwa innowacja, a ogląda się to wybornie- niczym podglądanie  prób do spektaklu. Emanuel Lubezki po raz kolejny zachwyca, zasługując na Oscara. Lecz jeśli chodzi o samą fabułę: dla mnie kiepściutko, a przy tym dosyć nudno. Treść filmu mnie nie porywa, nie dotyka, nie interesuje. Sfrustrowany aktor który kiedyś wcielał się w rolę superbohatera grany jest przez Michaela Keatona, który zasłynął z roli Batmana (być może nawet był najlepszym Batmanem). Ale co z tego? Z tego powodu mam się zachwycać tym filmem – krytyką Hollywood? Mam już dość filmów krytykujących Hollywood. I nie zgadzam się z twierdzeniem, że w Birdmanie jak w soczewce skupiają się nasze życiowe problemy, rozczarowania itd. We mnie Birdman emocji nie wzbudził. A aktorzy? Aktorzy się spisali, ale żeby Emmę Stone od razu nominować do Oscara? Lubię ją bardzo i uważam, że jest bardzo utalentowana, ale w tym filmie mnie do siebie nie przekonała. Za to Edward Norton był genialny, więc ubolewam, że nagrody mimo tego nie dostanie. Z irytujących rzeczy muszę wspomnieć jeszcze o nie dającej wytchnienia perkusji, która ciągle pobrzmiewa w tle Birdmana. Kolejny zabieg techniczny mający wyróżnić film na tle innych. Niestety, dla mnie film musi być dobry nie tylko pod względem technicznym. Żeby jednak nie było tak przygnębiająco, pochwalę Inaritu za fajne, tragikomiczne i nieprzewidywalne zakończenie.



Ziarno prawdy (reż. B. Lankosz, 2014) 8/10

Uff, jak to dobrze, że ten film nie zawiódł. Nie czytałam książki Miłoszewskiego, więc może dlatego nie widzę w filmie Lankosza prawie żadnych wad. Już od znakomitych napisów początkowych (wzbudziły zachwyt bo w polskich filmach takie czołówki to przecież rzadkość) wiedziałam, że będzie dobrze. I jest. Jest świetnie zagrane – w większości, bo Aleksandra Hamkało średnio mnie przekonała. Natomiast Więckiewicz jako komisarz Szacki – choć jak wspomniałam nie znam literackiego pierwowzoru – to strzał w dziesiątkę. Ale na drugim planie to dopiero się dzieje: Jerzy Trela – wiadomo, ale i Krzysztof Pieczyński genialny (nie sądziłam że potrafi być tak dobry), i Magda Walach jakaś taka mniej irytująca niż zwykle, i Andrzej Zieliński zaskoczył, i epizod Jakubika bezcenny (choć niektórzy mówią że zbędny – ja tego zdania nie podzielam, bo wprowadza cenny element humoru. Do tego muzyka Abla Korzeniowskiego przywodząca na myśl ścieżki dźwiękowe duetu Reznor/Ross. Cudo! Od strony fabuły też jest więcej niż dobrze. Ziarno prawdy to rasowy kryminał z wyrazistym głównym bohaterem, wciągającym śledztwem i dialogami, które ma się w pamięci długo po seansie. Dobre dialogi to zawsze połowa sukcesu, a to jest film z naprawdę dobrymi dialogami, których scenarzyści nie muszą się wstydzić, a wręcz przeciwnie. No a aktorzy sprawiają, że te dialogi żyją. Trzeba docenić też, że zachowana jest równowaga między przedstawieniem życia osobistego Szackiego a śledztwem, które słusznie jest na pierwszym planie. Koniec końców, film ma świetny klimat – jest niepokojący i nieprzewidywalny. Warto się wybrać do kina, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, bo to z pewnością jeden z tych polskich filmów, które wraz z końcem roku będą najlepiej i najczęściej wspominane.

