29.04.2012

Kącik polskiego filmu: Dom zły (reż. W. Smarzowski, 2009)


Dom zły okazał się być taki jak przypuszczałam, mając w pamięci jego recenzje i opinie znajomych, którzy go oglądali. Czyli jaki? Mocny, przerażający, brutalny. Wstrząsający i dający do myślenia. To film, po którym czujesz się sponiewierany. Reżyser nie stosuje półśrodków – drugi po Weselu film Wojciecha Smarzowskiego to obraz naturalistyczny i surowy. Zero upiększania, zero optymizmu, zero nadziei. I jak tu o takim filmie napisać?

Akcja filmu rozgrywa się w dwóch planach czasowych. W roku 1982 milicyjna ekipa śledcza podczas wizji lokalnej stara się ustalić przebieg wydarzeń pewnej jesiennej nocy sprzed czterech lat, kiedy to w swoim gospodarstwie zginęło małżeństwo Dziabasów i ich syn. Jak doszło do zbrodni ma pomóc ustalić świadek tamtych zdarzeń, Edward Środoń. O tym, co się wydarzyło tej feralnej nocy dowiadujemy się wyłącznie z jego zeznań. Jest to sprytna manipulacja widzem – naturalną reakcją jest przyjęcie wersji Środonia za jedyną słuszną, zwłaszcza, że po prostu nie wygląda na kryminalistę a co więcej, widzieliśmy przed chwilą jak rozpaczał po nieszczęśliwej śmierci żony, więc w duchu mu współczujemy i może nawet już z nim sympatyzujemy. Tymczasem wśród scen rekonstruujących tamtą noc pojawiają się obrazy, które nieco tę pewność mogą zaburzać, bo sugerują, że Środoń nie jest zupełnie bez winy. Czy to tylko jego wyobraźnia , wspomnienia, celowe mylenie tropów? Reżyser chce w nas zasiać ziarno niepewności i niepokoju. „Prawda? Nie ma takiej” – te słowa padają w filmie bodaj trzykrotnie, zdaje się, że nie bez powodu. Czy to Środoń zabił Dziabasów? Czy to oni chcieli zabić jego, ale na skutek tragicznej pomyłki sami zginęli? Każdy wariant wydaje się możliwy, bo zarówno owdowiały zootechnik, który przybył do wsi by podjąć nową pracę, jak i nad wyraz gościnni małżonkowie mają doskonały motyw – pieniądze. Pomimo przyjęcia przez nas pewnych założeń na samym początku, do końca siedzimy jak na szpilkach, co jest dużym udziałem znakomitego montażu płynnie łączącego sceny z teraźniejszości z retrospektywą. Film oglądamy z zapartym tchem, bo sami znajdujemy się w środku śledztwa. W końcu któż z nas oglądając kryminał nie chce jako pierwszy dojść prawdy?


Jest więc Dom zły świetną zagadką kryminalną, ale odbierać go tylko jako kryminał to duże lekceważenie. Przede wszystkim jest to obraz tamtych czasów, czasów PRL-u, w którym śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa jest tylko pretekstem, by się rozliczyć z przeszłością.

Dom zły to w pierwszym rzędzie udana próba pokazania jaki wpływ wywierała na ludzi komuna, doprowadzając do ich kompletnej degeneracji i ogólnego przyzwalania na zło. W tym celu do filmu został wprowadzony wątek rozgrywek między milicjantami, prokuratorem i Służbą Bezpieczeństwa. Porucznik (Bartłomiej Topa), właściwie jedyna całkowicie pozytywna postać filmu, odkrywa malwersacje jakich w PGR-ach dopuścili się miejscowi członkowie partii. Sprawę chce wydać, nie godzi się na jej zatuszowanie, skazując się tym samym na śmierć z rąk współpracowników. Tytułowy dom zły należy więc interpretować nie tyle jako dom Dziabasów, ile ówczesną Polskę samą w sobie. To miejsce, w którym rządzi pieniądz, niewygodne sprawy zamiata się pod dywan, a uczciwość jest tylko hasłem ze słownika. Alkohol w tej Polsce leje się strumieniami, bez niego nikt tu nie funkcjonuje. Z każdej strony wychyla się brud, smród i nędza. Ludzie skoncentrowani są na sobie, swoich interesach, celach, do których osiągnięcia nie cofną się przed niczym. Nie istnieje moralność ani szacunek dla drugiego człowieka. Ten film przynajmniej na chwilę wręcz odbiera wiarę w ludzi. Kochanowski pisał kiedyś o wsi wesołej i spokojnej. Wieś sportretowana przez Smarzowskiego jest jej zupełnym zaprzeczeniem. Tym bardziej smutne jest, że oglądając Dom zły pojawia się nieodparte wrażenie, że po dziś dzień naznaczeni jesteśmy piętnem opisywanych przez niego czasów.

Na koniec kilka słów o stronie technicznej tej opowieści, która jest równie ważna jak genialny scenariusz, autorstwa samego reżysera. Właściwie każdy element ociera tu się o perfekcję. Pierwsze co robi wrażenie to wspomniany już, nagrodzony licznymi nagrodami, montaż Pawła Laskowskiego, który właściwie decyduje o tym, że tę historię tak dobrze się ogląda. Dobre są też zdjęcia Krzysztofa Ptaka, a końcowa scena widziana z lotu ptaka nomen omen to majstersztyk przywodzący na myśl obrazy Petera Brueghla. Atmosferę niepokoju potęguje natomiast nieco psychodeliczna muzyka Mikołaja Trzaski. No i być może najważniejsza część składowa tej produkcji – aktorstwo. Smarzowski w Domu złym obsadził właściwie co najmniej połowę swojego Wesela i znów odniósł z nimi sukces. Marian Dziędziel, Kinga Preis, Bartłomiej Topa, Arkadiusz Jakubik – na ekranie są bohaterami z krwi i kości, ich postaci są przekonujące, zmuszają do zajęcia wobec nich jakiegoś stanowiska. Zwłaszcza Preis jak żadna inna aktorka pasuje do ról szwarnych, wiejskich kobiet z charakterem. Również drugi plan błyszczy – Robert Więckiewicz, Eryk Lubos, Sławomir Orzechowski – wszyscy grają z wyrazem, z charakterem. Razem ci wszyscy aktorzy tworzą jedną z lepszych obsad, jakie widziałam ostatnio w filmie. Nie ma tu nikogo, kto by odstawał poziomem od innych, ani nikogo, kto byłby źle obsadzony. Jedyne co było wręcz nieznośne w Domie… to fatalny dźwięk. Wytężanie słuchu, by móc usłyszeć dialogi jest dosyć męczące, a następujący po nich nagły wybuch głośnej muzyki czy zwyczajnych odgłosów zwyczajnie irytuje. To jednak przypadłość całej polskiej kinematografii ostatnich lat, z tego co obserwuję. Podobno to dlatego, że z oszczędności twórcy nagrywają dialogi nie w otoczeniu, w którym kręcą sceny, lecz później w studiu. Oczywiście to zwykle zdarza się w filmach, które nie są z góry przewidziane na sukces komercyjny – na dźwięk w komediach romantycznych i innych tego typu „superprodukcjach” na ogół się nie narzeka. Mam nadzieję, że polskim filmowcom jakoś uda się przezwyciężyć wszelkie problemy finansowe. Kłopoty z dźwiękiem naprawdę potrafią czasem odebrać radość z oglądania filmu, a nie każdy film jest tak dobry, jak Dom zły, którego liczne inne walory rekompensują tę jedną wadę.