Noe (reż. D. Aronofsky, 2014) – brak oceny

O filmie Aronofsky’ego niewiele mogę powiedzieć. Będę szczera – to wyznanie zresztą często pada na tym blogu: zasnęłam na tym filmie. Czy wobec tego Noe to taka straszna nuda? Zmęczenie zmęczeniem – ale na dobrym, wciągającym filmie nie zasnę. Ale oczywiście nie przespałam filmu całego i nadrobiłam mniej więcej to czego nie widziałam. To na pewno nie jest film, który daje dobrą rozrywkę czy wielkie emocje i duchowe przeżycia. Do fabuły i treści można mieć zastrzeżenia. To dziwny film, dość mocno odrealniony – tu brawa za scenografię i efekty specjalne. Rozmach godny Hobbita czy innego fantasy. Zdecydowanie posiada kilka mocnych scen, które ogląda się w napięciu. To na pewno w pewnym stopniu film wizjonerski, własna interpretacja Biblii przez reżysera. I choć początkowo miałam wątpliwości, dlaczego zabrał się on za taką historię, jego Noe wpisuje się w poczet innych stworzonych przez niego bohaterów – ze swoim fanatyzmem, zaślepieniem, obsesją czy wręcz problemami psychicznymi. Noe to jednak wielkie widowisko i chyba to właśnie – nastawienie na efektowność – przeszkadza mi w nim najbardziej. Nastawiony nie na emocje, a na efekty, film nie wciągnął mnie, a bohaterowie do siebie nie przekonali. Pozostałam obojętna wobec tej historii. Z racji tego, ze oglądałam na raty, nie wystawiam oceny.

Tom (reż. X. Dolan, 2013) 7/10

Jeśli chodzi o filmy Xaviera Dolana, zawsze jestem o jeden do tyłu. W zeszłym roku na ekranach kin gościła Mama, ja dopiero nadrobiłam jego poprzedni obraz, Tom. W sumie daje to takie poczucie bezpieczeństwa: zawsze jeszcze jest jakiś kolejny film Dolana do obejrzenia. Choć Dolan wciąż nie potrafi nakręcić czegoś tak fantastycznego jak Wyśnione miłości, którym pewnie nigdy nic nie dorówna. A ja na drugie Wyśnione miłości wciąż czekam, zamiast po prostu zaserwować sobie ich kolejny seans. Jednak Tom jest przynajmniej lepszy od Na zawsze Laurence. Bo i krótszy, i utrzymany w innej, bardziej wciągającej konwencji. Tom to dramat psychologiczny z elementami thrillera, jednak wciąż obracający się wokół ulubionych tematów Dolana – czyli miłości, homoseksualizmu, seksualności. Tomem Dolan udowadnia, że nie jest tylko jednorazowym zjawiskiem, ale zdolnym reżyserem. Tom nie jest tak przesączony stylistyką, którą Dolan sobie ukochał – nie ma tu prawie wcale slow motion, bardziej oszczędna i surowa jest też kolorystyka, reżyser zrezygnowała z teledyskowych wręcz ujęć. Dolan sięgnął za to po nowe środki wyrazu, a przede wszystkim zbudował klaustrofobiczny klimat, osadzając akcję na odludnej farmie. Między jego bohaterami pełno jest niedopowiedzeń, a widz co chwila zmuszany jest do własnej interpretacji zdarzeń. Tom to w rezultacie film intrygujący, ale jednak nie powalający na kolana. Tytułowy bohater irytuje, a całość jest trochę naciągana i mało wiarygodna. Fajnie jednak, że Dolan próbuje nowych rzeczy. Niezmiennie cenię go też za to, że jako reżyser, jest w swoich filmach jednocześnie aktorem, i to aktorem świetnym i te dwie funkcje łączy z bardzo udanym efektem końcowym.

Gra tajemnic (reż. M. Tyldum, 2014) 7/10

Gra tajemnic znajduje się w stawce filmów walczących o Oscary. Czemu? To trudno mi zrozumieć, ale co roku mam podobny problem. To film przeciętny, choć wyróżniający się: rolami Benedicta Cumberbatcha (który jednak bardzo jest już skażony w swojej grze Sherlockiem) i Keiry Knightley. W tym drugim wypadku nominacja do Oscara jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Zastanawiam się czy Keira – naprawdę zdolna aktorka, którą bardzo lubię  – nie miała jednak w przeszłości lepszych ról za które by ją można wyróżniać. Jednak faktycznie, w Grze tajemnic zwraca na siebie bardzo uwagę i jest bardzo przekonująca, więc w sumie nie mam nic przeciwko tej nominacji, choć kto wie, czy nie zabrała jej sprzed nosa aktorce, która by bardziej na to zasługiwała. Co do samej fabuły – pomijając, że w historii o łamaniu Enigmy brakuje Polaków – jest to historia bardzo sprawnie, ciekawie opowiedziana, pozbawiona dłużyzn i niepotrzebnych dodatkowych wątków. Nie da się jednak ukryć, że to hipnotyzujący Cumberbatch sprawia, że na losy szyfrantów patrzy się z zaciekawieniem. Pojawia się wątek homoseksualizmu Alana Turinga i lekkiego nieprzystosowania społecznego (zespół Aspergera?), a to zawsze dodatkowy bodziec dla naszych emocji – bo pewnie sama opowieść o łamaniu kodów szybko by nas znudziła. Warto więc Grę tajemnic obejrzeć przede wszystkim dla aktorów (na drugim planie jeszcze Mark Strong i Matthew Goode). Seans umili też z pewnością muzyka Alexandra Desplata, który po raz kolejny serwuje nam swoje firmowe dźwięki, które trudno pomylić z innym kompozytorem. Nie zawsze muzyka Desplata mi odpowiada, ale tym razem słuchałam jej z przyjemnością. Niewątpliwie niesie też z sobą Gra tajemnic kilka wartościowych refleksji, nie jest więc tylko do bólu przewidywalną biografią. Można obejrzeć bez obaw.

Teoria wszystkiego (reż. J. Marsh) 6/10

Z Teorią wszystkiego jest w zasadzie podobnie jak z Grą tajemnic. Obydwa te filmy są „letnie” – poprawne, znośne, sympatyczne, ale nie porywają. Obydwa mają też świetnych odtwórców głównych ról. Mam szczerą nadzieję, że Eddie Redmayne wydrze Oscara z ręki Michaela Keatona, bo za trud włożony w przygotowania do roli Stephena Hawkinga mu się ta statuetka bardziej należy. Eddie jest naprawdę niesamowity w tym wcieleniu – bardzo wiarygodny w każdym geście i ruchu. Z przykrością jednak muszę stwierdzić, że film Jamesa Marsha nie przybliżył mi sylwetki naukowca, o którym wiedziałam przed seansem niewiele. Teoria wszystkiego mniej bowiem skupia się na jego osiągnięciach naukowych i karierze, a bardziej na życiu prywatnym, zwłaszcza relacji z żoną oraz trudzie walki z chorobą. Przy czym problemy te właściwie tylko muska, przedstawia raczej powierzchownie. Nie dowiadujemy się co Hawking czuł do żony, ani dlaczego ona przestała go kochać, niewiele miejsca poświęcone jest jego relacji z dziećmi, brakuje też wzmianki o kolejnym związku naukowca. Teoria wszystkiego w rezultacie jest filmem obyczajowym, skrojonym pod przeciętny gust i nakręconym według utartych schematów. Chyba nie pomylę się jeśli napiszę, że jednak większość widzów wolałaby dowiedzieć się, czemu Hawking jest tak ważną postacią w świecie nauki i jak wielkie są jego odkrycia. No ale cóż, taki był wybór reżysera. Może ów film, w którym Hawkinga gra Cumberbatch, jest pod tym względem lepszy. Na korzyść filmu Marsha na pewno wypada muzyka Johannsona, nienachalna, subtelna, ale wpadająca w ucho. Druga sprawa to kostiumy – sukienki Felicity Jones bardzo miłe dla oka. Jeśli o nią samą chodzi – to bardzo dobra aktorka, co zauważyłam już w jej wcześniejszych filmach, jednak czy rola żony Hawkinga naprawdę w tym sezonie była jedną z pięciu najlepszych kobiecych ról w kinie? Nie jestem pewna, choć z drugiej strony, to pierwsza tak „poważna” rola tej aktorki, tak duża. Ale czy wymagająca i trudna? Mam podobny dylemat jak w przypadku Keiry Knightley. Podsumowując, film średni, nie obowiązkowy, ale z uwagi na Redmayne’a warto mu poświęcić kiedyś swój czas. 