Trudno polecać film, który jest tak prawdziwy w swej wymowie, że kojarzy się bardziej z reportażem lub historią z popularnego niegdyś programu 997. Dlatego uprzedzam, świadoma, że film straci teraz wielu widzów: to raczej historia dla ludzi o mocnych nerwach, którym nie przeszkadza duża ilość wulgaryzmów i przemocy na ekranie (nawet jeśli tak jak w tym wypadku jest jak najbardziej uzasadniona), dla tych którzy nie szukają tylko przyjemnej rozrywki czy silnych wzruszeń. Ale to też prawdziwa uczta kinomana. Film, który polski widz powinien znać nie tylko dlatego, że jest ważny dla nas tematycznie, ale też dlatego, że jest filmem, którym możemy się chwalić. Spokojnie można go stawiać w jednym szeregu z amerykańskimi produkcjami najlepszej klasy (Fincher i bracia Coen by się nim nie powstydzili).  Dom zły jest dowodem na to, że mamy w kraju przynajmniej jednego znakomitego reżysera, który wypracował sobie swój chyba już rozpoznawalny, unikalny styl (nie widziałam jeszcze Róży, ale myślę, że moje wyobrażenie na jej temat znając dwa poprzednie filmy Smarzowskiego okaże się słuszne). Kino autorskie uważam za najciekawsze co ma do zaproponowania kinematografia i cieszę się, że mogę polecać takie właśnie kino made in Poland.

Moja ocena to 9/10.

Na koniec i nie na temat: chciałam się podzielić moją radością z faktu, iż dostąpiłam zaszczytu zostania oficjalną recenzentką znanego Wam pewnie dobrze portalu książkowego Lubimy Czytać. Los jak widać każe mi  skupić swoje intelektualne wysiłki na ocenie książek, a nie filmów. Biorę to jednak na swoje barki i mam nadzieję zadaniu temu sprostać ;) Mam nadzieję, że już wkrótce będzie można przeczytać moje pierwsze teksty. A informuję o tym, żeby mieć czym usprawiedliwić ewentualny zastój blogowy, do którego jednakowoż postaram się nie dopuścić, bo z pisania o filmach, a tym bardziej z ich oglądania rezygnować nie zamierzam ;) 

I jeszcze jedno: chciałam polecić Waszej uwadze konkurs organizowany na blogu przynadziei. Ciekawa formuła, ciekawe nagrody, warto wziąć udział :) 


Och, i jeszcze coś: postanowiłam otagować jako "kącik polskiego filmu" wpisy poświęcone w całości polskim filmom (dosłownie trzy...), powstałe zanim narodziła się w mojej głowie ta idea.  Będzie łatwiej je znaleźć tym, którzy trafiają na mojego bloga, bo szukają "dobrego polskiego filmu", a jak wskazują statystyki, między innymi takie właśnie zapytania na niego prowadzą (co cieszy niezmiernie). 


I to już na pewno wszystko :) Pełnego kultury tygodnia Wam życzę ;)

25.04.2012

Wichrowe Wzgórza (reż. A. Arnold, 2011)

Siostry Bronte nie mają szczęścia do ostatnich ekranizacji swoich największych powieści. Niedawno narzekałam na Jane Eyre teraz będę narzekać na Wichrowe Wzgórza. Z tych książek bardziej podobała mi się ta pierwsza, ale po ekranizacji Wichrowych Wzgórz też się wiele spodziewałam i znów się zawiodłam. Andrea Arnold, która wyreżyserowała ten film, jest twórczynią znakomitego Fish Tank, opowiadającego o tym jak samotna i zagubiona dziewczyna z angielskiego blokowiska pocieszenie odnajduje w tańcu, do którego za grosz nie ma talentu. Również poprzedni jej film, Red Road był głęboko zaangażowany społecznie. Można się więc było spodziewać, że ekranizacja klasycznej prozy Bronte będzie odbiegać od filmów kostiumowych, do których przyzwyczaiła nas kinematografia. Nie spodziewałam się jednak, że tak utalentowana reżyserka nakręci film, na którym będzie mi się chciało po prostu spać.

Ryzykowne były już decyzje obsadowe. Kaya Scodelario w głównej roli żeńskiej wzbudziła wielkie oczekiwania fanów, którzy pokochali ją za rolę w serialu Skins. Z kolei obsadzenie w roli jej wybranka, Heathcliffa, czarnoskórego debiutanta Jamesa Howsona, wywołało mnóstwo głosów sprzeciwu. W książce nie jest co prawda określone dokładnie jakiego koloru skórę ma Heathcliff ale z tego co pamiętam na pewno nie jest to kolor czarny. Pada natomiast określenie Cygan. Jestem więc w stanie zrozumieć oburzenie fanów książki, ale ich zdania nie podzielam. Istnieje coś takiego jak wizja reżyserska i Arnold, co wyjdzie w dalszej części tej recenzji, wizję miała szalenie oryginalną, ale tym samym wniosła coś nowego do dosyć skostniałego sposobu przenoszenia literatury na duży ekran, który nie znajduje zbyt wiele miejsca na reżyserską interpretacje. Dzięki temu jej ekranizacja jest inna niż wszystkie dotychczasowe i choć ich nie widziałam, to niestety obawiam się że jest to wizja zbyt artystyczna, by zadowolić gusta publiczności.