 OSCAROWI FAWORYCI AD 2015 

Na koniec kilka słów o moich przewidywaniach oscarowych. Nie widziałam wszystkich nominowanych filmów, więc siłą rzeczy będę bardzo nieobiektywna. Nie zamierzam zresztą się wymądrzać i typować zwycięzców wszystkich kategorii. Raczej powiem Wam za kim jest moje serce, a co podpowiada rozum. Na pewno spośród obejrzanych filmów: Boyhood, Gry tajemnic, Teorii wszystkiego, Whiplash i Birdmana stawiam na Boyhood. Takie kino lubię i dlatego podobał mi się ten film najbardziej. Mam więc nadzieję, że wygra w najważniejszej kategorii. Zdaję sobie jednak sprawę że ma poważną konkurencję w postaci Birdmana, którego ja akurat nie „kupiłam”. Chciałabym żeby Richard Linklater dostał statuetkę za reżyserię Boyhood, a także żeby film wygrał w kategorii montaż. Najlepszy aktor to dla mnie póki co Eddie Redmayne i chyba ma spore szanse, żeby faktycznie dostać statuetkę. Zdziwiłabym się, gdyby w kategorii najlepsza aktorka nie wygrała Julianne Moore i życzę jej tego Oscara, choć miewała lepsze role na swoim koncie. Kategorie drugoplanowe chyba są pozamiatane tzn. laureatami będą J.K. Simmons i Patricia Arquette i według mnie będą to słuszne wybory. Choć Edward Norton w Birdmanie zrobił na mnie takie wrażenie, jak jeszcze nigdy. Birdmana, a właściwie Emanuela Lubezkiego,  chętnie uhonoruję też za zdjęcia. Nie mam za to swoich faworytów w kategoriach scenariuszowych, ani muzycznych. Co do polskich akcentów, sądzę że Ida dostanie tego upragnionego Oscara, bo Akademia lubi filmy czarno – białe i filmy o Holocauście, a tu mamy dwa w jednym. Plus nominacja za zdjęcia też o czymś świadczy. Nie wiem czy to film najlepszy to z całej stawki, bo reszty nie widziałam, ale na pewno dobry. Jeśli chodzi o Joannę i Naszą klątwę – szansa na Oscara jest tu ogromna. Wydaje mi się, że większą ma Joanna, bo to jednak film o umieraniu. Jak będzie, zobaczymy. Już za kilka dni będzie wszystko jasne. Zazdroszczę tym, którzy będą oglądać transmisję z ceremonii. Może kiedyś mi się to uda, to znowu nie jest jednak jeszcze ten czas ;)

Zdjęcia do tekstu pojawią się – dodawanie w toku ;)

15.02.2015

Do poczytania, do posłuchania, do obejrzenia, cz. IV

1. Małgorzata Halber, dziennikarka muzyczna (choć ja ją uwielbiałam zwłaszcza jak mówiła o filmach) wydała niedawno książkę – Najgorszy człowiek na świecie. Książką strasznie się jaram (wiem, brzydkie słowo, ale bardzo trafne w tym przypadku), ale jeszcze nie czytałam, bo Znak zwleka z wysyłką egzemplarza do recenzji. Cierpliwość mi się kończy, więc najpewniej sama kupię. Póki co czytam wywiady z Halber – to naprawdę mądra dziewczyna, Choć jej debiutowi przypięto łatkę książki o alkoholizmie, w rozmowach podkreśla że to książka o tym, o czym wstydzimy się mówić, książka znacznie bardziej uniwersalna. Z wielu rozmów, polecam Wam dziś rozmowę, którą przeprowadził z Halber Tomasz Raczek. Raczka jakiś czas temu znielubiłam – zbyt często nasze opinie o filmach są bardzo rozbieżne, jednak za to jak poprowadził tę rozmowę – szacunek.


2. Jak wiecie, dwa polskie filmy są nominowane do Oscara w kategorii najlepszego krótkometrażowego dokumentu. Ku mojej radości, Naszą klątwę udostępniono w Internecie. Link do filmu znajdziecie tutaj
Przyznam, że film mnie ogromnie wzruszył i wycisnął łzy z oczu. Nie potrafię go jednak ocenić. Prawdziwe emocje towarzyszące choćby zabawie z dzieckiem czy przejmującej scenie wymiany u dziecka rurki do intubacji, mieszają się w nim bowiem z wystudiowanymi scenami wieczornych rozmów rodziców, rażącymi sztucznością i ciągłą obecnością alkoholu. Oglądając film momentami miałam też wrażenie, że na siłę chce się mnie wzruszyć. Nie wiem, czy ten film, sprawiający poza tym wrażenie niepełnego, to szczerość, czy tylko chłodna kalkulacja. Osądźcie sami.



Szkoda, że twórcy filmu Joanna nie wyszli podobnie widzom naprzeciw, byśmy mogli zapoznać się z historią Joanny „Chustki” Sałygi. Przyznam, że mi jej historia nic nie mówi – nie znałam jej (ponoć słynnego) bloga, nie słyszałam o niej nigdy przedtem (słyszałam coś o książce Chustka, ale nie byłam nią zainteresowana). Tymczasem przeczytałam ostatnio oburzone głosy czytelników jej bloga, że podobno i sama Joanna i jej mąż zarówno na blogu, w książce, jak i w filmie zostali przedstawieni zupełnie inaczej niż w rzeczywistości było…Mam przeczucie że to jednak Joanna ma większe szanse na zdobycie Oscara niż Nasza klątwa. Cóż, może potem uda się film obejrzeć.


3. Wczoraj, dokładnie w Walentynki, Florence and the Machine opublikowali nowy teledysk. What Kind of Men zwiastuje ich nową płytę, która ukaże się  1 czerwca. O piosence mogę powiedzieć jedno: boska. Wpada w ucho po pierwszym przesłuchaniu i nie mam wątpliwości, że będzie kolejnym hitem Flo. Do tego teledysk jest naprawdę ciekawy.



4. Zachęcam Was do przeczytania tekstu na blogu Z górnej półki. Autor, z którym, jako krytykiem filmowym jest mi bardzo po drodze, pisze o tym jak wygląda głosowanie w konkursie Blog Roku. Teraz już wiem, że nie mam po co startować ;)


5. Na koniec kącik misyjny. Jakiś czas temu napisała do mnie studentka reżyserii, Ena Kielska, która wraz z przyjaciółmi z innych kierunków artystycznych, pracuje nad filmem krótkometrażowym opartym na motywach opowiadania Stanisława Lema pod tytułem Śledztwo.  O swoim projekcie piszą tak:

Czy zdarzyło Wam się, że ktoś zniknął z Waszego życia? Zniknął, pozostawiając po sobie uczucie pustki i tęsknoty, wrażenie, że wszystko mogło potoczyć się inaczej?

"Śledztwo" to opowieść o Prywatnym Detektywie wynajętym przez Burmistrza, który postanawia rozwiązać mroczną tajemnicę seryjnych zaginięć mieszkańców jego miasta. Burmistrzem kierują nie tylko powody czysto zawodowe, lecz dodatkowo fakt, iż także zaginęła jego ukochana córka, która pewnego dnia wyszła z domu i dotąd nie wróciła.

Prywatny Detektyw zabiera się do pracy i oddaje poszukiwaniom, podejmując czynności śledcze. Po drodze napotyka podejrzanych ludzi i niebezpieczne sytuacje. Czy uda mu się zmierzyć z własną przeszłością i dotrzeć do prawdy, jakakolwiek ona by nie była?

W filmie pojawia się element dokumentalny ilustrujący współczesną polską rzeczywistość bliską każdemu pokoleniu. 

„Śledztwo” to kryminalna groteska noir i jednocześnie thriller, ale przede wszystkim to czarno-biała forma artystyczna z elementami animacji.  

Aby ukończyć film, ekipa potrzebuje wsparcia finansowego i zbiera pieniądze za pomocą kampanii crowdfundingowej w serwisie Polakpotrafi.pl, gdzie możecie ich wesprzeć. Poniżej filmik do tego zachęcający oraz teaser samego filmu. 



Fajnie, że padło akurat na Śledztwo, czekam na efekty.