Scodelario i Howson rozczarowują. Może dlatego, że są zbyt krótko na ekranie i nie mogą w pełni rozwinąć skrzydeł. Niemal ¾ filmu skupia się bowiem na dzieciństwie Kathy i Heathcliffa. Cały film ukradła dla siebie odtwórczyni roli młodej Kathy, Shannon Beer. Przyjdzie nam więc jeszcze poczekać na prawdziwie główną i wielką rolę Effy ze Skins. Zresztą ten film nie jest o postaci kobiecej. Głównym bohaterem reżyserka uczyniła bowiem Heathcliffa, poniżanego, pogardzanego, będącego dla rodziny Earnshaw nikim więcej poza znajdą, którą mogą wykorzystać jako siłę roboczą. Nadanie Heathcliffowi twarzy czarnoskórego aktora wydaje się być wyraźnym sygnałem, że o jego sytuacji mamy myśleć w kontekście rasizmu. Bohater przez większą część filmu snuje się na ekranie, wyładowując swoją złość na zwierzętach – a to pies, a to królik – zadawanie im cierpienia jest dla niego jak ukojenie własnego. Arnold przypomniała tym samym, czemu książka w momencie swego powstania była uważana za kontrowersyjną i niezwykle brutalną w opisie. Heathcliff jest bowiem bohaterem złym do szpiku kości, ale przez Arnold w pewnym sensie usprawiedliwionym. Ekranizacje podobnej literatury rzadko są tak przygnębiające i ponure, ale sądzę, że udało się wydobyć esencję książki (również dzięki wrażeniu naturalizmu, który udało się uzyskać kręcąc kamerą „z ręki”). Szkoda tylko, że film kończy się mniej więcej w 2/3 książki, bo to w dalszej jej części Heathcliff dokonuje prawdziwie okrutnych czynów.

Wichrowe Wzgórza w interpretacji angielskiej reżyserki są trudne do oglądania. To film epatujący brzydotą i przemocą, zrealizowany w surowej poetyce. Na ekranie niewiele się dzieje, a jeszcze mniej mówi. W pierwszej części widać przynajmniej rodzącą się między młodymi bohaterami wzajemną fascynację, a w pamięć zapada scena lizania przez Kathy ran Heathcliffa (choć zwierzęce zachowania tej pary trochę odpychają). W „dorosłej” części, która jest strasznie „poszatkowana” względem powieści i wręcz niezrozumiała, brakuje emocji, namiętności czy jakiegokolwiek innego uczucia między bohaterami. Źle robi też uboga liczba dialogów, które zmusiły by nas przynajmniej do zachowania przytomności umysłu i skupienia się. Zdjęcia opuszczonych wrzosowisk, odgłosy natury zamiast muzyki, zamglony obraz – wszystko to jest ładne i zasługuje na uznanie, ale właśnie na tym zamiast na fabule skupia się ten film, co skutkuje po prostu nudą. Atrakcyjność obrazu nigdy nie zrekompensuje wątpliwej jakości scenariusza. Cóż mi po nowatorskim podejściu skoro film po prostu niemiłosiernie się dłuży?

Chciałabym mieć tak pięknie wydane Wichrowe Wzgórza na swojej półce
 Wcale jednak nie odradzam oglądania, bo jak zawsze w przypadku filmów kontrowersyjnych, uważam, że na własne oczy należy się przekonać, czemu sobie tę kontrowersję zawdzięczają. Jestem jednak wręcz pewna, że mało któremu czytelnikowi powieści Emily Bronte ta ekranizacja przypadnie do gustu.

Moja ocena filmu to tylko 4/10

20.04.2012

Drzewo życia (reż. T. Malick, 2011)



Nachalne kazanie czy wyrafinowane arcydzieło? Do czego bliżej Drzewu życia? Gdy prawie rok temu długo wyczekiwany film Terrenca Malicka wygrał główną nagrodę festiwalu w Cannes, ilość zachwytów i słów aprobaty dorównywała głosom niezadowolenia. Po projekcji filmu pojawiły się gwizdy i głosy oburzenia. Jury festiwalu w Cannes przeważnie honoruje bardzo specyficzne filmy, które mówiąc szczerze nie zajmują czołowych miejsc na mojej liście filmów koniecznych do obejrzenia, więc i Drzewo życia mało mnie obeszło. Ja ani innych filmów Malicka nie znam, ani nie spodobał mi się zwiastun jego ostatniego filmu. Sięgnęłam po niego jednak, a to dlatego, że dostał nominację do Oscara w kategorii najlepszy film, co biorąc pod uwagę kontrowersje jakie wywołał, wydało mi się zaskakujące. Prawdą jest, że początkowo omijam filmy, wokół których jest dużo szumu, ale prędzej czy później po nie sięgam. I tak się właśnie stało z Drzewem życia. Co prawda przed rozdaniem Oscarów nie udało mi się go obejrzeć, bo przyznam, że nastawienie miałam negatywne („ten film będzie nudny, długi i niezrozumiały, obejrzę go kiedy indziej”), ale w końcu przyszedł czasu kiedy wyboru zbyt dużego nie miałam no i padło na Drzewo


Film amerykańskiego reżysera, który z wykształcenia, co warte podkreślenia, jest filozofem, wywołał we mnie sprzeczne uczucia. Z jednej strony dałam się uwieść – doświadczyłam jakiejś metafizyki, mistycznego przeżycia spowodowanego tym, że pytania, które stawia Malick dotyczące Boga (Czy w ogóle istnieje? Czemu nas karze skoro nas kocha? Czemu pozwala na istnienie zła? Czemu odbiera życie niewinnym dzieciom? itd.) są w dużej mierze moimi pytaniami. Niestety, co zresztą wcale nie dziwi, nie otrzymujemy na te pytania odpowiedzi. Z filmu Malicka dowiedziałam się jedynie, że Bóg jest (choćby w jednoznacznej scenie, w której matka wskazując niebo mówi dziecku „tam mieszka Bóg”), że może wszystko i że ma nad nami całkowitą kontrolę, a buntowanie się przeciw niemu jest bezcelowe. Niemniej film zmusza do refleksji, zostawia dużo miejsca na nasze własne przemyślenia, które mogą pojawić się nawet na długo po seansie. Z drugiej strony irytuje banalnymi stwierdzeniami, których nie powstydziłby się sam Paulo Coelho, np. że „żeby być szczęśliwym trzeba kochać” lub wskazówki typu "Bądź dobry, zachwycaj się pięknem świata, miej nadzieję".