11.02.2015

Rzym (2005 - 2007, HBO)


Jeśli macie ochotę na nadrobienie serialowych zaległości, ten wpis może być dla Was. Być może nie widzieliście serialu Rzym stacji HBO nakręconego we współpracy z BBC. Rzym to jeden z pierwszych kontrowersyjnych seriali historycznych, nakręcony, kiedy zaczynała się ta moda na oglądanie seriali, której poddajemy się dziś pewnie my wszyscy. Rzym był wielkim hitem i do dziś w różnych zestawieniach pojawia się jako jedna z tych produkcji TV, które warto znać. Serial zakończono przedwcześnie – po dwóch sezonach liczących razem 22 odcinki – a powód był tyleż banalny, co smutny – zabrakło pieniędzy. Na realizację jednego sezonu potrzeba bowiem było ponad 100 mln dolarów. Rzym był bodaj pierwszym serialem o tak dużym budżecie, poza tym po raz pierwszy tak odważnie pokazano przemoc i seks, w związku z czym nie jest przesadą mówienie, że produkcja Bruno Hellera ( Mentalista, Gotham) przetarła szlaki następnym tego rodzaju produkcjom, w tym Grze o Tron (przy której pracuje dziś sporo część ekipy Rzymu). Zresztą George R.R. Martin przyznał przed powstaniem Gry o Tron, że Rzym to najlepszy serial jaki dotychczas oglądał.

Początkowo byłam sceptyczna Rzymowi i nie potrafiłam dać się wciągnąć. Po 3-4 odcinkach to już jednak się zmieniło. Rzym opowiada o Rzymie czasów Juliusza Cezara i kilku latach po jego śmierci. Głównymi bohaterami są dwaj żołnierze, legioniści, prywatnie przyjaciele, Lucjusz Vorenus i Tytus Pullo. Oboje zdobywają naszą sympatię, choć każdy z nich jako żołnierz ma też w sobie bezrefleksyjny niemalże stosunek do zabijania. Zresztą w Rzymie trup ściele się gęsto, co dziś oglądamy już pewnie bez zmrużenia okiem, jednak w 2005 roku taki serial jak Rzym wywoływał oburzenie. Nie ma jednakże w Rzymie zbyt wielu scen batalistycznych. Co ja mówię, nie ma ich prawie wcale. Dla mnie to dobrze, bo takie sceny mnie nudzą i są mi zbędne. Serialowi też to wychodzi na plus i bynajmniej nie traci on na wiarygodności. To serial przede wszystkim o polityce i bezpardonowej walce o władzę –  a tu knowania, układy i intrygi są zdecydowanie ciekawsze i ważniejsze niż same potyczki bitewne. Przy tym jednak Rzym zachowuje poszanowanie dla faktów historycznych (oglądałam z historykiem u boku ;>). Choć scenarzyści dodają nieco od siebie – jak np. sugestia, że dziecko Kleopatry i Cezara, rzeczywiście było dzieckiem z dość przypadkowego stosunku Kleopatry z żołnierzem – wszystko to, co widzimy na ekranie zgadza się z tym, czego uczono nas w szkole. Moją sympatię twórcy zdobyli jednak pewnym smaczkiem - tym, że w scenie śmierci Cezara nie usłyszeliśmy legendarnych ostatnich słów przez niego wypowiadanych – na przekór naszym oczekiwaniom, gdy w podnieceniu oglądaliśmy projekcję sceny, którą pewnie każdy z nas sobie na lekcji historii wyobrażał.

Takie fajne plakaty też promowały serial
Oczywiście Rzym mówi też o całej ówczesnej kulturze, ogromną wagę przykładając do strojów, jedzenia, zwyczajów żyjących wówczas ludzi, tych bogatych, jak i tych mniej zamożnych. W serialu imponują kostiumy i dopracowana w każdym detalu scenografia, znakomita jest też muzyka autorstwa Jeffa Beala, którego kompozycje możemy ostatnio słyszeć w House of Cards (w Rzymie uwagę przykuwa zwłaszcza muzyka podczas napisów początkowych, które również należą do bardziej wyróżniających się na tle większości seriali). Wracając do faktów historycznych, trzeba jasno powiedzieć, że nie należy od żadnego serialu fabularnego wymagać absolutnej dokładności i prawdy historycznej. Jest w Rzymie kilka skrótów i uproszczeń, ale nie zmienia to faktu, że bardzo dobrze można poznać takie postaci jak Juliusz Cezar, Kleopatra, Oktawian August czy Marek Antoniusz, a przy tym skonfrontować własne wyobrażenia z tym, jak widzą ich twórcy serialu (np. Kleopatra może nieco dziwić, bo daleko jej do tej odgrywanej przez Elizabeth Taylor) . Ich dzieje poznajemy jednak poprzez postaci Lucjusza Vorenusa (Kevin McKidd) i Tytusa Pollo (Ray Stevenson). To oni często nieświadomie odgrywają wielką rolę w tym jak toczą się losy wspomnianych postaci historycznych. Jednocześnie sami przeżywają osobiste dylematy i dramaty, a konstrukcja ich charakterów sprawia, że trudno o ich jednoznaczną ocenę. Ale nie trudno żywić do nich sympatię.