Osią narracyjną Drzewa życia jest historia rodziny O’Brien, żyjącej gdzieś na pozornie sielankowych przedmieściach Stanów Zjednoczonych. Film jest właściwie wspomnieniem Jacka, jednego z synów państwa O’Brien, zbiorem epizodów z dzieciństwa tego mężczyzny, który jawi nam się jako znudzony życiem, być może pogrążony w depresji, ale jednak jako człowiek sukcesu. Jack w dzieciństwie był tym z trójki synów O’Brienów, który był najbardziej zbuntowany przeciwko apodyktycznemu ojcowi. Na początku filmu widzimy, że jeden z braci ginie. Później dowiadujemy się że Jack bardzo mu dokuczał, film nabiera więc nowego wymiaru – Jack dręczony wyrzutami sumienia nigdy nie zaznał spokoju duszy.


Jack jest postacią wątpiącą. Film skupia się na jego skomplikowanych relacjach z ojcem, które są wyraźną metaforą relacji człowiek – Bóg, lub jeszcze inaczej: Hiob – Bóg. Bóg a więc i ojciec Jacka jest surowy, wymagający i nie znoszący sprzeciwu, Hiob natomiast uważa że początkowo że wszystkie nieszczęścia, które na niego spadają (a Jack właśnie czuje się nieszczęśliwy, źle traktowany przez ojca) są niesprawiedliwe. Z ust Jacka padają zresztą słowa, których adresata możemy interpretować dwojako: „Dlaczego nam to robisz, ojcze?”, „w każdej chwili możesz mnie wyrzucić ze swego domu”. Trudno nie doszukiwać się w nich drugiego dna w filmie tak upstrzonym symboliką. Bo idąc dalej, mamy tu też figurę matki, pełnej miłości, ale przyzwalającej milczeniem na zachowanie ojca, poddającej mu się także, co zresztą obrazuje nawet jedna z zamieszczonych w filmie scen, kiedy kobieta wręcz osuwa się w ramiona męża. Krytycy interpretują, a ja przyjmuję za nimi, ojca jako symbol natury, matkę jako symbol łaski właśnie, co odnosić się ma do słów padających na początku filmu, iż istnieją dwie ścieżki życia: natura i łaska. Dla mnie wspomniana matka to najciekawsza, najbardziej trudna do rozszyfrowania postać z filmu. Jessica Chastain w tej roli pokazała swój kunszt aktorski, a nie było łatwo, bo pani O’Brien niewiele mówi i jej postać ogranicza się raczej do gestów i samego bycia na ekranie. Zresztą samych dialogów jest tu niewiele. Najważniejsze zdania padają zza kadru i są to słowa wypowiadane, czasami wręcz szeptane, przez Jacka. Dialogi odgrywają rolę drugorzędną, a najważniejszy jest obraz. Zdjęcia Emmanuela Lubezkiego są urzekające, lecz niestety przez przyznających wszelkie nagrody, niedocenione. Pole do popisu mieli też specjaliści od efektów specjalnych. Malick bowiem konfrontuje teorię ewolucji z teorią zakładającą, że świat stworzył Bóg. Chce też pokazać, że zło istniało od zawsze i człowiek niejako ma je w sobie zakodowane. Skutkiem tego przydługie i zbędne sceny kosmogoniczne (wybuchy na słońcu i inne takie), krajobrazy rodem z National Geographic i przechadzające się po ekranie dinozaury. Ma to się nijak do głównej linii fabularnej filmu i choć rozumiem wizję reżysera, moim zdaniem to się po prostu ze sobą nie klei. I chyba właśnie zasługą tych scen jest nasuwająca się po seansie myśl, że mamy do czynienia z przerostem formy nad treścią. Za dużo reżyser chciał upchnąć metaforyki w swym filmie. Chciał stworzyć dzieło monumentalne, barokowe, arcydzieło wręcz. Tymczasem ten film generalnie jest prosty w swojej wymowie, może nawet zbyt dosłowny. Cytaty z Biblii, których jest tu bez liku, przekładają się na obrazy, a więc od razu narzuca się nam pewną interpretację. Komentarze zza kadru również momentami objaśniają nam film. Wyjątkiem jest końcowa scena na plaży, trudna do jednoznacznej interpretacji, ale przez to najbardziej interesująca. Muszę jednak przyznać, że nie jestem w stanie całkiem potępić tego, że reżyser wykłada nam teologię wprost, bo tym samym jego film są w stanie obejrzeć nie tylko kinomani rozsmakowani w ambitnych, artystycznych dziełach, lecz także ci, którzy wyrobionymi widzami jeszcze nie są. Oczywiście, jeśli przebrną przez dinozaury.


Nie próbuję nawet dokonać dogłębnej analizy tego filmu, cokolwiek jeszcze napiszę to wciąż będzie za mało, ale myślę, że uchwyciłam jego zasadniczy przekaz. Drzewo życia wydaje się być wcale nie próbą znalezienia odpowiedzi na fundamentalne pytania dotyczące chrześcijaństwa, lecz raczej obroną chrześcijaństwa. Jedna z użytkowniczek filmwebu napisała, że jest to połączenie mszy z filmem przyrodniczym i coś w tym jest. Jednakże jak najbardziej polecam. Warto ten film poznać, żeby zobaczyć coś nowego. Bo to naprawdę oryginalny film. I warto obejrzeć, by przekonać się do jakich Was refleksji pobudzi. Bo przejść obok niego obojętnie nie sposób. I warto dla kolejnego, niestereotypowego wcielenia Brada Pitta i uroczej w swej subtelności Jessici Chastain.

Moja ocena to …no właśnie…mimo wszystko film zrobił na mnie pozytywne wrażenie, więc 7/10.