Przy okazji mówienia o Rzymie podkreśla się zawsze także odwagę w pokazywaniu seksu i nagości. Rzeczywiście, na ówczesne czasy serial przełamywał pewne tabu, jednak dziś nie powinien nikogo szokować. Jest też sporo scen brutalnych, typu ucinanie głowy czy sztyletowanie, ale to jeszcze  bardziej potęguję wrażenie wiarygodności i realizmu, jaki został zachowany przy realizacji serialu i przyczynia się też po prostu do tego, że serial ogląda się z wypiekami na twarzy. Serial, który przede wszystkim bardzo wiele mówi o władzy. I są to twierdzenia ponadczasowe  - wystarczy sięgnąć do wspomnianego House of Cards, by się przekonać, że metody walki o wpływy i sposoby uprawiania polityki przez tysiąclecia niewiele się zmieniły.  Do tego dochodzą takie motywy jak honor, wierność, lojalność, poświęcenie…

Rzym to serial kompletny, któremu nic nie brakuje. Pozytywny obraz całości dopełnia znakomite aktorstwo – jak się okazuje, wielu aktorów których kojarzę, swoje początki albo wybitne role miało właśnie w Rzymie (Kevin McKidd, Ciaran Hinds, Polly Walker, Lindsay Duncan czy James Purfoy są tu naprawdę świetni). Mi trudno było się wciągnąć, ale niech pierwsze odcinki was nie zrażą. Warto Rzym obejrzeć, bo to naprawdę arcydzieło. Szkoda, że liczące tylko 22 odcinki (choć co jakiś czas krążą plotki o 3 serii, więc trzymajmy kciuki).


Moja ocena: 9/10

04.02.2015

Whiplash (reż. D. Chazelle, 2014)


Muzyka to jeden z bardziej lubianych tematów przez filmowców. Motyw z robieniem kariery w świecie muzyki jest wdzięczny, podobnie jak biografie muzyków czy po prostu filmy musicalowe. Muzyka jest często cichą bohaterką nawet filmów skupionych na innym temacie jak np. w poruszającym W kręgu miłości. Muzyka jest po prostu znakomitym wabikiem na widza, bo jako ludzie prawdopodobnie nie wyobrażamy sobie życia bez słuchania muzyki. Niektórzy jednak nie wyobrażają sobie życia bez jej wykonywania. O tym ile można poświęcić w imię muzycznej kariery, opowiada Whiplash.

Fabuła Whiplash jest banalna. Młody perkusista, Andrew, uczęszcza do konserwatorium muzycznego na Manhattanie. Ambitny chłopak marzy o wielkiej karierze. Kiedy zostaje wybrany do szkolnej orkiestry jazzowej prowadzonej przez nauczyciela, z którego zdaniem bardzo się liczy, nie waha się ani chwili. Wydaje mu się, że to już wielki sukces. Tymczasem Terence Fletcher to nauczyciel wymagający i okrutny, który nie pozwoli Andrew zbyt łatwo osiąść na laurach. Andrew postanawia więc za wszelką cenę dążyć do oczekiwanej przez Fletchera perfekcji, a my na ekranie oglądamy jego mordercze zmagania z nauczycielem, rytmem i samym sobą. Film składa się głównie ze scen prób, czyli scen wypełnionych muzyką. Można więc powiedzieć, że muzyka jest tu główną bohaterką, to ona napędza ten film, jest jego treścią. Tu nic innego nie ma znaczenia – liczy się tylko to, czy Andrew nauczy się grać idealnie. Nic podobnego nigdy w kinie nie widziałam i za to ogromny podziw dla reżysera. Damian Chazelle miał odwagę uczynić muzykę bohaterką swojego filmu, a przecież nie mógł przewidzieć, że te długie sceny wypełnione grą na perkusji faktycznie zahipnotyzują widza, tak jak ma to miejsce. Ale żeby nie było tak kolorowo – trzeba mieć w sobie dużą tolerancję na dźwięki, żeby się szybko przedstawioną w filmie muzyką nie znudzić (a zwłaszcza jej ilością). Mi, przyznaję, momentami tej tolerancji już brakowało.