15.04.2012

Jane Eyre (reż. C. Fukunaga, 2011)



Trzy siostry Bronte: Emily, najstarsza Charlotte i najmłodsza Anna stawiane są w jednym szeregu z Jane Austen choć urodziły się już po jej śmierci. Nie da się ich nie porównywać, tworzyły bowiem mniej więcej w tej samej epoce i są po dziś dzień uważane za najwybitniejsze klasyczne pisarki angielskie. I skupiają zdaje się te same rzesze fanów (czy raczej fanek w większości). Choć ich literatura różni się diametralnie. Austen pisała głównie o skomplikowanych stosunkach damsko-męskich, o ówczesnych konwenansach, które krytykowała, podobnie jak krytykowała angielską klasę wyższą, z której sama pochodziła. Wszystko to z odpowiednią dozą sarkazmu i ironii, której w zależności od tematu jest mniej lub więcej. To sprawia, że nie traktuje się książek Austen śmiertelnie poważnie. Tymczasem sprawa z siostrami Bronte ma się inaczej. Ubogie guwernantki czynią swoimi bohaterkami kobiety im podobne, a więc o otwartych umysłach, dążące do niezależności. Podejmują tematy ważniejsze niż zamążpójście, co każe mi się zachwycić: Jak bardzo te kobiety musiały być nowoczesne i wyprzedzać myśleniem swoją epokę! Skupiają się bardziej na mrocznych zakamarkach ludzkiej duszy, wnikają głęboko w umysły swoich bohaterek, przedstawiając ich wahania emocjonalne. Akcja Wichrowych Wzgórz czy Jane Eyre (tylko te najbardziej znane powieści sióstr udało mi się na razie przeczytać, nad czym ubolewam, ale Villette już stoi na półce!) dzieje się na spowitych mrokiem wrzosowiskach, w ponurych posiadłościach, gdzie dnie nie upływają na ploteczkach przy herbatce, a wieczory na balach jak to obowiązkowo ma miejsce u Austen. Ponadto ich powieści są utrzymane w gotyckim klimacie, a więc jest w nich i groza, i większa lub mniejsza odrobina okrucieństwa. Nie sądziłam, że do tego dojdzie, ale panny Bronte chwilowo wygrywają u mnie z Jane Austen w kategorii powieści klasycznej napisanej przez kobietę. Ich światopogląd i refleksja nad światem okazuje się być mi jakoś bliższa od tego, co chciała nam przekazać panna Austen, do której sympatia niemniej w moim sercu nadal pozostaje. Wchodzę jednak na chwilę w fazę „bronotomanictwa”…

Wszystko za sprawą tego, że ostrzyłam sobie zęby na najnowszą ekranizację Jane Eyre, a więc powieści najstarszej z sióstr, Charlotte. Żeby się dobrze przygotować do seansu przeczytałam najpierw powieść. I po jej lekturze poczyniłam te wszystkie powyższe refleksje na temat twórczości dwóch panien B. Film obejrzałam ledwie parę dni temu i niestety wiele dobrego o nim napisać nie mogę. Nie chcę.


 O czym to jest, jeśli jest jeszcze ktoś taki kto nie wie? O osieroconej Jane, która znajduje się na utrzymaniu pani Reed, wdowy po swoim wuju. Ani ciotka, ani jej dzieci nie darzą sympatią dziewczynki (zresztą to mało powiedziane, właściwie to jej nienawidzą, zadając jej wielu nieprzyjemności i na każdym kroku podkreślając, że jest nic nie warta). W wieku 10 lat Jane zostaje wysłana dla szkoły dla dziewcząt w Lowood, rzec by można, o zaostrzonym rygorze. Tam dziewczynka odbiera solidne wykształcenie, a potem zostaje jeszcze na dwa lata jako nauczycielka. W wieku 19 lat postanawia opuścić szkołę i trafia do Thornfield Hall, posiadłości pana Rochestera, gdzie otrzymuje posadę guwernantki znajdującej się pod jego opieką kilkuletniej Adelki. W Thornfield Hall Jane odżywa, z pasją oddaje się pracy, a z dnia na dzień coraz bardziej zakochuje się w panu Rochesterze. Podoba jej się w nim bynajmniej nie wygląd (jest mężczyzną niezbyt przystojnym, ale Jane nie ma prawa być wybredna w tym względzie, bo autorka również i ją pozbawiła urody), a to, że jest bodaj pierwszym człowiekiem, który traktuje ją jak równą sobie (takie jest przynajmniej moje wrażenie) i szuka w niej przyjaciółki. Na horyzoncie pojawia się co prawda panna Ingram, piękna i dobrze urodzona, ale pan Rochester oświadcza się właśnie Jane, a ta przyjmuje go ochoczo. W międzyczasie w domu mają miejsce przykre incydenty. Generalnie od początku swojego pobytu tam Jane ma wrażenie, że w domu straszy. W dzień i w nocy słychać krzyki, głośny, przeraźliwy śmiech, a pewnego razu wybucha pożar w pokoju pana Rochestera, któremu życie ocala nie kto inny jak ona sama, co wydaje się być zresztą momentem przełomowym w jej relacjach z pracodawcą, kiedy to oboje sobie uświadamiają, że mogą być dla siebie kimś więcej (co jest genialnie przedstawione w filmie, to chyba jedyna scena, w której między tą parą widać jakieś napięcie, i to od razu na wskroś erotyczne). W dniu ślubu okazuje się że Rochester skrywa naprawdę straszną dla przyszłej panny młodej tajemnicę. Ze ślubu nici, a Jane ucieka z Thornfield. Bez pieniędzy przy duszy, w deszczu i o pustym żołądku, na skraju sił, błąka się przez kilka dni po okolicznych miejscowościach, aż trafia do Moorehouse, pod drzwi rodzeństwa Riversów. I w tym właśnie miejscu zaczyna się film Cary’ego Fukunagi. Dziwne losy Jane poznajemy na zasadzie retrospekcji. Wydaje się to być zabieg ciekawy zwłaszcza z punktu widzenia widza, który nie zna książki. On bowiem powoli rozwiązuje zagadkę tego, co doprowadziło dziewczynę do miejsca, w którym się znalazła. Oczywiście wszystkie ważne wątki, których pokazanie potrzebne jest by nakreślić widzowi z jaką osobą mamy do czynienia, zostają odpowiednio okrojone, co jest usprawiedliwione wymogiem zmieszczenia się w czasie niespełna dwóch godzin. Na całe szczęście pominięto postacie i wątki mało ważne, których obecność na ekranie nie jest konieczna. Szkoda jednak, że kluczowy dla całej fabuły wątek tajemnicy Rochestera został potraktowany po macoszemu. W filmie nie czuć atmosfery grozy, nad samym domem nie unosi się aura tajemniczości, która przez długi czas jest motorem napędowym akcji w książce. Jane co i rusz odbiera kolejne niepokojące sygnały, domyślając się że Rochester coś ukrywa. Jane Eyre zaliczana jest do powieści gotyckich, niestety, w filmie o wrażenie tej gotyckości dbają tylko zdjęcia opuszczonych wrzosowisk, dominujące na ekranie przygaszone kolory i korytarze spowite mrokiem, a to jednak za mało. Niemniej zdjęcia w filmie są bardzo ładne i nie da się ukryć, że wyczulonym na estetykę ten film zrobi dobrze, choć daleko mu choćby do znakomitej pod każdym, ale szczególnie tym wizualnym, względem Jaśniejszej od gwiazd. No i muzyka zasługuje na uznanie, a raczej zachowanie odpowiednich proporcji między muzyką a ciszą (ta pojawia się zwłaszcza w kluczowych momentach).


Czas na ostrzejszą krytykę. Powieść Charlotte Bronte to historia wielkiej miłości, przesycona uczuciami. Tymczasem w najnowszej ekranizacji tych uczuć zabrakło. Etapy fascynacji Jane swoim pracodawcą właściwie pominięto. Ot, nagle się ona się w nim zakochuje, a on odkrywa, że nie może bez niej żyć, zaledwie po kilku zdawkowych, choć na poważne tematy, rozmowach. Tak to wygląda. Trudno uwierzyć w tę wielką miłość, w to, że ta dwójka ludzi jest sobie przeznaczona, kiedy nie wyjaśniło się nam wcześniej jak bardzo podobnymi byli do siebie. Między aktorami nie ma też tej legendarnej chemii, zupełnie nie iskrzy. Nie czuć w ich spojrzeniach pożądania, fascynacji, podziwu…Tak jakby decyzja o zawarciu małżeństwa została podjęta z rozsądku, z jakąś zimną kalkulacją. A przecież z lektury książki wiemy, że tak nie było, bo była to miłość wielce romantyczna. Zresztą emocji nie dostarcza sama gra głównej bohaterki. Mia Wasikowska nie jest niestety taką Jane jaką bym sobie wymarzyła. A pamiętać należy, że to na niej opiera się cały ciężar filmu. Na jej twarzy zupełnie jednak nie widać emocji, nie potrafi ona oddać życia wewnętrznego swojej bohaterki. W każdej scenie ma taką samą obojętną miną. Nie wiemy co dzieje się w jej głowie, nie wiemy co widzi w Rochesterze. Wydaje się być zrezygnowana i przepraszająca za to, ze żyje. Książkowa Jane zdecydowanie taka nie była. Była heroiną, kobietą odważną, pewną siebie, chodzącą z podniesionym czołem, mającą swoje zdanie – w tym filmie taką Jane oglądamy jedynie w retrospekcjach sięgających do jej dzieciństwa. W książce postać Jane jest najciekawsza, jest jej samym sednem, a historia miłosna tylko jej elementem. W filmie właściwie nie wiadomo co miało dominować, reżyser się nad tym nie zastanowił, nie przyjął żadnych wytycznych i po prostu streścił książkę, całkowicie spłycając jej bohaterkę oraz feministyczny wydźwięk tej historii. Bo o takim można mówić, gdyż Jane jest na wskroś nowoczesna, jak na czasy, w których przyszło jej żyć. Liczy się dla niej coś więcej niż znalezienie męża, a ponieważ w życiu wiele przeszła, wie że liczyć może przede wszystkim na siebie, dlatego tak ważne jest dla niej dobre wykształcenie i praca. Bronte już wtedy chciała powiedzieć, że kobieta ma takie samo prawo do satysfakcji zawodowej jak mężczyzna. Ponadto może odmawiać kawalerom proszącym ją o rękę, co właśnie czyni Jane. Nie chce wychodzić za mąż po to, by osiągnąć jakąś  pozycję, awansować społecznie, być tylko kobietą u boku mężczyzny. Chce przede wszystkim realizować się samodzielnie, a nie rzucać wszystko dla mężczyzny, który być może ją kocha, ale bez wzajemności (i ten wątek w filmie został niestety ograniczony do zaledwie jednej ważnej rozmowy). W tym kierunku należało pójść przy realizacji tego filmu, a byłoby znacznie, znacznie ciekawiej. Jane z miejsca stała się jedną z moich ulubionych bohaterek literackich, lecz gdybym poznała ją dopiero za sprawą tego filmu, nawet nie wiem czy miałabym ochotę sięgać po książkę, bo takim cierpiętnicom jak postać wykreowana przez Wasikowską, mówię stanowcze nie. Jedynym plusem obsadzenie tej aktorki (którą skądinąd całkiem lubię) był jej wygląd, bo podobnie jak Jane, Mia nie jest pięknością, przynajmniej nie klasyczną (tu swoje robi jeszcze charakteryzacja i okropna, lecz historycznie jak najbardziej uprawniona, fryzura). Nad urodą Michaela Fassbendera natomiast nie ma się co zastanawiać – do brzydkich mężczyzn z pewnością nie należy, i piszę to bez wstydu, bo Wstydu, w którym Fassbender pokazuje dosłownie wszystkie atuty swojego wyglądu, jeszcze nie widziałam. Ale nie ważne, że Fassbender za ładny na Rochestera. Ważne, że kradnie cały film dla siebie, znakomicie oddając powierzchowny cynizm swojego bohatera. Nie muszę dodawać, że mój apetyt na Wstyd po tym jego występie wzrósł. Ale podobał mi się także Jamie Bell, którego St. John jest równie surowy i nieodgadniony jak w książce. W filmie występuje też Judi Dench, ale ona jak wiadomo we wszystkim jest świetna, więc nawet nie muszę pisać za co zasługuje na wyróżnienie.