Oczywiście, muzyka muzyką, ale głównym tematem filmu jest ambicja Andrew, który jest w stanie poświęcić wszystko, by osiągnąć to, co zamierzył. Nie mówię tu już nawet o próbach, które można zamknąć w jednym zdaniu „krew, pot i łzy”, ale i o tym, że jest on w stanie zrezygnować ze związku z dziewczyną, bo wie, że i tak będzie ją zaniedbywał na rzecz muzyki. Andrew to w ogóle postać bardzo intrygująca: chłopak butny, przekonany o swojej wielkości, niedowartościowany, ale i trochę nawet gardzący tymi, którzy tak ambitni jak on nie są (wspomniana dziewczyna). Miles Teller znany do tej pory głównie z filmów dla nastolatków przekonuje w tym filmie, że jest naprawdę dojrzałym aktorem, którego można już  powodzeniem obsadzać w bardziej poważnych filmach. Zresztą chłopak ma w sobie pewien autentyzm, który być może zawdzięcza swojemu wyglądowi – to chłopak o przeciętnej urodzie, a jego twarz na skutek wypadku samochodowego pokryta jest bliznami. Warto dodać, że aktor nie musiał udawać że gra na perkusji, nie potrzebował profesjonalnego dublera – Teller potrafi grać i w filmie grał samodzielnie. Jakkolwiek dobry jednak by nie był występ Tellera, musi on pozostać w cieniu J.K. Simmonsa. Ten niemłody już aktor, powszechnie raczej nieznany, choć pewnie przez niektórych kojarzony z ról drugoplanowych, tym filmem prawdopodobnie zapewni sobie pracę do końca życia i wskoczy do aktorskiej czołówki. Posypią się role i to wcale nie drugoplanowe. Jego szeroko komentowana i chętnie nagradzana rola w Whiplash jest bowiem rzeczywiście tak dobra jak wszyscy piszą. Jego Terrence Fletcher to człowiek, jakiego nikt z nas nie chciałby poznać, a co tu mówić o byciu jego uczniem. On sam sprawia, że oglądamy na ekranie prawdziwy thriller. Bo jego bohater po prostu budzi strach – jest nieobliczalny i nieprzewidywalny. A jednocześnie Simmons gra tak, że nie wiadomo do końca, czy Fletcher faktycznie jest tak surowy i tak bardzo pogardza swoimi uczniami, czy to tylko poza, która ma mu pomóc w wywarciu na nich wpływu. Przy tym Simmons potrafi do gry wykorzystać przede wszystkim swoją mimikę, która ma niesamowite możliwości i wielkie oddziaływanie. Oglądanie takiej gry faktycznie nie zdarza się często, więc swojego Oscara Simmons może już być pewny. Zwłaszcza, że nie jestem pewna, czy gdyby Tellera i Simmonsa zastąpić mniej utalentowanymi aktorami, Whiplash robiłby tak pozytywne wrażenie.

Świeżość i oryginalność Whiplash polega na tym, że sceny lekcji gry na perkusji i samych koncertów wywołują emocje i napięcie charakterystyczne dla thrillerów. To coś nowego w kinie i w sposobie przedstawiania w nim muzyki. Jednak w sensie tematu nic odkrywczego w debiucie Chazelle nie ma. Ot, kolejny film o przekraczaniu granic własnych możliwości, o obsesji na punkcie swojej pasji, o ambicji…Whiplash ogląda się trochę jak dokument, a skoncentrowanie ściśle na jednym tylko temacie, niemal całkowity brak wątków pobocznych sprawia, że nie będę chciała do niego wracać. Niemniej jednak, ten film to dwie wielkie role i dużo muzyki, a zatem dużo emocji podczas seansu. W pewnym momencie można jednak odczuć przesyt tego wszystkiego – ale to już rzecz względna.


Moja ocena: 7/10

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...