Co jak co, ale to chyba nie jest twarz brzydkiego mężczyzny...
Rozczarowanej filmem, pozostaje mi sięgnąć po serial BBC z 2006 roku, pod adresem którego przeczytałam już wiele ochów i achów. Z pewnością prawdopodobieństwo, że mi się spodoba jest duże, bo zdecydowanie łatwiej przełożyć książkę na serial niż na film. No i na fali "brontomaniactwa" mam zamiar przeczytać biografię rodziny Bronte oraz w miarę możliwości mniej znane i trudniej dostępne dzieła sióstr, zwłaszcza Lokatorkę Wildfell Hall Anny Bronte.

Moja ocena filmu to 5/10

10.04.2012

Kącik polskiego filmu: Mniejsze zło (reż. J. Morgenstern, 2009)



Mniejsze zło to film uznanego reżysera, Janusza Morgensterna, który w chwili jego kręcenia dobiegał 90-tki (zmarł w zeszłym roku). Na ekranie zaawansowany wiek reżysera odcisnął swoje piętno, trudno rozstrzygać czy na korzyść czy nie. Na pewno wart jest obejrzenia, choć jest kolejnym filmowym powrotem naszych twórców do czasów PRL-u, a tych moim zdaniem w polskim kinie jest zdecydowanie zbyt wiele.

Bohaterem filmu jest student Kamil (Lesław Żurek), domorosły poeta marzący jednakże o wielkiej karierze pisarza. Kamil, jakbyśmy dziś powiedzieli, „potrafi  się ustawić”, to taki typ cwaniaczka, ale sympatycznego. Ceni go artystyczne środowisko, ma w nim znajomości, kobiety do niego wzdychają (wszak jest artystą), a na brak pieniędzy nie może narzekać, bo jego ojciec piastuje dyrektorskie stanowisko (poza tym książki z czasem zaczynają się świetnie sprzedawać). Tyle, że Kamil nie jest obdarzony wielką wyobraźnią ani talentem. Kombinuje, jak może. Żeby nie trafić do wojska, daje się zamknąć w zakładzie psychiatrycznym. Tam poznaje pacjenta (świetny epizod Wojciecha Pszoniaka), który podobnie jak on pisze książkę. Po jego śmierci bez skrupułów przywłaszcza sobie egzemplarz, a co z tego wyniknie łatwo się domyśleć.

Film koncentruje się na sylwetce i losach chłopaka, który jest niczym chorągiewka – jednego dnia podpisuje list protestacyjny przeciwko cenzurze, drugiego rozważa współpracę z SB. Nie jest stały ani w uczuciach, ani w poglądach. Bez cienia wyrzutów sumienia porzuca ciężarną kochankę. Kolejny raz wybiera mniejsze zło, mniejsze dla siebie, oczywiście. Podobnie, w chwili, kiedy w jego kraju mają miejsce przełomowe wydarzenia (stan wojenny na przykład) on troszczy się tylko o własny interes. Z czasem jednak własna nieuczciwość zacznie mu ciążyć. Dopadną go wyrzuty sumienia, przejdzie istną przemianę psychologiczną. Niestety, trudno w nią uwierzyć. Z pana Morgensterna bije utopijna wiara w człowieka, niemniej przymykam na to oko. W końcu film (żaden!) nie ma za zadanie portretować całego pokolenia, a jedynie opowiadać historię jednostki. Może więc i był taki Kamil…Na pewno było wielu, którzy w tym trudnym okresie radzili sobie podobnie dwuznacznymi moralnie metodami co on. Bije więc z tego filmu pewna prawda, niemniej  trudno nie dostrzec, że w opisie realiów PRL-u twórcy filmu zdecydowanie poszli na skróty. Bar mleczny, oldschoolowe fryzury, wzmianki o Solidarności, Jaruzelski ogłaszający stan wojenny – wszystko się zgadza. Ale razi brak dbałości o szczegóły scenografii i kostiumy. Papierowa lampa z Ikei, plastikowe okna, współczesne kosze na śmieci i baterie łazienkowe, nie wspominając już o plakacie Media Markt w tle jednej ze scen, nie miały prawa pojawić się w filmie, którego akcja dzieje się w latach 80.  Niektóre stroje aktorów spokojnie moglibyśmy założyć i dzisiaj (i to nie dlatego, że moda zatacza koło), a część przejawiających się na ekranie samochodów w tamtych czasach nie jeździła po ulicach. Te niedoróbki to koszmarne niedopatrzenie, jednakże nie psuje ono samo w sobie odbioru filmu, choć powoduje pewien niepotrzebny zgrzyt w kontekście całego filmu, który przecież jest całkiem niezły. Byłby może i jeszcze lepszy, gdyby nie trochę bezbarwny, grający na jednej minie Lesław Żurek w głównej roli. Aktor, którego nawet polubiłam za rolę w serialu Londyńczycy (swoją drogą, jeden z lepszych współczesnych polskich seriali, szkoda, że go zawiesili), tutaj jest właściwie takim samym jak go zapamiętałam czyli sympatycznym, poczciwym, przeciętnym chłopakiem, z którego twarzy trudno wyczytać właściwie jakiekolwiek emocje. Im dłużej jednak nad jego grą myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że jeśli rzeczywiście Żurek nie potrafi stworzyć na ekranie wyrazistej postaci, to tutaj to się nawet przydało, bo prawdopodobnie Kamil w zamiarze scenarzysty i reżysera taki właśnie miał być: przeciętny, bezbarwny chłopak, któremu się wydaje, że może być kimś. Pozostałe nazwiska w obsadzie bardzo ciekawe – Magda Cielecka, Tamara Arciuch i Edyta Olszówka jako kobiety, które w danej chwili okazują się Kamilowi przydatne (wszystkie trzy zagrały bardzo wyraziście) do tego Janusz Gajos i Anna Romantowska w roli rodziców Kamila (Gajos bardzo dobry, ale jednak we mnie wzbudził większy zachwyt wspomniany już Pszoniak) i trochę na doczepkę Borys Szyc, który dużo do roboty nie ma, bo jest na ekranie, ale w zasadzie do zagrania ma tyle, jakby go nie było. No i jest jeszcze zaskoczenie, Brzydula z tvnowskiego serialu czyli Julia Kamińska w roli niegrzecznej studentki – trzeba zobaczyć!

Wspomniałam, że wiek reżysera wpłynął na film. Co miałam na myśli? Otóż, mam wrażenie, że ten film jest taki „grzeczniutki”, bez pazura. No i kończy się zbyt hollywoodzko. A sceny rozbierane są…cóż…pozostają w domyśle. Panie się rozbierają, odwracają tyłem i przechodzimy do następnej sceny. Nie żeby mi czegoś brakowało, ale uznałam to za przejaw staromodności – styl Morgensterna jest właśnie taki – staromodny. Widać w nim wyraźnie sentyment do przeszłości, starania nawiązania do klasyków kina moralnego niepokoju.

Generalnie Mniejsze zło polecam, z pewnością wygrywa z częścią bardziej promowanych rodzimych „superprodukcji”. Ogląda się go przyjemnie i bez znużenia. Jego rytm wyznaczają kolejne kobiety pojawiające się w życiu Kamila. W sumie przyjemnie patrzeć na jego podboje i pozostałe perypetie w oczekiwaniu, kiedy powinie mu się noga. Bo jednak wiemy od początku, że to się stać musi. A co do kobiet, naszła mnie jeszcze taka refleksja: nie wiem czy było to celem reżysera, ale filmem tym dobitnie pokazał, że mężczyźni bez kobiet nie istnieją. 

Moja ocena to 6+/10

02.04.2012

Johnny Depp. Współczesny buntownik (Brian J. Robb, 2006)


Johnny Depp to niewątpliwie mężczyzna, na którego widok serce większości kobiet bije szybciej. Nie wyłączając mnie. Ale wśród jego fanów jest też równie wielu mężczyzn, bo aktor ma jedną cechę, która wyróżnia go spośród znacznej części jego równie przystojnych kolegów po fachu – jest perfekcyjny w każdej swojej roli. To po prostu znakomity aktor, obdarzony niesamowitą charyzmą, zachwycający w każdym wcieleniu. Książka Briana J. Robba w bardzo przystępny sposób przybliża jego fenomen.

Czytałam tę książkę z pozycji osoby ślepo zauroczonej Johnnym. W tym sensie ślepo, że nie jestem typową fanką, która wie wszystko o swoim idolu i śledzi każdy jego krok. Nie znam całej jego filmografii, nie biegnę do kina każdy jego film. Moja fascynacja Johnnym zaczęła się prozaicznie, od jego wyglądu (niestety, z bólem muszę przyznać, że ostatnio podoba mi się on coraz mniej), ale z czasem doszła też kwestia osobowości i przede wszystkim talentu, który jest dla mnie niepodważalny. Depp jest moim zdaniem najwybitniejszym aktorem swojego pokolenia (a dobiega 50-tki) i z pewnością jednym z najwybitniejszych w historii. Wiem, że swoją grą nigdy mnie nie zawiedzie, więc filmy z jego udziałem mogę oglądać w ciemno. Po lekturze niniejszej biografii jestem zdecydowana nadrobić braki w tym względzie, bo co najmniej kilka filmów z jego udziałem jest jeszcze godnych uwagi.

Wybrać jedno zdjęcie to dla mnie zbyt trudne...
Biografia Robba opowiada o życiu Johnny’ego przez pryzmat jego filmów. To kariera aktora jest w centrum zainteresowania autora książki. Kolejne filmy wyznaczają nowe wydarzenia w życiu Deppa, a zdaniem autora zdaje się że także pewne przełomy. Poznajemy kulisy powstawania filmów, dowiadujemy się jak wyglądała praca na ich planie oraz jak zostały one przyjęte przez widzów i krytyków. Standard w biografiach. Zdecydowanie nie jest to jednak typowa biografia, bo koncentruje się na wyborach zawodowych Johnny’ego aniżeli sprawach prywatnych. Dowiadujemy się czym Depp się kieruje przy wyborze roli, jak potem się do niej przygotowuje, jak bardzo angażuje się w każdy projekt i jaki ma stosunek do swojej popularności. A także dlaczego zagrał w tych, a nie innych filmach i kto jest jego filmowym idolem. Nie dowiadujemy się natomiast wiele o życiu prywatnym ekranowego Jacka Sparrowa. Robb pisze o życiu prywatnym Johnny’ego, i owszem, ale stara się pokazać jak wpłynęło ono na jego dalsze decyzje zawodowe i na to jakim jest człowiekiem, a zatem i aktorem. Nie jest celem tej książki wywołanie skandalu, nie ma ona Deppa obrażać, budzić kontrowersji czy ujawniać grzesznych tajemnic. Jest naprawdę bardzo, bardzo rzetelna. Autor nie snuje domysłów, nie powołuje się na nieznane źródła, unika sformułowań typu „wydaje się”. Odwołuje się wyłącznie do faktów i wypowiedzi telewizyjnych i prasowych oraz recenzji z opiniotwórczych gazet. Nie ocenia aktora, nie broni go, o nic nie oskarża, nie pokazuje ani w złym świetle ani wybielonego. Jest naprawdę zaskakująco bezstronny i obiektywny biorąc pod uwagę fakt, że biografia nie jest autoryzowana. Bardzo łatwo byłoby uczynić z Deppa alkoholika i narkomana, dziwaka z problemami, który przeszedł głęboką przemianę pod wpływem miłości do Vanessy Paradis. Tymczasem z książki Robba bije autentyczny szacunek dla aktora. Obraz aktora, który wyłania się z tej książki nie budzi co prawda zaskoczenia – Depp jest ekscentrycznym outsiderem, bywa porywczy, awanturniczy ale jest też zdystansowany do siebie, sławy, nagród…Takim go znamy z medialnych doniesień i takim jest w tej książce. Nie widzę tu żadnych przekłamań. 

Johnny w najnowszym wcieleniu - w Dark Shadows
Jedyną wadą książki jest jej data wydania, rok 2006. Czytanie o sielankowym życiu Deppa i Paradis jest trochę przykre w kontekście ich rzekomego rozstania. Poza tym książka jest tak ciekawie napisana, że po prostu miałoby się apetyt czytać dalej o tym jak wyglądała praca przy Sweeney Toddzie, Parnassusie, Alicji w Krainie Czarów, Turyście…Z pewnością jednak nie jest to ostatnia biografia Deppa, ale przebić ją będzie bardzo trudno. Chyba że Brian J. Robb pokusi się o kontynuację.

A tę książkę oceniam bardzo wysoko, na 9/10.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...